Ojciec chrzestny

Tekst
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Ojciec chrzestny
Ojciec chrzestny
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 46,85  37,48 
Ojciec chrzestny
Ojciec chrzestny
Audiobook
Czyta Sławomir Holland
24,95 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Co ty, w soboty bar zamykają dopiero o północy – zaprotestował Antonio, wychylając swój kieliszek grappy.

– Mam na myśli tę cuchnącą kopalnię i to całe zasrane miasteczko.

– Ale gdzie się wyniesiemy? – zasmucił się Carlo, chwytając za butelkę i nalewając kolegom następną porcję trunku. – Do Palermo? Tam praca też nie czeka na ulicy. A jeżeli już uda ci się ją znaleźć, to płacą takie same grosze jak tutaj.

– Wcale nie mówiłem o Palermo – powiedział Stefano. – Miałem na myśli coś dużo, dużo dalej.

– Mówisz o Rzymie? – upewnił się Antonio. – Ależ to…

– Nie – przerwał mu Stefano. – Jeszcze dalej.

– Jeszcze dalej? – Carlo spojrzał na kolegę jak na wariata. – Dalej już przecież nie ma nic.

– Głupiś! – ofuknął go Stefano. – A o Ameryce toś nigdy nie słyszał?

– Sam jesteś głupi! – zdenerwował się Carlo. – Wiesz, jak daleko jest ta twoja Ameryka?

– I co z tego? – wzruszył ramionami Stefano. – Ale pływają tam statki. Wielu ludzi z okolicy wyjechało do Ameryki i jak chodzą słuchy, świetnie im się powodzi.

– Diabła tam – nie ustępował Carlo. – A skąd wiesz, że im się dobrze powodzi? Widziałeś którego, żeby wrócił?

– Właśnie dlatego nie wracają, że im się powiodło, głąbie. A wiem stąd, że ludzie listy piszą, nawet zza oceanu.

– Tylko nie głąbie – zaprotestował Carlo. – Widzieliście go, uczony się znalazł! Co ty możesz wiedzieć o tych listach, skoro nawet czytać nie umiesz!

– I co z tego? – obruszył się Stefano. – Są inni, którzy umieją. I oni właśnie mówią, że w Ameryce jest pracy dla wszystkich w bród, że płacą tam o wiele więcej niż tutaj, że…, że… – zająknął się

– Że złoto leży tam na ulicach – dokończył za niego Carlo. – Też słyszałem te bzdury. Tylko że ja, chociaż, jak powiedziałeś, jestem głąbem, nie daję się nabrać na takie gadki szmatki. Zaraz ci…

– Cicho bądź, głąbie! – wtrącił się nieoczekiwanie Antonio. – To, co mówi Stefano, może wcale nie jest takie głupie. Trzeba się nad tym zastanowić. Kelner, jeszcze jedna butelka grappy, tylko migiem!

*

Od opisanej wyżej rozmowy minęło kilkanaście miesięcy. Sycylię objęła właśnie w posiadanie cudowna wiosna 1907 roku. Okoliczne pola stały w kępach traw i kwitnących krzewów. Kwiaty tryskały z jałowego gruntu niczym czerwone, żółte, fioletowe i niebieskie płomienie. Nad czystymi jak ametyst górami wisiały białe obłoki. Ich cienie sunęły po skalistych zboczach, gasząc co chwila płomienne barwy.

Kurz z drogi wisiał w gorącym powietrzu i unosił się niby mgła. Dziewięcioletni Salvatore Lucania patrzył z okna pociągu na zacierający się w dali obraz swojego miasteczka. Targały nim mieszane uczucia. Z jednej strony ciekawił daleki, nieznany kraj, kusiła wielka tajemnicza przygoda, z drugiej zaś – żal było rozstawać się z przyjaciółmi i opuszczać miasto, w którym od urodzenia zdążył już poznać każdy kamień. Tutaj plac nocnych rozmów i mur, pod którym zasiadali mężczyźni w oczekiwaniu na pracę, tam dachy, tarasy, wpółotwarte okna, gdzie jak na scenie trwożnie ukazywały się kobiety. „Jego” dachy i „jego” tarasy, gdzie zachód słońca długo zostawiał resztki ciepła. „Jego” portyk, wypukły, wymyty deszczem, most z rozpadających się bloków kamienia. Dalej wyschłe pola, głębokimi bruzdami biegnące drogi w obramowaniu wszędzie jednakowych żywopłotów. Berberyjskie figi, ostre, dzikie, a jeszcze dalej – niewidoczne już rozdroże, gdzie pod drzewami wyczekiwały wędrowne prostytutki przybyłe z Palermo…

Wychylony z okna Salvatore poczuł, jak ktoś kładzie mu rękę na ramieniu. Odwrócił się. Tata. Pan Antonio nieruchomym wzrokiem wpatrywał się w uciekającą dal. Salvatore spojrzał do góry na pobrużdżone, jakby z kamienia wyciosane oblicze ojca. Po policzku spływała mu powoli łza.

