Rzeczpospolita Obojga Narodów. Dzieje agoniiTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Rzeczpospolita Obojga Narodów. Dzieje agonii
Rzeczpospolita obojga narodów. Dzieje agonii
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 70,90  56,72 
Rzeczpospolita obojga narodów. Dzieje agonii
Rzeczpospolita obojga narodów. Dzieje agonii
Audiobook
Czyta Marcin Popczyński
34,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Nie on jeden, nie on jeden tak postępował... Tłum dygnitarzy polskich i litewskich cisnął się do stóp zwycięzcy po „amnestię”, lecz nie wszyscy jej dostępowali. Michał Serwacy Wiśniowiecki poszedł do więzienia. Osadzono go w należącym do Rosji Kijowie. Niegrzecznie potraktowany przez Piotra Jan Kazimierz Sapieha, eks-hetman litewski, został w kilkanaście lat później feldmarszałkiem rosyjskim.

Obrazki powyższe przemawiają wyraźniej niż traktaty międzypaństwowe: brutalna przemoc z zewnątrz, spodleni ludzie w kraju. Piotr Wielki został zwierzchnikiem całej Rzeczypospolitej Obojga Narodów, jak długa i szeroka. Jego faktyczna władza sięgała teraz granic pruskich, brandenburskich i cesarskich.

Już wkrótce sprzymierzeniec powywoził z pałaców warszawskich to, czego przypadkiem nie zdążyli ukraść Szwedzi lub Sasi. Kolumna Zygmunta ocalała, bo nie znaleziono sposobu przetransportowania jej nad Newę – wiedzą o tym wszyscy. Ale studium Michała Walickiego Dzieje obrazu przypomniało nam ostatnio, że w kilka lat po Połtawie Piotr Wielki zdarł z Gdańska sto czterdzieści tysięcy talarów kontrybucji i zażądał – na szczęście bezskutecznie – wydania słynnego tryptyku Memlinga Sąd Ostateczny. Żaden z zawartych poprzednio traktatów nie upoważniał cara do tego rodzaju poczynań w kraju sprzymierzonym, a w chwili zgonu Jana III nic jeszcze nie zapowiadało aż takiego poniżenia Rzeczypospolitej, zdegradowania jej do rzędu prowincji zależnych.

Z dawna już działo się u nas źle, lecz katastrofa zaczęła się od tajonych przed Obu Narodami, przeplatanych pijatyką knowań w Rawie Ruskiej, od układów i postanowień, w których – na rachunek milionów, teraźniejszości i całej przyszłości państwa – uczestniczyło bardzo nieliczne grono osób wybranych i dobranych. Nie było żadnego przymusu sprzymierzania się z Rosją przeciwko Szwecji, rozpoczynania wojny zaczepnej. Tak zwana konieczność dziejowa domagała się wtedy pokoju i ratowania równowagi międzynarodowej. Ambicje ludzkie chciały inaczej.

VI

Równo w dwa lata po Połtawie zawrotna kariera cara Piotra omal nie załamała się w sposób jeszcze bardziej efektowny, niż rozkwitła. Usilne, hojnie wspierane pomazepińskim tudzież innym złotem starania Karola XII przyniosły skutek i w listopadzie 1710 roku Wysoka Porta wypowiedziała Rosji wojnę. Stanisław Poniatowski, wierny agent króla Szwedów, mógł sobie powinszować. Jego mniej szczęśliwy i słabiej wyposażony w pieniądze współzawodnik, Rosjanin Tołstoj, osiadł w więzieniu stambulskim. Zwycięski dotychczas na wszystkich frontach car ruszył z potężną armią na południe, w stepy mołdawskie. W lipcu 1711 roku Turcy otoczyli go nad Prutem kilkakroć przeważającą siłą, nie pozostawiając mu ani jednej dosłownie wojskowej szansy ocalenia. Pełnomocnik Piotra, Szafirow (a właściwie Szapiro, wychrzczony Żyd), stanął w namiocie wezyra, upoważniony do przyjęcia najcięższych warunków. Nie wolno mu było odstąpić tylko Ingrii i Petersburga, mógł natomiast okupić je, oddając Szwedom Psków! Powrócił do swego pana jako prawdziwy tryumfator. Rosja zobowiązała się zwrócić Turkom tylko Azow, zburzyć Taganrog i inne twierdze nad Donem, zaprzestać mieszania się w sprawy Rzeczypospolitej i Ukrainy, pozwolić Karolowi XII na powrót do Szwecji. Dwieście tysięcy rubli bakczyszu zaledwie zapłacił Szafirow za to wszystko. Niezadowolony z układu sułtan ukarał podobno wkrótce sprzedajnego wezyra w sposób niecodzienny: kazał nalać mu w gardło roztopionego złota. (Wezyr ten, Mehmed Baltadżi, był z pochodzenia nie Turkiem, lecz Włochem; zwał się właściwie Giulio Mariani).

