Zwycięzca jest sam

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

11:00

Podobno wszystko zaczęło się od nikomu nieznanej francuskiej dziewiętnastolatki, która w bikini pozowała fotografom na plaży podczas festiwalu w Cannes w 1953 roku. W krótkim czasie stała się gwiazdą, a imię Brigitte Bardot obrosło legendą. Odtąd każda dziewczyna wierzy, że jej się też uda. Żadna nie ma pojęcia o aktorstwie, wszystkie liczą tylko na własną urodę.

To dlatego długonogie tlenione blondynki pokonują tysiące kilometrów, żeby znaleźć się w Cannes, całymi dniami leżeć plackiem na plaży i czekać, aż ktoś je sfotografuje i odkryje. Chcą uniknąć pułapki, jaka nieuchronnie czeka każdą kobietę: roli wzorowej gospodyni, rano odprowadzającej dzieci do szkoły, wieczorem czekającej na męża z kolacją, a przez resztę dnia pilnie obserwującej sąsiadów, żeby zebrać materiał do plotek z przyjaciółkami przy kawie. Długonogie blondynki pragną sławy, świateł reflektorów i przepychu. Chcą wzbudzać zazdrość wśród mieszkańców miasteczek, z których pochodzą, wśród dziewczyn i chłopaków, którzy traktowali je z góry i nawet przez myśl im nie przeszło, że kiedyś brzydkie kaczątka zamienią się w piękne łabędzie. Kariera w fabryce snów to jedyny cel, który się liczy. Nawet jeżeli trzeba się zapożyczać na silikon czy seksowne kiecki. Szkoła aktorska? Bzdura! To zbędne. Wystarczy ładna buzia i kontakty. Kino czyni cuda. Pod warunkiem, że uda ci się wejść do świata X muzy. Zrobią wszystko, żeby się wyrwać z małomiasteczkowej monotonii. Milionom ludzi nie przeszkadza takie życie, niech więc sobie tam siedzą. Ale jeśli przyjeżdżasz do Cannes, zostaw strach w domu i bądź gotowa na wszystko: na podejmowanie ryzykownych decyzji, na kłamanie, kiedy wymaga tego sytuacja, na zaniżanie wieku, na uśmiechanie się do tych, którymi się brzydzisz, na interesowanie się tymi, którzy cię nudzą, na mówienie „kocham” bez względu na konsekwencje, na wbijanie przysłowiowego noża w plecy przyjaciółce, która ci kiedyś podała pomocną dłoń, a obecnie stała się znienawidzoną rywalką. Przyj do przodu, wyzbądź się wszelkich skrupułów i poczucia wstydu. Nagroda zrekompensuje wszystkie poniesione ofiary.

Sława. Blask i przepych.

Takie rozważania irytują Gabrielę. Nie najlepszy początek dnia. Zwłaszcza kiedy ma się kaca.

Jedno jest pocieszające: tym razem nie obudziła się w łóżku w apartamencie pięciogwiazdkowego hotelu, obok faceta, który ciska jej ciuchy w twarz i każe się wynosić, bo ma ważniejsze sprawy na głowie.

Podnosi się z posłania i rozgląda po mieszkanku w poszukiwaniu przyjaciółek. Oczywiście już wyszły. Oblegają teraz bulwar Croisette, baseny i hotelowe bary, próbują dostać się na jachty i proszone obiady. Na podłodze małej kawalerki, wynajętej za istną fortunę na okres festiwalowy, leży pięć materacy. Wokół nich porozrzucane ubrania, bielizna, walają się dziesiątki butów i wieszaki. Żadnej nie przyszło do głowy, żeby to pozbierać i ułożyć w szafach.

„Ubrania zabierają więcej miejsca niż ludzie”.

O czymś z kolekcji Saaba, Lagerfelda, Versacego czy Gallianiego mogą tylko marzyć. Żadnej z nich nie stać na taki luksus. Ale i tak to, co mają, zaścieła całą powierzchnię mieszkania: bikini, minispódniczki, krótkie koszulki, buty na platformie, tony kosmetyków.

„Kiedyś będę się ubierała, jak zechcę. Potrzebuję tylko jednej jedynej szansy”.

Dlaczego potrzebuje tej szansy?

To bardzo proste. Bo wie, że jest najlepsza, i to wbrew temu, że jej kiepskie wyniki w szkole rozczarowały rodziców. W końcu dowiodła samej sobie, że potrafi radzić sobie z trudnościami, porażkami i frustracjami. Urodziła się, żeby błyszczeć i zwyciężać. Nie ma co do tego żadnych wątpliwości.

