Polska Jagiellonów

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Polska Jagiellonów
Polska Jagiellonów
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 75,90  60,72 
Polska Jagiellonów
Audio
Polska Jagiellonów
Audiobook
Czyta Zbigniew Wróbel
39,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

III

Sprowadzonej do Krakowa Annie Cillejskiej trzeba było dać osiem miesięcy czasu na naukę języka, bo nie rozumiała ani słowa po polsku. Podobnie zresztą jak jej matka, a córka Kazimierza Wielkiego – Anna von Teck. Ludwik Węgierski działał przezornie i skutecznie, wywożąc ją z kraju jako czteroletnie dziecko i w dziesięć lat później wydając za mąż za Niemca.

W 1402 roku księżna Anna przyjechała do Krakowa na koronację córki.

Kiedy w stolicy odprawiano szumne uroczystości, w przebraniu kupieckim wędrował przez Polskę najmłodszy brat królewski, Świdrygiełło. Spieszył do Malborka.

Pierwszy rok nowego stulecia – 1401 – przyniósł tak zwaną unię wileńsko-radomską. Aktami poręczonymi przez wielmożów obu stron, nie zrywając wcale związku państw, nadano Witoldowi dożywotnią władzę nad Wielkim Księstwem Litewskim. Było to więc potwierdzenie i wzmocnienie układów zawartych przed niewielu laty w Ostrowie. Przemożny wpływ na decyzje musiało wywrzeć położenie ogólne. Na północy Krzyżacy rzeczywiście zagarnęli Żmudź. Witold pomagał im w tym dziele, jak poprzednio obiecał. Na wschodzie plan opanowania całej Rusi przez Litwę załamał się nad Worsklą, a Wasyl I moskiewski znacznie poprawił swą sytuację, pomyślnie wojując z Kazaniem.

Od roku 1401 istniała prawdziwa i pełna solidarność działań Jagiełły i Witolda. Żył jednakże malkontent w osobie zazdrosnego o władzę Świdrygiełły, który akta wileńsko-radomskie podpisał, ale podobno zawiesił przy nich fałszywą pieczęć. Wcale niełatwo było uporządkować stosunki wewnętrzne na Litwie, nawet z pomocą Polski.

Wojna Litwy z Zakonem – tym trudniejsza, że jednocześnie trzeba było zwalczać bunty na wschodzie, od Smoleńska po Podole – wznowiła się już w drugiej połowie 1401 roku. Świdrygiełło, który przybył do Malborka 31 stycznia 1402 roku, potwierdził wszystkie dawne i tak katastrofalne dla Litwy obietnice Witolda. Krzyżacy przyrzekali w zamian wprowadzić go do Wilna.

Wiele krwi polało się po obu stronach, bo i Witold chadzał na Prusy z odwetowymi wyprawami. Pokój zawarto 22 maja 1404 roku w Raciążu, gdzie Jagiełło osobiście spotkał się z wielkim mistrzem Konradem von Jungingen. Warunki były nadzwyczaj uciążliwe dla Litwy. Przyszło zrzec się Żmudzi i zgodzić na pretensje Niemców do Pskowa, otrzymując obietnicę uznania władzy Wilna nad Wielkim Nowogrodem. Sukces Malborka był ogromny. Podobnie jak tylekroć poprzednio okazało się, że Litwa nie może jednocześnie prowadzić wojny na dwóch frontach. Wypadło więc znowu drogo zapłacić za pokój od zachodu. Zakon osiągał swój główny cel, lądowe połączenie posiadłości pruskich z inflanckimi, a ponadto jeszcze widoki na Psków.

Wielki mistrz zgodził się w Raciążu na wykupno przez króla Dobrzynia i Złotoryi, zastawionych ongi przez nieżyjącego już Opolczyka. Ten punkt umowy wykonano w najbliższym z możliwych terminów. W czerwcu 1405 roku Zakon otrzymał swoje pieniądze, a Polska wzmiankowane ziemie.

Cztery lata po pokoju raciąskim to właściwie jeden ciąg silnie wspieranych przez Koronę wypraw litewskich na wschód. Najpierw padł Smoleńsk, zaraz obsadzony przez załogę polską, a od 1406 roku do akcji czynnie przystąpiła Moskwa, która dotychczas tylko inspirowała i podsycała opór. W charakterystyczny sposób zachowywali się Krzyżacy. Dawali Witoldowi posiłki zbrojne, ale przez cały czas trzymali w ręku nici intrygi, tajnie korespondując ze Świdrygiełłą, który po Raciążu pozornie pojednał się z królem.

