Ojciec chrzestny

Tekst
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Ojciec chrzestny
Ojciec chrzestny
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 46,85  37,48 
Ojciec chrzestny
Ojciec chrzestny
Audiobook
Czyta Sławomir Holland
24,95 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

III. Cinzano Rosso

Wyrzucony z domu Salvatore Lucania wynajął skromny pokoik na trzecim piętrze przy Mulberry Street, w dzielnicy zwanej Little Italy. Na górę wiodły obtłuczone schody, poręcze były połamane, a tynk odchodził od ściany całymi płatami, odsłaniając wyszczerbione czerwone cegły. Schody tu i ówdzie pokryte były strzępami sparciałej gumowej wykładziny, do której przyśrubowano nieregularnie kawałki zaśniedziałego mosiądzu. Zapachy z chińskiej pralni docierały mniej więcej do pierwszego piętra, gdzie zastępował je odór nafty i gotowanej kapusty. Wszędzie leżały niedopałki i przesiąknięte tłuszczem papierowe torby.

Sam pokój miał wąskie okna i mury grube niczym forteca, zaś panujący tu zaduch przywodził na myśl celę ogólną więzienia okręgowego. W najbliższym sąsiedztwie znajdowało się kilka innych, równie obskurnych kamienic. Niektóre okna zabito w nich płytami wypaczonej i pokrytej zaciekami pilśni.

Little Italy – Małe Włochy. Tak w opisywanych czasach zwano trapez w dolnej części East Endu, pomiędzy ulicami Hudson i Cand oraz Lafayette i Bovery. W latach trzydziestych i czterdziestych XIX wieku przybyli tu imigranci z południowych Włoch po nieudanej rewolucji. Mieszkali w domach czynszowych o tak zwartej zabudowie, że światło słoneczne nigdy nie docierało do okien na niższych kondygnacjach. Początkowo, w siedemnastu domach pozbawionych sanitariatów mieszkało ponad 40 000 ludzi, a choroby, takie jak gruźlica i czerwonka, były tu powszechne. Bieda lat siedemdziesiątych wygnała za Ocean kolejną falę imigrantów z południowych Włoch. Dzielnica zaczęła się rozrastać.

Emigranci, głównie Sycylijczycy i Kalabryjczycy, żyli tu na niewielkiej przestrzeni, stłoczeni po kilka lub kilkanaście osób w niewielkich, śmierdzących norach, z których wychodzili tylko do marnie opłacanej pracy. Mieli jedynie swój makaron i wino, przywiezione ze Starego Kraju wizerunki Matki Boskiej, Garibaldiego i Verdiego, swoje neapolitańskie canzony, Festa di San Gennaro8 oraz niezliczoną ilość procesji na cześć św. Józefa, św. Rozalii, św. Januarego i innych. Pewien Włoch z wyższych sfer, zwiedzający po raz pierwszy „Małą Italię” w 1908 roku, pisał przerażony: „Nie można sobie wręcz wyobrazić tego błota, śmieci, plugawego brudu, śmierdzącej wilgoci, tłoku i nieporządku, jakie tu panują”.

Nie było tu ani jednego szpitala, na około 150 tysięcy mieszkańców istniały tylko dwie szkoły podstawowe, a kanalizacji nie przewidywały nawet projekty. Kobiety włoskie – podobnie jak w najbiedniejszych dzielnicach Neapolu czy Palermo – rozwieszały bieliznę na sznurach w poprzek zaułków i wylewały nieczystości na ulicę. Takie same włoskie getta istniały też we wszystkich większych miastach Ameryki: w Chicago, Detroit, Nowym Orleanie czy San Francisco.

W letnie wieczory ubrane w czerń kobiety wychodziły ze stołeczkami na ulicę, by odetchnąć chłodem i odpocząć. Odtwarzały przed każdym domem atmosferę prowincjonalnego placyku, na który obcy nie mieli wstępu. Wiodąc rozmowy i spory, planowały zgodnie z tradycją małżeństwa, polegające oczywiście na poślubieniu córki lub syna sąsiada, albo przynajmniej kogoś z rodzinnych stron9. Wokół kręcili się mężczyźni o brutalnych obliczach i dźwięcznych, włoskich nazwiskach, załatwiający swoje sprawy niejednokrotnie z pomocą garoty i pistoletu.

Włosi trzymali się swojego terytorium, ponieważ gdzie indziej nie byli mile widziani, ale również dlatego, że im to odpowiadało. W Małej Italii mogli chodzić do własnego kościoła oraz żyć zgodnie ze swoimi obyczajami i regułami, których egzekwowaniem zajmowali się ich mafijni opiekunowie. Sycylijczycy osiedlali się zwykle przy ulicach zamieszkanych już przez pobratymców z rodzinnych miast i wiosek w Starym Kraju. Często ludzie blisko ze sobą spokrewnieni żyli w obrębie jednej dzielnicy lub nawet w tym samym bloku.

