ProkuratorTekst

Z serii: Prokurator #1
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Prokurator
Prokurator
Audiobook
Czyta Laura Breszka, Mateusz Król
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Projekt okładki: Mariusz Banachowicz

Redakcja: Monika Frączak

Redakcja techniczna: Anna Sawicka-Banaszkiewicz

Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta: Kamil Kowalski, Elżbieta Steglińska

© for the text by Paulina Świst

© for this edition by MUZA SA, Warszawa 2017

Zdjęcie na okładce © Kiselev Andrey Valerevich/Shutterstock

ISBN 978-83-287-0622-4

Wydawnictwo Akurat

Wydanie I

Warszawa 2017

Spis treści

Jeszcze raz to samo…

Nie chciało mi się już walczyć…

Wszedłem do szopy i zajrzałem do szafki ojca…

Wracaliśmy z Wyrwą z lasu…

– Jeszcze raz to samo. – Udawałam, że nie dostrzegam uniesionej wysoko brwi barmana.

– Jesteś pewna? Szósty Long Island?

– Tak, mamo – prychnęłam zirytowana.

Barman odpuścił. Na brzeg oszronionej szklanki nabił plasterek cytryny. Patrzyłam znudzonym wzrokiem, jak powoli trafia do niej wódka, tequila, rum i gin. Jeszcze odrobina triple sec, trochę coli i drink był w mojej ręce.

Ostrożnym ruchem przysunęłam do siebie szklankę. „Ciekawe, kiedy to wszystko tak zdrowo się popierdoliło” – rozpoczęłam filozoficzne rozważania adekwatne do ilości wypitego przeze mnie alkoholu… Jeszcze dwa tygodnie temu nie miałam pojęcia o istnieniu tego pubu, mgliste wyobrażenie o tym mieście, ustabilizowane życie…

STOP!

Nie po to tu przyszłam. Ponure myśli mogłam snuć równie dobrze przed telewizorem. Odwróciłam się na barowym krześle i spojrzałam na przepełniony parkiet. Moja przyjaciółka, sprawczyni dzisiejszego wypadu, wisiała właśnie na szyi jakiegoś blondyna wyglądającego na dwadzieścia trzy lata. Uśmiechnęłam się pod nosem. Michalinie z pewnością to nie przeszkadzało. Mimo iż zawsze byłam bardziej przebojowa, to jednak ona stanowiła uosobienie męskich pragnień – niewysoka blondynka, z zadartym, małym nosem i niewinnymi niebieskimi oczami budziła w mężczyznach opiekuńcze instynkty.

Odstawiłam drinka na bar i ruszyłam na parkiet. Wypity alkohol, przytłumione światła i rytmiczne dźwięki sprawiły, że postanowiłam sobie dziś odpuścić. Zaczęłam kołysać się w rytm muzyki.

***

Głęboko zaciągnąłem się papierosem… Spojrzałem na zegarek i stwierdziłem, że dam sobie jeszcze godzinę. Jeśli po tym czasie nie opuszczę klubu z napaloną małolatą, z godnością przyjmę swój los i spędzę resztę soboty, jeżdżąc czołgiem T-34/85 w World of Tanks. Niestety, na razie nic nie zapowiadało wieczoru pełnego fajerwerków. W Anyway, jak zawsze, roiło się od wytapetowanych gówniar czekających na darmowego drinka oraz gorących i zaobrączkowanych trzydziestek szukających niezobowiązującej przygody. W drugich nie gustowałem, zaś co do pierwszych, to żadna nie wydawała się na tyle ładna, by chciało mi się spędzić obowiązkową godzinkę na gadce o niczym uwieńczoną zaprowadzeniem delikwentki do swego mieszkania.

Zgasiłem papierosa i wróciłem do klubu. Usiadłem przy barze i zamówiłem Jacka Daniel’sa u swojego brata Tomka, który spełniał marzenia o odpoczynku od prawniczej korporacji, realizując się jako barman w tym oto przybytku. Co ciekawe, wyglądał na szczęśliwego jak nigdy dotąd.

– Co jest, brat? – Tomek prawie krzyczał mi do ucha, usiłując przebić się przez dudniący wokół bas. – Pustynia, no nie?

– Bieda z nędzą.

– Właśnie widzę. Wszystko, co ładne, już zajęte. Chociaż jedna niezła jeszcze została, ta w czerwonej sukience… Choć pewnie dla ciebie za stara, wygląda jakby mogła tu być legalnie.