– Tato, ty płaczesz? – zapytał zdziwiony.

– Głupiś – warknął Antonio, podrywając gwałtownie dłoń z ramienia syna i ocierając nią widoczną pod oczyma zdradliwą wilgoć. – To wiatr… Wieje prosto w oczy, sukinsyn… No, dalej, zamykamy już to okno.

Szyny prowadziły teraz pomiędzy pszennymi, zielonymi jak szmaragd polami, pomiędzy ogrodami pomarańcz i cytryn, pomiędzy kopalniami siarki, której pełno było na każdej stacji: żółtymi wzgórkami zasypywała tory kolejowe. Pociąg posuwał się wolno pomiędzy wzgórzami, łany chyliły się pod powiewem wiatru – był kwiecień, a pszenica już się kłosiła, nabierając przedziwnego niebieskawego odcienia. Z malutkich pieców, w których wypala się siarkę, płynął białawy dymek, mieszając się z niebieskim kolorem i zielenią pól.

Wkrótce Salvatore ujrzał przed sobą krajobraz prawdziwej Sycylii, w porównaniu z którym barokowe miasta i gaje pomarańczowe są niczym; był to krajobraz wyżarty słońcem, falisty; niezliczone nagie, niemal nierzeczywiste wzgórza ciągnęły się jedno za drugim, bez końca. Przypominały morze, które skamieniało nagle w chwili, gdy raptowna zmiana wiatru zakotłowała fale. Wokół nie było widać żywej duszy, jedynie rzędy krzewów winnej latorośli wskazywały na obecność człowieka.

Stacjami były małe drewniane budki, z jedyną kolorową plamą – czerwoną czapką zawiadowcy, na którą padało jasne słońce. Las sterczących wokoło opuncji otwierał się tam i tuż za stacją znowu zamykał. Rośliny wyglądały jak wykute z niebieskawego kamienia, a jeżeli dostrzegło się gdzieś żywą duszę, to co najwyżej jakiegoś chłopca, który idąc wzdłuż toru, zrywał ich kolczaste owoce, tkwiące na krzakach niby korale na niebieskawych skałach.

Na przystankach słychać było śpiew wiatru przynoszącego ze sobą zapach nawozu, padliny i szałwii. Kołysał, rozdmuchiwał, przekształcał swoim nonszalanckim rozmachem wszystko, cokolwiek napotykał na drodze. Zawiadowca machał czerwoną chorągiewką i pociąg ruszał dalej. Pomiędzy opuncjami pojawiały się gdzieniegdzie domy; pociąg zatrzymywał się czasem ponad łukami mostów, wjeżdżał znowu w tunel i wyłaniał się z niego na nowe skały, nową gęstwinę opuncji, i znów nie było widać żywego ducha. Od czasu do czasu ukazywała się w oddali wioska, jak plama ptasiego łajna. Niekiedy wśród migotania upału błysnęła rzeka i nędzne zabudowania. Na skalistych zboczach wśród kolczastych zarośli pasły się kozy. Ani śladu ludzkiego życia – tylko przejrzyste jak gaza strzępy chmur wysoko na niebie i zwietrzale odkrywki żółtych skał.

Po upływie prawie dwóch godzin Salvatore ujrzał przed sobą kryształową plamę w kolorze indygo: morze, bardziej jeszcze jałowe od ziemi. Dojeżdżali do Palermo. Tutaj mieli wsiąść na statek i popłynąć nim do Ameryki. Kiedy z kurzu drogi wyłoniły się pierwsze zabudowania miasta, w serce chłopca wdarła się bolesna prawda, że oto opuścił Lercara Friddi na zawsze.

*

W pierwszych latach XX stulecia „wsiąść na statek” nie znaczyło wcale „przybyć na miejsce”. Trzeba jeszcze było uniknąć śmierci głęboko pod pokładem, gdzie przez kilka tygodni człowiek dusił się w zatrutym powietrzu, marł od pokładowej strawy albo jakiejś epidemii; wszystko to zależne było od pory roku i statku.

