Czarownica z Portobello

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Tydzień później wreszcie zadzwoniła. Nie miała mi nic do powiedzenia ponad to, że zabrała już wszystkie swoje rzeczy i że nie zamierza wracać. Po kolejnych dwóch tygodniach dowiedziałem się, że przy Basset Road wynajęła małą klitkę na poddaszu, dokąd codziennie musiała dźwigać małego trzy piętra po krętych schodach. Dwa miesiące później byliśmy już po rozwodzie.

Moja prawdziwa rodzina rozpadła się na zawsze, a rodzina, w której się wychowałem, przyjęła mnie z otwartymi ramionami.

Po naszym rozstaniu, kiedy już zabliźniły się nieco wszystkie rany, zastanawiałem się, czy nie podjąłem decyzji zbyt pochopnie – jak ktoś, kto w młodości naczytał się różnych romansów i za wszelką cenę chce przeżyć historię Romea i Julii. Kiedy ból zelżał – a na to lekarstwem jest tylko czas – zrozumiałem, że dane mi było spotkać jedyną kobietę, jaką byłem zdolny kochać. Każda sekunda spędzona u jej boku była bezcenna i mimo wszystkiego, co się zdarzyło, nie żałuję niczego i powtórzyłbym każdy swój krok.

O dziwo, czas, który goi rany, pokazał też, że w życiu można kochać więcej niż jedną osobę. Ożeniłem się ponownie, jestem szczęśliwy u boku nowej żony i nie wyobrażam sobie życia bez niej. To jednak nie znaczy, że mam się wyprzeć wszystkiego, co przeżyłem. Muszę tylko ściśle przestrzegać zasady nieporównywania tych dwóch związków. Nie da się zmierzyć miłości, tak jak mierzy się długość drogi lub wysokość budynku.

Z naszego związku z Ateną zostało coś bardzo ważnego: syn, jej wielkie marzenie, o którym opowiedziała mi otwarcie jeszcze przed ślubem. Z drugą żoną też mam dziecko. Dziś, dużo lepiej niż dwanaście lat temu jestem przygotowany do roli ojca.

Pewnego razu, kiedy przyjechałem do niej, żeby zabrać Viorela do siebie na weekend, zapytałem, dlaczego zareagowała tak spokojnie na wieść, że odchodzę.

– Ponieważ życie nauczyło mnie cierpieć w milczeniu – odparła.

I dopiero wtedy objęła mnie i wypłakała w moich ramionach wszystkie łzy, których nie wylała tamtego dnia.

OJCIEC GIANCARLO FONTANA

Zobaczyłem ją w niedzielę na mszy, jak zwykle z dzieckiem w ramionach. Wiedziałem o ich kłopotach, ale aż do tamtego dnia sądziłem, że to zwykłe małżeńskie nieporozumienia, które wcześniej czy później rozwiążą, jako że oboje byli ludźmi promieniejącymi Dobrem.

Już od roku nie przychodziła wczesnym rankiem z gitarą, aby grać Matce Boskiej na chwałę. Cały swój wolny czas poświęcała Viorelowi, którego miałem zaszczyt ochrzcić, choć przyznać muszę, że nie znam żadnego świętego o tym imieniu. Nadal przychodziła na niedzielne nabożeństwo i zawsze na koniec, kiedy już wierni opuścili kościół, rozmawialiśmy przez chwilę. Mówiła, że jestem jej jedynym przyjacielem. Razem uczestniczyliśmy w świętym obrządku, ale tym razem chciała podzielić się ze mną ziemskimi utrapieniami.

Bardzo kochała Lukása. Był jej pierwszą miłością, najważniejszym mężczyzną w jej życiu, ojcem jej dziecka, wybranym, z którym chciała dzielić swój los – kimś, kto wyrzekł się dla niej wszystkiego i znalazł w sobie dość odwagi, aby założyć rodzinę. Kiedy pojawiły się problemy, tłumaczyła sobie, że to przejściowe, że musi poświęcić się synowi, ale nie ma najmniejszego zamiaru go rozpieszczać. Niedługo będzie musiał sam sobie w życiu radzić, a wtedy ona na powrót stanie się dawną żoną, tą kobietą z początku ich znajomości. Może nawet z większą żarliwością okaże mu uczucia, bo teraz wie już, co to odpowiedzialność i obowiązki, wynikające z dokonanego przez nią wyboru. Mimo to Lukás czuł się odrzucony. Rozpaczliwie próbowała więc obdzielać ich po równo, ale nieustannie musiała wybierać – a w takich przypadkach bez chwili wahania wybierała Viorela.