Rozejrzałem się po parkiecie. W prawym rogu tańczyła dziewczyna. W ciemności widziałem tylko długie czarne, kręcone włosy i krótką czerwoną sukienkę. Spostrzegłem także chłopaka kręcącego się przy niej. Uśmiechnąłem się pod nosem. Zrobiło mi się żal chłopięcia… Zabierał się do tego jak pies do jeża. Z perspektywy moich czterdziestu lat mogłem mu od razu powiedzieć, co robi nie tak: maślane spojrzenie, wszędobylskie (na pewno spocone!) ręce i wyraz uwielbienia na twarzy. Nic z tego nie będzie, chłopaczku…

Jakby czytając w moich myślach, dziewczyna odwróciła się na pięcie i zaczęła iść prosto w moją stronę. Poprawiłem się na krześle. Nigdy nie wierzyłem w bajki o przyciąganiu myśli, ale poczułem się co najmniej nieswojo…

Dziewczyna podeszła bardzo blisko, jednak ignorując mnie zupełnie, przechyliła się nad moim ramieniem i sięgnęła po stojącego na ladzie drinka o kolorze herbaty.

– Pilnowałem – odezwał się do niej Tomek, puszczając oko.

– Dzięki – powiedziała zdyszanym głosem. – Szkoda, że nie upilnowałeś też miejsca.

Tomek parsknął śmiechem. Dopiero wtedy zorientowałem się, że to ja zająłem jej miejscówkę. Wstałem i podsunąłem krzesło w jej stronę.

– Dżentelmen – powiedziała takim tonem, że poczułem się jak kompletne zero.

Mój brat, idiota, teraz już ryknął śmiechem:

– Następny Long na koszt firmy – i uśmiechnął się do brunetki.

***

„Jednak nie potrafię” – pomyślałam smętnie, uwalniając się od nijakiego blondyna próbującego objąć mnie w tańcu z zapałem godnym lepszej sprawy. W głowie lekko mi szumiało. Stwierdziłam, że przebywanie w tym tłoku nie ma sensu. Wtedy przypomniał mi się pyszny drink pozostawiony na barze. Oderwałam się od blondyna i jego maślanego spojrzenia. Skierowałam się w stronę „wodopoju”. Jednak moje miejsce było już zajęte. Siedział na nim facet, którego widok od razu postawił w stan gotowości wszystkie moje zmysły.

Wysoki brunet, chyba starszy ode mnie. Czarna koszula, niebieskie dżinsy. Znudzona mina. Momentalnie poczułam ukłucie zainteresowania. Jak zawsze w takich momentach obudziła się we mnie wredna suka. Spadek po czasach szkoły, kiedy byłam zakompleksionym dziewczątkiem, objawiał się głośnym alarmem w głowie: „Byle nie pokazać mu, że mi się podoba!”. Ignorując zupełnie napotkany na drodze cud natury, przechyliłam się nad jego ramieniem, sięgając po drinka.

Barman najwyraźniej porzucił umoralniającą postawę i zapewnił, że pilnował mojego Longa. Uśmiechnął się przy tym tak uroczo, że od razu wydał mi się przystojny. Hm… przy tej ilości wypitego alkoholu ocena nie musiała być zgodna z rzeczywistością.

– Szkoda, że nie upilnowałeś też miejsca – odezwałam się, zanim zdołałam ukryć drugie, gorsze oblicze.

Brunet najwyraźniej domyślił się, że mnie podsiadł. Z rozmachem podał mi krzesło, ale wypity alkohol już zrobił swoje.

– Dżentelmen – wyplułam tonem wskazującym na maksymalną pogardę.

Spojrzał na mnie ewidentnie zdziwiony i trochę… zawstydzony? Barman ryknął śmiechem i zaproponował mi kolejnego drinka, na koszt firmy. „A co mi tam”…

***

„Arogancka małpa” – pomyślałem, sadowiąc się na zwolnionym przed chwilą miejscu sąsiadującym z „czerwoną sukienką”. Przyjrzałem się jej dobrze, kiedy sięgała po drinka przygotowanego przez nadal śmiejącego się jak idiota braciszka.

„Niebrzydka, ale bez przesady” – pomyślałem mściwie. Była wysoka, miała długie nogi i całkiem niezłe cycki, ale małolatą to już ona nie była. Tym bardziej wkurzyło mnie, że odezwała się do mnie takim tonem. Gówniarom wybacza się takie rzeczy, ale skoro jest starsza, to powinna wiedzieć, jak się zachować. Poczułem zdwojoną ochotę, by ustawić ją do pionu. Jednak najwyraźniej opuścił mnie Bóg bądź też zidiociałem do reszty, gdyż po chwili usłyszałem, jak moje usta wypowiadają najgorsze z możliwych pytanie:

– Jak masz na imię? – zagadałem i w tym samym momencie zwymyślałem się od idiotów.

– Klementyna – odparła z kamienną twarzą.

Byłem niemal pewien, że kpi, ale w dobie nadawania dzieciom imion typu Dżasmina czy Nikola nie byłem w stanie stwierdzić, czy mówi prawdę.

