A niech to czykoladaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Paweł Beręsewicz

A niech to czykolada!

© by Paweł Beręsewicz

© by Wydawnictwo Literatura

Okładka i ilustracje:

Magdalena Kozieł-Nowak

Korekta:

Aneta Kunowska, Joanna Pijewska

Wydanie II

pierwsze w Wydawnictwie Literatura

ISBN 978-83-8208-944-8

Wydawnictwo Literatura, Łódź 2020

91-334 Łódź, ul. Srebrna 41

handlowy@wydawnictwoliteratura.pl

tel. (42) 630-23-81

www.wydawnictwoliteratura.pl

Na zlecenie Woblink


woblink.com

plik przygotowała Weronika Panecka

Rozdział I


Był piękny pogodny poranek dziewięćdziesiątego szóstego dnia tysiąc osiemset dwudziestej piątej pustki. Ole obudził się bardzo wcześnie, zdziwiony, że w ogóle udało mu się zasnąć. Na ten dzień przez całą pustkę czekały wszystkie zyliryjskie dzieci, a i dorośli na myśl o nim czuli przyjemny dreszczyk, choć rzadko kiedy otwarcie się do tego przyznawali.

Zyliryjski kalendarz znał trzy rodzaje pustek. Najdłużej trwała tak zwana pustka krokodyla. Ciągnęła się przez trzysta trzydzieści sześć dni i aż wierzyć się nie chce, że człowiek w ogóle może tyle wytrzymać. Następna była pustka węgorza. Sto czterdzieści cztery dni to niby sporo krócej, ale i tak przerażająco długo. Oczywiście wszyscy najbardziej lubili pustkę myszy, jeżeli pustkę w ogóle można lubić. Dziewięćdziesiąt sześć dni bez Rzeczy – to jeszcze jakoś ostatecznie da się znieść.

Tysiąc osiemset dwudziesta piąta pustka była właśnie pustką myszy, co oznaczało, że dziewięćdziesiąty szósty jej dzień był jednocześnie dniem Zjawienia – początkiem dwudniowej Obecności, czasu radosnych zabaw, ulicznych korowodów, pląsów i parad przebierańców. Po tych dwóch dniach wesela co prawda zawsze nieuchronnie następowało Zniknięcie, a wraz z nim początek nowej pustki, ale w zjawienny poranek o sprawach przykrych nikt nie zamierzał myśleć.


Ole energicznym kopnięciem wyrzucił w powietrze kołdrę i wyturlał się z łóżka, zanim zdążyła opaść. Pospiesznie włożył czarne rajtuzy i rozprostował ręką ogon, który splątał się w trakcie ubierania. Nie, nie, Zyliryjczycy normalnie nie mają ogonów. Materiałowa kicha, wypchana watą i usztywniona twardym drutem, przyszyta była do obcisłych gatek Olego i stanowiła element przebrania. Ole miał nadzieję, że będzie dzięki temu wyglądał jak Dundolf – szef szefów licznej bandy potworów zaludniających zyliryjskie legendy. Nikt wprawdzie nigdy nie widział Dundolfa, ale z jakichś względów dla wszystkich było oczywiste, że musi posiadać ogon. Według najbardziej chyba znanego podania – czytano je dzieciom w każdym przedszkolu – Dundolf mieszkał w olbrzymim pałacu pełnym regałów z książkami. Nie były to jednak zwyczajne czytadła. Potwór, za pomocą tajemniczych składników warzonych w wielkim czarnym kotle, zamieniał w księgi najpiękniejsze miasta świata. Kiedy mu się udawało, zacierał z zadowoleniem swoje szponiaste łapy, odkładał na półkę nowo zdobyty tom i nigdy potem do niego nie zaglądał. Jego biblioteka była już prawie pełna. Zostało miejsce jeszcze tylko na jedną jedyną księgę. Na świecie było wiele miast, które zaklęte w papier stanowiłyby ozdobę jego kolekcji. Dundolf jednak z jakichś sobie tylko znanych powodów upatrzył jedno i o żadnym innym nie chciał słyszeć. Jak się domyślacie, chodziło mu o Zylirię. Problem polegał na tym, że choć próbował już od wieków, wciąż nie potrafił uwarzyć odpowiedniej mikstury, która pozwoliłaby mu spełnić marzenie. Wiadomo było, że taka substancja istnieje i że nazywa się czykolada (w niektórych wersjach legendy także „czekolada”). Nikt jednak nie miał pojęcia, jak wygląda, i nie znał jej składu. Wściekał się więc bezradny Dundolf, mieszając drewnianą chochlą w wielkim kotle, ale nic mu nie wychodziło. Dodawał składnik po składniku, podgrzewał, mroził, potrząsał, cedził, rozcieńczał, kisił i suszył – bez skutku.