„A kiedy już osiągnę to, o czym zawsze marzyłam, zapytam siebie: kochają mnie dla mnie samej, czy też dlatego, że jestem sławna?”.

Zna kilku znanych aktorów teatralnych, którzy mimo odniesionego sukcesu poza sceną są nieszczęśliwi, pełni wątpliwości, niepewni jutra. Wybrali aktorstwo, by wcielać się w inne postacie i żyją w obawie przed jednym fałszywym krokiem, który może przekreślić ich kariery.

„Ja jestem inna. Zawsze byłam sobą”.

Czy to prawda? A może na jej miejscu każda dziewczyna pomyślałaby tak samo?

Wstaje i parzy sobie kawę. W kuchni panuje straszliwy bałagan. Żadna z dziewczyn nie wpadła na pomysł, żeby po sobie pozmywać. Nie rozumie, czemu obudziła się w tak fatalnym nastroju i skąd biorą się wszystkie wątpliwości. Jest dobra w tym, co robi, całą duszą poświeciła się swojej pracy, a wygląda na to, że nikt nie dostrzega jej talentu. Zna ludzką naturę. Wie, że przed walną bitwą musi szukać sprzymierzeńców wśród mężczyzn, i że koniecznie trzeba się pośpieszyć. Ma dwadzieścia pięć lat i za chwilę będzie za stara na karierę w fabryce snów. Mężczyzn może podsumować w trzech punktach:

nie są tak zdradliwi jak kobiety,

nigdy nie zwracają uwagi na damski strój – zawsze rozbierają kobietę wzrokiem,

wystarczą ładne piersi, uda, pośladki i płaski brzuch, a już masz ich u swoich stóp.

Ponieważ powyższe punkty nie są też obce jej rywalkom, Gabriela przywiązuje szczególną wagę do punktu trzeciego. Uprawia aerobik, biega, unika cudownych diet i pozornie wbrew logice ubiera się z dyskretną elegancją. Do tej pory to się sprawdzało i uchodziła za młodszą niż w rzeczywistości. Ma nadzieję, że zadziała także w Cannes.

Piersi, pośladki, uda. Niech się gapią do woli, ale pewnego dnia pokaże im, na co ją stać.

Popija kawę w zadumie. Chyba już wie, czemu przypisać brak humoru. Miasto jest pełne najpiękniejszych kobiet świata! Sama nie jest brzydka, ale w porównaniu z nimi nie ma żadnych szans. Dlatego musi szybko zdecydować, co robić dalej. Długo się wahała, czy w ogóle przyjechać. Ma niewiele pieniędzy i mało czasu, żeby załatwić kontrakt. Przez dwa pierwsze dni chodziła po agencjach, rozdawała swoje CV i zdjęcia. Wszystko, co zdołała osiągnąć, to zaproszenie na wczorajszy bankiet w kiepskiej restauracji z piekielnie głośną muzyką. Nie pojawił się na nim nikt z Superklasy. Dla kurażu wypiła trochę za dużo. Skończyło się na tym, że nie wiedziała, gdzie jest i co robi. Wszystko wydawało jej się dziwaczne – Europa, sposób, w jaki ludzie się ubierają, różnorodność języków, przyklejone uśmiechy. Wśród bębniącej muzyki, wywrzaskiwanych plotek o cudzym życiu i pomstowania na klasy uprzywilejowane, każdy z obecnych marzył tylko o tym, żeby się znaleźć na którymś z największych bankietów.

Gabriela ma dość rozmów o tzw. niesprawiedliwości klas uprzywilejowanych. Wybrańcy są po prostu tacy, jacy są i kropka. Zadają się z tymi, z którymi chcą i nie muszą się przed nikim tłumaczyć. Dlatego Gabrieli potrzebny jest plan. Wiele innych dziewczyn, którym przyświeca ten sam cel (bez krzty talentu, rzecz jasna), biega po mieście, na prawo i lewo rozdając swe CV i zdjęcia. Producenci filmowi zgromadzili już pewnie stosy papieru, filmów na DVD i wizytówek.

Jak wyróżnić się z tej całej masy?

Musi pomyśleć. To ostatnia szansa. Wszystko wydała na podróż. No i, nie da się ukryć, starzeje się. Ma już aż dwadzieścia pięć lat. To naprawdę ostatni dzwonek.

Dopijając kawę wygląda przez kuchenne okienko na ślepą uliczkę na dole, na sklep tytoniowy i dziewczynkę jedzącą czekoladę. Tak, to jej ostatnia szansa. Ma nadzieję, że wszystko zakończy się pomyślnie, nie tak, jak podczas jej debiutu scenicznego.