Mulberry Street prowadziła do Five Points w samym sercu Szóstego Okręgu, nazywanego „Bloody Old Sixth” (Przeklęta stara szóstka). Był to zawsze najbardziej odstręczający rejon Nowego Jorku, w połowie XIX wieku pozostający w posiadaniu społeczności irlandzkiej. Potem przyszli tu Włosi, szukający tanich mieszkań i zaczęli gnieździć się jedni na drugich, często po dwanaście lub nawet więcej osób w jednej izbie. W 1892 roku część ruder Five Points została wyburzona, a na ich miejscu powstał Columbus Park.

Dzielnica była pełna fryzjerów. Codzienne chodzenie do fryzjera to tradycja jeszcze rzymska. Na każdej ulicy mieścił się przynajmniej jeden salone, czyli zakład fryzjerski. Obok składów ze starym fajansem, ubogimi tekstyliami, batami, obok bud z owocami – wszędzie znajdowali się barberi. Ich zakłady, oddzielone firankami od wąskiej uliczki, były zazwyczaj puste za dnia. Nawet pracownicy tych zakładów pracowali gdzie kto mógł: jedni u bednarza, drudzy u malarza, jeszcze inni w rzeźniach czy fabrykach. Dopiero wieczorem schodzili się wszyscy razem do jasno oświetlonych pomieszczeń i przy ogólnym goleniu bród zaczynały się rozmowy o wszystkim, co się stało w ciągu dnia. Przy okazji można było dokonać jakiejś małej transakcji handlowej, tu coś kupić, tam usłyszeć o jakimś interesie. O północy, gdy większość mieszkańców już smacznie spała, salone były jeszcze pełne ruchu.

Po obu stronach ulicy rozsiadły się sklepy sprzedające salami i krucyfiksy. Była też pralnia, która oferowała przy okazji cerowanie artystyczne, brzydka drogeria z bukietem wyrafinowanych zapachów i zakład pogrzebowy pana Paolo Fachettiego. W zasłoniętych kotarą drzwiach, pod żółtym szyldem z nazwą zakładu, stał zwykle śniady, szpakowaty Makaroniarz w czarnym żakiecie. Palił spokojnie papierosa i czekał, aż ktoś znowu umrze.

*

Pierwszą czynnością, którą Salvatore wykonał po wyjściu z więzienia i przeprowadzce na Mulberry Street, była zmiana imienia. Od tej pory występował już oficjalnie jako Charles Lucania. Drugą – przystąpienie do gangu Five Points, w którym zajął się głównie grami hazardowymi i prostytucją.

Five Points Gang był ostatnią wielką nowojorską organizacją kryminalną funkcjonującą przed wejściem w życie prohibicji. W jego skład wchodziła armia około 1500 brutalnych gangsterów, niemal wyłącznie rodowitych Włochów. Nazwa pochodziła od miejsca, w którym schodziło się pięć nowojorskich ulic o zdecydowanie zszarganej reputacji, ciągnących się pomiędzy Broadwayem a Bovery: Mulberry, Anthony (obecnie Worth), Cross (obecnie Park), Orange (obecnie Baxter) oraz Little Water (obecnie już nieistniejąca).

Śmiało można zaryzykować tezę, że gang Five Points wydał na świat większą liczbę przywódców współczesnej przestępczości zorganizowanej niż jakakolwiek inna grupa kryminalna w USA. Stanowił stadium przejściowe pomiędzy irlandzkimi gangami ulicznymi z XIX wieku – takimi jak Dead Rabbits, Plug Uglies oraz Whyos – a nowoczesnymi organizacjami przestępczymi lat dwudziestych, tworzącymi jądro późniejszego amerykańskiego Narodowego Syndykatu.

Jego twórcą i jedynym przywódcą był były pięściarz wagi koguciej, Paolo Antonini Vaccarelli, znany lepiej jako Paul Kelly. Wśród ówczesnych gangsterskich przywódców stanowił wyjątek, różniąc się od nich starannym wykształceniem. Ukończył szkołę średnią, był inteligentny i oczytany, władał kilkoma językami. Swoich ludzi wynajmował biznesmenom – do terroryzowania związków zawodowych i przełamywania strajków, politykom – w celu kontrolowania wyborów, oraz innym organizacjom przestępczym – jako płatnych morderców. Opłacały go domy pod czerwoną latarnią, właściciele melin, ulicznice i złodzieje, których nie brakowało w owym ponurym księstwie. Komitety polityczne korzystały z jego usług na równi z przedsiębiorcami prywatnymi. Obcięcie ucha kosztowało 15 dolarów, przetrącenie nogi – 19, postrzelenie w nogę – 25, rana zadana nożem – 25, i 100 dolarów za całą operację. Niekiedy, by nie tracić wprawy, szef osobiście przeprowadzał jakiś zabieg.