Zyliryjskie przedszkolaki rzecz jasna śmiały się, słuchając o niepowodzeniach potwora. Wszyscy zresztą traktowali tę opowieść tak, jak się traktuje każdą legendę – wiadomo, że jest zmyślona, a jednak czasem miło się trochę pobać. Strój Dundolfa był zawsze hitem karnawału, a słowo „czykolada” (lub „czekolada”) na stałe weszło do zyliryjskiego języka na określenie wszystkiego, co budzi niechęć, wstręt lub pogardę.

– Ale czykoladowe śniadanie! – powiedział Ole, kiedy odziany w czarny kostium zszedł tego ranka do kuchni.


Do wielkiej wytęsknionej chwili zostało jeszcze kilkanaście godzin i już sam ten fakt był czykoladowy. Historia znała co prawda kilka przypadków, kiedy Ręka z Rzeczą zjawiła się przed południem, ale ostatnia taka sytuacja miała miejsce około dwustu Zjawień temu i od tej pory zawsze trzeba było czekać aż do wieczora. Ole był jednak tylko dzieckiem – najchętniej od razu pobiegłby na Plac Zjawień i tam, razem z całą resztą niecierpliwych dzieciaków, czekałby na zmierzch. Niestety, rodzice w życiu nie zgodziliby się na coś takiego. W domu panowała szaleńcza krzątanina, jak zawsze tego dnia przed południem. Porządkom i przygotowaniom nie było końca, a mama pilnowała, żeby Ole nawet na sekundę nie był bezrobotny. Odkurzanie pokoju w stroju Dundolfa nie było łatwe. Długi ogon bez przerwy wciągał się w odkurzacz, pod kilkoma warstwami bielizny ciekły strużki potu, plecy bolały od schylania – jednym słowem: totalna czykolada.


– Może niech Dundolf przebierze się za Olego? Będzie mu się wygodniej sprzątało – zaproponował tata i ostatecznie chłopiec, krzywiąc się okropnie, ściągnął z siebie wieczorny strój.

Kiedy pokój na górze już lśnił, mama wymyśliła liczenie talerzy i sztućców. Wieczorem, po Zjawieniu i ulicznej paradzie, zawsze przychodzili dziadkowie i wujkowie z dwoma synami, Mamiejanem i Dlatem. Liczba gości za każdym razem była taka sama, ale mama i tak wolała się upewnić, czy dla kogoś nie zabraknie łyżeczki lub filiżanki.


Kolejnym czykoladowym zadaniem, jakie przypadło Olemu w udziale, było usuwanie kurzowych kotów przyczepionych do nóg krzeseł. Potem przyszła kolej na zamiatanie liści przed domem, strząsanie pajęczyn z narożników ganku, trzepanie dywanu z gościnnego pokoju i dopiero na koniec jakieś przyjemne zajęcie – malowanie ręki.