Wraca do przeszłości. Przypomina sobie jedenastoletnią uczennicę jednej z najdroższych szkół w Chicago, dziewczynkę przygotowującą się do wyjścia na scenę. Jej późniejsze pragnienie zwycięstwa nie narodziło się z gromkich oklasków zgromadzonej na szkolnym przedstawieniu publiczności: matek, ojców, krewnych, nauczycieli.

Wszystko potoczyło się inaczej. Grała Szalonego Kapelusznika w Alicji w Krainie Czarów. Tę jedną z najlepszych ról otrzymała pokonując w castingach wiele koleżanek i kolegów.

Jej pierwsza kwestia brzmiała: „Powinnaś ostrzyc sobie włosy”. Na co Alicja odpowiadała: „A pan powinien oduczyć się robienia przycinków, panie Kapeluszniku”.

Kiedy po wielu próbach nadszedł długo oczekiwany moment, miała taką tremę, że pomyliła tekst i rzekła: „Powinnaś przedłużyć sobie włosy”. Dziewczynka grająca Alicję spokojnie wypowiedziała swą kwestię i nikt na widowni niczego nie zauważył. Ale Gabriela wiedziała, że się sypnęła, i ze zdenerwowania straciła głos. Bez Szalonego Kapelusznika nie mogli kontynuować. Przez chwilę zapanowała konfuzja, a potem na znak nauczycielki kurtyna opadła. Z zalaną łzami buzią Gabriela uciekła ze sceny i ze szkoły, podczas gdy po przerwie młodzi aktorzy przeszli od razu do sceny krykieta u Królowej. Ale o tym dziewczynka dowiedziała się następnego dnia, i chociaż nauczycielka pocieszała dzieci, że nie miało to żadnego wpływu na całość przedstawienia, bo w historii Alicji w Krainie Czarów brak wszelkiej logiki, Gabriela była zdruzgotana, a do tego podczas przerwy dzieci dały jej niezły wycisk.

Nie po raz pierwszy wdała się w bójkę z rówieśnikami. Nauczyła się bronić przed silniejszymi i atakować słabszych, zdarzało się to przynajmniej raz w tygodniu. Tym jednak razem poddała się karze bez słowa skargi, bez jednej łzy. Napastników tak zaskoczyła jej reakcja, że szybko dali sobie spokój, bo chcieli zobaczyć jej łzy, usłyszeć krzyki. A że przyjmowała razy z pokorą, szybko stracili motywację. Tymczasem po każdym celnym ciosie, Gabriela powtarzała sobie w duchu: „Zostanę wielką aktorką. Kiedyś tego pożałują”.

Kto twierdzi, że dzieci nie są w stanie decydować o swojej przyszłości?

Dorośli.

Bo kiedy dorastamy, nabieramy przekonania, że posiedliśmy wszystkie rozumy i zawsze mamy rację. Podobne przeżycia na pewno były udziałem niejednego dziecka grającego w szkolnych przedstawieniach, a po takim doświadczeniu prawie każde na zawsze rezygnowało z kariery aktorskiej, ze świateł jupiterów i oklasków publiczności. Ale nie Gabriela, która do jedenastego roku życia nie przegrała żadnej batalii, i należała do najbystrzejszych, najładniejszych i najlepszych uczennic w klasie. Podjęła decyzję: „Ja im jeszcze pokażę!”.

 

Odpowiadać ciosem na cios to jedno, ale nosić w sobie przez całe życie ślady porażki to sprawa daleko poważniejsza. Jak wiadomo, przeżyte w dzieciństwie głupie sypnięcie się w szkolnym przedstawieniu, potknięcie się w tańcu, komentarze o patykowatych nogach, czy kapuścianej głowie, mogą mieć dwojaki skutek.

Niektórzy wybierają zemstę i starają się osiągnąć jak najlepsze rezultaty w dziedzinie, w której uchodzili za słabeuszy. „Jeszcze mi pozazdrościcie”, myślą.

Jednak większość godzi się z porażką i od tej pory wszystko układa się coraz gorzej. Brak im wiary w siebie, z pokorą przyjmują przeciwności losu (chociaż marzą o wolności). Pobierają się, żeby dowieść, że nie są tak brzydcy, jak to wmawiali im koledzy (chociaż sami uważają się za wyjątkowo nieatrakcyjnych). Płodzą dzieci, żeby nikt nie posądził ich o bezpłodność (chociaż nigdy nie chcieli potomstwa). Dobrze się ubierają, żeby nikt ich nie posądził o brak smaku (chociaż dobrze wiedzą, że wszyscy krytykują ich wygląd).