Do wydarzeń dużej miary doszło w roku 1408. Zaczęło się na wiosnę od ucieczki Świdrygiełły do Moskwy (Malbork zawczasu wiedział o tym zamiarze), po czym nastąpiła istna „masowa dezercja” kniaziów litewsko-ruskich na Kreml. Wasyl I – zięć Witolda – przyjmował ich dobrze, hojnie obdzielał włościami. Tak więc Świdrygiełło dostał między innymi Rżew i Kołomnę, a nawet sam Włodzimierz nad Klaźmą, dawną stolicę Rusi Zaleskiej. Przykład, jeszcze za pogańskich czasów dany przez Jawnutę i Andrzeja Garbatego, znajdował coraz liczniejszych naśladowców. Chrzest nic nie zmienił w mechanizmie polityki – Litwa nadal miotała się między Malborkiem a Moskwą, nigdzie nie mogąc osiągnąć rozstrzygnięcia.

U schyłku lata 1408 roku poszła na wschód wielka wyprawa pod dowództwem samego Witolda. Pięć tysięcy polskich kopijników wiódł marszałek koronny Zbigniew z Brzezia, osobistość bardzo wybitna. Wasyl I zastąpił im drogę nad Ugrą, dopływem Oki (w dzisiejszych atlasach radzieckich Ugra widnieje w południowo-zachodnim kącie mapy noszącej nazwę „Podmoskowje”). Do bitwy nie doszło, gdyż obu stronom potrzebny był pokój. Wasyl miał na karku Tatarów Edygeja, Litwa i Polska – Krzyżaków.

Uznano Ugrę za granicę państwową. Lingwen z ramienia Jagiełły osiadł w Wielkim Nowogrodzie, a ponadto jeszcze – wbrew umowom raciąskim z Zakonem – namiestnik królewski, kniaź Jerzy Nos, poszedł do Pskowa.

Odwroty spod Moskwy to temat często spotykany w literaturach europejskich. Serię opisów zapoczątkował Polak, Jan Długosz, który wymownie malował utrapienia odchodzącej na zachód armii. Witold zostawił ją własnemu losowi, bo podobno... „człek lubieżny i pożądliwy, czym prędzej rozstawnymi końmi do żony pośpieszył”. Tatarzy przeszkadzali w prowiantowaniu:

gdy więc ustały wszelkie dowozy i przyszło zostawić w lesie nieużyteczne telegi, srogi głód dał się uczuć rycerstwu. Chcieli się niektórzy z głodu karmić żołędzią, ale, trzymając żołądź w ustach, umierali. Tym sposobem wiele ludzi wyginęło. Przyłączyła się do tego nadzwyczaj śliska i niesposobna droga, z przyczyny ciągłych deszczów; kraj bowiem moskiewski położenie ma zbyt niskie: za czym wszystkie niemal konie z głodu i złej drogi poupadały. W jednym zwłaszcza obszernym lesie tak głębokie były błota, że żołnierze musieli w wielu miejscach ze zdechłych i posłabłych koni słać sobie drogę i stawiać pomosty, inaczej bowiem nie można się było przeprawić.

Długosz zapisał jeszcze, że w drużynie Świdrygiełły, która wraz z nim zbiegła do Moskwy, oprócz Litwinów i Rusinów znajdowali się jacyś Polacy. Wiadomość godna uwagi. Olbrzymia przestrzeń na wschodzie, nadzieje łupów i osobistych karier znęcały niespokojne duchy. Tak więc już w 1408 roku wystąpiły wczesne objawy gorączki, która w dwieście lat później – za Samozwańców – sięgnąć miała monstrualnego stopnia.

Kronikarz na pewno przesadził, oskarżając Witolda o zbytnią tęsknotę do objęć żoninych. Pośpiech księcia tłumaczy raczej tajna narada z królem, odbyta w Nowogródku jeszcze tej samej jesieni 1408 roku. Pędząc galopem znad Ugry, wiózł Witold wiadomość o korzystnym pokoju na wschodzie, który dawał możność stoczenia generalnej batalii na zachodzie. W Nowogródku zapadła pewnie decyzja wojny z Zakonem, nazwanej przez potomność Wielką.

Pomimo wykupna ziemi dobrzyńskiej stosunki pomiędzy Krzyżakami a Polską były od lat kilku napięte do najwyższego stopnia. W 1402 roku wielki mistrz wziął od Zygmunta Luksemburczyka w zastaw Nową Marchię, Santok i Drezdenko, odgradzał kraj od Pomorza Zachodniego, niweczył zdobycze Kazimierza Wielkiego. Taki stan rzeczy oraz wyzywające zachowanie się Malborka stopniowo przezwyciężały panujący w Koronie pacyfizm. Żyło się w niej podówczas, jakeśmy widzieli, wcale nieźle, a historia uczy, że społeczeństwa zadowolone ze swego losu z reguły nie są skłonne do wojny. Za dużo ma każdy osobiście do stracenia.