Na ile mi pozwalała moja skromna znajomość psychologii, starałem się wyjaśnić, w czym leży problem. Zresztą nie po raz pierwszy miałem z nim do czynienia, bo już wcześniej zdarzało mi się rozmawiać z parafianami o ich kryzysach małżeńskich. Zazwyczaj w takiej sytuacji, tłumaczyłem, mężczyzna czuje się odrzucony, ale to szybko mija. Podczas jednej z naszych rozmów Atena przyznała, że być może nieco się pośpieszyła, że romantyczne marzenia o macierzyństwie w młodym wieku nie pozwoliły jej dostrzec trudności, jakie pojawiają się po narodzinach dziecka. Jednak teraz było już za późno na żal.

Spytała, czy mogę porozmawiać z Lukásem, który nigdy nie pojawiał się w kościele, czy to dlatego, że nie wierzył w Boga, czy też dlatego, że niedzielne poranki wolał spędzać z synem. Zgodziłem się pod warunkiem, że Lukás przyjdzie z własnej woli. I kiedy Atena właśnie miała go o to poprosić, nastąpił wielki kryzys i mąż odszedł.

Doradzałem jej cierpliwość, ale była głęboko zraniona. Raz porzucona w dzieciństwie, całą nienawiść, jaką czuła do swojej biologicznej matki, automatycznie skierowała przeciwko Lukásowi. Później, jak słyszałem, stali się na powrót dobrymi przyjaciółmi. Dla Ateny zerwanie więzów rodzinnych było najcięższym grzechem, jaki człowiek może popełnić.

Nadal przychodziła w niedzielę do kościoła, ale zaraz po mszy wracała do domu. Nie miała z kim zostawić dziecka, a przynoszenie go do kościoła nie wchodziło w rachubę, bo chłopczyk bardzo płakał i przeszkadzał wiernym w skupieniu. Rzadko mieliśmy okazję porozmawiać. Kiedyś wspomniała tylko, że pracuje w banku i wynajęła mieszkanie. Proszę się nie martwić, powiedziała, ojciec dziecka (przestała wymawiać imię męża) wywiązuje się z powinności finansowych.

Aż nadeszła ta pamiętna niedziela.

Od jednego z parafian dowiedziałem się, co się działo przez poprzedni tydzień. Przez kilka nocy modliłem się, aby jakiś anioł mnie natchnął i powiedział, czy powinienem wypełnić swoje zobowiązania wobec Kościoła, czy wobec ludzi. Ponieważ anioł się nie pojawił, zasięgnąłem rady przełożonego, który wyjaśnił, że Kościół przetrwał przez wieki tylko dzięki ścisłemu przestrzeganiu dogmatów. Gdyby zaczął robić wyjątki, wówczas cofnęlibyśmy się do średniowiecza. Dokładnie przewidziałem, co się wydarzy. Chciałem zadzwonić do Ateny, ale nie znałem jej nowego numeru.

Kiedy tego ranka uniosłem w górę hostię, drżały mi ręce. Korzystając z władzy przekazywanej z pokolenia na pokolenie przez apostołów, wypowiedziałem słowa uświęcone tysiącletnią tradycją. Ale potem moje myśli zwróciły się ku owej niewieście z dzieckiem na ręku, temu wcieleniu Dziewicy Maryi, cudu macierzyństwa i bezgranicznej miłości, objawionych w samotności i opuszczeniu, ku tej dziewczynie, która jak zwykle stanęła w kolejce i krok po kroku zbliżała się, aby przyjąć komunię.

Myślę, że większość wiernych wiedziała, co się dzieje. Wszyscy patrzyli w naszą stronę, czekając na moją reakcję. Widziałem wokół siebie sprawiedliwych i grzeszników, faryzeuszy, kapłanów Sanhedrynu, apostołów, uczniów, ludzi dobrej woli i ludzi złej woli.

Atena stanęła przede mną i w odwiecznej pozie zamknęła oczy i otworzyła usta, aby przyjąć ciało Chrystusa.

Ciało Chrystusa pozostało w moich dłoniach.

Otworzyła oczy, nie bardzo rozumiejąc, co się dzieje.

– Pomówimy później – szepnąłem.

Nie ruszyła się z miejsca.

– Za tobą czekają ludzie. Pomówimy później.

– O co chodzi? – wszystkie stojące w pobliżu osoby usłyszały jej pytanie.

– Pomówimy później.

– Dlaczego nie udziela mi ojciec komunii? Nie widzi ojciec, że upokarza mnie przy wszystkich? Czy nie dość wycierpiałam?

– Ateno, Kościół nie zezwala osobom rozwiedzionym na przyjmowanie sakramentu. W tym tygodniu podpisałaś dokumenty rozwodowe. Pomówimy później – powtórzyłem z naciskiem po raz kolejny.