Po tygodniu epizod ze szkolnego przedstawienia poszedł w zapomnienie. Gabriela poprzysięgła sobie, że kiedyś wróci do szkoły jako światowej sławy aktorka, otoczona asystentami, ochroniarzami, fotografami i tłumem fanów. Zagra w Alicji w Krainie Czarów, a dochód z przedstawienia przeznaczy na sieroty. Będą o niej pisać wszystkie gazety, a dawni koledzy szkolni powiedzą: „Graliśmy z nią w tej samej sztuce!”

Matka chciała, żeby została chemikiem. Po ukończeniu szkoły średniej, rozpoczęła więc studia w Instytucie Technologii w Illinois. W ciągu dnia uczyła się o proteinach i strukturze benzenu, a wieczorami obcowała z Ibsenem, Cowardem i Szekspirem. Z pieniędzy otrzymywanych od rodziców na zakup odzieży i książek, opłacała szkołę teatralną, gdzie pracowała pod kierunkiem najlepszych mistrzów. Zbierała sporo pochwał. Śpiewała (bez wiedzy rodziców) w chórku z grupą rockową i tańczyła taniec brzucha w przedstawieniu Lawrence z Arabii.

Przyjmowała każdą propozycję w nadziei, że pewnego dnia wśród publiczności znajdzie się ktoś, kto zaproponuje jej prawdziwe przesłuchanie. A wtedy jej starania i walka o miejsce w świetle jupiterów zostaną uwieńczone sukcesem.

Mijały lata. Gabriela grała w reklamach telewizyjnych pasty do zębów, pracowała jako modelka. Raz o mało nie przyjęła propozycji pracy jako hostessa towarzysząca biznesmenom. Bardzo potrzebowała wtedy pieniędzy na przygotowanie portfolio dla najpoważniejszych agencji w Stanach Zjednoczonych. Na szczęście Bóg czuwał, a nigdy nie straciła wiary w Niego. Tego samego dnia zaproponowano jej statystowanie w wideoklipie japońskiej piosenkarki, który kręcono pod wiaduktem napowietrznej linii kolejowej przecinającej Chicago. Zarobiła wyjątkowo dużo, bo producenci wykorzystali nieznajomość rynku zagranicznego klienta. Dzięki temu sfinansowała wymarzone portfolio, które kosztowało dużo więcej, niż sobie wyobrażała.

Zawsze powtarzała sobie, że to początek kariery, tymczasem dni i miesiące mijały w zawrotnym tempie. W szkole teatralnej miała szansę na rolę Ofelii w Hamlecie, ale życie zaoferowało jej jedynie reklamy dezodorantów i kremów do pielęgnacji ciała. Chodziła po agencjach ze swoim portfolio i listami polecającymi od profesorów, przyjaciół i ludzi, z którymi pracowała. Wszędzie spotykała tłumy dziewczyn jak ona, uśmiechniętych i nienawidzących się nawzajem, gotowych na wszystko, byle „zaistnieć” – jak to się mówi w tych kręgach.

Godzinami czekała na swoją kolejkę, czytając o medytacji i pozytywnym myśleniu. W końcu zasiadała w fotelu przed agentem (mężczyzną lub kobietą), który odkładał na bok listy polecające i bez słowa komentarza przeglądał fotosy. Zapisywał jej dane, z rzadka po jakimś czasie zapraszał na przesłuchania, z których jedno na dziesięć kończyło się pomyślnie. Z całym swoim talentem (bo ciągle wierzyła, że ma talent) stawała przed kamerami i grupą źle wychowanych ludzi, którzy rzucali rozkazy: Rozluźnij się! Uśmiech! Obrót w prawo! Opuść głowę! Zwilż wargi!

A jaki był tego efekt? Kolejna reklama nowej marki kawy.

A co się działo jeśli agent nie dzwonił? Czuła się odrzucona. Z czasem nauczyła się z tym żyć. Uznała porażki za próbę wytrwałości i wiary we własne siły. Nie dopuszczała do siebie prawdy, że szkoła teatralna, listy polecające, wszystkie wymienione w CV rólki na trzeciorzędnych scenach, nie miały absolutnie...

Dzwoni komórka.

... żadnego znaczenia.

Komórka ciągle dzwoni.

Jest wciąż daleko myślami, kiedy tak patrzy na sklep tytoniowy i dziewczynkę zajadającą czekoladki, kiedy nagle wraca do teraźniejszości i chwyta za telefon.

Głos po drugiej stronie informuje, że za dwie godziny ma się stawić na przesłuchanie.

Idzie na przesłuchanie!

W Cannes!

