Intryga pozamałżeńska

Tekst
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Plik jest zabezpieczony znakiem wodnym


Intryga pozamałżeńska

Copyright © 2021 by Paulina Płatkowska

(under exclusive license to Wydawnictwo Sonia Draga)

Copyright © for this edition by Wydawnictwo Sonia Draga, 2021

Projekt graficzny okładki: Ilona Gostyńska-Rymkiewicz

Grafika użyta na okładce: Shutterstock/Moremar

Redakcja: Justyna Chmielewska

Korekta: Dagmara Magryta, Edyta Malinowska-Klimiuk, Maria Zając

ISBN: 978-83-8230-169-4

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione i wiąże się z sankcjami karnymi.

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Więcej o prawie autorskim na www.legalnakultura.pl

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o.o.

ul. Fitelberga 1, 40-588 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

e-mail: info@soniadraga.pl

www.soniadraga.pl

www.facebook.com/WydawnictwoSoniaDraga

E - wydanie 2021

SPIS TREŚCI

Prolog

1

2

3

4

5

6

7

8

9

10

11

12

13

14

Epilog

Kulisy i podziękowania

Przypisy

Prolog

– „Kaprys Mona Lisy”, słucham?

– Dobry wieczór, mówi Laura Ligocka. Chciałabym potwierdzić rezerwację stolika dla dwóch osób…

– Rozumiem, dziękuję. Nie trzeba u nas potwierdzać rezerwacji.

Nie lubiła, gdy ktoś wchodził jej w słowo.

– …z niewielką zmianą – powiedziała specjalnym tonem: tak, aby nie wyjść na despotkę, ale też tak, by przy odrobinie empatii dało się odczuć, że jej przerwano i że uważa to za faux pas. – Zjawimy się nie o dziewiętnastej, a o dwudziestej pierwszej.

– Ach tak – odparł niczym niezrażony, nadal nieskazitelnie uprzejmy głos po drugiej stronie słuchawki. – A zatem środa, dwudziesty trzeci września, godzina dziewiąta wieczorem. Nie ma najmniejszego problemu.

Oczywiście, że problemu nie było! Problemy są po to, by je rozwiązywać. Byłoby dziwne, gdyby zmiana rezerwacji w niebotycznie drogiej restauracji stanowiła jakikolwiek kłopot. Owszem, „Kaprys” był oblegany, ale skrzętnie pilnowano tam wszelkich form kurtuazji, dbając zarówno o podniebienia klientów, jak i o własną nieposzlakowaną opinię. Ten lokal jako jedyny w Polsce szczycił się dwiema gwiazdkami w słynnym przewodniku kulinarnym Michelin. Czy mogło być lepsze miejsce na kolację z okazji dziewiątej rocznicy ślubu?

Może i mogło, Laura nie zamierzała tego jednak roztrząsać. Lubiła w sobie zdecydowanie. Skoro wybrała właśnie taki sposób uczczenia ich święta, to należy uznać to za dobry wybór i basta.

Problemy związane z rocznicowym wychodnym Laury i Filipa czaiły się zgoła gdzie indziej – i przewrotnie przybierały twarze ich niewinnych, prześlicznych, ukochanych dzieci, Niny i Filonka. Otóż z dziećmi nie miał kto zostać.

Naturalnie, mieli nianię. Nawet dwie: codzienną i rezerwową. Ale odkąd Filonek skończył półtora roku, posłali go do żłobka, wierząc, że tam będzie się lepiej uspołeczniał – i niania codzienna poszła w odstawkę. Ninka chodziła do przedszkola w tym samym budynku już drugi rok, aktualnie do grupy czterolatków, chowała się zdrowo, więc kontakty ich rodziny z nianią rezerwową także pomału zanikały. Nie należeli też do szczęśliwców mających na podorędziu babcie w tej samej dzielnicy, mieście czy choćby w jakimś nieodległym powiecie. Oboje pochodzili spoza Mazowsza: Laurę przywiało na studia do Warszawy ze Szczecina, Filipa z Bielska-Białej. Babcie, wraz z dziadkami, wciąż zajmowały swoje wyjściowe pozycje, a do stolicy wyprawiały się nie częściej niż dwa, góra trzy razy do roku. Teść, zażywny notariusz, jeszcze pracował, teściowa dzień w dzień zajmowała się przychówkiem Filipowego brata, co się zaś tyczy rodziców Laury… Hm. Każde ich odwiedziny w Warszawie stanowiły starannie zaplanowane pobyty kulturalne, przypadały najchętniej w sezonie wiosna–lato i nieodłącznie wiązały się z wysłuchaniem ciekawego koncertu, obejrzeniem modnego spektaklu czy głośnej wystawy. Ściągnięcie dziadków jesienią (!), na jeden wieczór (!!) i to w celu zupełnie zwyczajnego popilnowania wnuków w domu pod nieobecność córki i zięcia (!!!) nie wchodziło w rachubę. Dyskutowania byłoby więcej, niż to warte.