Ponieważ nie ruszała się z miejsca, skinieniem ręki poprosiłem na bok następną osobę. Udzieliłem komunii wszystkim chętnym i właśnie podchodziłem do ołtarza, kiedy usłyszałem ten głos.

To nie był już głos dziewczyny, która śpiewała na chwałę Matce Boskiej, która wtajemniczała mnie w swe plany, ze wzruszeniem opowiadała o żywotach świętych, płakała, zwierzając mi się ze swych małżeńskich problemów. To był skowyt zranionego zwierzęcia – upokorzonego, z sercem przepełnionym nienawiścią.

– Przeklęte niech będzie to miejsce! Przeklęci niech będą ci, którzy są głusi na słowa Chrystusa i przemienili jego przesłanie w zimny głaz. Czyż Chrystus nie powiedział: Przyjdźcie do mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście, a ja was pokrzepię? Ja jestem utrudzona, obciążona, poraniona, a wy nie pozwalacie mi do Niego przyjść. Dziś zrozumiałam, że Kościół zmienił te słowa na: „Przyjdźcie do mnie wszyscy, którzy przestrzegacie naszych reguł, a utrudzeni i obciążeni niech idą precz!”

Jakaś kobieta stojąca w pierwszym rzędzie próbowała ją uciszyć. Ale ja chciałem słuchać, musiałem słuchać. Odwróciłem się i stanąłem przed nią ze spuszczoną głową – to było wszystko, co mogłem zrobić.

– Przysięgam, że nigdy więcej moja noga nie postanie w kościele. Po raz kolejny porzuca mnie rodzina, ale tym razem nie z powodu kłopotów finansowych ani niedojrzałości młodych małżonków. Przeklęci niech będą wszyscy, którzy zamykają drzwi przed matką i jej dzieckiem! Niczym się nie różnicie od tych, którzy nie przygarnęli Świętej Rodziny, od tego, który wyparł się Chrystusa wtedy, kiedy On najbardziej potrzebował przyjaciela!

Obróciła się na pięcie i szlochając, wybiegła. Zakończyłem nabożeństwo, udzieliłem końcowego błogosławieństwa i udałem się prosto do zakrystii. Stałem przed filozoficznym dylematem: dochowałem wierności instytucji, ale nie słowom, na których ta instytucja się opiera.

Jestem już stary, Bóg może mnie do siebie wezwać w każdej chwili. Pozostałem wierny mojej religii i wierzę, że mimo wszystkich swoich błędów czyni ona wciąż szczere wysiłki, aby naprawić ten świat. Potrwa to dziesięciolecia, może nawet stulecia, ale przyjdzie w końcu taki dzień, kiedy liczyć się będzie tylko miłość i owe słowa Chrystusa: Przyjdźcie do mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście, a ja was pokrzepię. Całe swoje życie poświęciłem kapłaństwu i ani przez chwilę nie żałuję swojej decyzji. Jednak w przypadkach takich jak ten, który miał miejsce w ową niedzielę, chociaż nie zwątpiłem w wiarę, to zwątpiłem w ludzi.

 

Wiem teraz, co się stało z Ateną i zadaję sobie pytanie: czy to wszystko zaczęło się wtedy, czy może już tkwiło w jej duszy? Rozmyślam o tych wszystkich Atenach i Lukásach na całym świecie, którzy się rozwiedli i z tego powodu nie mają prawa przyjmować eucharystii. Pozostaje im jedynie kontemplacja cierpiącego Chrystusa na krzyżu i Jego słowa, które nie zawsze pozostają w zgodzie z tym, co głosi Watykan. Niektórzy z nich porzucają Kościół, ale większość nadal przychodzi na niedzielną mszę, ponieważ przywykli do tego. Przychodzą, mimo że wiedzą, że nie dla nich już cud przemiany chleba i wina w ciało i krew Pana.

Lubię wyobrażać sobie następującą scenę: po wyjściu z kościoła Atena spotyka Chrystusa. Z twarzą zalaną łzami rzuca Mu się w ramiona i błaga, by jej wyjaśnił, czemu ją wyrzucono za drzwi tylko dlatego, że podpisała jakiś świstek, który w wymiarze duchowym nie ma najmniejszego znaczenia, a liczy się tylko dla notariusza i urzędu podatkowego.

A Jezus spogląda na Atenę i mówi:

– Spójrz, dziecko, mnie też wyrzucono. Już od bardzo dawna nie chcą mnie wpuścić do środka.

