Truskawkowe lato

Tekst
Z serii: To lubię
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Paulina Płatkowska

Truskawkowe lato

© by Paulina Płatkowska

© by Wydawnictwo Literatura

Okładka i ilustracje:

Katarzyna Kołodziej

Korekta:

Lidia Kowalczyk, Joanna Pijewska

Wydanie I

pierwsze w Wydawnictwie Literatura

ISBN 978-83-8208-893-9

Wydawnictwo Literatura, Łódź 2020

91-334 Łódź, ul. Srebrna 41

handlowy@wydawnictwoliteratura.pl

tel. (42) 630-23-81

www.wydawnictwoliteratura.pl

Na zlecenie Woblink


woblink.com

plik przygotowała Weronika Panecka

Ta historia przydarzyła się naprawdę –

pewnej dziewczynie, którą bardzo dobrze znam.

Ja ją tylko spisałam i pozmieniałam

parę szczegółów, w trosce o jej prywatność.

Autorka

CZERWIEC
O pewnych i sekretnych przypadkach zakochania, randce-nierandce oraz akcji „M”


Truskawki tego roku były dziwnie niesłodkie. Pachniały wspaniale, wyglądały nęcąco. Na ryneczku pyszniły się w łubiankach duże i małe, jasne i ciemne, okrągłe i podłużne. Wielkie truskawkowe kulfony, od których łatwo odchodziły szypułki, albo drobniutkie, które kojarzyły się Klarze z poziomkami. Jedne mocno wybarwione na czerwono, wręcz bordowo, inne wprost przeciwnie: ledwie pomarańczowe, choć podobno też dobre. Odmiana ananasówka, mówiła mama. Albo roksana. Albo marmolada – i kupowała na zmianę to te, to tamte, to jeszcze inne, żeby popróbować, które najlepsze.

Co z tego? To wszystko było nieważne w porówaniu z newsem dnia, każdego dnia już od trzech miesięcy: Klara Koziołek była nieszczęśliwie zakochana.

Jej wybranek miał na imię Konrad i od pięciu lat chodził z nią do jednej klasy. Jak to dziwnie się dzieje… Przez pięć lat jest się kolegą i koleżanką, widzi się nawzajem co dzień przez parę godzin na lekcjach i przerwach, na boisku, pod tablicą; w różnych sytuacjach, wesołych, smutnych, nerwowych, fajnych i głupich – i nagle pewnego dnia, bez żadnego ostrzeżenia, ten zwykły dotąd kolega zmienia się w obiekt westchnień!

W przypadku Klary stało się to na wycieczce. Był pierwszy dzień wiosny. Pojechali całą klasą nad rzekę z wychowawczynią, panią Makowską, na topienie ekologicznej marzanny. Upletli ją ze słomy, a pani Makowska bardzo pilnowała, by do kukły nie dokładać żadnych szkodliwych dla środowiska materiałów. Klara nie pamiętała już, czy to sam rytuał topienia wydawał się wszystkim tak zabawny, czy po prostu ulegli ogólnoklasowej głupawce – w każdym razie śmiali się dużo i z byle czego – a wychowawczyni nie przeszkadzała im w tym, nie strofowała, tylko mówiła wyrozumiale: „Wyśmiejcie się, jeśli tego wam właśnie trzeba, śmiech to zdrowie!”.