Rocznicę ślubu można rzecz jasna z powodzeniem spędzić w domu, z dziećmi. Szkopuł w tym, że Ligoccy zrobili tak już rok temu, w rocznicę ósmą; siódma, dwa lata temu, zbiegła się z narodzinami Filonka, tak że musieli się zadowolić widzeniem w mało romantycznych wnętrzach szpitala przy Karowej; trzy lata wcześniej również zostali w domu, bo Ninka była jeszcze malutka i przy piersi… Doprawdy, najwyższa pora wrócić do obyczajów dorosłych, kochających się ludzi i czasem wyjść gdzieś bez dzieci.

Laura, niezrażona, a wręcz zdeterminowana, obdzwoniła wszystkie trzy nianie; trzy, bo z dawną opiekunką Ninki włącznie. Dawna, Lila, wymawiała się, że mały jej nie zna i lepiej, aby został z kimś znajomym. Ich niedawna niania Edyta tkwiła do dwudziestej na posterunku u nowych pracodawców, a nawet gdyby jakimś cudem udało jej się zerwać wcześniej, to po dziesięciu godzinach z rocznymi bliźniaczkami nie miała już ani krzty siły, by wziąć sobie na barki jeszcze małych Ligockich. Rezerwowa Karin akurat tydzień, w którym przypadała rocznica, zamierzała spędzić z narzeczonym w oświetlonych wrześniowym słońcem Bieszczadach.

– Dla jednych szczęście, dla innych pech… – skwitował filozoficznie Filip, gdy Laura zrelacjonowała mu swe niepowodzenia.

– Ty nie filozofuj, tylko pomyśl, kogo jeszcze moglibyśmy poprosić! – fuknęła w odpowiedzi, aktualnie „sfokusowana na cel”, jak to się mawiało w korporacjach, nie w nastroju na podobne dywagacje.

Przez chwilę patrzyli na swoje szkrabiątka, słodko podskakujące na ogrodowej trampolinie. Ninka wzbijała się w powietrze niczym elfy Disneya: wysoko, lekko i zwinnie. Była foremną dziewczynką, o miłej, najczęściej uśmiechniętej buzi. Dwuletni Filonek niemal każdy podskok kończył wywrotką, z której przez dwa lub trzy kolejne skoki siostry gramolił się z powrotem do pionu, znów padał, znów niezrażony wstawał, nic a nic nie tracąc przy tym humoru… Wesołe, zdrowe dzieci – czy może być w życiu coś lepszego?

– Gochę? – podsunął usłużnie Filip.

Laura westchnęła. Gocha – najdroższa przyjaciółka, której z zamkniętymi oczami powierzyłaby w opiekę swoje dzieci – właśnie przechodziła paskudną anginę. Co gorsza, natchniona rozmaitymi naturalnymi metodami leczenia konsekwentnie odmawiała przyjęcia antybiotyku, usiłując dojść do siebie li tylko dzięki kuracjom z ziół, wody utlenionej i propolisu.

Tyleż ciekawe, co ryzykowne. Nawet jeśli do środy poczułaby się lepiej i byłaby gotowa przyjechać do dzieci Ligockich, Laura wolałaby ich nie narażać na kontakt z niedobitkami bakcyli ciotki.

– Gocha nie. Nie będzie mogła. – Zdecydowanie pokręciła głową. – Jak zawsze: najbardziej zawodne ogniwo to czynnik ludzki – mruknęła.

– Czynnik ludzki to szczęście i pech w jednym… – Filip posłał jej w powietrzu całusa. – Musisz być bardziej nastawiona na rozwiązanie, nie na problem – pouczył ją po swojemu.

Laura przewróciła oczami. No chwila, kto tylko gadał, a kto n a p r a w d ę wziął się za przygotowanie ich wyjścia…?