PAVEL PODBIELSKI, 57 lat, właściciel mieszkania

Mnie i Atenę łączyło jedno: oboje byliśmy uchodźcami wojennymi, oboje przybyliśmy do Anglii jeszcze jako dzieci, z tą różnicą, że ja opuściłem Polskę ponad pięćdziesiąt lat temu. Oboje wiedzieliśmy, że pomimo radykalnej zmiany środowiska tradycje na wygnaniu nie giną – zawiązują się nowe społeczności, trwają język i religia, w obcym otoczeniu ludzie są solidarni wobec siebie.

Tradycje trwają, ale gaśnie stopniowo pragnienie powrotu. Skrywamy je głęboko w sercach, jak nadzieję, którą lubimy się mamić, choć nigdy się nie spełni – nigdy nie zamieszkam w Częstochowie, tak jak Atena i jej rodzina nigdy nie wrócą do Bejrutu.

Właśnie to swoiste poczucie solidarności sprawiło, że odnająłem jej trzecie piętro mojego domu przy Basset Road. Zasadniczo wolę lokatorów bez dzieci, bo już raz popełniłem taki błąd i skutki były opłakane. Ja narzekałem, że hałasują w ciągu dnia, a oni narzekali, że ja hałasuję w nocy. I płacz i muzyka miały w sobie pierwiastek świętości, ponieważ jednak należały do dwóch całkowicie różnych światów, nie mogły ze sobą współistnieć.

Ostrzegłem ją, ale jej to nie zniechęciło. Jeśli chodzi o dziecko, powiedziała, mogę się nie martwić, bo cały dzień spędza u babci. A mieszkanie miało dla niej tę zaletę, że znajdowało się blisko jej nowego miejsca pracy, czyli banku.

Przyjęła moje ostrzeżenie i początkowo dzielnie się trzymała, ale po tygodniu ktoś zadzwonił do moich drzwi. Na progu stała Atena z dzieckiem na ręku:

– Mój synek nie może zasnąć. Czy przynajmniej dzisiaj nie można by ściszyć muzyki...

Zwróciły się na nią spojrzenia wszystkich obecnych.

– O co chodzi?

Uczepiony jej szyi chłopczyk natychmiast przestał płakać, jakby był równie zaskoczony, jak jego mama, widokiem grupy ludzi, którzy nagle przestali tańczyć.

Wyłączyłem magnetofon i gestem zaprosiłem ją do środka, a potem znów włączyłem muzykę na cały regulator, żeby nie zakłócać rytuału. Atena usiadła w rogu pokoju. Kołysała dziecko w ramionach, aż usnęło mimo zgiełku trąb i bębnów. Została do końca ceremonii. Wyszła razem z innymi gośćmi i – jak się spodziewałem – nazajutrz przed pójściem do pracy zadzwoniła do moich drzwi.

– Nie musisz mi nic tłumaczyć. Sama bardzo często tańczę z zamkniętymi oczami. To jedyne chwile ukojenia w moim życiu. Zanim urodziłam Viorela, często chodziliśmy z mężem i przyjaciółmi po klubach. Widywałam tam ludzi tańczących z zamkniętymi oczami. Niektórzy robili to tylko na pokaz, ale innymi kierowała jakby jakaś wyższa, potężniejsza siła. Odkąd sięgam pamięcią, w tańcu zawsze szukałam sposobu na nawiązanie kontaktu z czymś silniejszym, potężniejszym ode mnie. Powiesz mi, co to była za muzyka?

– Co robisz w najbliższą niedzielę?

– Nic specjalnego. Pójdę z Viorelem na spacer do Regent’s Park, pooddychamy trochę świeżym powietrzem. Później nie mam nic w planie. Zresztą teraz wszystkie wolne chwile poświęcam Viorelowi.

– W takim razie pójdę z wami.

Dwukrotnie przed naszym wspólnym spacerem Atena wzięła udział w rytuale. Po kilku minutach dziecko zasypiało, a ona, nie odzywając się słowem, przyglądała nam się w milczeniu. Siedziała nieruchomo na kanapie, ale wiedziałem, że jej dusza tańczy.

W niedzielę po południu, podczas przechadzki po parku, poprosiłem, żeby zwróciła uwagę na wszystko, co widzi i co słyszy: na szelest liści poruszanych wiatrem, fale na stawie, na świergot ptaków, ujadanie psów, krzyki dzieci biegających to tu, to tam, jakby zgodnie z jakimś dziwnym, niepojętym dla dorosłych planem.