Sygnałem stało się powstanie Żmudzinów, rozpoczęte w końcu maja 1409 roku, a spowodowane i poparte przez Witolda. Jeszcze ostatni raz – w czerwcu – próbowali Krzyżacy zagrać na nastrojach Polaków. Posłowie wielkiego mistrza, którym był już wtedy Ulryk von Jungingen, na spotkaniu w Obornikach umyślnie wobec rycerstwa koronnego naciskali Jagiełłę, rozwodząc się, że to Litwa prowokuje i psuje pokój. Nie bez echa... Niektórzy doradcy monarchy „z wszelką zabiegali usilnością, aby tlejąca w zarzewiu wojna nie dojrzała i nie wybuchła”.

W lipcu przyjechało do Malborka poselstwo koronne z arcybiskupem gnieźnieńskim, Mikołajem Kurowskim, jako przewodniczącym. Oskarża się czasem metropolitę o zbytni temperament, który go poniósł. Trudno w to uwierzyć. Skoro Jagiełło po zawarciu pokoju na wschodzie, naradzie z Witoldem i rozpoczęciu wstępnych działań na Żmudzi zdecydował się na rozprawę, to musiał pchnąć na Malbork główną siłę, którą rozporządzał, czyli Polskę. Chcąc pchnąć, trzeba ją było wpierw poruszyć z miejsca. Król postanowił widocznie postawić Koronę wobec faktu dokonanego i arcybiskup wykonywał pewnie ścisłą instrukcję, kiedy rąbnął prosto z mostu:

Przestań straszyć nas, mistrzu, wojną litewską: jeśli ty bowiem wybierzesz się na Litwę, bądź pewnym, że król nasz Prusy zbrojno nawiedzi. Nieprzyjaciół Litwy my za swoich uważamy wrogów; na ciebie więc zwrócimy oręż, jeżeli Litwę zaczepisz.

Każda epoka ma swój własny styl rozmów dyplomatycznych, więc może to nam tylko forma spokojnej odpowiedzi mistrza wydaje się kompozycją literacką. Co do treści nie może być sporu: jest wierna i niezmiernie ważna. Najlepiej poinformowany świadek dokonuje oceny poszczególnych odcinków wrogiego frontu:

Dziękuję ci, ojcze przenajwielebniejszy, że nie utaiłeś przede mną zamiarów twego króla. Ja, twoją mową objaśniony i upewniony, raczej na głowę samą niż na członki cios mój wymierzę; ziemię osiadłą niż pustą, miasta i włości raczej niż lasy nawiedzić wolę; wojnę zamierzoną przeciwko Litwie na królestwo polskie obrócę.

Ulryk von Jungingen sam wybrał teatr operacyjny, dając tym świadectwo, gdzie należało wtedy oczekiwać ostatecznych rozstrzygnięć i która z sił grała decydującą rolę. Przyparty do muru, zachował się zupełnie logicznie – postanowił rozbić głównego przeciwnika.

6 sierpnia 1409 roku obwołano w Malborku wojnę. 14 sierpnia Władysław Jagiełło otrzymał w Nowym Korczynie akt jej wypowiedzenia. W dwie doby później chorągwie Zakonu wtargnęły do Polski. Skończył się okres pokoju, trwający od lat siedemdziesięciu siedmiu. Wojna, mająca się ongi wznowić na Zielone Święta 1333 roku, przychodziła dopiero teraz.

 

Kazimierz Wielki zbierał po śmierci żniwo własnej mądrości. Zasługę dzielili z nim jego uczniowie, owi tylekroć później i teraz krytykowani komesowie małopolscy, twórcy czy współtwórcy unii z Litwą. Od chwili jej zawarcia upłynęło już niemal pełne ćwierćwiecze, a przez cały ten czas Polska miała spokojną granicę wschodnią. Unia to nie tylko sojusz wojskowy z Litwą, która poprzednio trudniła się systematycznym upuszczaniem krwi swemu jedynemu kandydatowi na sprzymierzeńca. Unia znakomicie uzupełniła Kazimierzowską koncepcję strzeżenia pokoju dla tym skuteczniejszego skupiania sił samej Polski. Gdyby unia nie spacyfikowała wschodniego pogranicza Korony, obóz polski pod Grunwaldem byłby słabszy.

Skoro od tak dawna nie wojowano z Zakonem, nic chyba dziwnego, że system obronny zardzewiał trochę od tej strony i słabo zniósł pierwsze uderzenie Krzyżaków, nieustannie zaprawiających się w boju. A zresztą, jeśli król naprawdę sprowokował mistrza, to poddani Władysława mogli ulec chwilowemu zaskoczeniu. Atak był nadzwyczajnie silny, wsparty artylerią, jakiej nikt dawniej nie oglądał. Padły Dobrzyń, Złotoryja, Bobrowniki i inne zamki, mieszczanie niemieccy zdradą wydali Bydgoszcz, a to, co się w jej pobliżu stało, w świetle późniejszych wypadków wygląda na szczególnie złośliwy grymas historii. Polacy wzięli tam do niewoli, odbitego wkrótce przez swoich, komtura ze Świecia, który się nazywał Henryk von Plauen.