Filip był świetny w teoryjkach, jak to prawnik. Laura ich nie znosiła. W końcu kto pokonywał większość drobnych codziennych upierdliwości, tak że dla reszty rodziny pozostawały niezauważalne? Kto był mistrzynią rodzinnej logistyki, reżyserką ich poranków, popołudni i wieczorów, prowodyrką udanych wypadów, niestrudzoną organizatorką wspólnie i ciekawie spędzanego czasu? Łatwo teoretyzować, kiedy obok jest praktyk, który odwali całą robotę, tak że nawet nie widać, że coś było do zrobienia… Oto niewdzięczna kobieca rola, z którą Laura, owszem, radziła sobie nieźle – nie pogardziłaby jednak czasem paroma słowami szczerego uznania. A jeszcze lepiej podziwu.

 

– Weź i rozwiąż – burknęła zatem, wzruszając ramionami.

Filip zagapił się gdzieś w przestrzeń ponad ich płotem, niby szukając natchnienia – i nagle w jego oczach błysnęła iskra, jakby wpadł na jakąś świetną myśl. Laura powiodła wzrokiem za mężem, ale on już puszczał siatkę trampoliny, o którą się dotąd opierał, już postępował parę kroków do przodu i kiwał do kogoś przyjacielsko.

– Megi! – zawołał do sąsiadki, jakimś cudem wypatrzywszy ją w ogrodzie wśród bujnych rododendronów.

Usłyszała. Uniosła nieco głowę w słomkowym kapeluszu (noszonym chyba dla przydania sobie stylu, bo po co komu kapelusz, kiedy świeci tylko łagodne jesienne słońce?), odkiwnęła do niego i ruszyła w kierunku wspólnego płotu. Podeszli i oni.

– Cześć, Megi – powtórzył wesoło Filip, gdy znaleźli się blisko. – Dobrze cię widzieć, moja żona ma do ciebie pytanie.

Cały on! Niby znalazł to swoje rozwiązanie, lecz nie dociągnął sprawy do końca, tylko podał je Laurze na tacy, tak że dopięcie znowu spadło na nią. Przy odrobinie dobrej woli można by powiedzieć, że stanowili zgrany zespół: ona wpadała na daną myśl – o wycieczce, remoncie, nowym projekcie ogrodu, panelach słonecznych – on zaś, kiedy zaczynała się nieco gubić w gąszczu możliwości, wskazywał jej właściwy tor, po czym znowu pałeczkę musiała przejąć ona: wzywała fachowców, negocjowała ceny, zagłębiała się w umowy i specyfikacje techniczne… A potem, cóż: sprzątała po remoncie, chowała walizki po wycieczce, dbała o nowy ogród i tak dalej.

Zespół zespołem, ale czy podział ról aby na pewno był równy?

– Co tam? – zagadnęła Megi z grabiami w ręku, leniwie się przeciągając. Jak objaśniła im siedem lat temu, kiedy kupili dom obok niej i zostali sąsiadami, „Megi” nie było imieniem, zdrobnieniem ani nawet angielską wersją jakiegoś polskiego imienia, tylko połączeniem dwóch pierwszych sylab jej imienia i nazwiska. „Melania Gibalska. Me-gi. Tak wszyscy na mnie wołają. To chyba lepsze niż Mela, co nie?” – powiedziała wtedy, śmiesznie marszcząc piegowaty nos, a oni od razu ją polubili; wydawała się fajna, zgrywna i bezpośrednia. Mogła mieć pięćdziesiątkę, potem się okazało, że nawet trochę więcej, ale przez te piegi, miny i charakterystyczną żwawość ruchów (chodziła, leciutko podskakując, jak mała, ucieszona z czegoś dziewczynka) sprawiała wrażenie znacznie młodszej.

Laura wyłuszczyła problem, a Megi z miejsca, zwyczajnie i bez ceregieli się zgodziła.

– Tylko czy może być później? – spytała, znów marszcząc nos.

– Później? – zdziwiła się Laura.

– No, później… Później niż osiemnasta. Prawdę mówiąc, wolałabym czuwać przy śpiących dzieciach, niż je kąpać, karmić i usypiać. Z jednym jakoś bym sobie jeszcze poradziła, ale z dwójką… – powiedziała to takim tonem, jakby ta dwójka maluchów to było trzystu Spartan do okiełznania.

Laura zdecydowała się jednak nie grymasić.

– Jasne, może być później – zgodziła się pospiesznie, notując w myślach, że będzie musiała zmienić godzinę rezerwacji. – Dwudziesta? Może nawet dwudziesta trzydzieści…? – rzuciła zachęcająco. O tej porze nie powinno być już korków, pół godziny wystarczy im na dojazd, kalkulowała równocześnie w myślach.

– A o której będą już spać? – zagadnęła chytrze sąsiadka.

– O wpół do dziewiątej – założyła optymistycznie Laura.

– Okej! To tak będę – zapowiedziała Megi. Rzecz była dogadana.