– Łukasz – wyszczerzyłem zęby.

– No to zdrówko, Łukasz – skinęła w moją stronę szklanką.

Po lekko niepewnych ruchach stwierdziłem, że nie był to jej pierwszy, drugi ani też trzeci drink. Wyprostowałem się na krześle, czując, jak krew szybciej krąży mi w żyłach. „To będzie proste” – pomyślałem, ignorując chwilowo, że jest starsza niż laski, które zwykle są w kręgu mojego zainteresowania.

***

„Marność nad marnościami i wszystko marność” – pomyślałam, słysząc banalne zagadanie faceta, który z wyglądu przypominał ósmy cud świata. Podałam mu pierwsze lepsze imię, jakie przyszło mi do głowy, ale najwyraźniej nie zorientował się, że go wkręcam. Zachowałam pozory, choć w myślach umierałam ze śmiechu. Popatrzyłam na jego ręce, kiedy powolnym ruchem obracał w miejscu szklankę z whisky. Wiedziałam, że nie powinnam już pić, tylko grzecznie zawinąć się do domu, ale w moich żyłach krążyła już taka mieszanka alkoholi, że postanowiłam sobie odpuścić. Raz w życiu zrobić coś głupiego. Olać konwenanse i wszystkie zasady, które zawsze definiowały moje życie, a dwa tygodnie temu okazały się gówno warte… Umysł znowu zaczął skręcać w rejony, z których w tym stanie mogłam wyjść tylko zapłakana i załamana. Wypiłam zdrowie z bardzo przystojnym, choć niekoniecznie bystrym towarzyszem po lewej i w tym momencie położyłam lachę na wszelkie zasady wpajane mi od dziecka.

 

***

„Łatwo poszło” było w tym wypadku eufemizmem. Klementyna wypiła drinka, porozmawialiśmy chwilę o atmosferze w klubie i innych pierdołach, których nawet gdybym chciał, nie umiałbym przytoczyć. Następnie pochyliła się nade mną i wyszeptała:

– Chodźmy stąd.

Oszczędziła mi przynajmniej obowiązkowej godziny gadki o niczym. Obejmując ją w pasie, posłałem triumfujące spojrzenie do posmutniałego nagle braciszka i wyprowadziłem ją z klubu. Moje kroki automatycznie skierowały się do oddalonego zaledwie o pięćset metrów mieszkania. Szliśmy za rękę, szybko, nie udając nawet, że mamy ochotę o czymkolwiek rozmawiać. Mocno ściskałem jej nadgarstek. Czułem, że jestem nie tylko podniecony. Budziła się we mnie złość. Złość na nią. Za to, że mimo iż pokazała pazurki przy barze, ostatecznie okazała się kolejną głupią panną.

Wepchnąłem ją do bramy i przycisnąłem do zimnej ściany. Uniosłem jej ręce nad głowę i wepchnąłem język w gardło. Oddała pocałunek z pełnym zaangażowaniem. Mimo iż byłem na nią wściekły – spodobało mi się. Przycisnąłem ją mocniej do ściany. Uniosła nogę i zarzuciła na moje biodro. Zakląłem. Niezbyt delikatnie szarpnąłem ją w stronę klatki starej kamienicy.

***

Nigdy w życiu nie czułam takiego podniecenia. Zasady wyparowały, tak jakby nigdy ich nie było, pozostawiając mnie w stanie absolutnego rozdygotania. Kiedy tylko zamknęły się za nami drzwi mieszkania, uklękłam i zaczęłam rozpinać zamek jego spodni. Głośno wciągnął powietrze przez zaciśnięte zęby. Uśmiechnęłam się szeroko, wiedząc, że podoba mu się to, co robię. Powoli uwolniłam ze spodni imponujący członek. Mrucząc, zaczęłam składać na nim delikatne pocałunki. Poczułam jego rękę we włosach, a następnie mocne szarpnięcie.

– Weź go do ust – wyszeptał tonem, od którego zrobiło mi się gorąco i zimno jednocześnie. Zaczęłam obawiać się, że błędnie oceniłam go jako niezbyt lotnego „typowego dżentelmena” wyrywającego panienki na nudny numerek. Jednak nie było już opcji, by się wycofać. Rozchyliłam usta, ssałam głęboko i z pełnym zaangażowaniem. Westchnienie, które wydobyło się z jego gardła, tylko zintensyfikowało moje działania.

Po chwili podciągnął mnie do góry i zaprowadził do pokoju. Rzucił na łóżko, jednocześnie ściągając koszulę przez głowę.

– Zrobiłaś się małomówna – zauważył ze złośliwym uśmiechem. – Już wiemy, że nie przepadasz za dżentelmenami, więc proponuję zabawić się w twoim stylu.