Konrad strasznie się wtedy wygłupiał. Najpierw oświadczył, że do pradawnego obrzędu topienia marzanny należy bezwzględnie odśpiewać jakąś starosłowiańską pieśń – a jako że nikt z klasy podobnej pieśni nie znał, Konrad wziął na siebie jej wymyślenie i zaintonowanie. Potem wynalazł w szuwarach długi badyl i z jego pomocą udawał, że łowi ryby w rzece. Wreszcie, popchnięty usłużnie przez Kubę („Ryba! Patrz, ryba ci bierze!”), zamoczył sobie nogę. Wbrew przestrogom wychowawczyni – zdjął but i skarpetkę, zawiesił je na niedawnej wędce i tak paradował po nadrzecznej łące, nucąc dla odmiany już nie starosłowiańską pieśń, a skleconą naprędce „arię wędrowca bez buta”. Krótko mówiąc, był tak rozkoszny, dowcipny, zabawny – że znienacka się Klarze spodobał. Zaczęła mu się przyglądać uważniej – i odnotowała, że ma przyjemny głos, gęste, fajnie ostrzyżone włosy, oliwkową cerę, zielone oczy, a w nich figlarne, psotne ogniki. Zlustrowała go raz, drugi, trzeci – wreszcie utwierdziła się w swym przekonaniu: Konrad właściwie nie miał wad.

Pierwszy dzień wiosny.

Pierwszy dzień zakochania w Konradzie.

Klara poczuła tego dnia tak gwałtowny i wyraźny przypływ uczucia, uderzyło ją ono z taką mocą i tak intensywnie, że zaznaczyła sobie ten dzień w kalendarzu wiszącym nad biurkiem. Specjalny piktogram składał się z dużej litery „K” w koronie, otoczonej sercem. Jej tajny szyfr.

Okropny pech sprawił, że zakochanie działało tylko w jedną stronę. Smutna prawda była taka, że Konrad nie zwracał na Klarę najmniejszej uwagi.

Ech… Może to wcale nie truskawki tego roku były mało słodkie, tylko humor Klara miała jakiś cierpki?

– Hej! – usłyszała nad głową Klara. Kończyła właśnie wiązać trampka w kolorze brudnego różu. Wstała z kucek i cmoknęła Nulę w policzek.

– Hej! Fajne kolczyki!

– Prawda? – ucieszyła się Nula. – Pysia mi zrobiła. Z ciastoliny i koralików. Obawiam się tylko, że są jednorazowe.

Zachichotały obie.

Nula była najlepszą przyjaciółką Klary. Naprawdę nazywała się Julia Anna, mieszkała przy tej samej ulicy, przy której znajdowała się szkoła, i miała młodszą siostrę Pysię. To właśnie Pysia nieświadomie wymyśliła jej ksywkę na lata. Gdy uczyła się mówić, nie potrafiła tak od razu wypowiedzieć wyraźnie imienia „Julia” ani nawet „Julka” czy „Jula”. A Julia bardzo nie mogła się tego doczekać! Ogromnie chciała mieć siostrę i wiązała z nią wielkie nadzieje – żeby je wcielić w życie, należało nawiązać możliwie bliski siostrzany kontakt. Cierpliwie pracowała więc nad tą bliskością. Najpierw nauczyła się brać Pysię na kolana, wkładać jej do rączki grzechotkę, a do buzi smoczek. Zauważała wszystkie postępy, które robiła mała – uśmiechy, chwytanie zabawek, siadanie… Najbardziej jednak czekała, aż Pysia zacznie chodzić i mówić – a już najmocniej jej zależało na tym, by usłyszeć wreszcie wypowiedziane przez Pysię własne imię. Gdy w końcu to nastąpiło, „Nula” spodobała się Julce do tego stopnia, że nakazała wszystkim tak się do siebie zwracać i w ten oto sposób została Nulą na dobre.

Nula zrzuciła z ramion plecak i postawiła go obok plecaka przyjaciółki. Ładnie się razem komponowały: jeden w drobny rzucik z kawałkami sushi na białym tle, drugi – błękitny, w alpaki i lamy o wielce zadowolonych minach.

– Wzięłaś farby? – spytała Nula.

– Wzięłam.

– Uff, to dobrze. Ja też wzięłam. W ostatniej chwili sprawdziłam na Librusie, że mamy dziś plastykę zamiast muzyki. Będziemy pewnie kończyć ten plakat ze straganem? Jak myślisz?