Do amerykańskiego raju trzeba było przedostać się przez istny czyściec. Każdy statek miał dwa pokłady – wyższy i niższy. I tak jak złocona skorupka orzecha kryje czasem czarne, robaczywe wnętrze, tak górny pokład osłaniał swą wspaniałością dolny, na którym wśród narzędzi, skrzyń, beczek, worków, klatek z ptactwem i wszelakich rupieci podróżowali nędzarze z całym bagażem swojej rozpaczy, kłopotów, zmartwień i trosk. Dolny pokład zatłoczony był niedużymi Sycylijczykami, pasażerami trzeciej klasy, zgłodniałymi, ale cierpliwie znoszącymi zimno, bez palt, z rękami w kieszeniach spodni, z podniesionymi kołnierzami marynarek. Mężczyźni mieli twarze posępne pod kilkudniowym zarostem, wysuszone wiatrem. Robotnicy, dniówkowi wyrobnicy z plantacji pomarańcz, kolejarze w szarych czapkach z czerwoną wypustką, górnicy, rolnicy, tęgie kobiety w czarnych sukniach, siedzące na wielkich, naładowanych workach.

Wszędzie panował wielki ścisk i przykry zaduch. Woń stęchlizny biła od pokładów wypełnionych ludzką masą niczym ładunkiem melonów. Przez otwarte luki buchała z brzucha statku gorąca fala powietrza przesyconego drażniącą wonią smarów. Niosła ze sobą węglowy pył, który osiadając na twarzach i odzieniu, mieszał się z ludzkim potem i pokrywał wszystko lepką, wilgotną mazią. Płacz kobiet i dzieci, przekleństwa mężczyzn oraz morska choroba dopełniały obrazu nędzy.

Po kilkunastu dniach męki w końcu dopłynęli do swej Terra Promissionis, czyli Ziemi Obiecanej. Zrazu we mgle zamajaczyło coś na kształt skalistej wyspy. W miarę zbliżania się jej kontury zarysowywały się coraz wyraźniej. Szare skały wyglądały zupełnie jak te z obrazu „Wyspa śmierci” Arnolda Böcklina. Kiedy podpłynęli jeszcze bliżej, okazało się jednak, że to nie żadne skały, lecz potężny wysiłek amerykańskich budowniczych stworzył coś, co w swym pięknie dorównywało pięknu wizji malarza. Mniemane skały rozłamywały się na boki o logicznych liniach, podyktowanych ludzką wolą. Potężna masa kamienia okazała się złożoną z budowli, których bryły, piętrząc się jedna na drugiej, tworzyły razem całość o niepojętej lekkości. Jedne z nich były jak igły, jak olbrzymie kominy skalne, strzelające w niebo, inne – kapryśne w linii, jak zamki średniowieczne, podniesione do niesłychanych rozmiarów.

Przed przybyszami rozciągała się hałaśliwa panorama południowego Manhattanu, zdumiewającej wyspy Zachodu. Wąski garb skalny, osłonięty od Atlantyku szerokim ramieniem Brooklynu; podmywane falami oceanu kamienne usypisko, które człowiek w swej nieposkromionej przewrotności wybrał, aby tu zbudować miasto. Promienie słońca, przebijając mgłę, załamywały się w oknach drapaczy chmur. W niektórych oknach paliły się wielkie lampy elektryczne pod mlecznymi kloszami, sprawiając, że szyby wyglądały z daleka jak sznury pereł. Patrząc z pokładu statku na dzieła amerykańskiego budownictwa przy wjeździe do Nowego Jorku, nie sposób było oprzeć się wrażeniu, że pasażerowie stanęli u wrót nowej cywilizacji. Nad wyspą górowała wielka zielona postać kobieca w szlafroku, z wyciągniętą ręką.

 

– Tato, kim jest ta wielka pani? – zapytał Salvatore, nie mogąc oderwać wzroku od monumentalnego pomnika.

– Później ci wyjaśnię – mruknął na odczepnego Antonio, nie chcąc z powodu braku wiedzy stracić u syna autorytetu. – Teraz musimy się zająć bagażami.

– To Statua Wolności – wyjaśnił stojący obok jakiś mydłek w meloniku i grubych okularach.