Kelly był zdolnym organizatorem, ściągali więc do niego jak ćmy do światła młodociani członkowie innych gangów, mniejszych i słabszych. Jego prawą ręką został niejaki Johnny Torrio, przywódca James Street Gang i przyszły współorganizator amerykańskiego Syndykatu Przestępczego. Najbardziej znanym „nabytkiem” gangu Torrio był Alphonso Capone, znany jako „Scarface”, czyli „Człowiek z blizną”, późniejszy numer 1 w Chicago. Tak Kelly, jak i jego największy konkurent, Monk Eastman, posiadali bliskie kontakty z politykami, przede wszystkim z Tammany Hall.

Chociaż – jak wspomniano – Five Points Gang był organizacją składającą się głównie z Włochów, jej szef reprezentował stanowisko, że Włosi powinni nawiązywać współpracę z innymi narodowościami we wspólnej walce o pieniądze. Chociaż organizacja toczyła zacięte bitwy z wielką grupą gangsterów żydowskich pod wodzą Monka Eastmana, Kelly nie wahał się rekrutować Żydów. Wśród jego protegowanych znalazł się między innymi Kid Dropper, który – nim został zamordowany w 1923 roku – był królem interesów przestępczych na rynku pracy w okresie tuż po zakończeniu I wojny światowej. Udzielanych przez Kelly’ego lekcji w zakresie współpracy różnych grup narodowościowych Lucania nigdy nie zapomniał. Będzie o tym jeszcze mowa.

19 sierpnia 1903 roku pomiędzy gangami Five Points i Eastman’s doszło do prawdziwej bitwy. Ponad setka uzbrojonych po zęby młodych ludzi, przesiąkniętych dymem papierosów i alkoholem, załatwiała swoje porachunki na Allen Street, w cieniu arkad kolei nadziemnej. Bezpośrednią przyczynę stanowiła danina wymuszona przez gangsterów Kelly’ego od właściciela domu gry, który był kumplem Monka Eastmana. Pod osłoną wysokich filarów mężczyźni o wygolonych policzkach strzelali w milczeniu, zabijając się nawzajem. Mieszkańcy z przerażeniem zamykali okiennice i kulili się na podłodze. Bezradna policja na gwałt ściągała posiłki. Aż trudno uwierzyć, że ta prawdziwa wojna gangów pociągnęła za sobą tylko pięć ofiar śmiertelnych i kilkunastu rannych.

 

Rok później Paul Kelly i Monk Eastman postanowili załatwić swoje porachunki na ringu bokserskim. Eastman nie był bokserem, ale przerastał przeciwnika o głowę i dobrych trzydzieści kilogramów. Wywijać pięściami też potrafił wcale nie najgorzej. W 1901 roku napadło na niego czterech zbirów z Five Points. Monk był nieuzbrojony i bronił się tylko gołymi rękami. Mimo przewagi liczebnej napastników, znakomicie dał sobie radę, przechylając szalę walki na swoją korzyść. Wówczas jeden z nacierających strzelił doń z rewolweru, raniąc go ciężko w brzuch. Mimo tak poważnej kontuzji, Eastman, przytrzymując dłonią otwartą ranę, zdołał się dowlec do szpitala. Po kilku tygodniach rekonwalescencji wrócił na ulicę.

Pewnej nocy, w uzgodnionym terminie, obaj szefowie gangów w otoczeniu najbardziej zaufanych ludzi wzięli się za łby. Pojedynek trwał prawie dwie godziny, ale żaden ze zmagających się nie potrafił osiągnąć istotnej przewagi. Obu gangsterów, wyczerpanych do ostateczności, lecz wciąż jeszcze rwących się do bitki, odwieziono do domów.

Kwaterę główną swojego gangu założył Kelly w klubie tanecznym „New Brighton” przy Great Jones Street. Doskonale wczuwał się w rolę osobistości publicznej, potrafił być uprzejmy i pełen ogłady, nie był też pozbawiony zmysłu estetycznego. Lokalna elita traktowała go jak „kochanego urwisa”.