1

Wiedli naprawdę dobre życie. Filip pracował w doskonale prosperującej kancelarii Powała i Ligocki, Laura była zapaloną, choć może jeszcze nie całkiem odkrytą przez świat aranżerką wnętrz. To znaczy… Hm.

Ściślej rzecz biorąc, jeszcze do niedawna imała się różnych zajęć związanych ze swym wykształceniem, czyli historią sztuki. Przez pierwsze lata po studiach była przewodniczką wycieczek, potem parę lat przepracowała w muzeum jako kustoszka. Zorganizowała kilka wystaw czasowych (trzy świetne, jedną średnią i dwie przenudne), oprowadziła olbrzymią liczbę niesfornych uczniów – po czym, gdy ciąża z Ninką okazała się „leżąca”, utknęła w domu i z nudów (a może z ambicji?) zaczęła się przebranżawiać. Zadała sobie mianowicie pytanie: jak wykorzystać wszystko, co wie oraz co lubi robić, tak by przynosiło jej to więcej satysfakcji i pieniędzy niż niesforne wycieczki szkolne? Odpowiedź była w zasięgu ręki – wyskakiwała z niemal każdej stacji telewizyjnej, gazety, marketu. Co najbardziej kręci ludzi? Zmiany! A jakie zmiany najłatwiej przeprowadzić? Domu, rzecz jasna. Nie siebie, nie świata, bo to bywa zbyt skomplikowane – lecz koloru ścian, zasłon, podłogi, ustawienia mebli. Nieprawdopodobna popularność programów o przemianach domów nie wzięła się przecież znikąd; wynikała z głębokiej ludzkiej potrzeby, by otaczać się pięknem i harmonią, rozmaicie zresztą pojmowanymi.

No właśnie. To mogło być to!

Laura zaprenumerowała pięć grubych magazynów o wystroju wnętrz, subskrybowała na YouTubie kanał z ciekawymi pomysłami na urządzanie przestrzeni oraz uzbroiła się w duży brulion, który szybko zapełniał się jej własnymi projektami.

Idea może i była przyszłościowa, lecz nim na dobre się rozwinęła, na świat przyszła Ninka i kompletnie przesłoniła Laurze całą resztę. Urlop macierzyński, w muzeum, w którym wciąż była formalnie zatrudniona, niepostrzeżenie się zakończył, wypisała więc wniosek o urlop wychowawczy, potem znów zaszła w ciążę… Gdy urodził się Filonek, zaabsorbowanie Laury własnymi dziećmi sięgnęło zenitu.

Jednocześnie z tyłu głowy trochę uwierał ją fakt, że zawodowo nic nie robi. By ulżyć sumieniu, zaczęła prowadzić blog, na którym prezentowała różne detale z własnego domu – a odkąd i Ninka, i Filonek zaczęli chodzić do przedszkola, próbowała swych sił jako dekoratorka wnętrz na zlecenie.

Szło jej to… umiarkowanie, ale się nie zrażała. Każdy biznes zaczyna się przecież tak sobie, a sukces jest pochodną wytrwałości przedsiębiorcy. Na szczęście mieli z czego żyć. A że jej finansowe osiągnięcia nie mogły się równać z osiągnięciami Filipa – cóż, jakoś to przełknie.

Dwa lata po ślubie Ligoccy poczuli taki przypływ animuszu (oraz gotówki pochodzącej po części z kancelarii Filipa, po części z hojnego gestu jego ojca), że kupili dom w Radości – tak piękny, że lubili w żartach nazywać go rezydencją. W przepastnym garażu stały dwie lśniące mazdy w kontrastowych kolorach, SUV i hatchback, nieskazitelny ogród zaprojektowała specjalna ekipa. Wkładem Laury była stylowa, nowoczesna aranżacja wnętrz. Mieli siebie nawzajem, dzieci, przyjaciół, żyjących rodziców, zdrowie, urodę i przyzwoity status społeczny. Czegóż chcieć więcej…? Chyba tylko tego, by nie uronić niczego z tego rogu obfitości! Należało jedynie iść naprzód w stosownym tempie, bez niepotrzebnych nerwów, złych myśli i napięć, troszczyć się o to wszystko, co się ma, odpalać co nieco na cele charytatywne, jakby w ten sposób można było zakląć los, aby nigdy się nie odmienił. Należało stopniowo spłacać kredyt szczęścia, które stało się ich udziałem.

Nie. Samo się nie stało. Za każdy sukces odpowiada przecież ktoś konkretny, najczęściej zresztą całe grupy ludzi współpracujących na rzecz wspólnego celu. Wierzyła, że życie jest wartościowe i każdy może żyć dobrze.