Świąteczne nadmuchiwane dłonie już od połowy pustki można było kupić w każdym zyliryjskim sklepie. Sprze-dawano je w różnych rozmiarach, kolorach i kształtach. Dzieci zawsze marzyły o tych największych – do samego sufitu. Rodzice jednak najczęściej woleli mniejsze i po długich targach zwykle stawało na średnich dłoniach – mniej więcej wysokości Olego. Zakupu dokonywano kilka dni przed Zjawieniem, ale w większości domów z dmuchaniem i malowaniem czekało się aż do świątecznego popołudnia. Ojcowie ściągali ze strychów specjalne pompki, które od poprzedniego Zjawienia leżały tam bezczynnie, wtykali gumowy wężyk do otworu znajdującego się zwykle w nadgarstku ręki i zaczynało się rodzinne pompowanie. Zgodnie z tradycją, do pompowania dłoni używało się pompek nożnych. Naciskając stopą na miech, wtłaczało się powietrze do wężyka, a następnie do środka gumowej ręki. W ostatnich czasach na rynku pojawiły się również pompki elektryczne, ale powszechnie uważano je za przejaw złego smaku i upadku obyczajów, toteż nikt głośno nie przyznałby się do ich używania.

W rodzinie Olego szanowano tradycję – stara nożna pompka pamiętała podobno jeszcze czasy pradziadka Honeya. Pompowanie przebiegało zawsze według z góry ustalonego porządku. Zaczynał tata. Kilka razy energicznie naciskał na gumowy mieszek, a leżąca na podłodze sflaczała ręka reagowała na to ledwie zauważalnymi drgawkami. Ole nie mógł się doczekać swojej kolejki, ale najpierw musiała popompować mama. Po paru nadepnięciach uśmiechała się do Olego i chłopiec z zapałem podbiegał do pompki.


– To resztę ja! – wołał i mocno naciskał nogą na miech.

Za każdym razem czekało go podobne zaskoczenie. Stopa na pompce co prawda opadała ku ziemi, ale dużo wolniej, niż można się było spodziewać. Ole przenosił cały ciężar ciała na pompującą nogę i powietrze z sykiem przelatywało do wnętrza ręki. Przez chwilę energicznie przeskakiwał z nogi na nogę, ale już po minucie czuł na szyi pierwsze krople potu, a ręka nadal była gumowym flakiem. Ole zaciskał zęby i dalej zawzięcie pompował, ale postępy nie były zachęcające. Po trzech minutach skakania na pompkę był tak zdyszany, że musiał robić krótki odpoczynek. Gumowa dłoń nie była nadmuchana nawet w połowie.

 

– No to może znowu ja – proponował tata, na co Ole naburmuszonym tonem odpowiadał:

– No dobra, jak już musisz!

Malowanie zaczynało się dopiero wtedy, kiedy ręka była już napompowana. Stała w kącie na specjalnym obciążonym stojaku, a jej pięć wyprostowanych palców sterczało do góry. Obowiązkowo musiała być w kratkę. To dlatego, że Ręka, która zjawiała się po każdej pustce, zawsze ubrana była w biało-czarną kraciastą rękawiczkę. Poza przepisową kratką nic nie ograniczało fantazji Zyliryjczyków. Niektórzy po prostu paćkali kraciaste tło jaskrawą farbą, inni przyklejali ozdoby wycięte z kolorowego papieru, jeszcze inni zarzucali na palce paseczki krepiny. W domu Olego panował zwyczaj ozdabiania gumowej dłoni modelem Rzeczy z poprzedniego Zjawienia. Ostatnio Ręka przyniosła wielki srebrny łańcuch z gigantyczną, również srebrną płaskorzeźbą przyczepioną do największego, okrągłego ogniwa. Tym razem więc mama wyciągnęła z szafy miedziany drut, pocięła go na kawałki, powyginała w połączone ze sobą kółka, owinęła je błyszczącą folią i zawiesiła na gumowym kciuku.

– Ciekawe, co dzisiaj się zjawi! – powiedziała, z zadowoleniem przyglądając się swojemu dziełu.

– Eksperci twierdzą, że bransoleta. Dawno już nie było bransolet – odrzekł tata z ironicznym uśmieszkiem.

Mama skrzywiła się lekceważąco. W rodzinie Olego nie ufano naukowym prognozom.