W 1915 roku gang Five Points przeżył pierwszy poważny kryzys, kiedy zapoczątkowane przez rząd reformy położyły kres ekscesom na rynku pracy. Doszło również do próby „zamachu stanu”. Siedzącego przy stoliku w „New Brighton” Kelly’ego posiekali kulami dwaj jego ludzie: James T. „Beefy” (Muskularny) Ellington i „Razor” (Brzytwa) Riley. Ciężko rannemu Paulowi udało się jednak przeżyć. Wykończywszy konkurencję, postanowił porzucić gang i wykroić dla siebie małe, prywatne księstwo, organizując pod swoimi rozkazami zrzeszenie pracowników wysypisk śmieci przy East River oraz kilka niewielkich, lecz obdarzonych dużym potencjałem związków zawodowych z dzielnicy portowej. Opuścił kwaterę przy Great Jones Street, przenosząc się do rezydencji pod numerem 352 przy 116 Ulicy.

Paul Kelly porzucił zawód gangstera i został pośrednikiem w handlu nieruchomościami. Zmarł śmiercią naturalną w roku 1936, zaś gang Five Points uległ rozpadowi. Wielu jednak jego najzdolniejszych „absolwentów” – Torrio, Capone, Lucania i inni – wspięło się w przyszłości na stanowiska przywódcze w świecie przestępczym ery prohibicji.

*

W wieku lat szesnastu Rose Marie Finazzo posiadała już wszystkie atrybuty dorosłej kobiety. Biust miała jak kopuły bazyliki weneckiej, a jej biodra poruszały się niczym gruszka osadzona na wąskiej łodydze wyrastającej z talii. Sukienka dziewczyny była tak obcisła, że pomiędzy materiał a ciało nie wcisnęłaby się najcieńsza nawet żyletka. Był ciepły letni wieczór. Stała właśnie na rogu Hudson i King Street, kiedy tuż koło niej zatrzymał się lśniący czerwony kabriolet10.

– Ciao, bambina – powiedział kierowca, uśmiechając się od ucha do ucha. – Co taka piękna dziewczyna robi sama na ulicy?

– Przestraszyłeś mnie – odpowiedziała nieśmiało.

– Czym?

– No tak… w ogóle.

– Siadaj – wskazał na puste miejsce. – Chcę z tobą porozmawiać.

– O czym? – zapytała nieufnie.

– Może odwiozę cię do domu – uśmiechnął się zagadkowo.

Tyle razy matka mówiła jej, żeby nie zadawała się z obcymi. Ale Rose Marie przeczytała dostateczną ilość dime novels11, aby wiedzieć, że czasami młody bogaty mężczyzna zakochuje się w młodej biednej dziewczynie, a potem żeni się z nią i żyją razem długo i szczęśliwie. – „Być może szczęście uśmiechnęło się dzisiaj do mnie?” – pomyślała.

Zajmując miejsce w samochodzie, przyjrzała się uważniej kierowcy. Ubrany był w beżowy płócienny garnitur i żółtą jedwabną koszulę rozpiętą na piersiach. Na ręku nosił złocony rolex, na szyi złoty łańcuszek. Twarz miał pełną, surową, jakby wyrzeźbioną, i ciemne, gęste włosy, zaczesane do tyłu. Jego oczy, ukryte pod krzaczastymi brwiami, były równie ciemne jak włosy i tak jak one błyszczące. Oczy jastrzębia. Kiedy siedział nonszalancko rozparty w swym fotelu, z wypiętym torsem, promieniował taką pewnością siebie, jakby świat należał do niego. Sądząc z wyglądu, był przedstawicielem licznej w Ameryce klasy ludzi „jeden stopień poniżej rzeczywiście bogatych”.

– Na pewno odwieziesz mnie prosto do domu? – upewniła się.

– Nie – odpowiedział. – Najpierw pojedziemy gdzieś potańczyć, a potem zapraszam cię na dobrą kolację.

– Znakomicie. – Lekki niepokój targający dotąd Rose Marie rozwiał się jak dym z papierosa. – No to jedziemy.

„Jutro – pomyślała – wszystkie koleżanki popękają z zazdrości, kiedy opowiem im, jakiego faceta udało mi się poderwać. Prawdziwego księcia z bajki”.

Wóz mknął niemal bezszelestnie. Mknął tak, jakby prawo ciążenia dla niego nie istniało. Prześlizgiwały się domy, sklepy, ulice, złote plamy oświetlonych barów, jarząca się rzeka. Kierownica wibrowała delikatnie w palcach nieznajomego, niby kawałek żywego ciała odczuwającego najlżejszy dotyk.

– Też jesteś Włochem? – zapytała.

– Sycylijczykiem – odpowiedział krótko.

– To przecież to samo, nie?