– Ja… – zaczęłam, ale przezornie umilkłam. Facet na jedną noc. Pierwszy taki w moim życiu. Nie jestem tu po to, by mu pokazać prawdziwe oblicze, tylko aby dobrze się zabawić i nigdy więcej go nie spotkać.

– Ja? – zapytał ironicznie, pochylając się nade mną.

– Nic – odpowiedziałam.

– Tak myślałem – dodał i położył się na mnie całym ciałem.

Jego palce szybko odnalazły drogę do mojego wnętrza. Dotykał mnie w taki sposób, że byłam pewna, iż skończę imprezę, zanim na dobre się zaczęła. Rozsunęłam uda, ułatwiając mu dostęp. Czułam na szyi jego gorący oddech, potem usta na odsłoniętych nie wiadomo kiedy sutkach. Po chwili poczułam, jak odlatuję, głośno jęcząc.

– Już? – zapytał złośliwie. – Nie dajesz mi się wykazać.

Poczułam purpurę zalewającą policzki. Wraz z orgazmem przyszło otrzeźwienie. Co ja, kurwa, najlepszego wyrabiam? Próbowałam wstać, jednak bezceremonialnie popchnął mnie z powrotem na łóżko.

– Spokojnie mała, nie czas na wstyd. Teraz ja – powiedział i zdecydowanym ruchem wszedł we mnie.

Krzyknęłam instynktownie na to brutalne wtargnięcie i próbowałam zepchnąć go z siebie. Złapał moje ręce jedną dłonią i uniósł nad głowę.

– Mała, nie bądź samolubna – wyszeptał mi do ucha, cały czas poruszając się we mnie.

Robił to powoli, delektując się każdym ruchem.

– Spodoba ci się…

***

Wiedziałem, że mieszanka whisky i wkurwienia nie wpłynie dobrze na nieliczne pozytywne cechy mojego charakteru. Wiedziałem, że w takich sytuacjach wychodzą ze mnie najgorsze instynkty. Jednak wbrew wszelkiej logice czułem, że mnie zawiodła – nie wyglądała na łatwą idiotkę, ale najwyraźniej nią była. Kiedy zaraz po wejściu do mieszkania zabrała się do robienia mi loda, wiedziałem, że tej nocy pozwolę sobie na dużo…

Nie byłem jednak przygotowany na to, z jaką ochotą odpowie na moje działania. Kiedy doprowadziłem ją do orgazmu, zobaczyłem na jej twarzy całą gamę emocji: od zdumienia przez ekscytację po czystą rozkosz. To zdumienie chwilowo mnie rozczuliło, wyglądała tak niewinnie…

Otrząsnąłem się zaskoczony własną głupotą. Jasne, rozczulaj się nad szmatą wyrwaną w klubie przy minimalnym wysiłku. Rzuciłem jakiś chamski tekst, by odsunąć od siebie nagłą czułość. Zobaczyłem, jak radość w jej oczach przygasa, otrząsnęła się i próbowała wstać z łóżka. Było już za późno na jakiekolwiek miłe odruchy z mojej strony. Popchnąłem ją z powrotem na materac i z całej siły wbiłem się w gorącą i pulsującą cipkę, przytrzymując jej ręce nad głową.

W momencie kiedy poczułem jej ciasne wnętrze – było po mnie. Czas zabawy się skończył. Początkowo powolne ruchy zamieniły się we wściekły galop. Widziałem, że to, co się dzieje, jest dla niej zbyt intensywne. W oczach pojawiły się łzy, jęczała z każdym moim ruchem, ale czas, kiedy mogłem jeszcze się zatrzymać, minął lata świetlne temu. Puściłem jej dłonie i oparłem ręce na łóżku.

– Łukasz, proszę… – szepnęła cicho, wbijając paznokcie w moje barki.

– O co? – sapnąłem w rytm pchnięć. – O co mnie prosisz? – Starałem się nie myśleć o tym, jak cudownie zabrzmiało moje imię w jej ustach.

Odpowiedział mi głuchy jęk.

– O to? – spytałem i zacząłem poruszać się wolno, dobijając aż do końca. – Czy o to? – wycharczałem, obracając ją na brzuch i wbijając się w nią od tyłu.

Klementyna nie odpowiedziała. Słyszałem tylko jej głośny oddech. Zacisnąłem ręce na jej biodrach, nie dbając o to, że prawdopodobnie zostaną jej sińce. Zacząłem wbijać się w nią nieregularnymi ruchami i poczułem, że dochodzę. Usłyszałem jej krzyk i domyśliłem się, że podążyła za mną.

Opadłem bezsilnie na plecy i – wbrew zdrowemu rozsądkowi – przytuliłem ją.