– Pewnie tak – westchnęła Klara. – Mój jest beznadziejny. Nie umiem rysować całej tej perspektywy… Skrzynki mi się rozjeżdżają, każda krawędź ucieka w inną stronę… Pan Długowąs znów będzie niepocieszony, zresztą ja też.

– Wcale nie! – zaprzeczyła z werwą Nula. – Co z tego, że się rozjeżdżają? I tak są świetne, masz dryg do takich drobnych elemencików. Te twoje wszystkie brokułki, bakłażanki, śmieszne kartofelki, to jest bardzo ładne!

– Sama jesteś śmieszny kartofelek! – roześmiała się Klara i zerknęła na zegarek. – No dobra, chodźmy już na górę – ponagliła przyjaciółkę.

– Już, już! – Nula błyskawicznie zmieniła sandały na tenisówki, zatrzasnęła swoją szafkę i schowała klucz do plecaka. – Gotowe!

Do końca roku szkolnego zostały dwa tygodnie. Stopnie mieli już wystawione, rada pedagogiczna się odbyła i w szkole panowało miłe rozprężenie. Wbrew obawom nauczycieli, jak zwykle z każdego z przedmiotów zdążyli z całym programem, frekwencja i oceny z zachowania wcale nie były tak fatalne, jak grozili, słowem – Klara, Nula i reszta V a kończyły rok z przepisową porcją przekazanej wiedzy. Lekcje odbywały się jak dotąd – nauczyciele prowadzili je jednak w nieco zmodyfikowany sposób. Nikt już nikogo nie odpytywał, nie zadawano też prac domowych. Było luźniej… i ciekawiej! Na geografii oglądali slajdy z najpiękniejszymi miejscami w Polsce i na świecie. Na biologii wyszli na dwór i powtarzali sobie nazwy dostrzeżonych w okolicy szkoły drzew, krzewów i kwiatów (a bardziej ambitni uczniowie mogli się wypowiedzieć szerzej na temat ich rozmnażania czy przynależności gatunkowej). Na angielskim odgrywali scenki, które mogły się przydać na wakacjach za granicą.

Klara była dobra z angielskiego. Właściwie umiała się odnaleźć we wszystkich sytuacjach z minirozmówkami, które wymyślała ich anglistka, pani Kawczyńska. Każdy z V a chętnie przyjąłby Klarę do swojej grupy. Niestety, przydział do grup odbywał się według kolejności w dzienniku: numery 1–5 tworzyły grupę pierwszą, 6–10 – drugą i tak dalej. Klara znalazła się w grupie z Martą, Karolem, Jaśkiem i Piotrkiem.

– W ramach międzynarodowej wymiany uczniów gościsz u siebie kolegę ze Szkocji – Marta wzięła na siebie odczytanie ich grupie kartki z instrukcjami. – Oprowadź go po swoim domu, pokaż pokój, w którym przygotowaliście z rodzicami miejsce dla niego, opowiedz, gdzie w domu znajdują się rzeczy, których – być może – będzie potrzebował. W następnej scence zaproponuj mu ciekawą wycieczkę po swoim mieście.

 

W trzeciej scence Johna miał boleć brzuch i należało mu jakoś pomóc.

– Dobra, to kto będzie Johnem? – Klara zwróciła się do chłopaków.

– Scenki są trzy, więc może zmianowo, nie? – podsunął Jasiek.

– Okej – przystała na to Marta. – Czyli tobie pokazujemy dom, Piotrka oprowadzamy po mieście, a Karola boli brzuch – wytypowała. Marta była w tym roku przewodniczącą ich klasy, dyrygowanie i wyznaczanie zadań miała więc we krwi.

– Ej, czemu akurat mnie ma boleć? – zaoponował Karol. – Ja bym wolał iść na wycieczkę…

– Człowieku, na jaką wycieczkę? To jest gra wyobraźni! – syknęła Marta.

– Przecież wiem! To był żart, jakbyś się nie zorientowała! – uśmiechnął się szelmowsko.