– Jak można mówić, że Sycylijczycy są Włochami? – w jego głosie zabrzmiała nuta irytacji. – Sycylia należy do Włoch zaledwie od pół wieku. Przedtem przez dobrych tysiąc czterysta lat należała kolejno do Fenicjan, Greków, Rzymian, Wandalów, Ostrogotów, Arabów, Normanów, Germanów, Francuzów i Hiszpanów.

– Czytałam trochę o Sycylii – pochwaliła się swoją wiedzą z dziesięciocentowych romansów. – Lazurowe morze, piaszczyste plaże i eleganckie hotele.

– Co ty tam wiesz – machnął lekceważąco ręką. – To, czym żyją Sycylijczycy, co jest treścią ich życia i walki, nie jest dostrzegane ze snobistycznych hoteli, z dróg mknących brzegami wyspy i ze spacerów pod cieniem kwitnących pomarańczy.

Na Broadwayu mrugały kolorowe neony „Strandu”, „Embassy” i „Globe Ziegfield Follies”. Wielkie afisze teatralne emanowały blaskiem, który rozpraszał mrok. Oślepiające światła miasta otaczały hałaśliwych przechodniów złotą poświatą. W roku 1915 Francuz nazwiskiem Georges Claude wymyślił światło neonowe, które na zawsze zmieniło ulice miast w zielone i czerwone płomienie, niedające się pochłonąć nawet słońcu. Neony jarzyły się z daleka, widać je było w dzień, w nocy, we mgle i w deszczu. Zapalały się i gasły, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Tworzyły iluzję nieustającej, migoczącej nocy, której potrzebował Nowy Jork, żeby stać się współczesnym Babilonem.

– Mam na imię Rose Marie – powiedziała, kładąc rękę pozornie niedbałym ruchem na oparciu sąsiedniego fotela, tak jak robili to aktorzy, których widziała niedawno w kinie.

– Ile masz lat? – zapytał, wypluwając na drogę niedopałek papierosa.

– Szesnaście. Jestem dzieckiem wieku.

– Czym jesteś? – uniósł brwi ku górze w geście niezrozumienia.

– Dzieckiem wieku – wyjaśniła. – Przyszłam na świat dokładnie 1 stycznia 1900 roku. Byłam drugim dzieckiem, które urodziło się tego dnia w całym Nowym Jorku. Tylko minutę i czterdzieści sekund po tym, jak zaczął się dwudziesty wiek. Jakbym była pierwsza, to dostałabym różne fajne nagrody.

– Co na przykład?

– Pieniądze, ale zapomniałam już ile. Meble, wózek i takie tam inne… Tata był bardzo zawiedziony.

– Pewnie jakieś śmieci.

– Och, nie! – zaprzeczyła gwałtownie. – Całkiem dobre rzeczy. Ale za to zawsze dokładnie wiem, ile mam lat.

– Pracujesz gdzieś?

– W sklepie ze słodyczami. Gdzie jedziemy?

– Do Harlemu.

– Do Harlemu?

– A dlaczego nie? Masz coś przeciwko Harlemowi?

– Ależ nie, tylko nigdy tam nie byłam.

– Wszystko kiedyś trzeba zrobić po raz pierwszy – spojrzał na nią uważnie, przyglądając się jej krągłościom.

W 1916 roku Harlem nie był jeszcze w pełni murzyńską dzielnicą, czarni dopiero zaczynali się w nim osiedlać. Najpierw budowali tam wiejskie rezydencje zamożni kupcy holenderscy, potem równie zamożną mieszczańską dzielnicę założyli koloniści anglosascy. Pod koniec XIX stulecia rozlokowany między 127 a 132 Ulicą Harlem obrała sobie za siedzibę imigrancka biedota, powodując gwałtowną ucieczkę zamożniejszych jednostek. Teraz stały tam wielopiętrowe ceglane domy, stare rudery, czasami bez drzwi i okien, w których gnieździły się najuboższe rodziny. Owszem, trafiały się również przyzwoitsze domy, ale te stanowiły wyjątek – mieszkali w nich nieliczni zamożni Murzyni. Oczywiście, mieliby pełne prawo zamieszkać w dobrych, „białych” dzielnicach, ale co innego prawo, a co innego możliwości jego realizacji. Jeśli do kamienicy zamieszkanej przez białych wprowadziła się rodzina murzyńska, biali natychmiast przenosili się gdzie indziej. Amerykanie twierdzili, że jeżeli biały zabłąka się w zaułki Harlemu, zwykle już stamtąd nie wychodzi żywy.

Po prawie półgodzinnej jeździe zatrzymali się przed obskurnym budynkiem. Księżyc wschodził właśnie ponad zniszczonymi ruderami. Półnagie dzieciaki bawiły się na środku ulicy. Mężczyźni siedzieli na poobtłukiwanych schodkach, pijąc piwo, rozmawiając z przejęciem i paląc papierosy. Matki bez najmniejszego skrępowania karmiły piersią swoje niemowlęta.