Opowiadano, że do rubli dorzucił Szafirow osobiste klejnoty pewnej obecnej w obozie rosyjskim eks-chłopki pańszczyźnianej, wówczas już wielkiej damy. Była nią Katarzyna, a właściwie Marta Skawrońska, Białorusinka z pochodzenia i katoliczka, wzięta przed kilku laty do niewoli jako służąca pastora szwedzkiego, pokojówka i kochanka kolejno Szeremietiewa i Mieńszykowa, wreszcie wybrana samego Piotra. W osiem miesięcy po dramatycznych przeżyciach nad Prutem dwudziestoośmioletnia pani stanęła obok cara przed ołtarzem cerkiewnym, a po zgonie małżonka zajęła w imperium jego miejsce jako Katarzyna I. XVIII stulecie widywało niebywałe kariery i ludzi naprawdę niezwykłych, lecz żałośnie chorujących na tuzinkowy snobizm. I Katarzyna, i Mieńszykow, pragnąc zasłonić swe gminne pochodzenie, poszukiwali w Rzeczypospolitej fikcyjnych genealogii szlacheckich, rzekomych antenatów. Po co to było potrzebne indywidualnościom tej miary?

Piotr oddał Azow, mury innych twierdz południowych kazał zburzyć, zabraniając jednak naruszania ich fundamentów... Ze spraw Rzeczypospolitej ani myślał się wycofywać. Władysław Konopczyński w Dziejach Polski nowożytnej podkreśla bardzo silnie, że Turkom nie zależało ani na Karolu XII, ani na ratowaniu naszego sponiewieranego państwa. Wystąpili, aby przygarnąć, wziąć w protektorat Ukrainę – całą, jeśliby się udało, a już co najmniej prawobrzeże Dnieprowe – do spółki z Filipem Orłykiem, który złożył hołd chanowi Tatarów, urzeczywistnić stary program Piotra Doroszeńki. Trzeba przyznać, że znaleźli się wcale blisko celu. Gdyby nie wypuścili Piotra znad Prutu...

Malownicza przygoda carska rzuca jaskrawe światło na wcześniejsze poczynania Jana III, po dziś dzień uparcie oskarżanego o polityczny romantyzm, niepotrzebne ratowanie Wiednia, uparte trzymanie się „ligi świętej”, koalicji. Piotr Wielki – pogromca Szwedów, wódz ogromnej, karnej, we wszystko zaopatrzonej armii – popróbował się z Turkami w pojedynkę, sam na sam. Dokonał tego w tych samych bezdrożnych stepach mołdawskich, w których Jan III kilkakroć bywał, nie odniósł sukcesu, bo nie doszło do bitwy walnej, lecz to i owo zdziałał. Wciąż jeszcze dalecy jesteśmy od zrozumienia, z jakich niebezpieczeństw wyprowadził swe państwo działający w okropnych warunkach wielbiciel Marysieńki.

Wypuszczając Piotra znad Prutu, Turcy zatwierdzili niejako coś bez porównania większego od jego osobistej sławy, bo zupełnie nową rzeczywistość historyczną w Europie. Zanim dogasła na Zachodzie wojna o sukcesję hiszpańską, stało się jasne, że krąg mocarstw siłą własną upoważnionych do rozstrzygania o wszystkich sprawach kontynentu powiększył się na zawsze o Rosję. O tę samą Rosję, którą w roku 1700 powszechnie uznano za porażoną beznadziejnie, a która w sto lat później miała zwyciężać we Włoszech i wkroczyć do Paryża.

Od razu po Połtawie państwa europejskie pojęły, co się święci, a raczej już wyświęciło. Dopomógł im w tym znacznie stwardniały nagle ton dyplomatów carskich oraz ich bardzo szerokie zainteresowania. Zaniepokoiły się zwłaszcza Anglia i Holandia, lecz był i taki, co zapragnął się pożywić, niczym przysłowiowy szakal przy uczcie tygrysa. Król pruski Fryderyk I usiłował wytargować u Piotra... polskie Pomorze, Żmudź i Kurlandię. „Es sei nicht praktikabel” – cytuje Konopczyński odpowiedź cara, który uważał, że łupem Rosji pozostać winna cała, formalnie już tylko niepodległa Rzeczpospolita. Podczas tych narad – odbywanych w Kwidzynie jesienią 1709 roku – trudno było przewidzieć, że zabiegi Fryderyka I wyznaczają program, który w kilkadziesiąt lat później zostanie urzeczywistniony.