– Wszystko się porusza. I wszystko porusza się w określonym rytmie. A wszystko, co porusza się w określonym rytmie, wydaje określony dźwięk. Dzieje się tak tutaj i równocześnie w każdym innym miejscu na świecie. Zauważyli to już nasi przodkowie, kiedy chronili się przed zimnem w jaskiniach: wszystko poruszało się i wydawało dźwięki. Początkowo ich reakcją był lęk, ale szybko ustąpił on miejsca bezbrzeżnemu podziwowi. Pojęli, że w ten sposób porozumiewa się z nimi jakaś Wyższa Istota. W nadziei, że odwzajemnią jej się tym samym, zaczęli naśladować te obserwowane wokół siebie ruchy i dźwięki. Tak narodziły się taniec i muzyka. Kilka dni temu mówiłaś, że poprzez taniec nawiązujesz kontakt z czymś potężniejszym od siebie.

– Kiedy tańczę, jestem wolna. Lub raczej, jestem wolnym duchem, który wędruje po wszechświecie, obserwuje teraźniejszość, odgaduje przyszłość, przeistacza się w czystą energię. I to mi daje olbrzymią przyjemność, radość, nieporównywalną z niczym, czego kiedykolwiek doświadczyłam. Kiedyś chciałam zostać świętą – czcić Boga śpiewem i tańcem, ale ta droga jest dla mnie raz na zawsze zamknięta.

– Dlaczego zamknięta?

Nachyliła się nad wózkiem, żeby poprawić kocyk. Domyślałem się, że unika odpowiedzi na to pytanie, dlatego powtórzyłem je: usta zamykają się wtedy, gdy mają do powiedzenia coś ważnego.

Beznamiętnie, jakby od zawsze w milczeniu musiała znosić przeciwności losu, opowiedziała mi o kościelnym epizodzie, kiedy to ksiądz – być może jej jedyny przyjaciel – odmówił jej komunii. I o przekleństwie, jakie rzuciła, porzucając na zawsze Kościół katolicki.

– Święty to ten, kto żyje godnie – wyjaśniłem. – Wystarczy zrozumieć i stale pamiętać o tym, że jesteśmy tu nie bez powodu i mamy do spełnienia pewną powinność. Wtedy możemy się śmiać z naszych wielkich i małych cierpień i iść przed siebie bez lęku, ze świadomością, że każdy nasz krok ma sens. Pozwolić, żeby wiodło nas światło emanujące z Wierzchołka.

– Czym jest Wierzchołek? W matematyce to najwyższy punkt trójkąta.

– W życiu również jest to punkt szczytowy, meta dla tych, którzy błądzą jak każdy, ale nawet w najtrudniejszych chwilach nie tracą z oczu światła emanującego z ich serc. Do tego właśnie dążymy w naszej grupie. Wierzchołek jest ukryty w nas samych. Możemy go osiągnąć, pod warunkiem, że uświadomimy go sobie i rozpoznamy jego światło.

Wyjaśniłem, że taniec, który miała okazję oglądać w wykonaniu ludzi w różnym wieku (nasza grupa składała się z dziesięciu osób w wieku od dziewiętnastu do sześćdziesięciu pięciu lat), nazwałem „Poszukiwaniem Wierzchołka”.

– Dlaczego? – spytała.

– Wkrótce po zakończeniu drugiej wojny światowej – tłumaczyłem – część mojej rodziny uciekła przed komunistycznym reżimem, który zapanował wówczas w Polsce, i osiadła w Anglii. Za radą znajomych zabrali ze sobą dzieła sztuki i stare książki, podobno niezwykle tu cenione. Obrazy i rzeźby rodzina sprzedała, a książki zostały i pokrywały się kurzem. Matka nalegała, żebym uczył się języka polskiego, w czym książki okazały się bardzo pomocne. Pewnego dnia w dziewiętnastowiecznym wydaniu Thomasa Malthusa znalazłem dwie kartki pokryte notatkami mojego dziadka, który zginął w obozie koncentracyjnym. Zacząłem je czytać, sądząc, że to testament lub list miłosny do tajemniczej kochanki – podobno przed laty w Rosji dziadek zakochał się w jakiejś aktorce. W rodzinnej legendzie tkwiło ziarno prawdy. Notatki okazały się relacją z jego podróży na Syberię podczas rewolucji październikowej. W odległej wiosce Diedow dziadek faktycznie zakochał się w aktorce (N. R.: wspomnianej wioski nie udało się zlokalizować na mapie, nie można wykluczyć, że jej nazwa została celowo zmieniona, albo po dokonanych przez Stalina przesiedleniach ludności miejscowość znikła z powierzchni ziemi). Według dziadka, aktorka ta należała do sekty, która znalazła lekarstwo na wszelkie bolączki w pewnym rodzaju tańca, który umożliwiał kontakt ze światłem Wierzchołka.