Marta przewróciła oczami. Karol niewątpliwie miał wiele zalet. Poważny jak na swój wiek, dobrze wychowany i inteligentny. Pod wieloma względami był miłym chłopcem, jednak żartowanie należało chyba do jednej z jego słabszych stron.

– Dobra, która z nas oprowadza Johna po domu, ja czy ty? – zwróciła się do Klary.

– Mogę ja – zgłosiła się Klara.

– Super. To wy konwersujcie, natomiast nasza pozostała trójka będzie wam przyznawała punkty.

– A w jakich kategoriach? – chciał wiedzieć Jasiek.

– No jak to w jakich? – zdziwiła się Marta. – Za poprawność chyba…? Za gramatykę, akcent, wymowę… Za co innego punktuje się na lekcji języka obcego?

– Za komunikatywność! – wykrzyknął triumfalnie Jasiek. – Wszystko to, o czym mówisz, jest funta kłaków warte, może być, że nawet brytyjskiego funta… – Puścił oko do Piotrka. – Najważniejsze jest dogadanie się! Co z tego, jeśli niepoprawnie?

– To z tego, że robisz z siebie imbecyla – broniła swojego zdania Marta.

Jasiek pokręcił głową, nieprzekonany.

– Tere-fere. Mogę sobie z łatwością wyobrazić ciebie, jak stoisz zmrożona przed gościem i układasz w głowie, którego użyć czasu i trybu, nie możesz się zdecydować, bo nie jesteś pewna, i w końcu nie mówisz nic. A on, biedny, niczego się nie dowiaduje o swym nowym domu!

Piotrek zawył tęsknie, niczym porzucony psiak.

– A tobie co odbija? – Marta posłała mu groźne spojrzenie.

– Pokazuję, jak mu jest smutno.

– Komu, do licha? – zirytowała się Marta.

– No, temu Johnny’emu, który się niczego nie dowiaduje o swym nowym domu. Ilustruję muzycznie waszą kłótnię – zachichotał, a Jasiek mu zawtórował.

– Piotrek robi podcasty – orzekł.

– Natychmiast przestańcie! – zażądała Marta. – Niech będzie, że Jasiek ma rację z tą komunikatywnością, ale nie do końca. Forma też jest ważna, nie tylko treść! Nie chcę, żebyś-cie za granicą robili Polsce obciach, bo nie umiecie sklecić poprawnie jednego prostego zdania! – zaperzyła się. – To mnie strasznie wkurza, taka bylejakość i usprawiedliwianie się, że to jest nieważne. Polskie litery w esemesach są nieważne, kultura jest nieważna, poprawność językowa nikomu niepotrzebna… Nie zgadzam się na to! – tupnęła nogą pod ławką.

– Marta ma rację – poparł ją Karol. – Nie można sobie za łatwo odpuszczać, bo do niczego nie dojdziemy. A jeden taki kretyn za granicą psuje opinię nam wszystkim. Ja też sobie nie życzę, żeby on mi psuł.

– Ale to może być tak sympatyczny kretyn, że i tak wywrze na Angolu przyjemne wrażenie! – uśmiechnął się niewinnie Piotrek. – A już zwłaszcza na Angolce! – zatrzepotał rzęsami.

– Wiadomka! – poparł go Jasiek i huknął po przyjacielsku w ramię.

– Kochani, czy wy już pracujecie nad swoją scenką? – Pani Kawczyńska niepostrzeżenie stanęła nad ich połączonymi ławkami.

– Wyłącznie, proszę pani! – oświadczył żarliwie Jasiek. – Trwa właśnie twórcza debata nad sposobami oceny scenki.

– Sugeruję mniej teorii, więcej praktyki, Jaśku – poradziła pani.

Jasiek wyrzucił w górę dłoń zaciśniętą w triumfalnym geście.

– Haa!!! Praktyka!!! Widzisz, Martusiu? Prak-ty-ka! Robimy tak: Marta ocenia gramatykę, Karol akcent, a Piotrek komunikatywność. Debatę uznaję za zamkniętą! Klaro – zwrócił się do niej z kurtuazją – czy zechcesz oprowadzić mnie po swoim domu?