Prusy nie otrzymały więc naszego Pomorza, Żmudzi ani Kurlandii, zagarnęły za to inny zysk. Po Połtawie Szwedzi wycofali się z Polski, zabierając ze sobą Leszczyńskiego, lecz dalej twardo walczyli na Pomorzu Zachodnim i wybrzeżach niemieckich. W 1713 roku, na mocy doraźnego układu z Rosjanami, z kniaziem Mieńszykowem, Prusy wzięły w sekwestr, w zastaw niejako, zdobyty właśnie na Skandynawach Szczecin i Pomorze Zachodnie po Pianę. W kilka lat później traktat pokojowy przyznał im tę zdobycz na stałe.

Jesienią tegoż 1713 roku Turcy poprosili Karola XII o opuszczenie ich terytorium. Gościnnych muzułmanów skłoniła do tego kroku dzika awantura i krwawa, bezrozumna walka, którą Szwed sprowokował w Benderach. Jatagany tureckie ostre bywały jak brzytwy, Karol utracił cztery palce u dłoni, po kawałku ucha oraz nosa, nie zmienił jednak swych obyczajów. 11 grudnia 1718 roku zginął pod norweską twierdzą Fredrikshald, zwaną obecnie Halden. W towarzystwie trzech żołnierzy wybrał się nocą sprawdzać roboty oblężnicze i uznał za niezbędne wychylić się z okopu. Tym razem kula trafiła go skuteczniej niż pod Połtawą, do obozu odniesiono trupa. Tron szwedzki wzięła po nim siostra, Ulryka Eleonora, małżonka landgrafa heskiego Fryderyka, który po jej zgonie wstąpił na tron sztokholmski.

Wyparty z kraju Leszczyński wycierał kolejno kąty w Szczecinie, w Szwecji, w Turcji, w księstwie Dwóch Mostów, żebrał o łaski i pieniądze, płaszczył się nawet przed chanem Tatarów, byle tylko nie wyjść z gry bez osobistej korzyści. Nie była mu obca ani myśl o rozbiorze kraju, ani zamiar zapłacenia protektorom ziemiami państwa. Antykról-rodak był jeszcze gorszy od króla-Niemca. Nie miał jego energii i stał się w tym czasie po prostu zawadą w naszej historii. Istniała jedna jedyna szansa ocalenia z okropnej sytuacji, w jaką wtrąciła Rzeczpospolitą wojna północna. Polegała na solidarnym skupieniu się szlachty przy sprawcy nieszczęścia, Auguście II. Zaniepokojenie państw europejskich potęgą Rosji stwarzało koniunkturę, pozwalało liczyć na cudzą pomoc.

Nasz udział w wojnie północnej skończył się już wtedy, gdy wyparto z kraju wdzierających się od Pomorza i Mołdawii ostatnich partyzantów Stanisława Leszczyńskiego. Późniejsze zmagania, te nad zachodnim Bałtykiem i w Skandynawii, o tyle tylko dotyczyły Rzeczypospolitej, że Rosjanie maszerowali przez jej terytorium niczym przez własne. Upragniony pokój powrócił, lecz w postaci ze wszech miar gorzkiej. Narzucona państwu wojna zadała mu jeszcze więcej strat niż potop szwedzki za Jana Kazimierza. Warszawa znowu straszyła ruinami, Poznań i Kraków – mówi Józef Gierowski – „spadły do rzędu osad zaledwie kilkutysięcznych”, mnóstwo wsi znikło z powierzchni ziemi, w ocalałych brakło wielu zagród, „nocnym sposobem” porozbieranych na opał i inne potrzeby. Zaludnienie, które za Jana III zaczęło wyraźnie wzrastać, teraz ponownie zmalało o dwadzieścia pięć procent. Operowanie odsetkami to czynność niezbędna, lecz w danym wypadku niebezpieczna, myląca. Przecież sama podstawa rachunku wyglądała zupełnie inaczej za Jana Kazimierza, inaczej teraz. Śmierć kosiła na polu już poprzednio okrutnie przerzedzonym.

 

Ksiądz Benedykt Chmielowski, autor Nowych Aten (których wznowienie zawdzięczamy Marii i Janowi Józefowi Lipskim oraz Wydawnictwu Literackiemu), powiada zwięźle, że „roku 1710 miara żyta była po 60 złotych, konie zdechłe, psów, kotów jedli ludzie, karczmarze gości na pożywienie sobie zabijali”. Jeszcze w dziesiątki lat później po litewskich zwłaszcza osiedlach sterczały zwaliska domostw o drzwiach i oknach pozabijanych deskami na krzyż. Z zabobonną trwogą omijano siedziby rodzin doszczętnie wygubionych przez zarazę. W ślad za głodem przyszły bowiem epidemie, które ogarnęły teren całej Rzeczypospolitej i sięgnęły aż Szczecina. W jednym tylko Wilnie od lipca 1709 roku do Wielkanocy wyginąć miało przeszło dwadzieścia tysięcy ludzi, a przeraźliwy obraz olejny umieszczony na zewnętrznej ścianie kościoła św. Piotra i Pawła upamiętnił klęskę na wieki.