6 października Jagiełło, po wysilonym marszu i krótkim, bardzo energicznie prowadzonym oblężeniu, zdobył Bydgoszcz szturmem. W dwa dni potem zawarto rozejm. Rok 1409 nie przyniósł rozstrzygnięcia.

Przygotowania do dalszej rozprawy odbywały się na wielką skalę. Jeszcze przed rozpoczęciem działań rozesłał Jagiełło datowane z Opatowa pisma do całej chrześcijańskiej Europy. Dziś, kiedy upłynęło lat pięćset pięćdziesiąt i jak najdokładniej wiadomo, co wyrosło z Prus krzyżackich, czyta się owo orędzie z uczuciem podziwu dla przenikliwości jego autorów.

To tylko jedno ich życzenie – mowa tam o „panach pruskich” – aby mogli kraje cudze jakimkolwiek bądź sposobem posiadać. Skąd zaiste wnosimy, że jeśli tak przewrotnie z innymi książętami jak z nami postępować będą, trudno, aby się kto przy nich utrzymał. Nie ma wątpliwości, że kiedyś, jeśli ich Bóg opatrzny nie ukróci, wszystkie państwa i królestwa przed ich przemocą uklękną [...] Bowiem bezkarność ich nie dopuszcza, aby wola szła za rozumem, ale wymaga, przeciwnie, iżby rozum podlegał woli.

Należy unikać przesadnych aktualizacji, ale najoględniej ważąc opinie, wolno jednak powiedzieć, że podkreślone słowa dadzą się zastosować zarówno do Wilhelma II, jak i do Adolfa Hitlera.

Rozesłane z Opatowa orędzie wojenne jest niezastąpionym dokumentem dla poznania kultury duchowej ówczesnej Polski. Kancelaria koronna umiała siłę argumentacji łączyć z godną największego uznania powściągliwością formy. W obszernym piśmie brak w ogóle wyklinań i wyzwisk, w które obfitowały dokumenty nie tylko współczesne, ale nawet późniejsze o cały wiek (warto porównać, jakich słów używał papież, karcąc prymasa Jana Łaskiego w roku 1530). Nieznany autor orędzia nie poprzestał na opisach faktów, lecz dążył do przedstawienia czytelnikom kwintesencji krzyżackich nieprawości. Zwięźle a nader trafnie wskazał, na czym polega istota zła. Tak pisać umieją tylko ludzie zdolni do syntetyzującego myślenia.

Przygotowania psychologiczne w całym królestwie były rozległe, rozkazy i wezwania ich nie wyczerpywały. Rycerza, który poddał Bobrowniki, „prałaci i panowie” po drobiazgowym śledztwie stawili przed sądem króla, a ten ostatni skazał go na dożywotnie więzienie w Chęcinach (po Grunwaldzie jednak ułaskawił). Innych winowajców uznano za pozbawionych czci. Jeden z nich tak się przejął, że dostał obłąkania. Pod Grunwaldem odznaczył się nadzwyczajną odwagą i sławę odzyskał, lecz do zdrowia nie powrócił nigdy. Dyscypliny moralnej nie brakło w ówczesnym królestwie polskim.

Przez całą zimę „biegły w swoim rzemiośle mistrz Jarosław” w największej tajemnicy pracował w Kozienicach nad budową mostu pontonowego, „jakiego nigdy pierwej nie widziano”. Przez osiem dni odprawiano w Białowieży i w innych puszczach wielkie łowy, a zasolone mięso płynęło Narwią i Wisłą do Płocka.

W początkach grudnia Jagiełło i Witold złożyli w Brześciu radę wojenną, w której oprócz nich uczestniczył tylko podkanclerzy koronny, ksiądz Mikołaj Trąba, późniejszy arcybiskup gnieźnieński i pierwszy prymas Polski. Tam powstał plan kampanii.

Propaganda królewska, rozsyłanie posłów po całym Zachodzie i aż do Anglii poskutkowały. W 1410 roku Krzyżacy otrzymali stamtąd mniej pomocy, niż bywało dawniej, podczas wypraw przeciwko Litwie. Zakon przeciągnął jednak na swoją stronę książąt Pomorza Zachodniego. Oddziaływał na nich rozmaitymi sposobami, przede wszystkim pieniędzmi, lecz także namowami otaczających ich ciągle Niemców. Nie cofał się nawet przed moralnym – co najmniej! – poparciem, a może nawet inspirowaniem zbrodni. W 1395 roku zamordowany został przez Niemca książę Szczecina Warcisław VII – rodzony brat Kaźka słupskiego. Poprzednio złożył on Jagielle hołd, otrzymał w lenno Nakło i dochowywał Polsce wierności. Nie bez przyczyny Krzyżacy gorliwie starali się u papieża o ułaskawienie mordercy. Słabi następcy Warcisława VII najpierw prowadzili grę chwiejną, a w 1409 roku przeszli na stronę Malborka. Jednakże czynny udział w wojnie wziął tylko jeden z nich – Kazimierz V. Przyprowadził sześciuset rycerzy i pod Grunwaldem dostał się do niewoli polskiej.