***

Poczułam, jak powoli wracam do żywych. Jakby to wszystko mi się przyśniło. Dopiero kiedy podniecenie zaczęło mnie opuszczać, uświadomiłam sobie, co najlepszego narobiłam. Obcy facet, jego mieszkanie, kompletne szaleństwo… Starałam się wyrównać oddech, uspokoić. Łukasz przyciągnął mnie do piersi i coś mruknął. Bałam się drgnąć. Co niby mogłabym mu teraz powiedzieć? Po pięciu minutach poczułam, że jego oddech się uspokoił. Dla pewności odczekałam jeszcze chwilę i ostrożnie wstałam, by broń Boże go nie obudzić. W pośpiechu zaczęłam zbierać rozrzucone wszędzie ciuchy. Spojrzałam jeszcze raz na śpiącego faceta i cichutko zatrzasnęłam za sobą drzwi.

***

Obudziłem się zadowolony i wypoczęty. Zanim jeszcze otworzyłem oczy, przypomniałem sobie wydarzenia poprzedniego wieczoru. Uzmysłowiłem sobie, że kilka godzin wcześniej byłem tak napalony, że – jak nigdy – zapomniałem o gumie, ale skoro ona nie nalegała, pewnie się zabezpieczała. Warto było… „Kurwa, przede mną mniej wesoła część” – pomyślałem, wyobrażając sobie wzrok panienki, kiedy będę musiał grzecznie wyprosić ją z mieszkania i podziękować za miłe towarzystwo. „Może wezmę chociaż numer telefonu… w sumie była niezła” – pomyślałem i obróciłem się w stronę mojej towarzyszki.

ZONK.

Byłem w łóżku sam. „Nie – tylko nie to. Pewnie już robi nam śniadanko, marząc o wspólnych posiłkach i gromadce dzieci” – wstałem, przeczesując ręką potargane włosy i z rezygnacją udałem się do kuchni. Tymczasem tam czekał na mnie jedynie zlew pełen garów – Klementynki ani śladu. Poczułem się nieswojo. Zwykle to ja znikam, cmokając dziewczynę bratersko w policzek. Gdzie ona, kurwa, jest?

Pewnie zostawiła mi kartkę z numerem telefonu – pomyślałem dumnie. Taki chuj. Kartki też nie było. Przez chwilę poczułem się wykorzystany. Obraziła moją męską dumę, ale w zasadzie oszczędziła mi kłopotów. Trochę żałowałem, że nie uda mi się bliżej zapoznać z jej całkiem niezłymi cyckami, ale miałem dziś ważniejsze kwestie na głowie. Jutro ruszał proces zorganizowanej grupy „Szarego”. Byłem oskarżycielem publicznym i walczyłem cztery lata, by udupić tych skurwysynów.

Let’s dance.

***

Dotarłam do domu o pierwszej, a bezlitosny budzik zadzwonił o siódmej. Nie mogłam zdecydować się, który kac stanowi większą dolegliwość – łupiąca głowa czy ogarniający mnie powoli moralniak. Przez chwilę zastanawiałam się, czy nie pospać dłużej, ale uświadomiłam sobie, że nie mam na to najmniejszych szans. Przede mną ciężka robocza niedziela. Starałam się nie myśleć o swoim wyskoku, wzorem Scarlett O’Hary obiecując sobie, że pomyślę o tym jutro. Po prysznicu, śniadaniu, dwóch tabletkach ibupromu poczułam się na tyle dobrze, by zadzwonić do starego kumpla.

– Barti? – zapytałam, słysząc w słuchawce zaspane „halo”…

– Kinga? – Słyszałam w jego głosie zaskoczenie, ale też ewidentną radość. – Masz wyczucie – szepnął do słuchawki.

Po kilku sekundach usłyszałam, jak oddala się do innego pomieszczenia, po czym zagadał już pewniejszym głosem.

– Co tam? Czemu dzwonisz o takiej porze w niedzielę? Prawie mi przepłoszyłaś świeżą blond antylopę…

Mimo iż doświadczenia wczorajszego dnia, a w zasadzie nocy, wpłynęły na zmianę postrzegania jego jednodniowych dziewczyn, nie mogłam się nie roześmiać.

– Cały czas taki sam – powiedziałam, udając surowy ton. – Słuchaj, jestem w Gliwicach, długa historia, masz czas na kawę?

Na szczęście miał.

Do popołudnia ślęczałam nad robotą. Koło piętnastej rzuciłam papiery w kąt i szybko się przebrałam. Zaledwie pół godziny później zaparkowałam samochód w okolicach rynku i udałam się w stronę ogródków piwnych. Z daleka widziałam Bartiego, który rozsiadł się wygodnie na rattanowym krześle i kopcił faje. Nie widziałam jego oczu schowanych za przeciwsłonecznymi okularami. Spostrzegłam natomiast, że z litrowego słoika sączył jakiegoś drinka.