A oto pamiętnikarska notatka, odnosząca się do tych właśnie, przed chwilą wspomnianych świąt 1710 roku:

Wielkanoc odprawiłem wesoło, przy zacnych gościach [...] piliśmy i tańcowali, i w wesołości a inwencjach jej rozmaitych trzy dni hulaliśmy, czwartego do dworca całą archandią pojechaliśmy, wymyślając sposoby nowe wesołości...

Autor tych słów był dziedzicem wielu włości, magnatem. Jemu wojna nie odjęła ani chleba, ani zagranicznych marcypanów. Jednowioskowy, obdzierany przez sprzymierzeńców ziemianin, odbudowując swój dworek, krył dach słomą, podłogę zastępował klepiskiem. Żywiący ich obu chłop pańszczyźniany przestawał istnieć na rynku krajowym, jadał skąpo, i to wyłącznie, co zebrał z zagonu, obuwał się w łapcie. Miasteczka, którymi tak gęsto usiana była ongi Rzeczpospolita, przetwarzały się w osiedla „mieszczan” żyjących z roli. Jej tylko jednej nie brakowało w państwie bardzo rozległym, a zaludnionym teraz przez sześć milionów ludzi zaledwie. Starostwo dryświackie na Litwie liczyło siedemset dziewięćdziesiąt włók gruntu. W roku 1722 – czyli w trzynaście lat po ustąpieniu Szwedów – czterysta osiemdziesiąt włók nadal zarastało tam chwastem. W samych zaś Dryświatach, składających się z pięćdziesięciu dwóch domów, prosperowało dwadzieścia pięć karczem. Beznadziejność, nędza i pijaństwo to trójca raczej nierozłączna.

Latem 1713 roku spadł na wynędzniały kraj nowy ciężar – król August wprowadził do Rzeczypospolitej kilkunastotysięczny korpus wojsk saskich i nie omieszkał z wydaniem dekretu w sprawie ich wyżywienia. Mieszkańcy województwa sandomierskiego musieli więc na przykład w przeciągu tygodnia najwyżej dać z każdego domu po dwadzieścia garnców mąki żytniej, po sześć grochu, kaszy i tyleż funtów masła. Na trzydzieści domów przypadał haracz w postaci jednego wołu lub dziesięciu baranów. Normy obliczone były dość swobodnie, skoro w październiku, wskutek powszechnych protestów, obniżono je o połowę i pozwolono zastąpić dostawy w naturze opłatami pieniężnymi.

Nie może być dwóch zdań, że władając w Saksonii i w Rzeczypospolitej, wolał Mocny żywić swe niemieckie wojsko kosztem tej ostatniej. Lecz szlachta ani przez chwilę nie wątpiła o politycznym celu operacji i odgadywała go trafnie. August wznowił pomysły z pierwszych lat swego panowania, pragnął sprowokować Polaków i Litwinów do buntu, zgnieść go przemocą, przeprowadzić absolutystyczny zamach stanu. Wtedy jednak, przed kilkunastu laty, monarcha mógł liczyć, że uda mu się rozprawić z poddanymi sam na sam. Teraz wewnątrz granic obecny już był czynnik obcy, a dzięki swej sile wprost rozstrzygający. Rosja miała w Rzeczypospolitej własne stronnictwo, rozporządzała takimi ludźmi, jak hetman litewski Pociej, którego jedynie protekcja carska chroniła przed odpowiedzialnością za rozmaite poczynania natury pospolicie kryminalnej. August wymyślił receptę, która mogła wyjść na zdrowie tylko Piotrowi. Postanowił zgnębić Sasami ciemnych, zdemoralizowanych, lecz i zrozpaczonych ludzi, którzy w każdej chwili mogli się schronić za plecy Rosjan. Bardzo mało było wówczas w Rzeczypospolitej miłości ku nim, bo wzbudzali trwogę. Hasło samoobrony mogło zbliżyć szlachtę do króla, który wybrał jednak prowokację – oręż w danych okolicznościach najgorszy.

Szlachta stękała pod ciężarami, błagała monarchę o ulgi. August to rezydował w Warszawie, to jeździł na karnawał do Drezna, na Litwie hetman Pociej działał po swojemu. Namawiał Piotra do detronizacji Mocnego i wyznaczenia innego króla, zamyślał o zerwaniu unii z Polską i poddaniu Wielkiego Księstwa pod protektorat rosyjski, podburzał ziemiaństwo.