– Eksperci! – prychnęła. – Jeszcze się nie zdarzyło, żeby mieli rację. Ja w ogóle nie rozumiem, dlaczego musimy utrzymywać tych darmozjadów.

Rozmowę o ekspertach przerwało rodzicom donośnie bicie dzwonów. Było to tradycyjne wezwanie – znak, że czas kończyć domowe zajęcia, wkładać świąteczne kostiumy lub odświętne ubrania, jeśli ktoś nie przepadał za przebierankami, i powoli zmierzać na Plac Zjawień.


Rozdział II


Kiedy rodzina Olego zbliżała się do Placu Zjawień, nad Zylirią zapadał zmrok. Na środku kwadratowego rynku znajdowała się pusta przestrzeń ograniczona wielkim kręgiem przenośnych barierek, na którą wstęp był surowo wzbroniony. Po zewnętrznej stronie prowizorycznego ogrodzenia powoli gromadził się różnokolorowy tłum. W gęstwinie głów Ole wypatrzył kilka znajomych twarzy. Całkiem niedaleko jego dwaj kuzyni, Mamiejan i Dlat, wiercili się niecierpliwie i bez przerwy pytali o coś stojących obok rodziców. Odrobinę dalej Twojak, najlepszy przyjaciel Olego, wpatrywał się w niebo przez śmieszną dziecinną lornetkę. Ludzie na placu witali się z sąsiadami, uśmiechali się uprzejmie, usiłowali prowadzić niewinne pogaduszki, ale w powietrzu czuło się napięcie. „Bransoleta, pierścionek, zegarek” – to były słowa, które najczęściej padały w rozmowach. Ludzie próbowali zgadnąć, co zjawi się tym razem, a uliczni cwaniacy przy turystycznych stolikach przyjmowali nawet zakłady.

– Obstawiajcie, wygrywajcie! – wołali do przechodniów i niejeden tego wieczora poczuł w sobie hazardową żyłkę.

– Stówka na zegarek! – powiedział tata Olego, kładąc na jednym ze stolików nowiutki banknot stuzylowy. Mama skrzywiła się jak co roku, bo była stanowczo przeciwna grze na pieniądze – zwłaszcza że tata nigdy w życiu niczego jeszcze nie wygrał. Właściwie zwykle nie miał skłonności do hazardu, ale małego niewinnego zakładziku w dniu Zjawienia nie potrafił sobie odmówić.

– Nic się nie martw, kochanie, mam system – uspokajał mamę. – Jak już wreszcie wygram, odkuję się za wszystkie czasy.

System taty nie był skomplikowany. Zawsze obstawiał zegarek.

– Kiedyś w końcu musi się zjawić – powtarzał od niepamiętnych czasów i po każdym Zjawieniu filozoficznym wydęciem warg witał przynoszone przez Rękę obrączki, naszyjniki, brosze i bransolety.

Tak naprawdę w całej historii Zylirii zegarek zjawił się tylko raz. Było to owo legendarne pierwsze Zjawienie, od którego wszystko się zaczęło. Zyliria przypominała wtedy raczej ubogą wioskę niż miasto, a garstka jej mieszkańców z trudem wiązała koniec z końcem, uprawiając maleńkie piaszczyste poletka przy byle jak skleconych chałupkach. Kiedy niebo się rozstąpiło i w wielkiej szparze pojawiła się dłoń w kraciastej rękawiczce, ludzie myśleli, że to koniec świata. Mieli prawo tak myśleć. Olbrzymia Ręka zmiotła nędzne chatynki z powierzchni ziemi, jakby to były domki z kart. Mieli prawo myśleć, że to koniec świata, co nie znaczy, że mieli rację.