Mieszkańcy wioski lękali się, że ich tradycja zniknie bezpowrotnie, jako że w każdej chwili spodziewali się przesiedlenia. Aktorka i jej przyjaciele poprosili dziadka, żeby opisał ich odkrycia. I tak też uczynił, jednak nie przywiązywał chyba do tego zbytniej wagi, skoro notatki włożył między kartki książki, gdzie tkwiły zapomniane do dnia, kiedy je znalazłem.

– O tańcu nie da się pisać – przerwała mi Atena. – Taniec trzeba tańczyć.

– No właśnie. W gruncie rzeczy notatki mówiły tylko tyle: tańcz do wyczerpania, tak jakbyś wspinał się na wierzchołek góry, na święty szczyt. Tańcz do utraty tchu, aż organizm zacznie pobierać tlen w inny sposób, a w konsekwencji porzucisz własną tożsamość i oderwiesz się od czasu i przestrzeni. Tańcz tylko w rytm perkusji, codziennie. W pewnej chwili twoje oczy zamkną się same i dostrzeżesz światło, dobywające się z ciebie samego – światło, które odpowie na stawiane przez ciebie pytania i pomoże rozwinąć ukryte zdolności.

– Rozwinąłeś już w sobie jakąś zdolność?

Zamiast odpowiedzieć na pytanie, zaproponowałem, żeby dołączyła do naszej grupy, skoro jej synek dobrze się u mnie czuł i nie przeszkadzały mu głośne dźwięki instrumentów perkusyjnych. Następnego dnia zjawiła się punktualnie. Przedstawiłem ją moim towarzyszom, wyjaśniłem, że jest sąsiadką z piętra wyżej. Nikt nie opowiadał jej o sobie, nikt nie wypytywał Ateny o jej życie. Z wybiciem godziny włączyłem muzykę i zaczęliśmy tańczyć.

Początkowo tańczyła z dzieckiem na rękach, ale malec wkrótce zasnął, więc ułożyła go na kanapie. Zanim zamknąłem oczy i wpadłem w trans, zdążyłem jeszcze dostrzec, że wie dobrze, czym jest droga Wierzchołka.

Codziennie z wyjątkiem niedziel przychodziła do mnie z dzieckiem. Wymienialiśmy jedynie kilka słów na powitanie, a potem włączałem muzykę z rosyjskich stepów, którą dostałem od przyjaciela, i wszyscy tańczyliśmy do utraty tchu. Po miesiącu poprosiła mnie o przegranie kasety, bo chciała tańczyć rano, przed pójściem do pracy.

Próbowałem jej to wyperswadować:

– Nie wiem, czy to dobry pomysł. Według mnie grono ludzi, których łączy ta sama energia, wytwarza specyficzną aurę, ułatwiającą wszystkim osiągnięcie stanu transu. Poza tym taniec przed pójściem do pracy to niezawodny sposób, żeby ją stracić, bo od samego rana będziesz zmęczona.

– Masz rację, jeśli chodzi o grupową energię – odparła po chwili namysłu. – W twojej grupie są cztery pary i twoja żona. Oni wszyscy znaleźli miłość. Dlatego mogą się ze mną dzielić pozytywną wibracją. Ja jestem sama. Mówiąc ściślej, jestem z synem, który nie potrafi okazywać miłości w sposób przez nas zrozumiały. Wolę więc zaakceptować własną samotność, bo jeżeli będę przed nią uciekać, już nigdy nie znajdę partnera, a jeżeli ją zaakceptuję, zamiast z nią walczyć, być może coś się zmieni. Przekonałam się, że uczucie samotności potężnieje, kiedy próbujemy się mu sprzeciwiać, a słabnie, kiedy najzwyczajniej w świecie je ignorujemy.

– Dołączyłaś do nas, żeby znaleźć miłość?

– Byłby to dostateczny powód, ale tak nie jest. Dołączyłam, żeby znaleźć sens w życiu, które obecnie całkowicie podporządkowałam Viorelowi, i boję się, że w końcu wyrządzę krzywdę własnemu dziecku, albo przez nadopiekuńczość, albo dlatego że będę przenosić na nie własne, niespełnione marzenia. Pewnego dnia podczas tańca poczułam się uzdrowiona. Gdyby chodziło o dolegliwość fizyczną, można by obwieścić cud, ale była to dolegliwość duchowa, która nagle ustąpiła.

Wiedziałem, o czym mówi.

– Wiem, jak tańczyć w takt takiej muzyki, chociaż nikt nigdy mnie tego nie uczył – ciągnęła Atena. – Jednak wiem, jak się poruszać.

 

– Tego nie trzeba się uczyć.