Mazowsze stanęło przy Polsce, jednakże władający nim rodzeni bracia zachowali się w sposób bardzo różny. Janusz I, warszawski, szedł z Jagiełłą bez zastrzeżeń, a syn jego, Bolesław, już w 1409 roku wtargnął pod Działdowo. Inaczej Ziemowit IV, dawny rywal króla. Zgodził się uczynić ze swego Płocka bazę operacyjną i zaopatrzeniową, posłał na wojnę drużyny i syna (także Ziemowita), ale sam pozostał w domu. Takie postępowanie wydać się może niesympatyczne, jednakże właśnie ono uzasadnia twierdzenie, że Ziemowit IV był politykiem z krwi i kości. Musiał zadać sobie pytanie: a co będzie, jeśli Krzyżacy wygrają? Jego słabe księstwo aż nazbyt długą ścianą przypierało do państwa Zakonu.

Po spławionym pod Czerwińsk i doskonale zabezpieczonym na obu przyczółkach moście mistrza Jarosława armia koronna przeszła na prawy brzeg Wisły i połączyła się z wojskiem Witolda. Przeprawa odbywała się w ścieśnionych szykach i wielkim porządku. Most popłynął potem do Płocka, gdzie czekał następnej okazji.

12 lipca, już na terytorium zakonnym, posłowie węgierscy wręczyli Jagielle akt wypowiedzenia wojny przez Zygmunta Luksemburczyka. Utajono to przed rycerstwem. Tylko ośmioosobowa rada wojenna znała nowinę.

15 lipca rano, po odbyciu dziesięciokilometrowego marszu, chorągwie królewskie zetknęły się z nieprzyjacielem na polach koło wsi Stębarku, Łodwigowa i Grunwaldu. Krzyżacy przybyli tam zapewne już w przeddzień i zdążyli przygotować sobie plac boju.

Przebieg bitwy pod Grunwaldem i całej tej wojny został wyczerpująco i z naukową ścisłością przedstawiony w dziele Stefana M. Kuczyńskiego Wielka Wojna z zakonem krzyżackim. Książka ta wyjaśniła wiele zagadnień, przez długi czas budzących spory.

Dowodził na pewno sam Władysław II. Podczas bitwy zachowywał się dokładnie tak jak chan Mamaj na Kulikowym Polu. Stał ze świtą na wzgórzu, skąd było dobrze widać, i przez gońców słał rozkazy, od których nawet ochrypł. Bo też ten sposób postępowania był przejęty wprost od Tatarów, mistrzów sztuki wojennej.

Siły obu stron. Wielki mistrz miał dwadzieścia jeden tysięcy konnych i jedenaście tysięcy pieszych żołnierzy, liczonych wraz z czeladzią. Jagiełło przyprowadził razem około trzydziestu dziewięciu tysięcy wojowników, do których należy jeszcze dodać tysiąc lub dwa Tatarów, dowodzonych przez Dżelaleddina, syna Tochtamysza. Skład polsko-litewskiej armii był urozmaicony zarówno pod względem narodowości, jak i uzbrojenia. Ciężkiej jazdy koronnej było, razem z najemnikami, osiemnaście tysięcy i ona stanowiła główną siłę uderzeniową. W zakresie broni najważniejszej, rozstrzygającej, Krzyżacy mieli więc przewagę. Skupianie sił Korony, z powodzeniem uprawiane od lat kilkudziesięciu, okazało się polityką zbawienną, deską ratunku. Lżej zbrojnej kawalerii litewsko-ruskiej było jedenaście tysięcy. Polska piechota liczyła cztery, litewska do sześciu tysięcy. Na wiadomość o wojnie wszyscy rycerze polscy bawiący za granicą, wśród nich słynny Zawisza Czarny, ściągnęli do kraju i wzięli udział w najgorętszym boju.

Długosz zanotował rzecz, która dlatego pewnie bywa przemilczana, że od dawna przywykliśmy mierzyć wartość zwycięstwa ogromem strat. Pod Grunwaldem poległo dwunastu wybitniejszych rycerzy polskich. Wyjaśnić to można chyba tylko doskonałością uzbrojenia oraz sprawnością fizyczną – to była przecież ręczna robota! Inni, gorzej zaopatrzeni i wyćwiczeni wojownicy ponieśli oczywiście wielkie straty. Jedną z dzielnie walczących chorągwi smoleńskich wycięli Krzyżacy niemal do nogi. Smoleńszczanami, którzy najbardziej się odznaczyli z całej armii litewskiej, dowodził brat królewski Lingwen (jako prawosławny nosił on imię Szymona, które nie przyjęło się w dziejopisarstwie).