To nie był koniec świata. Właściwie to był dopiero początek. Ręka po chwili znikła w chmurach, szczelina w niebie zasunęła się za nią, ale na kupie desek, która jeszcze niedawno była Zylirią, leżał gigantyczny zegarek z najszczerszego złota. Tarczę miał wielką jak młyńskie koło. Wskazówki przypominały miecze i włócznie królewskich żołnierzy, a koronka do nakręcania – brzuchatą beczkę. Pasek wyglądał jak brukowana alejka przed wiejskim cmentarzem, z tą tylko różnicą, że zamiast z kamiennych kostek zrobiony był ze złotych sztabek. Według pradawnych kronik na tarczy zegarka widniał tajemniczy napis: „ole”. Nie trzeba już chyba wyjaśniać, skąd wzięło się najpopularniejsze męskie imię w Zylirii.






Niezwykła Rzecz leżała w wiosce przez dwa dni. Drugiego dnia wieczorem Ręka pokazała się znowu. Pierwsze Zniknięcie było równie zaskakujące jak pierwsze Zjawienie. Gdy dłoń podniosła zegarek i z powrotem schowała się z nim w chmurach, rozpoczęła się pierwsza pustka. Mieszkańcy długo nie mogli dojść do siebie, a gdy już wreszcie doszli i zdołali jako tako odbudować swoje liche domostwa, wszystko zaczęło się od początku – Ręka wróciła z nową Rzeczą i wioska znów właściwie przestała istnieć. Dopiero po trzech czy czterech razach ludzie zrozumieli, że teraz tak już po prostu będzie, i nauczyli się przewidywać kolejne Zjawienia. Wioskę odbudowano według nowego planu, pozostawiając wielki pusty plac pośrodku, tak żeby Ręka mogła się zjawiać i nie wyrządzać przy tym szkód.

Z czasem wieść o niezwykłych zdarzeniach w Zylirii rozeszła się po świecie i ludzie ze wszystkich stron zaczęli się zjeżdżać, żeby obejrzeć kolejne Zjawienia i Zniknięcia albo po prostu na własne oczy zobaczyć którąś ze słynnych Rzeczy. W biednym dotąd miasteczku jak grzyby po deszczu zaczęły wyrastać karczmy, gospody, sklepy i kramy z pamiątkami. W czasie każdej Obecności Zyliria przeżywała prawdziwe oblężenie, a mieszkańcy bogacili się w oszałamiającym tempie.


Podczas mniej więcej pięćsetnej pustki ówczesny burmistrz wpadł na pomysł, żeby otoczyć miasto murami i w ciągu dwóch dni Obecności pobierać od przybyszów opłatę za wjazd. Od tej pory miejski skarbiec po prostu pękał w szwach, a wraz z nim pęczniały sakiewki mieszkańców. Nikt już nie zawracał sobie głowy uprawianiem poletek czy hodowaniem kur – Zyliria żyła ze Zjawień. W te dwa krótkie dni miasto zarabiało tyle pieniędzy, że przez całą pustkę właściwie nikt nie musiał nic robić.

Nicnierobienie jednak to strasznie nudne zajęcie i co bystrzejsi Zyliryjczycy kombinowali w pocie czoła, jak z Ręki wycisnąć jeszcze większe korzyści. Kil-kaset Zjawień temu ustanowiono nawet specjalną nagrodę dla przedsiębiorczych osób, które zaproponują najlepszy sposób pomnożenia bogactwa Zylirii. Nazwano ją Nagrodą Lovena, na cześć owego legendarnego burmistrza, który przed wiekami wpadł na genialny pomysł sprzedawania biletów do miasta. Otrzymanie Lovena było największym zaszczytem i zapewniało laureatom sławę po wszystkie czasy. Stawiano im pomniki, pisano o nich książki, a ich imionami nazywano ulice, place i szkoły.