– Woda po ogórkach? – zagadałam, przechylając się nad stołem i całując go w policzek.

– Mojito ze słoja. Najlepsze w mieście. Chcesz?

– Dupa blada. Jestem autem. Proszę kawę – uśmiechnęłam się do kelnerki, która właśnie podeszła do stolika.

Bartek zsunął okulary na nos.

– Wybrałaś się na spotkanie ze mną samochodem? Gorzej ci?

Opadłam na krzesło i zapaliłam papierosa.

– Spokojna głowa, będę w mieście w cholerę czasu, więc nadrobimy. Mam tu sprawę. Taką, że jak na razie trudno określić, kiedy będę mogła wrócić do domu. Słyszałeś o procesie „Szarego”?

– Trudno było nie słyszeć. Mój kumpel go prowadzi – spojrzał na mnie uważniej. – Po co ci to? Dostanie dożywocie. Nie masz nic do zyskania.

– Nie chcę o tym truć. Sprawa jest osobista. Powiem ci tylko, że jego dożywocie wcale mnie nie martwi, to straszny kutas. Ale nawet on zasługuje na obronę, no nie?

– Czy to był cytat z doktora Planicy, który uczył nas postępowania karnego? – Barti zaczął się śmiać. – Byłby z ciebie dumny. Jesteś chyba jedyną osobą, która pamięta jego bełkot.

– Miałeś poprawkę, jesteś uprzedzony. Pierwszy raz od przyjazdu na Śląsk poczułam się normalnie. Dobrze było go spotkać. Przez chwilę miałam wrażenie, jakby od ukończenia studiów wcale nie minęło sześć długich lat.

– Powiedz mi lepiej coś więcej o tym prokuratorze.

Barti popatrzył na mnie z uwagą.

– Trafił swój na swego. Łatwo nie będzie.

– Domyśliłam się, że musi być dobry. Byle kto nie złapałby „Szarego”. Konkretniej?

– Twardy. Skryty. Skuteczny. To pracoholik i za cholerę nie umie przegrywać. Szczerze mówiąc, rzadko mu się to zdarza…

– Mówiłeś, że się z nim kumplujesz? Chyba na zasadzie, że przeciwieństwa się przyciągają. – Uśmiechnęłam się.

Barti wybuchnął śmiechem.

– Spadaj, ja też rzadko przegrywam.

– Tu masz rację, ale nie nazwałabym cię pracoholikiem.

– Ja ciebie też nie. – Barti błyskawicznie się odgryzł. – W końcu już dawno uznaliśmy, że prawdziwą sztuką jest odnoszenie sukcesów tak, by przy okazji specjalnie się nie narobić.

– Tak. Ale to jest wyjątek, który potwierdza regułę. Ślęczę nad tą sprawą trzy miesiące. Dobra, skończmy fedrować. Za ładna pogoda na gadkę o robocie. Powiedz lepiej, co z tą antylopą? – Pochyliłam się w jego stronę.

– Wolę nie zapeszać, więc nie powiem ani słowa. – Barti wyciągnął długie nogi pod stołem, opierając się wygodnie o oparcie krzesła. – Kto wygra Euro? – swoim zwyczajem szybko zmienił temat, o którym nie chciał gadać.

 

– Polska – odpowiedziałam bez sekundy zastanowienia.

– Poważnie pytam.

– Portugalia.

– Nie da się z tobą gadać. – Barti znów się śmiał. – Założę się o flaszkę, że nie wyjdziemy z grupy.

– Stoi – odpowiedziałam natychmiast i podałam mu dłoń.

– To zakład na zasadzie win-win. Cokolwiek się zdarzy – wygrałem. Jesteś pewna co do tego mojito? Auto odbierzesz jutro. W tym mieście nigdzie nie jest daleko, a spacer do sądu z rana dobrze ci zrobi.

– W sumie… – Spojrzałam w kierunku Anyway, które znajdowało się po przeciwnej stronie rynku. Błyskawicznie powróciły wspomnienia wczorajszego wieczoru i aż przymknęłam oczy, czując ogarniający mnie wstyd. – No i przekonałeś mnie – powiedziałam, szukając wzrokiem kelnerki.

***

Dzień nie mógł zacząć się gorzej. Zaspałem. Ubierając się pośpiesznie, zgarnąłem ze stolika akta i szybko zbiegłem do auta. Na szczęście w sądzie dowiedziałem się, że sprawa będzie opóźniona. Konwój wiozący „Szarego” z więzienia w Herbach utknął w korku. Poszedłem do sądowego bufetu, by napić się kawy i nareszcie obudzić. Z daleka ujrzałem Bartiego, który – jak co dzień – bajerował Kasię, naszą uroczą „bufetową”.