Bitwa skończyła się dobrze przed zachodem słońca, i to jest szczegół bardzo ważny dla oceny późniejszych wydarzeń. Czas zaczynał się liczyć na wagę nie złota, lecz historii.

Zakon stracił pod Grunwaldem większość wojska i całe swe dowództwo, będące jednocześnie kierownictwem politycznym (ocalał tylko wielki szpitalnik, Werner von Tettingen, ale załamał się psychicznie i zbiegł aż do Elbląga). Niedobitki poddały się lub uciekały ogarnięte paniką. Chorągwie królewskie ścigały je na przestrzeni kilku mil, jeszcze za widna. 16 lipca odnaleziono na pobojowisku zwłoki Ulryka von Jungingen. Jagiełło zachował się wobec nich w sposób kulturalny. Kazał je obmyć, okryć purpurą, włożyć na czterokonny wóz i wraz z ciałami innych dostojników, a więc arcykomtura i wielkiego marszałka, odesłać do Malborka.

Uprzedził je biskup Jan Kropidło, który przebywał pod Tczewem. Otrzymał wiadomość o wyniku starcia i natychmiast popędził do Malborka. Stanął tam 17 lipca i niezwłocznie pchnął do króla gońca z zawiadomieniem o strasznej panice w stolicy Zakonu, gdzie nikt nie myślał o obronie.

Ale 18 lipca nadciągnął z wojskiem komtur ze Świecia, Henryk von Plauen, ten sam, który w roku poprzednim wpadł na krótko w ręce polskie pod Bydgoszczą, a pod Grunwaldem nie był. Nazajutrz – 19 lipca – powitał w zamku zwłoki Ulryka von Jungingen i kazał je pogrzebać w kaplicy św. Anny.

Karawan wielkiego mistrza Krzyżaków wygrał wyścig z historią Polski. Konna armia królewska zjawiła się pod Malborkiem w sześć dni po nim, 25 lipca. Henryk von Plauen zdążył tymczasem wziąć wszystko w żelazną garść, zebrał żywność, powiększył załogę, ściągnął z Gdańska marynarzy, spalił miasto i zrobiwszy wszystko, co leżało w jego mocy, czekał oblężenia.

Z Grunwaldu do Malborka jest około stu kilometrów. Po bitwie część rady wojennej żądała śpiesznego pochodu lub przynajmniej wydzielenia pewnej liczby chorągwi i rzucenia ich naprzód. Argumentowano, że skoro król „główny zamek opanuje, w chwili gdy świeży przestrach i groza włada umysłami Krzyżaków, wnet i inne poddadzą się zamki i wojna skończy się spokojnie, bez walki”. Przeważyło zdanie króla i większości rady, postanowiono biwakować opodal pobojowiska przez trzy dni. Ale decyzję o tym postoju podano wojsku do wiadomości już w nocy z 15 na 16 lipca, czyli zaraz po bitwie, i – jak zdaje się wynikać z opisu Długosza – przed zebraniem rady wojennej. Uczynił to „z rozkazu króla woźny królewski Boguta”, a wspomnianą uchwałę większości rady powzięto „potem”.

Jagiełło nie dotrzymał jednak zapowiedzianego terminu, ruszył w pochód 17 lipca i szedł pod Malbork dni... dziewięć. A więc w przeciągu doby wojsko przebywało mniej więcej tyleż drogi, co 15 lipca rano, kiedy ciągnęło pod Grunwald. Na początku tegorocznej kampanii ta sama armia dokonywała trzydziesto- i czterdziestokilometrowych przemarszów. Poprzedniej jesieni król potrzebował sześciu etapów, by dotrzeć z okolic Łęczycy pod Bydgoszcz (sto pięćdziesiąt kilometrów w linii powietrznej). Było to w ostatnich dniach września. Nienaruszone wojsko krzyżackie czyhało w pobliżu, zmuszając do ostrożności, która siłą rzeczy opóźnia pochód. Tym razem maszerowało się w lipcu, po rozgromieniu wroga.

A przecież do pośpiechu winna była skłaniać nie sama tylko sprawa wojny z Krzyżakami. Jagiełło wiedział, że od południa lada chwila może Polsce grozić uderzenie Zygmunta Luksemburczyka.

 

Stało się absolutnie wszystko, czego było potrzeba, by dać Zakonowi ochłonąć i choć jako tako pozbierać się do kupy.