Kiedy weszli do środka, przy półkolistym bufecie panował gwar i rozgardiasz. Barman z ponurą miną strażnika więziennego nalewał wódkę i piwo, posuwał kieliszki po mokrym blacie i szybko porywał pieniądze. Wokół cuchnęło czymś nieokreślonym, wonią zwarzonych nadziei, zatrutych lęków i zjełczałej niewinności. Kilka dziewczyn, które nie znalazły amatorów, siedziało niemrawo przy stolikach. Inne, o twarzach zmiętych i oczach przygasłych, zawodowo tuliły się do mężczyzn. Wystarczyło rzucić okiem i zgadywać, do trzech razy sztuka, czym są i co tu robią. Nie sztuką było zgadnąć nawet trzy razy pod rząd.

Na małym podwyższeniu pod ścianą trzech grajków robiło wszystko, żeby można ich było nazwać muzykami. Akordeon, fortepian i gitara wydawały dźwięki, w których takt drgały na parkiecie pary. Jakaś podstarzała kobieta, której zew muzyki wyczarował przed oczyma dotkliwą wizję przeszłości, rozpłakała się gorzko i nader efektownie, mając na oku młodziana ubranego w smoking, który wyglądał na Francuza, i to takiego, co po kilku następnych drinkach może złapać się na dobrze odstawioną historyjkę z gatunku: „Byłam kiedyś porządną dziewczyną”.

– Czy aby na pewno dają tu dobrze jeść? – Rose Marie lękliwie rozglądnęła się po sali. Miejsce sprawiało wrażenie raczej ponure, nie takiego zaproszenia spodziewała się po księciu z bajki.

– Nic się nie martw – pocieszył ją nieznajomy. – Mam tu prywatny gabinet. No chodź, nie bój się. Nic złego ci się nie stanie.

– Jak ty właściwie masz na imię? – zapytała, kiedy usiedli przy rozchwianym stoliku umiejscowionym za grubą, śmierdzącą dymem papierosowym kotarą.

– Charlie, bo co?

– Bo nic. Po prostu lubię wiedzieć, z kim umawiam się na kolację. Charlie, mówisz, a jak dalej?

– Charlie Lucania – rzucił, bacznie się jej przyglądając. – Czy ty się nigdy nie malujesz? – dodał. – Wyglądasz jak czupiradło.

– Nie lubię się malować, to w złym guście.

– Głupia jesteś, czy co? Chcesz do końca życia mieszkać w slumsach? Słuchaj, co do ciebie mówię! Dziewczyna z takimi warunkami jak ty nie musi pracować za grosze w sklepie z cukierkami. Wierz mi, znam się na tym – zaśmiał się gardłowo.

Jego ciemne oczy przesuwały się po ciele Rose Marie od góry do samego dołu, nieco dłużej spoczywając tylko na wydatnych piersiach. Nie lubiła takiego spojrzenia. Takim wzrokiem patrzyli na nią chłopcy z sąsiedztwa, kiedy rzucali pod jej adresem niewybredne dowcipy.

– Pewnie jesteś bogaty – powiedziała, chcąc przerwać nieprzyjemną sytuację. – Kolacja w takim miejscu musi kosztować kupę forsy.

– Z pewnością nie jestem biedny – zgodził się łaskawie. – A o rachunek się nie martw. Jadłaś kiedyś zupę z żółwia?

– Nie, nigdy.

– Tak myślałem – zaśmiał się nieprzyjemnie. Ten śmiech przypominał błysk na wpół ukrytego noża. – Zrobisz dzisiaj wiele rzeczy, których dotąd nie robiłaś. Ale najpierw zamówię coś do picia. Kelner – zawołał, uchylając zasłonę i machając jednocześnie dłonią, czego efektem było pojawienie się ubranego w poplamioną białą kurtkę obsługującego. Biorąc pod uwagę siłę tego głosu, gest przywołania personelu wyglądał na zbędny – facet mógł bez większych kłopotów usłyszeć go w kuchni. – Cinzano rosso – powiedział rozkazująco. – Tylko migiem. Piłaś kiedyś prawdziwe cinzano?

 

– Nigdy. A co to takiego?

– Wermut – wyjaśnił, a widząc, że dziewczyna dalej nie rozumie, dodał, kładąc jej przy okazji rękę na ramieniu. – Gronowe wino ziołowe przyprawione ekstraktem z piołunu, szałwią, goździkami, korą chińską, kolendrą, gałką muszkatołową, cukrem, karmelem i skórką z gorzkich pomarańczy. Nazwa pochodzi od niemieckiego słowa wermut, oznaczającego piołun. Istnieją wermuty czerwone, czyli właśnie rosso, oraz białe, czyli bianco – popisywał się swoją wiedzą. – Natomiast w zależności od ilości cukru dzielą się na gorzkie, czyli amaro, wytrawne, czyli secco, i słodkie, czyli dolce.