Na długo, aż do lata 1715 roku, starczyło szlachcie cierpliwości, która pękła dopiero wtedy, kiedy we wsi Przemykowie w województwie krakowskim Sasi zakłuli bagnetami kasztelana Bełchackiego i starostę Turskiego.

26 listopada zawiązana i ogłoszona została w Tarnogrodzie konfederacja ziem koronnych – ni to powstanie narodowe, ni to zbrojny odruch przeciwko okupacji saskiej. Marszałkiem związku okrzyknięto Stanisława Ledóchowskiego, osobistość niezmiernie wśród panów braci popularną, istne bożyszcze herbowego tłumu. Na wiosnę Litwa poszła w ślady Polski. 8 kwietnia 1716 roku laskę tamtejszej konfederacji otrzymał w Wilnie Krzysztof Sulistrowski, chorąży oszmiański. Wbrew logicznym oczekiwaniom regularny żołnierz saski nie dotrzymał pola ruchawce, cofał się wszędzie, stracił nawet Poznań, zajęty przez regimentarza Chryzostoma Gniazdowskiego. Konflikt przybrał rozmiary bardzo poważne, każda chwila wzmagała widoki i możliwości tej materialnie i tak przemożnej siły, która obecna była w kraju, wysłuchiwała skarg oraz próśb stron obu, lecz zważała tylko na własne interesy, Rosji Piotra I.

Pamiętając na straszliwy sąd Boski, intencje swoje szczere tylko na obronę upadającej obracając ojczyzny i najmniejszą z serca zrzucając prywatę – szczerze niewątpliwie przysięgali konfederaci – póty w tym świętym zjednoczenia się pozostawać związku, aż [...] do gruntownego cała ojczyzna nie przyjdzie uspokojenia.

Nastąpiło to uspokojenie nawet dość rychło, bo 1 lutego 1717 roku, na tak zwanym Sejmie Niemym, który zupełnie słusznie ma u nas tę samą opinię, co sejmy rozbiorowe, uchodzi nawet za ich poprzednika.

Prób porozumienia nie brakowało, feldmarszałek saski i koniuszy wielki litewski, kosmopolita Flemming, „sterował ku bezpośredniej ugodzie króla z narodem”, lecz rodacy, Ludwik Pociej i biskup Konstanty Felicjan Szaniawski, wcześnie wystąpili z pomysłem pośrednictwa rosyjskiego. Ostatecznie obie zwaśnione strony poszły tą drogą, której – wolno twierdzić – nie udałoby się ominąć w żaden sposób. Nie po to car politycznie i militarnie utwierdził się w Rzeczypospolitej, by pozwalać jej na samodzielne rozstrzygnięcia. W 1716 roku Piotr osobiście stanął w Gdańsku, pertraktował tam z Augustem, interesów Petersburga stale pilnował na miejscu kniaź Grzegorz Dołgoruki, kawaler Orderu Orła Białego, pierwszy z długiego tasiemca rosyjskich prokonsulów w Warszawie.

Wczesny, jeszcze bez obcego dyktatu zawarty rozejm zniweczyli Sasi, za błahe przewinienie wieszając na rynku sandomierskim szlachcica Łaściszewskiego. Oficer, który nakazał egzekucję, był człowiekiem kulturalnym i spokojnym – niezbity chyba dowód, że działał na polecenie zwierzchników. Potem, kiedy konfederaci, odwracając się od rosyjskiego pośrednictwa, wysłali delegację wprost do swego króla i zgodzili się na zjazd w Kazimierzu, August raptownie zmienił front, nie przybył na konferencję, zażądał zwyczajnej kapitulacji związkowych. Zatarg dojrzał do rozstrzygnięcia, silny korpus rosyjski wkroczył więc na Wołyń, jesienią rozpoczęły się w Warszawie układy, nad którymi dominował pośrednik, kniaź Dołgoruki.

Sejm 1717 roku nazwano Niemym dlatego, że jeden tylko człowiek, marszałek Ledóchowski, dopuszczony został do głosu, to znaczy do zagajenia sesji, która trwała sześć godzin i bez dyskusji zatwierdziła ułożony poprzednio traktat. Ogłaszał on pokój powszechny, amnestię, zabraniał – na papierze – zawiązywania konfederacji, przyboczną gwardię saską Augusta ograniczał do liczby tysiąca dwustu głów, próbował ograniczyć władzę hetmańską oraz samowolę sejmikową. Najważniejszy jednak był artykuł dotyczący sił zbrojnych państwa. Armia koronna liczyć odtąd miała osiemnaście, litewska sześć tysięcy żołnierzy... w budżetowym czysto znaczeniu tego słowa. Ustawa traktowała bowiem o „porcjach” żołnierskich, czyli o kwotach potrzebnych na utrzymanie szeregowego wojownika. Oficer, nie mówiąc już o generale, kosztuje znacznie drożej. Dwudziestoczterotysięczna w teorii armijka rozległej Rzeczypospolitej liczyła więc od tej pory najwyżej dwanaście tysięcy szabel oraz bagnetów. Państwa ościenne prześcigały się wówczas w wystawianiu ogromnych, znakomicie wyćwiczonych wojsk stałych.