25 lipca, zaraz po przybyciu pod Malbork, dwaj rycerze polscy, Jakub z Kobylan i Dobiesław z Oleśnicy, uderzyli ze swymi pocztami do szturmu i wdarli się w wyłom od strony Nogatu. Nie padł rozkaz wsparcia ich, okazja zdobycia podzamcza została zmarnowana. Całe oblężenie prowadzone było w sposób zadziwiająco miękki, jakże odległy od zaciętości pokazanej w roku poprzednim pod Bydgoszczą. Wtedy błyskawicznie przeprowadzono poważne roboty ziemne – teraz nie nakazano ani jednego porządnego szturmu, pozostawiono von Plauenowi możność znoszenia się ze światem zewnętrznym, nawet przesyłania pieniędzy na najem zaciężnych. Armia gnuśniała, opływając w żywność i inne dostatki, prawdziwe działania bojowe prowadziły czasem tylko chorągwie polskie i ruskie.

Bardzo dziwne, że nasza historiografia częstokroć zbywa ogólnikami to, co się działo bezpośrednio po Grunwaldzie. Czyta się, że Polacy zmarnowali owoce zwycięstwa, nie potrafili go wyzyskać, okazali się niezdolni i tak dalej. Albo: „Opanowanie potężnych zamków krzyżackich wymagało, jak wykazało później doświadczenie wojny trzynastoletniej, znacznego wysiłku, na który nie zdobyli się polscy panowie”. Ale wojna trzynastoletnia odbyła się pół wieku później, kiedy zarówno metody wojowania, jak i stosunki w państwie polskim uległy znacznym przemianom, porównanie więc kuleje.

Pewien wpływ na charakter ocen wywarło może to, iż większość piszących o Grunwaldzie i Malborku historyków sama nigdy w żadnym wojsku nie służyła. W przeciwnym razie autorzy musieliby zwrócić uwagę na wzorową karność panującą w wojsku królewskim, które w niczym nie przypominało późniejszego pospolitego ruszenia. Rozkazy były ściśle wykonywane. Natychmiast po zdobyciu obozu krzyżackiego Jagiełło kazał porozbijać znajdujące się tam beczki i „płynęło wino strumieniami na trupy poległych”, a żołnierzom do upajania się pozostało samo zwycięstwo. Jeńców potraktował Władysław wspaniałomyślnie, zwolnił ich na słowo. Rycerstwo podporządkowało się tej decyzji, która nie mogła mu być miła. Kilka dni wcześniej, zdobywszy Dąbrowno, urządzili tam Polacy srogą rzeź, mszcząc spustoszenie ziemi dobrzyńskiej. A sama zmiana postanowienia o trzydniowym postoju? Rada wojenna uchwaliła obozować do 19 lipca, król kazał ruszyć 17 i usłuchano go.

Po stwierdzeniu faktu wielkiej karności przychodzi kolej na inną kwestię. Jeśli armia zachowuje się w określony sposób, maszeruje wolno, nie wysyłając wprzód oddziałów wydzielonych, to należy zadać oczywiste dla każdego wojskowego pytanie: czego chce dowódca tejże armii, jakie są jego zamiary?

Zmęczenie żołnierzy, jako argument mający wyjaśnić spóźnienie się pod Malbork, nie nadaje się do poważnego traktowania. Liczyć by się mogło tylko zmęczenie lub brak koni. Zresztą po zakończeniu bitwy były jeszcze po stronie polskiej świeże odwody.

Przyjmuje się, że wskutek błędów król nie zdobył stolicy Zakonu. Właściwie należy sprawę postawić zupełnie inaczej i zapytać, czy Jagiełło w ogóle chciał zająć Malbork. Fakty zdają się temu zdecydowanie przeczyć. Krzyżacy, którzy pod Grunwaldem przestali istnieć jako poważna siła zbrojna, wyszli z wojny bez strat terytorialnych na rzecz Polski. Logicznie postępował Długosz, który przypisywał to woli niebios. Trudno za to tłumaczyć tak niebywały wynik serią błędów, nieporozumień lub niedołęstwem. Wojsko królewskie na pewno było zdolne poruszać się z szybkością karawanu. Gdyby przybyło pod Malbork razem z nim, a więc nazajutrz po Henryku von Plauen, sytuacja wyglądałaby znacznie lepiej. Komtur ze Świecia odznaczał się szatańską zawziętością i miewał przebłyski geniuszu, ale cudów robić nie umiał. Nie zdążył na przykład załatać wspomnianego wyłomu w murze podzamcza, a miasto Malbork spalił w ostatniej chwili. Na przezwyciężenie paniki i zorganizowanie obrony potrzebował czasu. Otrzymał cały tydzień.

Wkrótce po rozpoczęciu oblężenia von Plauen zaproponował pokój, godząc się oddać Koronie Pomorze, ziemię chełmińską i michałowską. Panowie polscy zdecydowanie odrzucili te warunki, żądając Malborka, czyli całkowitej kapitulacji. Król początkowo skłonny był zgodzić się na wniosek komtura, a więc na ocalenie resztek państwa krzyżackiego.