– Siema – ryknął na mój widok. – Dzwoniłem do ciebie w sobotę, ale byłeś poza zasięgiem – stwierdził, sugestywnie podnosząc brwi. – Fajnie było? – dodał z krzywym uśmiechem.

– Nieźle – powiedziałem niemrawo. Zniknięcie Klementyny nadal stanowiło pewien cios w mą męską dumę.

– U mnie też nie najgorzej – uśmiechnął się Barti. – Ale by nie było za miło, mam dla ciebie niezbyt dobre służbowe wieści – dodał już z poważną miną.

Spiąłem się w sobie. Ta sprawa była najważniejsza w mojej karierze i nie wyobrażałem sobie, aby coś miało pokrzyżować mi szyki.

– Co? – warknąłem.

– „Szary” ma nowego obrońcę. Nie spodoba ci się.

– Bo?

– Nie spodoba ci się, bo ją znam i wiem, że łatwo nie odpuści.

– Może sobie nie odpuszczać. Mam takie dowody, że może mi naskoczyć.

– Taa, ale… ona jest osobiście zaangażowana w sprawę i jeśli cokolwiek po drodze spieprzyłeś, ty albo te twoje orły z CBŚ, to ona to wygrzebie.

– Osobiście zaangażowana? W jakim sensie? – warknąłem.

– Nie wiem – powiedział Barti.

– To jego dupa? Matka? Ciocia z Puław? – nie wytrzymałem.

– Nie, nie, nie. – Barti zareagował dość gwałtownie, co zwykle mu się nie zdarzało.

– Kto to jest? – zapytałem spokojniej.

– Kinga Błońska. Do tej pory pracowała we Wrocławiu, niedawno przeniosła się do nas. Moja przyjaciółka ze studiów. Znasz?

– Nie – powiedziałem i odetchnąłem z ulgą. Skoro była z nim na studiach, to ma trzydziestkę. Ile mogła prowadzić spraw? Aplikację kończy się, mając lat dwadzieścia siedem, więc wiedziałem, że nie mogła mieć za wiele doświadczenia. – Ale zjem ją na śniadanie – dodałem pewnym głosem.

Barti popatrzył na mnie z namysłem i stwierdził:

– Obyś się tylko nie udławił.

***

Do sądu przyszłam z półgodzinnym wyprzedzeniem. Mariusza jeszcze nie było. Nie cierpiałam go, ale wiedziałam, że muszę bronić i to tak, jakby od tego zależało moje życie. Boże drogi! Przecież od tego zależało moje życie! Wytarłam spocone ręce o czarną garsonkę. Dam radę.

Powoli zeszłam na dołek. Policjanci powiedzieli mi, że „Szarego” jeszcze nie ma – konwój utknął w korku. Usiadłam na twardej ławce i czekałam.

Po czterdziestu pięciu minutach przywieźli Mariusza – ta sama pewna siebie bezczelna gęba, cwaniacki uśmiech. Poczułam, jak nienawiść napływa do mnie falami.

– O, moja pani mecenas – powiedział ze złośliwym uśmieszkiem. – Możemy na słówko?

– Po to tu przyszłam, „Szary” – spojrzałam przepraszająco na policjantów z konwoju. – Panowie dadzą nam chwilkę?

– Tylko przez kraty – odpowiedział strażnik.

Widziałam, że bardzo boi się, aby w wypadku akurat tego więźnia wszystko odbywało się zgodnie z regulaminem.

– Okej – powiedziałam ugodowo.

Kiedy wpakowali Mariusza do celi, powoli zbliżyłam się do krat.

– No i? – zapytałam, bojąc się odpowiedzi.

– Problemu nie będzie. Dziś nie zaczniemy – powiedział z nieukrywaną pewnością.

– Bo?

– Bo nie dojedzie konwój z „Ruskiem”.

– A niby czemu? – spytałam, marszcząc brwi, przecież proces był przygotowywany długo. Nie było miejsca na takie omyłki, jak brak głównego świadka, a jednocześnie współoskarżonego w sprawie.

– Zobaczysz – powiedział, uśmiechając się.

Ten uśmiech towarzyszył mu przez całe życie. Nie schodził z twarzy, nawet gdy robił okropne rzeczy. Od dzieciństwa, kiedy…

STOP.

– A tak swoją drogą wyglądasz całkiem nieźle, prawie tak jak wtedy, kiedy latem dwa tysiące drugiego byliśmy razem w… – zaczął.

– Zamknij ryj – powiedziałam i odsunęłam się od kraty.

Zobaczyłam, że strażnik przygląda się nam z ciekawością, więc podeszłam bardzo blisko i niemal na ucho wyszeptałam:

– Uważaj, bo tańczysz na cienkiej linie. Zawsze mogę rzucić to w cholerę i zostawić cię na pastwę pierwszego z brzegu obrońcy z urzędu.