Chciała coś powiedzieć, ale przeszkodziło jej wejście kelnera taszczącego dwie szklanki i sporych rozmiarów dzban.

– Ciągle jesteś głodna? – zapytał Lucania godzinę później, kiedy w dzbanku pokazało się dno.

– No jasne. Gdzie jest moja obiece… obicana zupa z żółwia? – odpowiedziała, z trudem dobierając słowa. Język plątał się jej w ustach, zupełnie jakby nie należał do niej. Wszystko wokół wirowało i tańczyło.

– No to chodź – podniósł się ze swego stołka i chwycił ją za rękę.

– Co robisz? – przestraszyła się. – Nie możemy zjeść tutaj?

– Oczywiście, że nie. To nie jest sala jadalna. Mam na górze zarezerwowany pokój. Tam zjemy.

Strome drewniane schody uginały się pod stopami. Musiał ją w drodze podtrzymywać, bo inaczej upadłaby i sturlała się na sam dół. Cinzano rosso zawiera wprawdzie tylko 15 procent alkoholu, ale dzbanek był naprawdę sporych rozmiarów.

Pokój, do którego ją zaprowadził, był obskurny i ciemny. Na umeblowanie składało się sporych rozmiarów łóżko zarzucone wzorzystą kapą, dwa krzesła, lustro, umywalka z zardzewiałą miednicą i fajansowy dzbanek na wodę. Czuć tu było potem, suszonym krowim łajnem, tytoniem i starymi butami.

– Co my tu robimy? – krzyknęła, otrzeźwiawszy nagle. – A gdzie stół? Przy czym będziemy jeść?

– Stół? – parsknął. – Po cholerę nam stół? Mamy to – wskazał na ogromne łóżko.

Nareszcie dotarło do niej, że zabrnęła za daleko. Ogarnął ją paniczny strach, a potem niemal zwierzęca trwoga, pragnienie ucieczki z głośnym krzykiem, bez oglądania się za siebie. Chłopcom z sąsiedztwa nie pozwalała nawet na delikatne obmacywanie, na co czasami godziły się jej koleżanki. Zawsze uważała, że rady matki w tej materii są bardzo mądre: „Najpierw niech się z tobą ożeni, a potem zobaczysz…”.

– Nie jestem taka, za jaką mnie bierzesz – wyrzuciła z siebie. – Chcę stąd wyjść! – Jej głos brzmiał tak, jakby miała w gardle kawałek szkła.

– Nie gadaj głupot, mała – przyciągnął ją przemocą do siebie. – Rozbieraj się.

– Nie! – spróbowała go odepchnąć, ale był silniejszy. Dużo silniejszy.

– No to zaraz zobaczymy! – powiedział przez zaciśnięte zęby i jednym gwałtownym ruchem zdarł z niej sukienkę. – Kładź się, kurwo! – Uderzył ją w twarz otwartą ręką. Upadła na kolana.

– Nie, nie rób mi tego – błagała. – Ja jeszcze nigdy…

– Obiecałem ci przecież, że zrobisz dzisiaj wiele rzeczy, których dotąd nie robiłaś. Na łóżko, albo cię zabiję! – Jego oczy niebezpiecznie się zwęziły. Mówił z taką złością, że wypluwał słowa razem ze śliną.

Łzy spływały ciurkiem po jej twarzy. Przerażona jednak gwałtownością napastnika, posłusznie wykonała polecenie. Zwalił się na nią, usiłując całować. Poczuła na ustach gorzko-słodki smak cinzano rosso. A potem żar pulsującej krwi. Odwróciła głowę. Zaczął lekko ustami pieścić jej piersi. Objął jej rozpalone ciało i trzymał z całej siły w uścisku. Chude ramiona miały siłę Herkulesa.

– Za chwilę poznasz, co to mężczyzna – szeptał jej do ucha. – Prawdziwy mężczyzna.

Nie wiedziała, które z targających nią uczuć jest silniejsze, przerażenie czy oburzenie. Napastliwość Charliego, przejawiająca się wulgarnością, monstrualnie objawianą żądzą i to czarne owłosienie pokrywające jego piersi, budziły w niej coś więcej niż odrazę – jakąś tajemniczą trwogę.

– Nie, nie! – krzyczała, próbując go od siebie odepchnąć.