W początkach września marszałek inflancki Bern von Hevelmann przyprowadził do Prus słabe posiłki. Wysłany mu naprzeciw Witold zawarł dwutygodniowy rozejm i pośredniczył w porozumieniu z królem. Hevelmann wraz z pięćdziesięciu rycerzami został wpuszczony do Malborka. Miał namawiać von Plauena do zawarcia pokoju, a w rzeczywistości przywiózł mu informacje i zachęty do wytrwania. Po tej wizycie komtur jeszcze bardziej zhardział i przestał myśleć o jakichkolwiek ustępstwach.

Długosz nie zawahał się oskarżyć Witolda, którego zazwyczaj sławił, o działanie na korzyść Krzyżaków. Wkrótce książę postanowił wrócić na Litwę. Powoływał się na biegunkę, trapiącą jego pułki nienawykłe do tak obfitego jadła, jakie miały pod Malborkiem. Zażądał sześciu chorągwi polskich dla zabezpieczenia odwrotu. Prośba została spełniona, co z wojskowego punktu widzenia oznaczało dalsze osłabienie korpusu oblężniczego. Asysta okazała się niepotrzebna, ostrożność przesadna. Odwrót Witolda i powrót Polaków odbyły się w spokoju.

19 września:

Król, nie usłuchawszy zdrowych i zbawiennych rad rycerzy i obywateli pruskich, zwinąć kazał obozy, porzucił oblężenie i z miejsca pełnego chwały, podobniejszy raczej do zwyciężonego aniżeli do zwycięzcy, ruszył do Polski z powrotem.

Ksiądz Mikołaj Trąba, jedyny oprócz Jagiełły i Witolda uczestnik rady w Brześciu, gdzie ułożono plan kampanii, zaklinał na wszystkie świętości, by oblężenia nie zwijać, płakał rzewnymi łzami. W trzy dni później Polacy jednym szturmem wzięli zamek w Radzyniu. 10 października, słabsi o połowę od Krzyżaków, pozbawieni artylerii, wygrali niezwykle zaciętą bitwę kawaleryjską pod Koronowem, którą ówcześni fachowcy stawiali wyżej od Grunwaldu.

Wojna wcale sił polskich nie zużyła. One nie zostały użyte, jak należało.

16 lipca Jagiełło i Witold objeżdżali pobojowisko grunwaldzkie. Gdybyż wiedzieć, o czym rozmawiali wtedy i przy innych okazjach! Ponieważ darmo o tej wiedzy marzyć, trzeba rozpatrzyć ogólne położenie polityczne, bo tylko ta czynność może choć trochę rozjaśnić fatalną zagadkę.

Należyte wyzyskanie Grunwaldu radykalnie, do głębi zmieniłoby sytuację na korzyść Polski, lecz nie Litwy. Witold stracił w bitwie połowę swojej armii, dobrze wyszczerbione chorągwie koronne nadal jednak reprezentowały pełną wartość, a to tym bardziej że siła Zakonu niemal przestała istnieć. Mocniejszy zagarnąłby lwią część łupów, i to nie tylko materialnych, lecz politycznych, to znaczy trwałych i owocujących w przyszłości. Likwidacja państwa zakonnego uczyniłaby z Korony, która i tak była od Litwy silniejsza, wielką potęgę. Gdańsk, Malbork, Elbląg i Toruń słuchałyby wszak Krakowa, nie zaś Wilna.

Jagiełło kończył szósty krzyżyk i nie miał dziedzica, podobnie Witold. Dwa lata wcześniej przyszła na świat córka królewska, Jadwiga. Zapowiadało się więc znowu to samo co przed ćwierćwieczem, to znaczy, że Polacy będą mieli do rozporządzenia rękę małoletniej królewny. Jagiełło i Witold musieli o tym wszystkim myśleć, zwłaszcza wtedy, gdy się zastanawiali, co począć po Grunwaldzie. Brali pod uwagę konkret, od którego zależała przyszłość. Tylko zachowanie jakiejś równowagi mogło uchronić Litwę od znalezienia się na łasce i niełasce Korony. W skarbcu kapituły krakowskiej leżał dokument stwierdzający wieczyste przyłączenie Wielkiego Księstwa do Polski! Ocalenie szczątka państwa krzyżackiego mogło się przyczynić do utrzymania równowagi politycznej. Osłabiony Malbork mógł się stać dla Litwy już nie śmiertelnym wrogiem, lecz partnerem. Jagiełło znakomicie prowadził działania mające na celu złamanie sił zakonnych w polu, czyli decydujące ich osłabienie. Nic nie wskazuje, że przewidywał możność zniweczenia tego państwa. Ale brak również dowodów, iż do tego celu w ogóle dążył.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?