Okej: możliwie dobrze.

Względnie dobrze.

Przynajmniej odrobinę lepiej.

Dobre życie należy sobie porządnie zaplanować. Poprowadzić, ułożyć, w pewnym sensie „zasłużyć sobie na nie”. Każdemu dostanie się według zasług, nie według starań. Starania są czymś niedokonanym, czymś jak te nigdy niespełnione dobre postanowienia, którymi podobno wybrukowane jest piekło. Tymczasem liczy się jedynie to, co dokonane. Nie to, co się chciało zrobić, tylko to, co się zrobiło.

Jaki w tym udział przypadku? Lubiła myśleć, że niewielki. Uważała, że każdy jest kowalem swego losu – choć w dzisiejszych czasach chyba sensowniej byłoby powiedzieć: programistą.

*

– Kochanie, jest wpół do dziewiątej – dobiegł z korytarza głos Filipa.

– Już kończę! – odkrzyknęła z łazienki. Dopięła na uchu drugi brylantowy kolczyk, sprawdziła, czy pierwszy dobrze się trzyma, zamknęła kosmetyczkę i wsunęła ją do torebki. Ostatnie muśnięcie aksamitnym pudrem musiało poczekać do wizyty w restauracyjnej toalecie.

Otworzyła drzwi i pospiesznie obrzuciła go wzrokiem. Wyglądał nienagannie.

– Dzieci śpią?

– Tak. Czytałem najmonotonniej, jak potrafię. – Filip ziewnął. – Dobrze, że idziemy na kolację, przegłodziłaś mnie dzisiaj. Od lunchu w pracy nic nie jadłem – poskarżył się.

– I dobrze! – Poklepała go po lekko opiętym przez koszulę brzuszku. – Chyba głupio byłoby pójść do restauracji najedzonym?

– No głupio, głupio. Ale chodźmy już.

Domofon krótko piknął.

– Pewnie Megi! – Laura w duchu przyznała jej punkt za nieobudzenie dzieci długim dzwonieniem.

– Otworzę – oznajmił Filip i po chwili ich przestronny hol wypełnił się ściszonym, lecz radosnym szczebiotem sąsiadki.

– Kochani! Wszystkiego najlepszego! – Szła ku nim w kwiecistej sukience, jak zwykle podskakując, tym razem chyba z przejęcia. W rękach niosła tacę ze wspaniałym czekoladowym ciastem w kształcie serca i uroczyście wręczyła je Laurze. Dla przypieczętowania tego gestu na obu jej policzkach złożyła soczyste całusy. – Nie wiedziałam, która to rocznica, dlatego bez świeczek…

– Powiedzmy, że czekoladowa! – Filip puścił oko.

Roześmiała się i cmoknęła także jego.

– Jesteś nieoceniona! – wzruszyła się Laura. – Dziękujemy!

– Śliczna z was para. – Megi objęła oboje i wzrokiem, i ramionami. – A teraz już lećcie, bo nie zdążycie na wesele!

Jechali przez rozświetlone neonami ulice. Duży ekran na tablicy rozdzielczej wskazywał za kwadrans dziewiątą. Dziewięć lat temu o tej porze byli już po pierwszym tańcu, pierwszym toaście z nieodłącznym weselnym „gorzko”; nawet po pierwszym daniu, którego z wrażenia (oraz z troski o talię i żeby się nie poplamić) Laura nie bardzo mogła zjeść. Lubiła wracać myślami do tego, co się wydarzyło dokładnie danego dnia ileś tam czasu temu, a dzień ślubu był pod tym względem wyjątkowo wdzięcznym wspomnieniem. Jednoznacznie pozytywny, charakterystyczny, dobrze osadzony w pamięci – a w razie gdyby cokolwiek się zatarło w pamięci, mieli do dyspozycji całe albumy, pliki i płyty wywołanych i niewywołanych zdjęć, filmów, nagrań z telefonów gości, kart z życzeniami i zapisków zostawionych na pamiątkę, jak wykaz dań albo rachunek za sukienkę. Laurze nic się jednak nie zacierało. Podobno najlepiej pamiętamy to, czemu towarzyszyły silne emocje.