Antonio poczuł w sobie ogromną ochotę, by przyłożyć mu pięścią w nos. Przecież nikt nie prosił, żeby mądrzył się tu, naruszając jego autorytet. Nie chcąc jednak rozpoczynać pobytu w nowej ojczyźnie od bójki, po prostu nic nie odpowiedział.

– Ma dziewięćdziesiąt trzy metry wysokości – popisywał się dalej swoją wiedzą okularnik. – To dar narodu francuskiego dla uczczenia setnej rocznicy państwowości Stanów Zjednoczonych.

– Co pan powie? – rzucił, zaciskając szczęki, Antonio Lucania.

– Tak – kontynuował okularnik. – Chociaż przybyła do Ameryki dziesięć lat później, dopiero w roku tysiąc osiemset osiemdziesiątym szóstym.

– A co ona trzyma w ręku? – zapytał Salvatore, zdając się nie dostrzegać grobowej miny ojca.

– To światło, kochanie – wyjaśnił usłużnie pan w meloniku. – Wolność oświecająca świat.

– A czy… – zaczął Salvatore, lecz przerwał, szarpnięty przez tatę gwałtownie za koszulę.

– Idziemy – rzucił krótko pan Antonio. – Mama nie będzie sama nosić bagaży.

Wolno podpłynęły zwinne małe łodzie holownicze i pomiędzy Brooklynem a Staten Island powiodły statek do nowojorskiego portu. Rozdzierające gwizdki parowców, czerwone, kołyszące się niby kaczki promy na spienionej do białości wodzie, cały pociąg na galarze popychanym przez gdaczący holownik wśród puszystych obłoków pary…

Stojącą cierpliwie na przystani stłoczoną rzeszę oczekujących ogarnęła frenezja powitania. Ręce z chusteczkami miotały się w powietrzu, niektóre osoby, nie mogąc opanować niecierpliwości, tupały lub podskakiwały w miejscu, ktoś podnosił w górę małe dziecko, widocznie pokazując je wracającemu ojcu, ktoś inny wymachiwał w powietrzu butelką szampana. Wszyscy na wyścigi krzyczeli coś do swoich krewnych lub znajomych na statku. Panował tam nieopisany harmider, podobny do tego, jaki słyszy się w ptasich oddziałach wielkich ogrodów zoologicznych, tylko spotęgowany tysiąckrotnie.

Wreszcie statek przycumował do nabrzeża. Spuszczono trap, tragarze obładowali się kuferkami, a długi wąż podróżnych zaczął przesuwać się wolniutko pomostem w dół. Ciche wzruszenie ogarnęło rodzinę Lucania. Byli na drugiej półkuli, w Nowym Świecie, w Ameryce… Nie wiedzieli jednak, że zanim dane im będzie wejść do upragnionego raju, będą jeszcze musieli przejść przez piekło.

*

Ellis Island. Wyspa Ellisa. Nazwa ta jeszcze dzisiaj brzmi ponuro. Właśnie tutaj od stycznia 1892 roku mieściło się federalne biuro do spraw imigrantów. Tutaj ludzie ze wszystkich krajów mieszali się ze sobą, aby stworzyć nową rasę ludzką. W ciągu kolejnych dziesięcioleci przez trzydziestometrowej szerokości „wrota do Ameryki” na Wyspie Ellisa przewinęło się prawie 12 milionów uchodźców, w olbrzymiej większości przywożących ze sobą wszelkie nieszczęścia i nędzę Starego Świata, całą przemoc i bunt, jakie zgotował im zły los w Europie bądź gdzie indziej. Przodkowie czterech z dziesięciu współczesnych Amerykanów tamtędy właśnie przybyli do Stanów Zjednoczonych.

W poprzednich trzydziestu pięciu latach przyjeżdżający do Nowego Jorku imigranci kierowani byli do Castle Garden na Manhattanie. Ta placówka, prowadzona w latach 1855–1890 przez stan Nowy Jork, mogła przyjąć jednorazowo 5 tysięcy osób. Przewinęło się wtedy przez nią ponad 8 milionów ludzi. Nie ustrzeżono się jednak od zastraszania i łapówkarstwa. W latach osiemdziesiątych XIX wieku ośrodek znany był z tego, że nowo przybyli stawali się tam łatwym łupem oszustów i skorumpowanych urzędników. Aby zmienić ten stan rzeczy, władze zdecydowały się przenieść biuro na Ellis Island. Tutaj miało być inaczej…

Po groźnym pożarze w roku 1897 drewniane baraki stacji zastąpiono budowlą z czerwonej cegły, uwieńczoną czterema wieżyczkami. Pośrodku niej była sala rejestracji, przy której znajdowały się kuchnie, sypialnie i pralnia. Właśnie do tego czerwonego budynku skierowana została cała rodzina Antonia Lucanii. Noc spędzili w starej wilgotnej szopie, nie mogąc zasnąć, ponieważ między gęstymi rzędami prycz uwijali się tłumacze, lekarze i urzędnicy.