– Nikt mnie nie uczył kochać, a jednak kochałam Boga, kochałam męża, kocham syna i rodziców. Ale czegoś mi brak. Taniec mnie wyczerpuje, ale na koniec mam wrażenie, jakbym znalazła się w jakimś stanie łaski, w głębokiej ekstazie. Chcę, żeby ta ekstaza trwała przez cały dzień. I żeby mi pomogła znaleźć to, czego mi brak: miłość mężczyzny. W tańcu widzę serce tego mężczyzny, choć nie dostrzegam jego twarzy. Czuję, że jest blisko, dlatego muszę być czujna. Muszę tańczyć rano, żeby przez resztę dnia pilnie patrzeć na wszystko, co się wokół dzieje.

– Znasz znaczenie słowa „ekstaza”? Pochodzi z greki i znaczy tyle, co „być poza sobą”. Ktoś, kto chce spędzać całe dnie poza sobą, wymaga zbyt wiele od duszy i ciała.

– Chcę spróbować.

Zrozumiałem, że nie warto dyskutować i przegrałem jej kasetę. Od tej pory każdego dnia po przebudzeniu słyszałem piętro wyżej muzykę, słyszałem jej kroki. Byłem ciekaw, jak wywiązuje się ze swoich obowiązków w banku po niemal godzinnym transie. Podczas jednego z przypadkowych spotkań na schodach zaprosiłem ją na kawę. Wyznała, że zrobiła kilka kopii kasety i że teraz wielu z jej kolegów szuka Wierzchołka.

– Zrobiłam źle? To była tajemnica?

Oczywiście, że nie. Przeciwnie, Atena pomagała zachować niemal całkiem zapomnianą tradycję. Jak wyczytałem w zapiskach dziadka, pewna kobieta opowiadała mu o mnichu, który odwiedził ich strony i stwierdził, że w każdym z nas są obecni wszyscy nasi przodkowie i wszystkie przyszłe pokolenia. Kiedy się wyzwalamy, wyzwalamy równocześnie całą ludzkość.

– A więc wszystkie kobiety i wszyscy mężczyźni z syberyjskiej wioski też są z nami i dostępują szczęścia. Dzięki twojemu dziadkowi ich dzieło odradza się na tym świecie. Jedno mnie tylko zastanawia: dlaczego po przeczytaniu jego notatek zacząłeś tańczyć? Czy po przeczytaniu czegoś na temat sportu postanowiłbyś zostać piłkarzem?

– W owym czasie chorowałem na jakąś rzadką odmianę artretyzmu. Lekarze ostrzegali, że po ukończeniu trzydziestu pięciu lat albo spędzę resztę życia w łóżku, albo będę poruszał się na wózku. Zrozumiałem, że mam niewiele czasu i postanowiłem poświęcić się temu, co później mogło być dla mnie nieosiągalne. Na tych świstkach papieru dziadek wspominał, że mieszkańcy Diedowa wierzyli w uzdrowicielską moc transu.

– I najwyraźniej mieli rację.

Nic nie odpowiedziałem, ale wcale nie byłem tego taki pewien. Może lekarze wydali mylną diagnozę? Może fakt, że jako emigrant nie mogłem sobie pozwolić na luksus chorowania, tak mocno podziałał na moją podświadomość, że wywołał naturalną reakcję obronną organizmu? A może był to właśnie cud, choć wyjaśnienie, że taniec może uleczyć, stało w całkowitej sprzeczności z nauką mojej katolickiej wiary.

Pamiętam, jak w wieku młodzieńczym, kiedy jeszcze nie miałem pojęcia, jak powinna brzmieć właściwa muzyka, przykrywałem głowę czarnym kapturem i wyobrażałem sobie, że wszystko wokół mnie znika. Mój duch wędrował do Diedowa, do jego mieszkańców, do dziadka i jego ukochanej. Pośród panującej w pokoju ciszy prosiłem ich, aby nauczyli mnie tańczyć, przekraczać własne granice, ponieważ niebawem miał mnie dotknąć całkowity paraliż. Im intensywniej poruszało się moje ciało, tym wyraźniej objawiało się światło mojego serca, a ja tym więcej uczyłem się – może od samego siebie, może od duchów z przeszłości. Wyobrażałem sobie nawet muzykę, jakiej słuchali podczas rytuałów. Kiedy wiele lat później jeden z moich przyjaciół wybrał się na Syberię, poprosiłem go o przywiezienie nagrań. Ku mojemu zaskoczeniu jedno z nich bardzo przypominało rytmem to, co wyobrażałem sobie jako taniec z Diedowa.

Ale Atenie wolałem o tym nie opowiadać, bo według mnie należała do osób, które łatwo ulegają wpływom, emocjonalnie lekko niezrównoważonych.

– Może masz rację – powiedziałem tylko.