Zaparkowali na przestronnym placu przed Teatrem Wielkim. Gdy Filip manewrował autem, Laura, pochyliwszy nieco głowę ku przedniej szybie, z upodobaniem patrzyła na monumentalny gmach opery. Klasycyzm miał w sobie coś uspokajającego. Czystość bieli, funkcjonalność formy, okna, kolumny i oszczędne detale architektoniczne porozmieszczane w równych odstępach, przewidywalność. Jako aranżerka lubiła przełamywać klasyczne, stonowane wnętrza szczyptą szaleństwa, zaskakującym detalem, nieoczywistą plamą barwną. W przypadku teatru takim szaleństwem była wspaniała rzeźba kwadrygi. Na samym szczycie fasady Apollo, patron muz, powoził rydwan zaprzężony w cztery konie. Trudno było uwierzyć, że trzyma lejce tak lekko – konie zdawały się dzikimi bestiami, rwały się do galopu, do lotu, do skoku z dachu opery gdzieś w ciemniejące niebo. Były w tym dynamika, dramatyzm, a jednocześnie nadal klasycystyczny porządek: dwa konie wyrywały się na lewo, dwa symetrycznie na prawo, z furią, ale i gracją swych smukłych ciał, jakby robiły to tylko po to, by lepiej było widać ich boskiego woźnicę. Jak głosiły mity, Apollo był najprzystojniejszym z bogów.

Filip szarmancko otworzył drzwi po stronie pasażera i podał jej rękę. Posłała mu zalotne spojrzenie wprost spod grubo wytuszowanych rzęs. Uśmiechnął się samymi oczami. W ich kącikach miał już kurze łapki, ale to tylko dodawało mu uroku, świadczyło o tym, że często się tak uśmiecha. Do diabła z Apollinem! Gdyby miała sobie jeszcze raz wybrać męża, bez wahania wybrałaby tego samego.

 

Gdy tylko przekroczyli próg restauracji, nabrała pewności, że spędzą cudowny wieczór. Znaleźli się w luksusowym wnętrzu – nieprzeładowanym, lecz zarazem pełnym obrazów i luster w grubych drewnianych ramach, kryształowych żyrandoli, finezyjnej sztukaterii przy filarach i suficie, gustownych kotar udrapowanych wokół wysokich okien. Z obszernego holu przechodziło się do kilku mniejszych sal. Takie rozwiązanie faktycznie wydawało się lepsze od jednego wielkiego pomieszczenia, w którym trudniej byłoby utrzymać intymną, zaciszną atmosferę. Laura dyskretnie zajrzała do każdej z nich. W wielu miejscach stały ogromne bukiety świeżych kwiatów, przy stolikach siedzieli wyłącznie szykownie ubrani ludzie. Skądś dobiegały dźwięki pianina, szmer przyciszonych rozmów, delikatne podzwanianie cienkiego szkła kieliszków. Woń kwiatów mieszała się z perfumami i zapachami wykwintnego jadła.

Kelner poprowadził ich do stolika, wręczył kartę win i menu. Z zadowoleniem odnotowała, że pianino stoi właśnie w sali, w której mieli spędzić wieczór. Siedzący przy nim artysta, wystylizowany, zdaje się, na Cole’a Portera, grał i śpiewał You Do Something to Me.

Laura z uśmiechem wycelowała palec w męża.

– Pierwsze skojarzenie?

– Z czym? – zdumiał się Filip.

Roześmiała się.

– To ja właśnie pytam, z czym ci się kojarzy!

– Ale najpierw musisz powiedzieć co! Co mi się z czym kojarzy?

– No, ta muzyka! – Wskazała ręką w stronę pianisty.

– A! – Wreszcie zrozumiał. – Woody Allen, O północy w Paryżu.

– Mnie też – przyznała.

Niezupełnie było tak, że mieli podobny gust. Filip wolał inne filmy, książki czy muzykę, potrafił jednak zdobyć się na kompromis i od czasu do czasu obejrzeć z nią coś, na czym jej zależało. W drugą stronę działało to nieco gorzej: ale co w tym dziwnego, że kobieta odżegnuje się od oglądania brutalnych sensacyjnych lub wojennych rąbanek…?

– Jaki aperitif? Campari, aperol? – zagadnął Filip.

Znał ją. Właśnie te dwa lubiła najbardziej.

– Aperol – zdecydowała.

Kiwnął głową.

– Świetnie. Przejdźmy więc do konkretów… – Otworzył kartę dań.

Zrobiła to samo. I aż jęknęła.

– Nie będzie łatwo. – Pokręciła głową z udawaną troską.

Byli dość obyci kulinarnie, mimo to każdy wers menu zadziwiał.

– Millefeuille z krabem, salade de chèvre chaud, suprême z turbota atlantyckiego z salicorne, bœuf bourguignon… – czytała, unosząc brwi.