I nagle stało się coś nieoczekiwanego. Chciała bronić się całą siłą woli, ale coś sparaliżowało tę wolę i całkowicie odebrało jej energię. Zmuszała się do absolutnej bierności, ale łajdak znał się na tych sprawach… Pocałował ją w szyję. Mimowolny ruch bioder ułatwił mu akcję. Przezwyciężając wstyd i zakłopotanie, lekko uniosła się i pozwoliła zsunąć sobie majteczki. Puls galopował. Drżącymi palcami rozpinała guziki jego koszuli. Kiedy dotykał jej miękkiej i pełnej piersi, ona wodziła dłońmi po jego muskułach. Ciepło rozchodzące się z lędźwi sprawiło, że osunęła się na łóżko i bezwiednie rozsunęła nogi.

Ogarnęła ją gorączka, zaczęła szeptać niezrozumiałe słowa. Objęła go. Zaczęła gładzić jego ramiona i plecy, potem, coraz szybciej oddychając, coraz mocniej przywierała do jego ciała. Jęknęła i napięła brzuch. Przyjął to jako wyraz gotowości i wsunął się w nią. Przywarła do niego dziko w dziewiczym erotycznym uniesieniu. Poczuła coś palącego między udami. Kiedy w nią wszedł, znieruchomiała na sekundę, a potem opasała jego biodra swoimi atłasowymi nogami. Wpadł w rytm, miażdżąc jej piersi zaborczymi dłońmi. Przenikał ją na wskroś we wściekłym zapamiętaniu.

Między jej kobiecością a męskością napastnika nawiązał się wbrew niej samej kontakt i został przypieczętowany paktem wspólnictwa. Została zgwałcona bardziej moralnie niż fizycznie. Próbowała ukryć przed nim swą klęskę, ale nie mogła się powstrzymać. Ogarnęła ją rozkosz. Przez cały czas, kiedy trwał szał zmysłów – upojenie seksem, jak czytała wcześniej w dziesięciocentowych romansach – odsuwała na plan dalszy uczucie grzechu i strachu przed karą boską. Poczuła ogromny wstyd, chcąc go zatrzymać w sobie, gdy usuwał się na bok. Odwróciła się od niego plecami, zdyszana, z bijącym sercem, czekając, aż zmysły się uspokoją.

Charlie tymczasem wyskoczył z łóżka, wciągnął na siebie czerwone slipki, żółtą jedwabną koszulę i ubrał beżowy garnitur.

– Wszystko będzie dobrze – powiedział, siadając koło Rose Marie i studiując jej nagie rozpalone ciało. – Jesteś młoda, silna i piękna. Zarobisz masę szmalu. Ile dostajesz w tej cukierni?

Nie odpowiedziała. Zakrywając rękoma sterczące piersi, przekręciła się w kierunku ściany. Chwycił ją boleśnie za ramię i odwrócił ku sobie. Aż jęknęła z bólu.

– Pytałem, ile zarabiasz – syknął. – Więc łaskawie odpowiedz albo dostaniesz w mordę.

– Sześć dolarów tygodniowo – odpowiedziała.

– U mnie zarobisz dziesięć razy tyle.

– Chcę do domu – poprosiła cicho.

– Nie pojedziesz do żadnego domu. Od tej chwili pracujesz dla mnie.

– Źle się czuję. Chcę do domu – powtórzała jak katarynka.

– Słuchaj, dziwko – ujął ją palcami za podbródek i zmusił do spojrzenia mu prosto w oczy. – Słuchaj uważnie, bo nie będę po raz kolejny powtarzał. To nie zabawa. Powiedziałem wyraźnie, że od tej chwili pracujesz dla mnie. Będziesz robić to, co każę, a jak będziesz grzeczna, to będę cię dobrze traktował. Jak się będziesz stawiać, to pożałujesz. Rozumiesz? Rozumiesz?! – wrzasnął na całe gardło, widząc brak reakcji, a kiedy ponownie nie uzyskał odpowiedzi, dodał: – Okay, mała, jak chcesz.

Podniósł się z łóżka, wygładzając garnitur. Zbliżył się do lustra, popluł na rękę i przygładził odstający kosmyk włosów. Potem otworzył drzwi i zawołał głośno w stronę korytarza:

– Hej, Piggy, chodź tu! I ty, Shiver, też!

Do pokoju wkroczyło dwóch mężczyzn. Jeden wysoki, barczysty, o prostackiej twarzy, z haczykowatym nosem. Drugi, niższy i młodszy, miał małe niespokojne oczka, szare i rozbiegane, gęste brwi, nos ostry i cienki oraz wąskie wargi. Ich twarze, a zwłaszcza oczy, miały jednakowy wyraz martwej bezduszności, niczym ryby trzymane latami w chłodni.