Jednym z lovenistów, jak o nich mówiono, był prapraprapradziadek Olego ze strony matki, też zresztą Ole. Za-proponował on mianowicie, że miasto może nieźle zarobić, sprzedając okolicznościowe gadżety – breloczki z Rzeczą, naklejki z Rzeczą, piórniki z Rzeczą, zeszyty z Rzeczą, czapeczki z Rzeczą, piżamy w Rzeczy, książki o Rzeczy, lizaki w kształcie Rzeczy i tak dalej. Pomysł był rzeczywiście znakomity, choć miał pewną wadę, na którą do tej pory nikomu nie udało się znaleźć sposobu. Otóż turyści odwiedzający Zylirię podczas Zjawień nie chcieli – co oczywiste – kupować pamiątek z poprzednimi Rzeczami – interesowała ich wyłącznie aktualna.

I tu właśnie pojawiała się trudność: nikt bowiem nie był w stanie zawczasu przewidzieć, co zjawi się tym razem. Okres między Zjawieniem a Zniknięciem był stanowczo za krótki, żeby wyprodukować opłacalną ilość gadżetów. Niektórzy przedsiębiorcy próbowali odgadnąć kolejne Zjawienia i w ciemno produkowali pamiątki. Ci, którym udało się trafić, zbijali bajeczne fortuny. Pechowcy, którzy źle obstawili, pozostawali z magazynami pełnymi niesprzedanych gadżetów, co nierzadko prowadziło do bankructwa. W każdym razie interes był niezwykle ryzykowny i jak dotąd nikomu nie udało się rozwinąć go na szerszą skalę. Dlatego tak wielką nadzieję wiązano w Zylirii z pracą tak zwanych ekspertów, którzy usiłowali dopatrzyć się w Zjawieniach jakiejś prawidłowości i na tej podstawie przewidzieć kolejne Rzeczy.


– Posuwamy się naprzód – co jakiś czas zapewniał na łamach prasy szef Instytutu Badań nad Rzeczą. – Jesteśmy o krok od odkrycia systemu.

Tata Olego, ilekroć czytał podobne oświadczenia, prychał lekceważąco i mówił:

– Czekoladowi fachowcy! Odkąd pamiętam, powtarzają to samo. Tylko że jakoś ciągle nie mogą zrobić tego ostatniego kroku.

– A jak już zrobią? – zapytał kiedyś Ole.

– Jak zrobią, to Loven murowany, ale… – tata dokończył zdanie pogardliwym machnięciem ręką.

Nie wierzył ekspertom za grosz. „Stówka na zegarek” – to był jego system. Przecież kiedyś w końcu zegarek musiał znowu się zjawić. Spryciarze przy stolikach obiecywali tysiąc zyli za każdego zyla postawionego na zegarek. Gdyby Ręka rzeczywiście przyniosła zegarek, tata zarobiłby okrągłe sto tysięcy! Wtedy mama na pewno przestałaby kręcić nosem. Tata byłby z pewnością najszczęśliwszym człowiekiem w Zylirii. Ole pewnie też bardzo by się cieszył. Sto tysięcy w końcu piechotą nie chodzi. Kto wie, co rodzice kupiliby mu wtedy w prezencie. Było jednak coś, za co bez wahania oddałby wszystkie prezenty świata – coś, czego nie dało się kupić ani za sto tysięcy, ani za sto razy sto razy sto. Ole marzył o Nagrodzie Lovena i nieśmiertelnej sławie.

 


Rozdział III


Plac Zjawień zapełnił się do granic możliwości. Mieszkańcy Zylirii i dziesiątki tysięcy szczęśliwców, którym udało się kupić bilety, stłoczeni wokół odgrodzonego kręgu, z niecierpliwością wpatrywali się w niebo. Spóźnialscy i ci, których nie stać było na najdroższe miejsca, zajmowali okoliczne uliczki i skwerki, zebrani wokół rozstawionych w różnych punktach miasta telebimów. Zmrok dawno już zapadł, ale Zyliria tonęła w powodzi elektrycznego światła.

Tuż przed godziną dwudziestą głośna muzyka płynąca z głośników umilkła i przez tłum przeleciał podniecony szmer. Naukowcy obliczyli, że osiemdziesiąt siedem procent dotychczasowych Zjawień miało miejsce między dwudziestą zero dwie a dwudziestą dziesięć. Należało więc przypuszczać, że wielki, wyczekiwany przez wszystkich moment był już naprawdę blisko. Ludzie przestali rozmawiać, zdenerwowani rodzice strofowali jeszcze niektóre rozbrykane dzieciaki, ale w sumie robiło się coraz ciszej i w końcu miasto całkiem umilkło.