Rano wszyscy przybyli statkiem pasażerowie najtańszej klasy weszli jeden za drugim do wielkiej hali, przesuwając się wzdłuż żelaznych balustrad zwanych „zagrodami”. Odbywało się to pod czujnym wzrokiem lekarzy, starających się wykryć u przybyłych widoczne wady i niesprawności. Tuż przed Salvatore „łapiduchy” wyciągnęły z tłumu kulejącego staruszka. Jeden z nich wypisał mu kredą na plecach jakiś znak, po czym człowiek ten dołączył do stojącej w kącie sali coraz większej grupy nieszczęśników.

Tych, którzy przeszli pomyślnie wstępny test zdrowia, czekało teraz dokładniejsze badanie lekarskie, głównie pod kątem chorób zakaźnych. Kobiety i mężczyzn prowadzono osobno do oddzielonych parawanami stanowisk. Ubrany na niebiesko doktor pokazał Salvatore jakąś tabliczkę z napisem.

– Do you speak English?1 – zapytał.

– Non posso legere2 – odpowiedział niepewnie Salvatore.

– Translator3 – lekarz skinął na stojącego nieopodal wysokiego jegomościa z ostrzyżonymi na jeża włosami.

Przy udziale tłumacza cała procedura poszła już sprawnie. Salvatore kazano zdjąć czapkę, odpiąć okalający szyję sztywny kołnierzyk i poddano dokładnym oględzinom jego twarz, oczy, włosy oraz ręce. Stojącego obok małego przybysza z Sycylii, potężnego faceta z zajęczą wargą doktor z miejsca zatrzymał, narysował mu kredą krzyż na plecach i odesłał na drugi koniec pomieszczenia.

Po badaniu Salvatore dołączył znów do rodziców i rodzeństwa, ustawiając się w kolejnym długim ogonku do pokoju, w którym egzaminowano imigrantów. Każdego trzymano tam około pięciu minut. Trzy godziny później, kiedy wprowadzono tam ojca, Salvatore pomyślał z lękiem, o co mogą go pytać.

Administracja Ellis Island miała za zadanie wyławiać i odsyłać z powrotem osoby uznane za niepożądane, do których zaliczano między innymi: skazanych wyrokiem sądu, nędzarzy, lunatyków, Chińczyków (od 1882 roku), cierpiących na choroby zakaźne, praktykujących poligamię, prostytutki i anarchistów. Wszystkich imigrantów poddawano długotrwałym, uciążliwym przesłuchaniom i badaniu, a tysiące z nich przed przyjęciem do amerykańskiego społeczeństwa było przez wiele tygodni przetrzymywanych na wyspie w warunkach wprost koszmarnych. Dopiero potem następowała formalna rejestracja. Cały proces był bardzo krępujący i ponury, dlatego też potocznie nazywano Ellis „wyspą łez”, a jeden z pisarzy określił procedurę wjazdową jako „namiastkę Sądu Ostatecznego”.

Od chwili powstania państwa amerykańskiego w roku 1776 uważano powszechnie, że w kraju tym powinni znaleźć schronienie wszyscy, którzy z jakichś powodów potrzebują azylu. Wierzono także w równość szans dla pragnących osiągnąć sukces życiowy, przynajmniej ten mierzony kategoriami materialnymi. W miarę upływu lat jednak tendencja do utrzymywania „otwartych drzwi” dla przybyszów z zewnątrz wypierana była stopniowo przez pogląd, według którego imigranci stanowili potencjalne zagrożenie dla trwałości instytucji politycznych kraju oraz nieśli ze sobą niebezpieczeństwo zmiany stosunków społecznych i ekonomicznych4.

Wychodzący z pokoju Antonio szeroko uśmiechnął się do rodziny.

– I co, o co pytali? – zapytała z przerażeniem pani Rosalia.

– Łatwe – uspokoił ją małżonek. – Zdasz śpiewająco.

– Ty – jeden z urzędników wskazał na Salvatore.