Opłaciło się przelecieć ocean, wylądować w obcym mieście, gdzie hotele są przepełnione, poznać na lotnisku dziewczyny takie jak ona (jedna Polka, dwie Rosjanki i Brazylijka), błąkać się od drzwi do drzwi w poszukiwaniu noclegu, płacić fortunę za nędzne mieszkanko. Wreszcie się udało – po latach bezowocnych spotkań z agentami w Chicago, w Los Angeles, po drobnych epizodach i występach w reklamie, po wszystkich przeżytych upokorzeniach, odnalazła swą przyszłość w Europie!

Za dwie godziny?

Nie może pojechać autobusem, bo nie zna rozkładu. Mieszka na szczycie stromego wzgórza i dotąd była w centrum tylko dwa razy – żeby zanieść swoje portfolio agentom i na tym koszmarnym bankiecie ostatniej nocy. Na dole łapała okazję – zatrzymywali się samotni panowie w drogich kabrioletach z podniesionym dachem. Każdy wie, że w Cannes jest bezpiecznie, a uroda pomaga w tego rodzaju sytuacjach. Dziś jednak nie może ryzykować, problem transportu musi sama rozwiązać. Na castingu punktualność to podstawa. Tego ją nauczyły kontakty z agencjami aktorskimi. Poza tym, jak zdążyła zauważyć, miasto jest zwykle zakorkowane. Trzeba się więc ubrać i ruszać jak najszybciej. W dziewięćdziesiąt minut powinna dotrzeć do hotelu, w którym zatrzymał się producent. Zapamiętała ten hotel, bo biegając wczoraj po mieście w poszukiwaniu swojej szansy, również i tam zachodziła.

Teraz odwieczny problem: „W co się ubrać?”

Rzuciła się na walizkę. Wybrała dżinsy od Armaniego, wyprodukowane w Chinach i kupione na bazarze w Chicago za jedną piątą ceny. Nikt nie powiedziałby, że to podróbka. Wiadomo, że 80% swojej produkcji chińskie fabryki wysyłają do firmowych sklepów, a pozostałe 20%, nazwijmy to nadwyżką, jest sprzedawane „na boku” przez samych zatrudnionych.

Do tego biała koszulka DKNY, dużo droższa od spodni. Wierna swoim zasadom wie, że dyskretny styl się opłaca. Precz z kusymi spódniczkami i głębokimi dekoltami. Musi się wyróżnić z tłumu innych dziewczyn na castingu.

Zastanawia się jeszcze nad makijażem. W końcu wybiera jasny podkład i subtelny odcień kredki do ust. Straciła na to cenny kwadrans.

11:45

Ludzie są wiecznie niezadowoleni. Kiedy mają niewiele, chcą więcej. Jeśli mają dużo, chcą jeszcze więcej. A kiedy już to osiągną, tęsknią za prostym, skromnym życiem, tyle tylko, że nic w tym kierunku nie czynią.

Czy nie wiedzą, że do szczęścia potrzeba tak niewiele? Za czym goni ta dziewczyna w dżinsach i białej bluzce? Co jest tak ważne, że w biegu nie dostrzega piękna słonecznego dnia, błękitu morza, niemowląt w wózeczkach, kołysanych wiatrem palm wzdłuż bulwaru?

„Zatrzymaj się dziewczyno! Nigdy nie uciekniesz przed dwoma najważniejszymi istnieniami w życiu każdego człowieka: przed Bogiem i przed śmiercią. Bóg ci stale towarzyszy i będzie się gniewał, bo nie zwracasz uwagi na cud życia. Ani na cud śmierci. Właśnie przebiegłaś obok trupa i niczego nie dostrzegłaś”.

Igor przeszedł kilka razy obok miejsca zbrodni. Aż doszedł do wniosku, że za bardzo zwraca na siebie uwagę. Odtąd zachowuje bezpieczną odległość dwustu metrów. Założył ciemne okulary (nie ma w tym nic podejrzanego, bo świeci słońce, poza tym w takim mieście celebrytów jak Cannes są one oznaką statusu). Oparł się o balustradę i spogląda raz na plażę, raz na ławeczkę, na której niedawno siedział.

Dziwi się, że choć już prawie południe, nikt nie zwrócił uwagi na martwą kobietę leżącą na ławce przy głównym bulwarze miasta, na którym w tej chwili spoczywają oczy całego świata.

Do ławki zbliża się para ludzi w średnim wieku, najwyraźniej poirytowanych. Krzyczą coś do Śpiącej Królewny. To jej rodzice – wściekają się, bo śpi zamiast pracować. Mężczyzna gwałtownie potrząsa córką. Kobieta pochyla się nad nią i zasłania Igorowi widok.

Igor nie ma już wątpliwości, co wydarzy się za chwilę.