Grzegorz Dołgoruki podpisał dokument fatalnego układu. Występował skromnie jako pośrednik, lecz jego rzeczywista rola była tego rodzaju, że dla unieważnienia owego podpisu trzeba było zwycięskiej wojny.

W cztery lata po tak wielkim swym sukcesie Grzegorz Dołgoruki z trzaskiem wyleciał z Warszawy, odwołany wskutek żądania Augusta II, wyrażonego w wyjątkowo twardej formie. Król miał słuszne powody do oburzania się – ambasador kazał porwać w naszej stolicy pewnego Ukraińca, uwięził go w swym pałacu, potem wyprawił do Rosji na dziesięcioletnie więzienie. Słuszność słusznością, od dawna jednak monarchowie polscy nie pozwalali sobie bronić jej zbyt stanowczo wobec wschodniej sąsiadki. Już Jan Kazimierz udawał, że nie słyszy mało kulturalnych wykrzyków „wielkiego posła” Puszkina. (Porwanym Ukraińcem był Grzegorz Hercyk, zięć Filipa Orłyka, stronnik i współpracownik Iwana Mazepy, emigrant polityczny).

Niedługo przed Dołgorukim wyproszony został z Warszawy inny dyplomata, przedstawiciel króla Prus, Fryderyk baron von Posadowski. Aby udaremnić jego machinacje, August kazał kontrolować odchodzącą do Berlina korespondencję posła, zdobył szyfry oraz niezbite dowody knowań i zażądał odwołania winowajcy. Ostre pismo królewskie powiózł do Niemiec, nad Sprewę, osobnik dobrze znany historii europejskiej: Burkhard Christoph Münnich, podówczas generał-major w służbie polskiej, w przyszłości budowniczy kanału ładowskiego, hrabia, feldmarszałek, reformator i głównodowodzący armią rosyjską, zdobywca Azowa i Gdańska, zesłaniec syberyjski i w końcu generalny dyrektor wszystkich portów carskich. Münnicha zabrał z Warszawy wyjeżdżający z niej na zawsze Grzegorz Dołgoruki. Kariera zdolnego Germanina rozkwitła w pełni za panowania Anny Iwanowny, kiedy to Niemcy pozajmowali wszystkie najwyższe stanowiska w Rosji, zgnębili całkiem koterię narodową, starorosyjską, czego dostatecznie jaskrawym wyrazem była okrutna kaźń syna i synowca Grzegorza Dołgorukiego. Obu ich kat łamał kołem publicznie.

August II zdecydowanie wystąpił więc przeciwko obu państwom, z którymi zaczął się przyjaźnić zaraz po wstąpieniu na tron, wyrzucił z Warszawy najpierw Prusaka, potem Rosjanina. Sejm Niemy głęboko widać dotknął ambitnego Sasa i sprawił metamorfozę. Przez kilka lat następnych król działał tak, jak mu to od początku nakazywała przysięga koronacyjna, prowadził Oba Narody do ich własnego dobra, co znaczyło już wówczas... do wyzwolenia. Dwadzieścia wiosen minęło od chwili, w której machał „Szczerbcem” na cztery strony świata, stojąc przed ołtarzem katedry krakowskiej...

Jesienią 1718 roku król odniósł poważne sukcesy: połączonym usiłowaniom Prus i Rosji nie udało się zerwać sejmu obradującego w Grodnie. Posła orszańskiego, który zawołał „veto!”, ludzie dworscy odszukali w mieście i przywiedli do izby, gdzie odwołał swój protest. August otrzymał prawo zwołania tego samego kompletu posłów, kiedy uzna za potrzebne. Uniwersały monarsze otwarcie mówiły szlachcie o Piotrze jako o wrogu, Rzeczpospolita oficjalnie zażądała wycofania wojsk rosyjskich i zwrotu Inflant. 5 stycznia 1719 roku pełnomocnicy Anglii, Austrii oraz króla polskiego podpisali w Wiedniu traktat sojuszniczy o charakterze wprost zaczepnym. Jakikolwiek zamach na ziemie Rzeczypospolitej, nawet odmowa zabrania wojska z jej terytoriów już by wystarczyły na powód do wojny. Sprzymierzeni stawiali sobie za cel utrzymanie całości królestwa polskiego, pojmowanego jako Polska i Litwa razem wzięte. Podpisany już traktat musiał jednak zatwierdzić sejm Obojga Narodów, od jego decyzji zależało odzyskanie niepodległości.