– Dobrze wiemy, ukochana siostrzyczko przyrodnia, że tego akurat zrobić nie możesz – również wyszeptał i uśmiechnął się triumfująco.

***

– Panie prokuratorze! – usłyszałem. Sądowym korytarzem biegł za mną Roman Ciski, strażnik więzienny, który bardzo chciał zdobyć moje względy. Liczył na awans, kompletnie ignorując fakt, że nie miałem na to żadnego wpływu.

– Co tam, Roman? – zapytałem, kryjąc irytację.

– Panie prokuratorze, jest taka sprawa, kazał pan meldować o wszystkim, co dotyczy „Szarego”, więc…

– Co się stało? – błyskawicznie wykazałem zainteresowanie.

– Może to nic takiego… – Strażnik przestępował z nogi na nogę. – Była u niego obrończyni.

– I? To chyba normalne, że była?

– No właśnie nienormalne, bo on jej coś mówił, że wygląda pięknie jak kiedyś, a ona się zaczerwieniła i kazała mu się zamknąć, a dalej… dalej już nie słyszałem, bo mówili szeptem.

Zalała mnie kurwica. Aha, czyli jednak kochanka. Barti nie wygadał się, ale najwyraźniej „Szary” wezwał posiłki. Po chwili się odprężyłem. Z zeznaniami „Ruska” nie może nic zrobić – są niepodważalne.

***

– Do sprawy Mariusza Przytuły i innych – wydarła się protokolantka.

Słyszałam ją, jakby krzyczała mi się wprost do ucha, mimo iż byłam na drugim końcu korytarza. Założyłam togę i powoli skierowałam się do sali 217. Kochałam moją pracę, jednak dzisiejszy proces był wyłącznie przykrym obowiązkiem. Przełknęłam żółć w gardle. Przepuszczając przodem konwój prowadzący Mariusza, weszłam do sali. Oczywiście „braciszek” nie mógł oszczędzić sobie gierek i nie spróbować kopnąć prowadzącego go policjanta. No i nici z próby przekonania sędziów, że jest niesłusznie pomawianym obywatelem. Chwilowo straciłam nad sobą panowanie.

– Uspokój się – syknęłam.

Gnojek przesłał mi buziaczka.

Wściekła obróciłam się w drugą stronę. Chciałam sprawdzić reakcję tego słynnego prokuratora, z którym miałam się zmierzyć. Spojrzałam prosto w zimne i wściekłe oczy… Łukasza.

***

Nigdy nie straciłem w sądzie zimnej krwi. Nigdy! Nie bez powodu nazywali mnie „Zimny”, choć nazwisko Zimnicki również odegrało tu swoją rolę. W momencie kiedy zobaczyłem, jak do sali wchodzi „Szary”, a za nim jego osławiona obrończyni, powiewając togą, byłem przygotowany na szopkę. Dlatego nie zdziwiło mnie, kiedy „Szary” zaczął szarpać się ze strażnikami. Nie zdziwiło mnie też, kiedy obrończyni zaczęła go uspokajać, na co on z cwaniackim uśmiechem przesłał jej całusa. Dopiero kiedy odwróciła się w moją stronę, zagotowała się we mnie krew. To była Klementyna! Uczesana inaczej – w surowy kok, ubrana w zgrzebną togę, ale nadal ona. Czułem, jak ciśnienie krwi rośnie, w oczach mi ciemnieje, a kurwica po prostu paruje uszami.

– Panie prokuratorze? – usłyszałem spokojny głos sędziego Psowskiego, który przewodniczył składowi orzekającemu.

Uświadomiłem sobie, że mówił coś od dłuższego czasu, ale ja nie słyszałem ani słowa wpatrzony w Klementynę, która stała po przeciwnej stronie sali blada jak ściana. Opanowałem się nadludzkim wysiłkiem woli.

– Przepraszam, wysoki sądzie, nie dosłyszałem, zamyśliłem się.

– To było widać. – Sędzia uśmiechnął się pod nosem. – Sprawa dziś się nie odbędzie ze względu na chorobę oskarżonego Sławomira Trzmiela pseudonim Rusek. Aktualny pozostaje kolejny termin, piętnasty czerwca – za dwa tygodnie. Miejmy nadzieję, że do tego czasu oskarżony dojdzie do siebie.

– Oczywiście – odpowiedziałem.

– Nadto mecenas Kinga Błońska złożyła w czwartek wniosek dowodowy na piśmie dotyczący dopuszczenia nowej opinii biegłych psychiatrów. Pani mecenas – sędzia kurtuazyjnie wskazał ręką na Klementynę, tfu, Kingę…