Około dwudziestej zero pięć na niebie błysnęło.

– Ooo! – zaszemrał tłum.

Przez następne kilkadziesiąt sekund nic się nie działo, ale starsi mieszkańcy Zylirii, którzy pamiętali niejedno Zjawienie, wiedzieli, że już się zaczęło. Gdzieś wysoko, wysoko nad głowami zebranych zabrzmiały przedziwne dźwięki – jakby dalekie wołanie, jęki, szepty. Gwałtowny podmuch wiatru poruszył fryzury. Tłum wstrzymał oddech i niebo pękło.

Olemu i pozostałym widzom wydało się, że świat nagle zaczął hamować. Przez mgnienie oka wszystko działo się jakby w zwolnionym tempie, ale prawie natychmiast wróciło do normy. Jak przez rozcięcie w grubej granatowej kotarze wlało się z góry oślepiające światło i ludzie podnieśli ręce, żeby osłonić oczy.

– Mamo, to już? – pisnęło jakieś przerażone dziecko i tłum zasyczał:

– Ciiii!




Nagle potok światła zbladł nieco i przez szparę w niebie wśliznęło się coś ogromnego. Wszyscy w tłumie dobrze wiedzieli, co będzie dalej, a mimo to niejednemu włos zjeżył się na głowie. Kilka sekund później ogromne „coś” zaczęło nabierać kształtów i zgromadzeni na placu ludzie wyraźnie zobaczyli pięć palców gigantycznej dłoni zaciśniętej w pięść. Ręka zbliżała się do pustego kręgu pośrodku placu i już po chwili można było zobaczyć wzór na białej rękawiczce – słynną czarną krateczkę. Dopiero kiedy pięść dotknęła bruku, widzowie mogli ocenić jej prawdziwe rozmiary.

– Rety, ona jest większa niż mój dom! – jęknął któryś z biletowych gości, a stojący obok Zyliryjczyk prychnął ze źle skrywaną dumą:

– A co myślałeś, chłopie!

Ręka przez chwilę jakby się wahała. Potem bardzo powoli kraciaste palce rozluźniły się, wyprostowały i prawie otwarta dłoń łagodnie opadła na plac.

Ole, tak jak i wszyscy zebrani, otworzył szeroko oczy i wstrzymał oddech. Stojący obok tata z całej siły zacisnął zęby, a jego twarz zastygła między uśmiechem szczęścia a grymasem zawodu.

– Zegarek, zegarek, zegarek, zegarek, zegarek, zegarek… – bezgłośnie powtarzały jego wargi.

Wreszcie Ręka drgnęła i oderwała się od bruku. Parę metrów nad ziemią z powrotem zamknęła się w pięść i odjechała w stronę świetlistego rozdarcia. Niebo zamknęło się za nią. Szkolne podręczniki wspominają, że chwili tej zawsze towarzyszy przedziwne uczucie nagłego przyspieszenia. Rzeczywiście, przez krótki moment Ole miał niesamowite wrażenie, jakby stał się częścią filmu przewijanego w jakimś szalonym tempie. Trwało to jednak nie dłużej niż sekundę, a potem świat znowu się uspokoił.

Tłum odprowadził Rękę wzrokiem i wszystkie oczy ponownie skierowały się na plac. Na samym środku odgrodzonej przestrzeni leżała nowa Rzecz. Była okrągła, niewątpliwie złota i dość spora, choć oczywiście zdarzały się już większe. Ole kątem oka spojrzał na tatę i na ułamek sekundy przyłapał go na rozczarowanej minie. Wyraz zawodu natychmiast jednak zniknął i ustąpił miejsca obojętnemu uśmieszkowi.