Krzyk kobiety. Ojciec wyciąga z kieszeni telefon komórkowy i odchodzi na bok. Jest zdenerwowany. Matka wciąż potrząsa ciałem dziewczyny. Zatrzymują się przechodnie. Igor może już zdjąć ciemne okulary i wmieszać się w tłumek gapiów.

Matka płacze, przytula do piersi ciało córki. Jakiś młody człowiek odsuwa ją i próbuje metody usta – usta, ale na próżno. Twarz Olivii ma już lekki odcień fioletowy.

– Wezwijcie karetkę!

Kilka osób jednocześnie wybiera ten sam numer. Czują się ważni, przydatni, czuli na ludzką niedolę. Z oddali dobiega już wycie karetki pogotowia. Matka krzyczy coraz głośniej. Jakaś kobieta próbuje ją objąć, ukoić matczyny ból, ale matka odpycha jej rękę. Ktoś chce unieść ciało do pozycji siedzącej, ktoś inny radzi je położyć. Nic już nie da się dla niej zrobić.

– Pewnie przedawkowała – słychać z boku. – Ach! To młode pokolenie!

Słuchacze kiwają głowami na znak poparcia. Igor obserwuje w milczeniu, jak sanitariusze wyjmują swój sprzęt, przykładają dziewczynie elektrody do piersi. Z boku przygląda się lekarz. Nic nie mówi, bo wie, że to koniec, ale nie chce, żeby jego podwładnych oskarżano o zaniedbanie obowiązków. Układają ciało na noszach, a nosze instalują w karetce. Matka przylgnęła do ciała córki. Po krótkiej dyskusji pozwalają kobiecie zostać przy dziecku i karetka rusza z piskiem opon.

Od odkrycia zwłok przez rodziców do odjazdu karetki nie minęło nawet pięć minut. Ojciec zmarłej nie bardzo wie, co ze sobą zrobić, dokąd pójść. Nie pomna na to, do kogo mówi, ta sama kobieta, która mówiła o przedawkowaniu, podchodzi teraz do niego i „pociesza” go:

– Proszę się nie martwić. To się tu zdarza codziennie.

Ojciec nie reaguje. Ciągle trzyma w ręku otwartą komórkę i wpatruje się w pustkę. Nie rozumie, co się do niego mówi. Albo nie ma pojęcia, co takiego zdarza się tu codziennie, albo w szoku odpłynął gdzieś w niebyt, przestrzeń, w której ból nie istnieje.

Tłum rozchodzi się tak szybko, jak się zebrał. Na miejscu pozostają jedynie człowiek z otwartą komórką i mężczyzna, który w ręku trzyma ciemne okulary.

– Znał pan tę dziewczynę? – pyta Igor.

Brak odpowiedzi.

Lepiej zrobić to, co wszyscy – przespacerować się bulwarem Croisette i zobaczyć, co dzieje się w Cannes w słoneczny poranek. Podobnie jak ojciec ofiary, Igor nie umie nazwać tego, co odczuwa: zniszczył świat, którego nigdy nie będzie w stanie odbudować, nawet gdyby posiadał nieograniczoną władzę. Czy Ewa jest tego warta? Z łona Olivii – zna imię dziewczyny i to go niepokoi, bo przestała być dla niego anonimową twarzą w tłumie – mógłby narodzić się geniusz, który być może odkryłby lekarstwo na raka albo składając swój podpis pod traktatem międzynarodowym, położyłby fundamenty pokoju między narodami. Zabił nie tylko jedną kobietę, ale wszystkie następne pokolenia, którym mogłaby dać początek. Cóż on uczynił? Czy miłość, choćby największa, mogła usprawiedliwić zbrodnię?

Pomylił się przy wyborze pierwszej ofiary. Śmierć Olivii nigdy nie trafi na pierwsze strony gazet i Ewa nie zrozumie adresowanego do niej sygnału.

Nie myśl już o tym. Co się stało, to się nie odstanie. Masz przecież swój plan. Nie wolno ci się teraz wycofywać. Dziewczyna wie, że nie na próżno umarła. Została złożona w ofierze na ołtarzu wielkiej miłości. Rozejrzyj się, zobacz, ile się wokół dzieje, zachowuj się jak najnormalniejszy w świecie facet. Dość się już w życiu nacierpiałeś. Zasłużyłeś sobie na odrobinę spokoju. Baw się dobrze podczas festiwalu. W końcu taki masz plan.