Klara pożegnała się z Nulą na rogu ulicy i skręciła w stronę przystanku. Zawsze po szkole stawały tam jeszcze na pogaduszki. Mama Klary żartowała, że są jak te kobiety ze starego dowcipu – które przesiedziały ze sobą dziesięć lat w więzieniu w jednej celi, a po wyjściu na wolność długo stały jeszcze pod więzienną bramą, paplając jak najęte.

Cóż – właśnie tak to z przyjaciółkami jest. Nagadania nigdy dość!

Klara spojrzała na zegarek. Do przyjazdu autobusu miała jeszcze prawie kwadrans. Fajne są te ostatnie dni szkoły. Luz, do tego ładna pogoda. Na wuefie wyszli na dwór i grali w badmintona albo w piłkę, w co kto chciał. Żadnego stresu, żadnego oceniania. Ciekawe, czy szkoła nie mogłaby funkcjonować na co dzień w ten sposób… Naprawdę nic by nie robili sami z siebie, gdyby nie groziła im pała?

– Klaro… – usłyszała za sobą znienacka.

Odwróciła się. Karol dogonił ją i zrównał z nią krok.

– Fajnie dziś było na angielskim, nie?

– Fajnie – przyznała. – Choć Piotrek trochę się wydurniał.

– No tak. Statystycznie w każdej grupie trafia się jeden pajac. Przynajmniej jeden. Pomyśl o grupie trzeciej, oni musieli wytrzymać i z Kubą, i z Konradem.

Klara w milczeniu przełknęła urazę za ukochanego. Karol, czymś pochłonięty, nawet tego nie zauważył.

– Słuchaj… – odezwał się znowu. – Masz może teraz trochę czasu? To znaczy… Czy musisz iść prosto do domu, czy moglibyśmy na przykład pójść na lody?

Panna Cotta była miejscem, do którego uczniowie chodzili ciągle, przepuszczając tam większość kieszonkowego. Położona najbliżej szkoły, kusiła zapachem świeżych wypieków oraz wystawką lodów w bajecznych kolorach i smakach. Klary nigdy dotąd nie zaprosił tam jednak żaden chłopak! Zawsze ściśle trzymali się w podgrupach: dziewczyny szły osobno, chłopaki osobno. Dziewczyny najczęściej zostawały w środku, chłopaki kupowały coś sobie i wychodziły na zewnątrz, na murek. W tym kontekście propozycja Karola była kompletnie nieoczekiwana, wręcz egzotyczna.

Klara miała w głowie sto znaków zapytania. „Na lody?”, „We dwoje?”, wreszcie: „Czy to randka?”.

Najważniejsze, żeby zachować twarz i odpowiednią porcję luzu. Spięcie od razu by sugerowało, że Klara idzie z chłopakiem na lody po raz pierwszy – a, choć była to prawda, z jakiegoś powodu nie chciała, żeby tak pomyślał.

– Hmm… – zaczęła więc, dla zyskania czasu, jakby się nad czymś zastanawiała. – Nie, w sumie nigdzie się nie spieszę, w domu i tak jeszcze nikogo nie ma, prac domowych też już nie zadają… Okej, chodźmy! – powiedziała, starając się jak najdoskonalej wymieszać w swoich słowach porcję uprzejmości (bo Karol był zawsze uprzejmy, więc to mu się po prostu uczciwie należało) oraz pozę „nie-zależy-mi-ale-czemu-nie”.

– Świetnie!

Nieźle to sobie wymierzył. Właśnie prawie mijali wejście do Panny Cotty. Karol otworzył przed Klarą drzwi i gestem zaprosił ją do środka.

Dopiero teraz do niej dotarło, że przecież ktoś z klasy mógł tam siedzieć. Natychmiast się spięła i czujnie rozejrzała po wszystkich kątach niewielkiego wnętrza cukierni.