– Nie tym razem, to następnym – mruknął tata i potargał Olemu czuprynę.

Tymczasem na placu rozpoczęła się tradycyjna ceremonia. W pobliżu ratusza służby porządkowe na chwilę rozsunęły barierki i na ogrodzony teren wtoczył się brzuch burmistrza, a tuż za nim jego właściciel i dwóch najbardziej zasłużonych ekspertów. Trzej dostojnicy z uroczystymi minami zbliżyli się do Rzeczy i rozpoczęli oficjalne oględziny. Obeszli ją dookoła, kucnęli, żeby przyjrzeć się z bliska. Jeden z ekspertów wyjął specjalny młoteczek i popukał w złotą powierzchnię. Drugi włożył do uszu lekarskie słuchawki i przytknął membranę do krawędzi koła.

Burmistrz jako pierwszy zakończył badanie i niecierpliwie czekał na ekspertów. Kiedy i oni skończyli, cała trójka przez chwilę dyskutowała szeptem i oczywiście nikt na placu nie mógł usłyszeć ich słów. Wreszcie burmistrz zadał jakieś stanowcze pytanie i obaj eksperci pokiwali głowami.


W trakcie trwania oględzin wniesiono na plac niewielki drewniany podest przykryty tkaniną w zyliryjskich barwach i właśnie w jego stronę udał się gruby burmistrz po rozmowie z ekspertami. Z pewnym trudem wgramolił się na podwyższenie, ujął w dłoń podany mu przez któregoś ze współpracowników mikrofon i rozpoczął tradycyjne oświadczenie, które od wieków wygłaszali jego poprzednicy na tym dostojnym urzędzie:

– Zyliryjczycy i Zyliryjki! Szanowni goście, świecie cały! Ogłaszam wam uroczyście: po raz tysiąc osiemset dwudziesty szósty zjawiła się Rzecz!

Jeden wielki okrzyk radości wyrwał się z tysięcy gardeł. Stare mury Zylirii zadrżały od oklasków, a niebo rozświetliły bajeczne fajerwerki. Burmistrz stał na mównicy, uśmiechając się dobrotliwie, i cierpliwie czekał, aż pierwszy wybuch entuzjazmu ucichnie nieco i będzie można dokończyć oświadczenie.


Wytrawni bywalcy Zjawień zaczęli uciszać swoich mniej doświadczonych sąsiadów i wkrótce Zyliria jeszcze raz umilkła. Burmistrz z powagą potoczył wzrokiem po tłumie i znów uroczyście przemówił:

– Radujmy się! Wielka Ręka raczyła przynieść… – tu zrobił pauzę, żeby jeszcze bardziej podgrzać atmosferę – raczyła przynieść szczerozłotą obrączkę!

Tym razem radosne okrzyki przemieszane były z pomrukiem zawodu, ale bardzo cichym, bo nikt nie odważyłby się głośno narzekać na Rzecz. Tymczasem burmistrz podniósł do góry dłoń na znak, że jeszcze nie skończył, i tłum znowu umilkł w oczekiwaniu na resztę oświadczenia.

– Po wewnętrznej stronie obrączki – powiedział dostojny urzędnik – wygrawerowany jest napis: „J.A.P.”.

Ta wiadomość wywołała uśmiechy i całą serię wesołych żarcików. Zgodnie bowiem z tradycją, dzieciom urodzonym w czasie Obecności nadawano imiona podpowiadane przez Rzecz. Czasem Rzeczy nie miały żadnych napisów i wtedy szukano inspiracji w historycznych Zjawieniach. Tym razem jednak nie było wątpliwości. Wszyscy wiedzieli, że w ciągu najbliższych paru dni społeczność Zylirii powiększy się o sporą gromadkę różowych, pomarszczonych i rozwrzeszczanych Japów.

Burmistrz uniósł do góry obie ręce, nabrał powietrza w płuca i z całą mocą wygłosił formułę, na którą czekały tysięczne tłumy:

– Baw się, Zylirio!


Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?