Nawet gdyby wziął ze sobą kąpielówki, nie przedarłby się na sam brzeg. Hotele najwyraźniej przywłaszczyły sobie ogromne połacie nabrzeża, pełne teraz leżaków z hotelowym logo, krzątających się kelnerów i ochroniarzy, którzy strzegą porządku i domagają się od każdego plażowicza okazania kluczy lub karty hotelowej. Resztę plaży zajmują wielkie, białe namioty, w których rozmaite znane browary i firmy kosmetyczne w czasie lunchu promują swoje nowe produkty. Uczestnicy tych lunchów ubrani są normalnie, jeśli za „normalny” strój można uznać baseballówkę, jaskrawo kolorową koszulę i jasne spodnie dla mężczyzn oraz biżuterię, luźny top, bermudy i klapki dla kobiet.

 

Obowiązkowym elementem stroju dla obu płci są ciemne okulary. Golizny prawie się nie widuje, bowiem Superklasa przekroczyła już pewien dopuszczalny wiek i każda demonstracja tego typu zostałaby uznana za śmieszną, albo, wyrażając się dosadniej, żałosną.

Igor zaobserwował jeszcze jeden detal: telefon komórkowy. Najważniejszy element garderoby.

Do dobrego tonu należy częste odbieranie esemesów i telefonów, a za każdym razem należy rozmowę przerwać i skupić się na połączeniu, nawet kiedy dotyczy sprawy zupełnie nieistotnej. Trzeba też demonstracyjnie wystukiwać kilometrowe esemesy. Wszyscy chyba zapomnieli, że SMS to krótka wiadomość tekstowa, a maleńka klawiatura nie jest maszyną do pisania. Pisanie esemesów jest zajęciem mozolnym, uciążliwym, a do tego powoduje zwyrodnienia w stawach kciuka, ale nikt się tym nie przejmuje. Zresztą dotyczy to nie tylko Cannes, ale całego świata. W tej chwili w przestrzeni kosmicznej krążą miliony komunikatów w stylu: „Witaj, kochanie. Obudziłem się myśląc o tobie. Żyć bez ciebie nie mogę”, „Będę za dziesięć minut. Nakrywaj do stołu i sprawdź, czy bielizna została wysłana do pralni”, „Co za nudy. Nie ma gdzieś innej imprezy? Gdzie jesteś?”. Informacje, których napisanie zajmuje pięć minut, a wypowiedzenie nie więcej niż dziesięć sekund. Świat już niestety taki jest. Igor dobrze o tym wie. W końcu sam zawdzięcza swoje setki milionów dolarów temu, że telefon przestał być prostym środkiem komunikacji, a stał się furtką do nadziei, sposobem na samotność, manifestacją własnej wartości.

A to prowadzi do kompletnej demencji. Dzięki przemyślnemu systemowi stworzonemu w Londynie, za jedyne pięć euro miesięcznie możesz co trzy minuty otrzymywać z centrali rutynową wiadomość. Jeśli chcesz zrobić wrażenie na swoim rozmówcy, wystarczy wcześniej zadzwonić pod pewien numer i aktywować usługę. Dzwoni komórka, wyjmujesz ją, otwierasz, szybko odczytujesz wiadomość i rzucasz nonszalancko: „To może poczekać” – jasne, że może poczekać, bo wiadomość zawierała jedynie godzinę nadania i informację o dostarczeniu usługi. W ten sposób twój rozmówca czuje się doceniony – czyż nie zrezygnowałeś z odpowiedzi ze względu na niego? – i rozmowa o interesach nabiera tempa. Po trzech minutach następny dzwonek i przerwa w rozmowie, a ciśnienie wzrasta. Teraz masz do wyboru albo wyłączyć telefon na piętnaście minut, albo pod pozorem pilnych spraw do załatwienia uwolnić się od niechcianego interlokutora.

W jednym tylko przypadku telefon obowiązkowo się wyłącza. Nie, bynajmniej nie podczas oficjalnego bankietu, sztuki teatralnej, w kinie czy w operze, kiedy primadonna bierze górne „c” – wszędzie tam można usłyszeć dzwonek telefonu. Tym jedynym miejscem jest pokład samolotu. Święcie wierzymy słowom komunikatu: „Na czas lotu prosimy o wyłączenie telefonów komórkowych, ich użycie może spowodować zakłócenia pracy systemu nawigacyjnego”, a przecież to wierutne kłamstwo.

Igor wie dobrze, skąd się wziął ten mit: od wielu lat firmy lotnicze usiłują przekonać pasażerów do korzystania z aparatów telefonicznych zainstalowanych w samolocie. Koszt połączenia dziesięć dolarów za minutę, chociaż system wykorzystuje te same satelity, co zwykły telefon komórkowy. Fortel się nie powiódł, lecz legenda wciąż jest żywa. Po prostu zapomniano wymazać polecenie z instrukcji odczytywanej przez stewardesę na krótko przed startem. Podczas każdego lotu kilku pasażerów zapomina po prostu wyłączyć komórki, a do tego wiele osób włącza laptopy i korzysta z Internetu, łącząc się z siecią za pomocą systemu telefonii komórkowej. I nigdy jeszcze żaden samolot nie rozbił się z powodu czyjejś włączonej komórki.