Uff, nikogo nie było.

Dopiero byłoby gadania! Zanim by się obejrzeli, klasowe plotkary natychmiast zrobiłyby z nich parę, a takiej łatki bardzo trudno się pozbyć. A przecież Klara chciałaby być łączona z kimś zupełnie innym…!

– Czego się napijesz? – spytał Karol.

– Nie chcę cię naciągać. Przyszliśmy na lody, więc może po prostu weźmy po gałce i już?

Karol kiwnął głową.

– Jakie lubisz smaki?

Klara się roześmiała.

– Chyba łatwiej byłoby wymienić, jakich nie lubię!

Spojrzał na nią pytająco.

– No po prostu… W zasadzie lubię wszystkie! – wyjaśniła.

– Dobra. To poczekaj chwilę, pójdę zamówić.

– Jasne.

Zaczynało jej się to podobać. Karol przejmował inicjatywę, widać było, że ma na to spotkanie jakiś plan i konsekwentnie się go trzyma. Oczywiście, to nie w nim była zakochana – musiała jednak przyznać, że to było bardzo męskie. Może zakochanie się w kimś kulturalnym i dobrze wychowanym byłoby rozsądniejsze od zakochania w klasowym… jak on go określił? „Pajacu”?…

Klarę trochę ubawiła, a trochę zezłościła własna myśl. Nieźle. Jedno niewinne zaproszenie na lody, a ona już się zastanawia, czyby się w nim nie zakochać. Ładnie wygląda jej stałość w uczuciach! A jeszcze do tego – co za dylematy! Rozsądek kontra serce – przypomniała sobie tytuł artykułu z gazety, którą czytała mama.

Bardzo śmieszne.

Prychnęła z niesmakiem nad własną głupotą.

Karol już zapłacił i czekał teraz przy ladzie na odbiór zamówienia. Nagle odwrócił się do niej i posłał jej uśmiech.

Odpowiedziała mu tym samym. Dla miłych ludzi należy być miłym.

Nagle poczuła nowy przypływ ekscytacji. Ale czad!!! Czyżby właśnie była na czymś-w-rodzaju-pierwszej-randki??? Najchętniej od razu wyjęłaby telefon i napisała o tym Nuli, ale zrezygnowała. Odpowiednia porcja zblazowania jest w kontaktach z chłopakami (nawet ultradobrze wychowanymi) absolutnie nieodzowna. Przynajmniej kiedy ma się dwanaście lat.

Żeby zająć czymś myśli i ręce, Klara wyjęła z plecaka miodowy balsam do ust i rozsmarowała odrobinę na wargach.

Karol wrócił do ich stolika, niosąc dwa wspaniałe pucharki z deserami lodowymi.

– Ojej! Zaszalałeś! – powiedziała z nutką uznania.

– A co! – uśmiechnął się Karol. – Raz się idzie razem na lody, to można poszaleć!

Pierwszy raz – poprawiła go w myślach Klara.

– Malinowo-kokosowe z bezą, mogą być?

– Bardzo mogą! – potwierdziła z zapałem Klara i powąchała swój pucharek.

Wyglądał i pachniał wspaniale. Znów całą siłą woli powstrzymała się przed wyciągnięciem telefonu i sfotografowaniem go. Byłaby i fajna pamiątka pierwszej randki, i fajna wrzutka na Instagram.

– No to smacznego! – Karol zabrał się do jedzenia.

– Smacznego! – odpowiedziała i zrobiła to samo.

Z grubsza kojarzyła rodzinę Karola. Miał pogodnych rodziców i dwie starsze siostry. Mieszkali w dużym domu, zdaje się także z babcią, i wydawali się sympatycznymi ludźmi.

Ciekawe, czy fajne te siostry. I czy ją polubią. Może faktycznie powinna zmienić obiekt uczuć?

Karol schrupał swoją bezę i otarł usta serwetką.

– Klaro… – zwrócił się do niej. – Chciałbym cię o coś zapytać.