– Jesteś na stronie specjalności kuchni francuskiej – poinformował Filip. – Ja biorę coś z następnej. – Postukał palcem w wybraną kartę. – O. Comber z jelenia na musie winno-owocowym, zasmażane kopytka i domowe marynaty – odczytał i przełknął ślinę.

– Biedny jeleń… – zaczęła Laura.

– Przestań.

Przestała.

– Masz tu rybę – rzekł pojednawczo. – Filet z suma na sosie z szalotki i zielonego pieprzu, z blanszowanym szpinakiem, musem z bobu z czosnkiem i czarną soczewicą.

– Poezja! – westchnęła.

– Mus z bobu to poezja? – zdziwił się Filip. – Wiesz? Zawsze mnie trochę śmieszą te przekombinowane nazwy. Gdyby napisali „zmiksowany bób”, już by nie brzmiało tak apetycznie.

– Właśnie dlatego piszą górnolotnie – stwierdziła Laura. – Każdą rzecz można nazwać ładnie albo brzydko, dać jej piękną lub byle jaką oprawę, przyrządzić ją smacznie lub ohydnie. Ci tutaj znają się na rzeczy. Wysyłają klientom spójny przekaz: potrafimy tak przyprawić ten bób, że będziesz zachwycony, dlatego nazywamy go musem. Ten kwiecisty styl to właśnie taka restauracyjna poezja.

– Oby także poezja smaków – mruknął jej głodny mąż. – I oby szybko podali.

Kelner zjawił się w momencie, gdy tylko zdążyli wybrać dania. Była ciekawa, czy dyskretnie ich obserwował z jakiegoś kąta. Pewnie tak – jakość obsługi nie bierze się przecież znikąd. Na znak, że przyjął zamówienie, jedynie skinął głową, nic nie notując. Doradził im pasujące do potraw wino, a oni poprosili o karafkę wody.

Laura z lubością przeciągnęła się na krześle. Pianista grał teraz Manhattan Elli Fitzgerald. Było doskonale.

Nie zdążyli nawet zamienić słowa, gdy kelner zjawił się znowu, niosąc w rękach tacę z maleńkimi dziełami sztuki.

– Amuse-bouche – objaśnił. – Hiszpańska tapenada z czarnych oliwek z tuńczykiem i chrustem rozmarynowym, mus homarowy z kozim serem i konfiturą z pomidorów, ośmiornica z piklowaną czereśnią i oliwą koperkową, smażoną kurką i pudrem maślanym.

– Cudeńko! – zachwyciła się Laura.

Kelner skłonił się, życzył smacznego i zniknął gdzieś w głębi sali, by im nie przeszkadzać. Filip zanurzył w musie jeden z chrupkich ziołowych patyczków.

– Ej, chrust był do tapenady! – zwróciła mu uwagę Laura.

– No to co? – Rozłożył ręce. – Trzeba próbować nowych smaków!

– Na początek warto skosztować ich w takich kompozycjach, jakie serwuje szef kuchni – upierała się. – Dopiero potem czas na ewentualne eksperymenty!

Bawiła go jej zasadniczość.

– Tak powiadasz? – Prowokacyjnie patrząc jej w oczy, schrupał unurzany w krabie, czy tam homarze, rozmarynowy chruścik.

– A jak? Amuse-bouche – zaakcentowała z naciskiem. – „Cieszenie ust”! Nie jakieś tam czekadełko, tylko starannie przemyślane preludium do uczty, które ma rozbudzić twoje kubki smakowe.

Otarł usta serwetką.

– Niezłe – ocenił. – Na weselu takich nie mieliśmy!

Dobrze myślał, że to wspomnienie ją ucieszy. Uśmiechnęła się, rozbrojona, i nabrała na chrust odrobinę tapenady.

– Mmm… – zamruczała z zadowoleniem. – Delicje!

– Za co wzniesiemy pierwszy toast? – spytał, unosząc szklaneczkę z aperolem i pomarańczą.

– Za smaki życia – wypaliła.

– Jak sobie życzysz, kochanie – rzekł szarmancko i przytknął brzeżek swojego naczynia do jej, muskając przy tym także jej palce.

Aperitif był doskonały. Idealna proporcja prosecco, aperolu, wody sodowej i pomarańczy powodowała miłe rozprężenie. Tak miłe, że wypiwszy do dna swoją szklankę, spojrzała na drink męża.

– Ty pijesz tylko symbolicznie, prawda?

Uśmiechnął się wyrozumiale.

– Proszę. – Podsunął jej swoją szklankę. – Możemy się umówić, że dziś wieczorem kierowca dużo je, a jego piękna pasażerka może dużo pić.