Ostatnio niektóre linie lotnicze zmodyfikowały nieco ten komunikat. Na pokładach ich samolotów można używać komórek, ale za czterokrotnie wyższą cenę, po uprzedniej aktywacji „trybu samolotowego”. Konia z rzędem temu, kto wie, co to jest „tryb samolotowy”. Ale jeśli ktoś pozwala się nabierać, to jego problem.

Wędruje dalej bulwarem. Nie może wymazać z pamięci tego, co zobaczył w ostatnim spojrzeniu dziewczyny. Stara się o tym nie myśleć.

Coraz więcej ochroniarzy, ciemnych okularów, kostiumów, jasnych ubrań i biżuterii. Coraz więcej ludzi poruszających się przyspieszonym krokiem, jakby mieli coś ważnego do załatwienia, coraz więcej fotoreporterów liczących na to, że uda im się uchwycić coś wyjątkowego. Coraz więcej gazetek z programem festiwalu. Coraz więcej ulotek wciskanych biednym śmiertelnikom, którzy nie mają zaproszenia do białych namiotów. Coraz więcej reklam zachęcających do odwiedzenia którejś z restauracji na szczycie wzgórza, z dala od bulwaru Croisette, w dzielnicy, gdzie w wynajętych klitkach zatrzymały się początkujące aktorki i modelki, żyjące z nadzieją, że jedno zaproszenie na casting odmieni ich życie.

Wszystko łatwe do przewidzenia. Gdyby teraz wszedł na jedną z tych promocyjnych imprez, nikt nie ośmieliłby się go prosić o okazanie zaproszenia – jest jeszcze wcześnie, a organizatorzy boją się, że goście zawiodą. Za to w zależności od dalszego rozwoju sytuacji, za pół godziny ochroniarze otrzymają polecenie wpuszczania wyłącznie ładnych, samotnych dziewczyn.

Dlaczego nie spróbować?

Ma przecież do spełnienia misję. Schodzi po kilku stopniach do wielkiego białego namiotu z plastikowymi oknami, klimatyzacją oraz białymi stolikami i krzesełkami, w większości jeszcze pustymi. Jeden z ochroniarzy pyta, czy ma zaproszenie. Igor potakuje, udaje, że szuka czegoś po kieszeniach. Ubrana na czerwono recepcjonistka śpieszy z pomocą.

Wręcza jej wizytówkę z logo jego firmy i nazwiskiem, Igor Malev, prezes. Na pewno jestem na liście gości, mówi, ale widocznie zostawiłem zaproszenie w hotelu, miałem tyle ważnych spotkań, że po prostu zapomniałem. Hostessa zaprasza go do środka. Potrafi rozpoznawać ludzi po stroju, a „prezes” na wizytówce też robi swoje. A tym bardziej prezes rosyjskiej korporacji! Każdy wie, że bogaci Rosjanie lubią popisywać się swoim majątkiem. Sprawdzanie listy gości jest więc zbyteczne.

Igor wchodzi i rusza do baru – namiot jest doskonale wyposażony, jest w nim nawet parkiet taneczny. Zamawia sok z ananasa, bo w szklance przyozdobionej szafirową japońską parasolką tkwi czarna słomka.

Siada przy jednym z wielu pustych stolików. Wśród nielicznych gości dostrzega mężczyznę po pięćdziesiątce, z kruczoczarnymi farbowanymi włosami, sztuczną opalenizną i muskulaturą rzeźbioną w akademii kulturystyki, obiecującej wieczną młodość. Ma na sobie powyciągany t shirt i siedzi w towarzystwie dwóch mężczyzn w eleganckich garniturach renomowanej firmy. Mężczyźni odwracają się w stronę Igora. Igor odwraca głowę, ale nadal obserwuje całą trójkę spoza ciemnych szkieł. Panowie w garniturach starają się dociec, kim jest, a po chwili przestają się nim interesować.

Igor jest zaintrygowany.

Człowiek w t shircie nie ma nawet komórki, za to pozostali dwaj co chwilę odbierają telefony.

Skoro ten spocony, źle wychowany oberwaniec został wpuszczony do namiotu, skoro ten nie ma przy sobie komórki, skoro kelner, co jakiś czas kręci się obok niego i nagabuje, czy czegoś sobie życzy, skoro nawet nie raczy odpowiedzieć, tylko macha przecząco ręką – to znaczy, że to ktoś bardzo ważny.