Chłopiec poczuł nagle, że pocą mu się dłonie. Posłusznie jednak wszedł za urzędnikiem do małego pokoju z nagimi ścianami. Siedziało tam za biurkiem dwóch facetów, zawzięcie wypisujących coś na urzędowych formularzach. Jeden z nich był trochę niższy, a drugi trochę grubszy.

– What is your name? – rzucił pierwsze pytanie ten grubszy. Tłumacz pospiesznie przetłumaczył jego słowa. – Jak się nazywasz?

– Salvatore Lucania, proszę pana – wydukał Salvatore.

Ten niższy podniósł się ze swego miejsca i podał mu dużą czarną księgę.

– Wiesz, co to jest?

– Tak, proszę pana. To Biblia.

– W Boga wierzysz?

– Oczywiście.

– To połóż rękę na Biblii i przysięgnij, że odpowiesz na wszystkie pytania zgodnie z prawdą.

– Przyrzekam, że mówię prawdę – powiedział uroczyście Salvatore, ujmując księgę lewą ręką i kładąc na niej prawą.

– Jakiej jesteś narodowości? – zapytał znowu ten grubszy.

– Jestem Sycylijczykiem.

– To znaczy Włochem?

– Nie, Sycylijczykiem.

– To przecież to samo.

– Nic podobnego – zaprotestował Salvatore.

– Jak to, nie? – zirytował się urzędnik. – Sycylijczycy to przecież Włosi.

– Nie.

– A dlaczego nie? – zapytał z chytrym błyskiem w oku ten niższy.

– No… bo… – zaciął się mały Lucania.

– No więc?… – skrzywił się groźnie ten grubszy.

– Bo… Bo Włosi nigdy nie wpadliby na to, że można stworzyć tak genialny sos pomidorowy z dodatkiem bakłażanów, słodkiej papryki, bazylii, anchois, oliwy z oliwek i czosnku – wypalił z poważną miną Salvatore. – Odpowiedział mu potężny wybuch śmiechu.

– Kto ci opłacił podróż? – zapytał znowu ten grubszy.

– Jak to, kto?

– No, kto, mów szybko?

– Pewnie, że mój tata.

– Czy byłeś już aresztowany?

– Nie, mam dopiero dziewięć lat.

– Czy jesteś anarchistą?

– A co to takiego?

– Czy jesteś gotów przestrzegać praw Stanów Zjednoczonych?

– Tak jest.

– Czy masz jakieś pieniądze?

– Nie, tata ma.

– Ile jest siedemnaście plus dwadzieścia dwa?

– Trzydzieści dziewięć – policzył szybko w pamięci.

– Ile nóg ma krowa? – strzelił niespodziewanie ten niższy.

– Cztery – odpowiedział, przekonany, że nabijają go w butelkę.

– A koza?

– Też cztery, proszę pana – odparł, nadal wietrząc jakiś podstęp.

– Gdybyś był na bezludnej wyspie i znalazł dwa worki, jeden z chlebem, a drugi z pieniędzmi, to który byś wziął?

– Obydwa, proszę pana.

– A gdybyś mógł wziąć tylko jeden?

– No to oczywiście ten z chlebem – odpowiedział Salvatore. Teraz był już przekonany na sto procent, że robią z niego debila. – A teraz ja – powiedział. – Czy ja również mogę pana o coś zapytać?

– Pytaj – zgodził się ten niższy.

– A gdyby pan znalazł dwa worki, w jednym był rozum, a w drugim złoto, to który by pan wziął?

– Oczywiście, że ten z rozumem – uśmiechnął się dobrotliwie urzędnik. – Rozum jest zawsze cenniejszy od złota.

– A ja bym wziął ten ze złotem.

– Taaak? A to dlaczego?

– Bo rozum już mam.

Na przeciąg całej długiej minuty w pokoju zaległa głucha cisza. Zupełnie jak w poczekalni u dentysty.

– No tak – przerwał ją w końcu grubszy egzaminator, wręczając chłopcu karteczkę z napisem „przyjęty”. – Pokaż to urzędnikowi imigracyjnemu. Powiedz mu swoje imię i nazwisko, a on wyda ci kartę rejestracyjną. Jeżeli po pięciu latach pobytu tutaj zdasz prosty egzamin z czytania i pisania, będziesz mógł wystąpić o przyznanie ci pełnego obywatelstwa Stanów Zjednoczonych. Good Luck, Salvatore!