Tak szybko?!? – pomyślała w popłochu Klara. Ale ja jeszcze nie wiem, czy chcę być twoją dziewczyną…! Kto by się spodziewał, że poczciwy Karol będzie tak prędko żądał konkretów! Co ma mu odpowiedzieć?! Że bez konsultacji z Nulą nie podejmuje żadnych decyzji…? Że na razie jest tymczasowo zakochana w pajacu Konradzie? Że musi się zastanowić…?

O, to ostatnie jest dobre. „Muszę się zastanowić”. To jest najlepsza odpowiedź każdej szanującej się dziewczyny.

Klara uspokoiła się wewnętrznie, na chwilę odłożyła łyżeczkę (by nie zakłócać powagi chwili jakimś brzękaniem o pucharek) i spojrzała na Karola z łaskawym przyzwoleniem.

– Taaak?

Starała się, by jej głos brzmiał aksamitnie, jak w filmach. Nie za słodko, ale i nie za wyniośle, tak w sam raz.

– Chodzi o… sprawy sercowe.

A o cóż by innego? Klara uśmiechnęła się w myślach nad niezdarnością poczynań mężczyzn w wieku lat dwunastu. Przecież to było jasne od początku, nie zabiera się dziewczyny na lody po to, by z nią rozmawiać o matmie albo o wuefie. Karol wyglądał jednak na stropionego. Chyba powinna trochę dodać mu otuchy.

Na jej twarz wypłynął przyjazny, wyczekujący uśmiech. Ciekawe, jak jej o tym powie. Jakich użyje słów. Nula padnie z wrażenia!!!

Klara poprawiła się na krześle i skoncentrowała się, gotowa wysłuchać i dokładnie zapamiętać wszystko, co teraz popłynie z ust siedzącego naprzeciwko niej chłopaka.

– Widzisz… Tak się jakoś złożyło, że bardzo polubiłem Martę. Można powiedzieć, że się w niej… No, wiesz… Zadurzyłem. Kurczę, to jest taka świetna dziewczyna! Ma takie… no, kurczę, takie niezłomne zasady… I tak pięknie marszczy nos, kiedy coś idzie nie po jej myśli. Chciałbym jakoś do niej dotrzeć. Przełamać tę barierę, którą ona wokół siebie buduje. Ale ona mnie do siebie nie dopuszcza. Nie śmieszą jej moje żarty, nie docenia mojego wsparcia… Nawet dzisiaj, w tych scenkach na angielskim, w ogóle nie zwracała na mnie uwagi! Na to, że ją popierałem. – Karol na chwilę się zasmucił, zaraz jednak podniósł głowę i ciągnął dalej: – Imponuje mi, że ona jest tak niezależna i odważna w tych swoich przekonaniach… Chciałbym, żeby dostrzegła wreszcie, jak one są podobne do moich. Że właściwie… no, pasujemy do siebie jak dwie połówki. Sama powiedz, Klaro: czy tak nie jest?

 

Klara przez chwilę siedziała bez słowa, zagapiona tępo na Karola, zupełnie jakby mówił w jakimś obcym języku – po chińsku albo po francusku.

– Że co??? – odezwała się w końcu jak kretynka.

– Ale: co, że co? – nie zrozumiał Karol.

Jego słowa pomału docierały do Klary.

Marta?! Jak to MARTA???

– Dlaczego mi to wszystko mówisz? – sformułowała w końcu sensowne pytanie.

– Ach. Bo chciałem się ciebie poradzić, co mam zrobić. Jak ją podejść, tę naszą nieustępliwą Martę…? Ty jesteś taka równa dziewczyna. Jakoś tak mi się zdaje, że nie rozgadasz tego wszystkim, a może byś mi podpowiedziała, jak ją do siebie przekonać.

„Równa dziewczyna”?!…

Klarze w tempie natychmiastowym rzedła mina. „Równa dziewczyna” na pewno nie było określeniem, które chciałaby usłyszeć na swój temat z ust chłopaka. Podobnie trudno było się jej pogodzić z całym wyznaniem Karola. Przeciwnie, była gotowa na całkiem inne wyznanie!