– Właściwie… Czemu nie? – Filuternie odwzajemniła uśmiech. – Od niedawna nie jestem matką karmiącą… Nie jestem w ciąży… I mam pyszną okazję do świętowania… – wyliczyła, odchylając palec po palcu.

– Oraz ochotę na alkohol – podsunął Filip.

– Jak to brzmi! – Spojrzała podejrzliwie, czy jej za to nie gani.

– Zupełnie zwyczajnie – uspokoił. – Dziś nie zajmujemy się dziećmi ani pracą, ani domem, tylko sobą i przyjemnościami. Jesteś we właściwym miejscu. Zrelaksuj się – dodał niskim, miękkim, przekonującym tonem faceta z reklamy jakichś luksusowych dóbr albo linii lotniczych. Postanowiła mu ulec.

– Mniej więcej o tej porze na naszym weselu twoja kuzynka zniknęła na jakiś czas z moim drużbą. – Filip postanowił też zabawić się w żoniną grę pamięciową. Siedział rozparty na wygodnym krześle, nareszcie syty i rad z wybranego dania. Chętnie zapaliłby cygaro, lecz z oczywistych względów było to niemożliwe. W lokalu obowiązywał bezwzględny zakaz palenia, choćby i najlepszych cygar.

Laura roześmiała się perliście.

– Tak, pamiętam! Co to była za akcja…! I ten jej biedny chłopak, który najpierw nie wiedział, o co chodzi, a potem w odwecie zaczął komplementować narzeczoną twojego brata.

– I tak oto nasze ekskluzywne przyjęcie weselne stało się małym swingers party – podsumował Filip.

Przez chwilę milczeli, oboje pogrążeni w swojej wersji wspomnień.

– Dobrze jej to zrobiło – odezwał się Filip.

– Karolinie? W jakim sensie?

– Przełamała się. Otworzyła. Rozstała się z tym swoim smutasem, jak mu tam było? Bolkiem? Tolkiem…? Po czym, z tego, co mówiłaś, tak się rozhulała, że w ciągu dwóch lat zaliczyła chyba z tuzin facetów.

– Kto kogo zaliczył? – mruknęła Laura.

– Nawzajem się pozaliczali. Każdy nowy kontakt to pewne doświadczenie.

Popatrzyła na męża z zainteresowaniem.

– I niby nikt nie będzie jej wytykał, że jest takim… przechodzonym towarem? – Nie do końca podobało się jej to określenie, ale na szybko nie znalazła w głowie nic lepszego.

– Daj spokój – żachnął się Filip. – Żyjemy w dwudziestym pierwszym wieku! Czasy, kiedy od kobiety oczekiwało się świętego dziewictwa, a od faceta wprawności, już minęły.

– Czyżby? – prychnęła Laura i pokręciła głową, nieprzekonana.

– Zresztą przecież nikomu nie będzie się z tego spowiadać. Poza przyjaciółkami, oczywiście. – Uśmiechnął się porozumiewawczo. – A nabyte umiejętności tylko dobrze zrobią jej satysfakcji z życia seksualnego. Jej i jej partnerów – dodał tak dobitnie, że Laura spojrzała na niego z uwagą.

– Chyba nie znałam twoich poglądów na ten temat…

Leciutko wzruszył ramionami.

– Tym lepiej więc, że o tym rozmawiamy.

– Dlaczego? – spytała podejrzliwie.

– Każda aktualizacja dobrze wpływa na działanie systemu.

– Aktualizacja…?

– Twojej wiedzy o mnie. Żeby się sobą nie nudzić, trzeba się wciąż nawzajem odkrywać na nowo. Odkrywać, inspirować, oglądać w nowych sytuacjach.

Przez chwilę pomyślała o tym, w jakich sytuacjach oglądali się zwykle przez ostatnie lata. Na pierwszy plan siłą rzeczy wysuwały się dom i rodzicielstwo. Szlafrok, dresy. W najlepszym wypadku miękkie bawełniane ciuchy, często pacnięte zupką lub smarkiem któregoś z dzieci. Odsłonięta do karmienia, niespecjalnie seksowna w tym kontekście pierś. Włosy w kitkę. Wieczorne chodzenie w miarowych podrygach, żeby tylko ulżyć noszonemu na rękach Filonkowi w jego niekończących się kolkach. Jasne, na wyjścia – ona na spotkania z klientami, on do pracy – zawsze ubierali się porządnie: perfumy, makijaż, odprasowana koszula. W domu porzucali jednak cały ten sztafaż na rzecz wygody i gotowości do turlania się po dywanie czy nagłego zaplamienia.