„Jak Polska Polską – pisze Władysław Konopczyński – nigdy jeszcze żadnemu jej królowi nie udało się uzyskać przeciwko Moskwie tak potężnej, tak szczerej pomocy Zachodu”, żyjącego pod całkiem świeżym wrażeniem wzrostu potęgi carskiej i zatrwożonego nie na żarty. Piotr sięgnął wszak do spraw niemieckich, gospodarzył w Meklemburgu, darował Prusom Szczecin, został głównym potentatem na Bałtyku, wtrącał się do dynastycznych powikłań brytyjskich. Traktat przeciwko niemu podpisali zatem cesarz niemiecki oraz król angielski Jerzy I, założyciel nowej, do dziś panującej dynastii, będący władcą państwa morskiego, lecz i Niemcem, elektorem hanowerskim. Mile powitali układ Tatarzy, emigranci ukraińscy, ze Sztokholmu przyjechał generał Trautvetter, upoważniony do rozmów na temat sojuszu. W tej samej misji wyprzedził go nieco wierny dotychczas stronnik Leszczyńskiego, Stanisław Poniatowski. Zdolny, przewidujący człowiek wolał rozpocząć układy od konkretu – przywiózł ze Szwecji i wręczył Augustowi jego własny akt elekcyjny, ten z 1697 roku, skonfiskowany przez Karola XII podczas wojny. Przezorny postępek generała – już wkrótce podstolego litewskiego, w dalszej przyszłości kasztelana krakowskiego – stał się fundamentem kariery rodu Poniatowskich.

 

Piotr Wielki był wielkim potentatem, lecz ujrzawszy aż tyle zaciśniętych i już wznoszących się pięści, wolał zastosować unik. Wycofał swe wojska z Rzeczypospolitej. Z tą chwilą zapał szlachty automatycznie osłabł, doszła bowiem do głosu podstawowa i niewzruszona zasada jej myślenia politycznego – pacyfizm. Ziemiaństwo nasze zacinało się w „zawziętym pokoju” wtedy, gdy państwo kwitło, było ludne, zasobne, silne. Jakże miało za nim nie tęsknić teraz, w kraju zniszczonym i do cna wyczerpanym?

Nastroje i sentymenty nie odegrały roli głównej. Było czym i jak im przeciwdziałać – po raz pierwszy w dziejach Anglia przeznaczyła pokaźne kwoty na sprawy polsko-litewskie. Normalną rzeczy koleją rozstrzygnęły fakty dokonane. Wojsko carskie poszło sobie, pozostali na miejscu ludzie moralnie i materialnie zhołdowani przez Rosję, stojący do dyspozycji jej ambasadora. Zaliczali się do nich wszyscy czterej hetmani ówcześni: w Koronie Adam Sieniawski i Stanisław Mateusz Rzewuski, na Litwie Ludwik Pociej i Stanisław Denhoff, osobistości całkiem godne zrównania z targowiczanami. Doraźnie jątrzyła ich i dostarczała formalnego powodu do opozycji kwestia pułków „cudzoziemskiego autoramentu” – czyli krajowych, lecz plebejskich – oddanych pod komendę Flemminga. Dwa sejmy 1720 roku zostały zerwane. Rzeczpospolita nie zatwierdziła zatem traktatu wiedeńskiego, który mógł doprowadzić do obalenia rosyjskiego protektoratu nad nią i przywrócić równowagę międzynarodową.

Rozzłoszczony August wypędził z Warszawy Dołgorukiego, głównego sprawcę zerwania drugiego ze wspomnianych sejmów, lecz było to już tylko podzwonne, osobista zemsta pokonanego monarchy. Okazja przeminęła, koniunktura rozwiała się, rzeczy nie wróciły jednak do poprzedniego położenia, które uległo zmianie na znacznie gorsze.

Zagrożony car Piotr obniżył nieco loty, pohamował ambicję. 17 lutego 1720 roku zawarł w Poczdamie układ z królem pruskim Fryderykiem Wilhelmem, postanawiając do spółki z nim gwarantować dotychczasowy ustrój Rzeczypospolitej, nie dopuszczać do zniesienia liberum veto i wolnej elekcji. Od tej pory nasza anarchia uzyskała aż dwóch opiekunów. Ich bardzo silne armie ciążyły od wschodu, zachodu i północy, pieniądze i wpływy przenikały państwo na wylot, rozstrzygały na sejmach.

W kilka lat później do porozumienia gwarancyjnego przystąpiła zniewolona przez Rosję Szwecja oraz – już z własnej inicjatywy – Austria, wiodąca swe własne spory z dynastią saską.

Król August zaniechał cierniowej zaiste metody współpracy z narodami Rzeczypospolitej, powrócił na stare ścieżki, to znaczy do projektów rozbiorczych, które snuł aż do dnia zgonu.