Rozmawialiśmy jeszcze raz, na krótko przed jej wyjazdem na Bliski Wschód. Wydawała się zadowolona, jakby znalazła wszystko to, czego szukała: miłość.

– Koledzy z pracy założyli grupę. Nazwali ją „Pielgrzymami Wierzchołka”. A wszystko to dzięki twojemu dziadkowi.

– Dzięki tobie, bo odczułaś potrzebę podzielenia się tańcem z innymi. Wiem, że wyjeżdżasz. Chcę ci podziękować za ten nowy wymiar, jaki nadałaś temu, czym się od lat zajmuję. Starałaś się zarazić światłem nielicznych zainteresowanych, zawsze nieśmiało, zawsze z obawą, że ludzie cię wyśmieją.

– Wiesz, co odkryłam? Że tak jak ekstaza umożliwia przekraczanie własnych granic, tak taniec jest sposobem unoszenia się w przestrzeni, odkrywania nowych wymiarów bez utraty kontaktu z własnym ciałem. Podczas tańca świat duchowy i świat rzeczywisty współistnieją bez konfliktów. Myślę, że tancerze klasyczni stają na czubkach palców, żeby równocześnie dotykać ziemi i sięgać nieba.

Z tego, co pamiętam, to były ostatnie słowa, jakie usłyszałem z jej ust. Podczas każdego tańca, któremu oddajemy się z radością, umysł traci swoją zdolność kontroli, a ciałem zaczyna kierować serce. Dopiero wówczas ukazuje się Wierzchołek.

Jeżeli w niego wierzymy, rzecz jasna.

PETER SHERNEY, 47 lat, dyrektor generalny filii Banku... w Holland Park w Londynie

Zatrudniłem Atenę, bo jej rodzina należała do naszych najpoważniejszych klientów. Ostatecznie wszystko kręci się wokół wzajemnych interesów. Była nazbyt impulsywna, niespokojna, dlatego powierzyłem jej nudną papierkową pracę, w nadziei, że szybko złoży wymówienie. W ten sposób miałbym dobrą wymówkę dla jej ojca, że próbowałem pomóc, ale się nie udało.

Doświadczenie na stanowisku kierowniczym nauczyło mnie rozpoznawać stan ducha pracowników, nawet jeśli na nic się nie skarżą. Na kursie zarządzania wpoili nam jedną podstawową zasadę: jeżeli chcesz pozbyć się pracownika, sprowokuj go, żeby ci naubliżał i dał powód do wręczenia mu wypowiedzenia.

Robiłem wszystko, żeby dopiąć swego. Przecież Atena nie musiała zarabiać na życie. W końcu odkryje, miałem nadzieję, bezsens codziennego wczesnego wstawania, wożenia dziecka do matki, monotonnej pracy biurowej, odbierania syna, robienia zakupów, zajmowania się dzieckiem – wszystko po to, żeby nazajutrz znowu tracić trzy godziny w publicznych środkach transportu – tym bardziej, że istnieją znacznie ciekawsze sposoby spędzania czasu. Coraz częściej widać było po niej rozdrażnienie, a mnie rozpierała duma, bo moja strategia okazała się skuteczna. Sukces był blisko. Zaczęła narzekać na swoje mieszkanie, właściciela, który w środku nocy puszcza muzykę na cały regulator, przez co nie może się porządnie wyspać.

I nagle coś się zmieniło. Najpierw tylko w samej Atenie, a potem w całej firmie.

Jak zauważyłem tę zmianę? Cóż, zespół pracowników jest jak orkiestra, a dobry szef niczym dyrygent wie, kto fałszuje, kto gra czysto i stara się, a kto zbytnio się nie wysila. Z początku wydawało się, że Atena gra na swoim instrumencie bez najmniejszego entuzjazmu. Jakby nieobecna, nie dzieliła się z innymi swoimi radościami i smutkami. Dawała do zrozumienia, że po pracy resztę czasu poświęca tylko dziecku. Aż nagle zaczęła się zachowywać swobodniej, stała się bardziej otwarta, komunikatywna. Opowiadała wszystkim wokół, że odkryła technikę odmładzającą.

Odmłodzenie, rzecz jasna, to słowo magiczne. W ustach kogoś, kto ma zaledwie dwadzieścia jeden lat, brzmi ono dość śmiesznie. Mimo to koledzy uwierzyli i zaczęli dopytywać się o sekret owej techniki.

Atena zwiększyła wydajność – chociaż jej obowiązki pozostały te same. Koledzy, którzy dotychczas ograniczali się do mówienia jej „dzień dobry” i „do widzenia”, teraz zaczęli jadać z nią obiady. W efekcie podskoczyła wydajność całego oddziału.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?