– Hmm… – znów spróbowała zyskać na czasie. – Wiesz, ja nie jestem przyjaciółką Marty, nie znam jej aż tak dobrze, żeby móc ci doradzić coś konkretnego.

– Ale jesteś dziewczyną, i to mądrą. Wiesz, jak dziewczyny czują, co lubią, co może na nie zadziałać.

„Mądra”… No cóż, trochę lepiej. Mimo wszystko wolałaby usłyszeć: „Jesteś piękna, cudowna, wspaniała!”. Czy to już próżność?

Klara zajrzała do swego pucharka. Lody pomału zmieniały się w płynną piankę. Gdzieś jej ostatnio mignęło w internecie, że kiedy lody się podejrzanie za bardzo pienią, to znaczy, że dodano do nich sztucznej substancji podobnej do proszku do prania.

Nagle zupełnie straciła na nie apetyt.

– Nie wiem, Karolu – odezwała się w końcu bez humoru. – Każda dziewczyna lubi coś innego, a ja, jak już ci wspomniałam, nie jestem zbyt bliską koleżanką Marty. Mogę nad tym pomyśleć. A jak coś wymyślę, to ci powiem.

– Byle przed końcem roku – zwrócił się do niej błagalnie. – Bo wiesz, w wakacje stracę szansę widywania jej co dzień. Dlatego sprawa jest pilna, najlepiej, gdyby została moją dziewczyną… no, albo przynajmniej zaczęła się do mnie przekonywać w ciągu najbliższych dni! Wtedy miałbym szansę umawiać się z nią też w wakacje.

Ale sobie tempo narzucił! Klara zawsze miała Karola za miłą, acz flegmatyczną ofermę – a tu proszę, jaki szybki Bill!

I jeszcze: co za pomysł, żeby zakochiwać się akurat w Marcie! Zimnej, wyniosłej dziewczynie bez poczucia humoru! Czy w klasie naprawdę nie ma fajniejszych dziewczyn?!

Tego jednak przecież nie mogła mu powiedzieć. Może za jakiś czas, może zresztą sam przejrzy na oczy. Gdyby miała obstawiać, ile procent szans daje mu na poderwanie Marty (jeszcze, bagatela, w dwa tygodnie!), byłby to jeden procent. Jeden! I to naciągany, po znajomości.

Nagle zrobiło jej się go żal. Któż lepiej od niej samej wiedział coś o mękach nieszczęśliwego zakochania…?

Klara westchnęła ciężko, trudno powiedzieć, czy bardziej nad swoim, czy Karola losem.

– Dobra. Spróbuję dzisiaj wymyśleć dla ciebie jakąś strategię i jutro w szkole ci powiem, co i jak. A teraz, tak na szybko, jeśli mogę ci coś poradzić – to nie używaj wobec Marty swojego poczucia humoru.

Karol wyglądał na niebotycznie zdumionego.

– Jak to?… Zawsze słyszałem, że do kobiety dociera się właśnie w ten sposób! No wiesz, te hasła typu: „Jeśli uda ci się rozbawić kobietę, to już jest twoja” i tym podobne. To nie działa?!

– Działa, ale…

Jak miała mu powiedzieć, że jego poczucie humoru jest beznadziejne, a Marta nie ma go wcale?

– Słuchaj, musisz mi zaufać – powiedziała twardo. – Jeśli mam ci pomagać i coś ma z tego wyjść, to musisz po prostu mnie słuchać. Mnie, a nie jakichś haseł i przesądów! Znajdziemy na nią sposób. Tylko od dziś masz bezwzględny zakaz prób rozśmieszania Marty. Zrozumiano?

Karol popatrzył na nią z uznaniem.

– Tak jest, Klaro! I… dzięki! Wiedziałem, że mogę na ciebie liczyć!