W sierpniu 1721 roku Piotr Wielki przypłynął jachtem „Trojca” do Petersburga od strony morza. Zanim zeskoczył na ląd, z pokładu jeszcze krzyknął do stłoczonych na wybrzeżu tłumów jedno tylko słowo: „mir!”. Po uroczystym nabożeństwie szklanką wódki wzniósł na placu przed soborem toast na cześć pokoju, który zawarł był ze Szwecją w fińskim osiedlu Nystadt. Łotwa, Estonia, Ingria, część Karelii z Wyborgiem, południowe obszary Finlandii przechodziły na własność Rosji, Szwecja dostawała się pod jej protektorat. Za to wszystko, za zwycięskie wkroczenie do Europy w charakterze wielkiego mocarstwa na lądzie i morzu przyszło zapłacić tylko Azowem, na czas zresztą niezbyt długi. Tryumf był naprawdę bezprzykładny.

Tego samego dnia Piotr przyjął tytuł imperatora, cesarza Wszech Rosji. Szwecja – dotychczasowy wróg śmiertelny – pierwsza uznała tę jego godność, Rzeczpospolita – sojuszniczka w zwycięskiej wojnie – uczyniła to jako ostatnia, w wiele lat po Turcji, Anglii, Francji, Hiszpanii, no i Prusach naturalnie, bo dopiero w roku 1764. Nowy tytuł niedwuznacznie kwestionował wszak jej prawa do terytoriów, nad którymi zapanował Kazimierz Wielki i pogańska jeszcze Litwa. Z punktu widzenia Petersburga Ukraina była Małorosją, przymiotnik „ruski” oznaczał to samo, co „rosyjski”.

Opór w sprawie tytulatury ma duże znaczenie historiozoficzne, świadczy bowiem, w jaki sposób ginące państwo pojmowało swoją własną istotę. Nie ociągałoby się przecież ze zrobieniem przyjemności protektorowi, gdyby wszystkich swych mieszkańców uważało za Polaków. (W XX wieku Druga Rzeczpospolita twierdziła, że Stanisławów leży po prostu w Polsce, i dlatego mogła oficjalnie uznawać istnienie radzieckiej Ukrainy). Praktyczny, jątrzący walor odejmowała owemu oporowi ta okoliczność dziejowa, że nie tylko ruskie, lecz również rdzennie litewskie i polskie terytoria Rzeczypospolitej królewskiej znalazły się w jednakiej zawisłości od cesarskiej Rosji. Piotr Wielki miał wolną rękę, ale nie przesunął granicy ani o jedną milę. Warunki pokoju Grzymułtowskiego przyjęte przez Jana III, władcę niezależnego, zostały zatwierdzone. Teraz jednak stanowiło to właściwie formalność.

Wojna północna bezapelacyjnie rozstrzygnęła o naszej przyszłości. Rzeczpospolita Obojga Narodów już tylko na lat parę – za Stanisława Augusta, ostatniego swego króla – odzyskała suwerenność, Polska i Litwa zdobyły ją dopiero w roku 1918, w dwieście lat po Sejmie Niemym, lecz jako państwa zupełnie odrębne i skłócone. Cenny, wymagający rozumu i troskliwego kierownictwa twór jagielloński nie przetrwał. Wątpić wolno, czy Europa zyskała na zastąpieniu ponadnarodowej federacji rozżartymi nacjonalizmami.

Byłoby zbyt łatwo i wygodnie zwalić całą odpowiedzialność na króla-Niemca, niewątpliwego zresztą przestępcę. Równymi mu winowajcami byli ci wszyscy Polacy i Litwini, co podczas elekcji 1697 roku i później sprzedawali swe sumienia i głosy, dopuszczali się zbrodni bezmyślności. Rzeczpospolitą Obojga Narodów przyprawiły o zgubę zjawiska natury moralnej i umysłowej, a nie materialnej.

Jakże lubią ludzie upraszczać zawiłości dziejów, na papierze wyprostowywać szlaki historii. Tyle od dawna biadań nad „ekspansją wschodnią” i zaniedbywaniem spraw najbliższego Polsce zachodu. Zadnieprzańskie i naddnieprzańskie zatargi najzwyczajniej w świecie przegraliśmy, podobnie jak Francja przegrała nad Renem, za Alpami i Pirenejami. Wcale nie każda stracona wojna prowadzi do niewoli. Odstąpiliśmy wielkie obszary, lecz ostatecznie... zachować Witebsk i Białą Cerkiew to też wcale nieźle i najzupełniej wystarczy. Jan III władał bezsprzecznie i w jednym, i w drugim z tych miast. Rzeczy najważniejszej – suwerenności! – pozbawił nas nie wschodni wróg, lecz wschodni sojusznik.