Dżuma & CholeraTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

PATRICK DEVILLE

DŻUMA

&

CHOLERA

Przełożył

Jan Maria Kłoczowski

NOIR SUR BLANC

spis treści

karta redakcyjna

motto

ostatni lot

owady

w Berlinie

w Paryżu

odmowa

w Normandii

wielka stalowa wieża w centrum świata

lekarz pokładowy

w Marsylii

na morzu

żywoty równoległe

Albert & Aleksander

w powietrzu

w Hajfongu

lekarz biedoty

długi marsz

w Phnom Penh

nowy Livingstone

w Dalacie

Artur & Aleksander

w drodze do Sedangów

w Hongkongu

w Nha Trang

na Madagaskarze

szczepionka

w Kantonie

w Bombaju

prawdziwe życie

w Hanoi

spór o kurczaki

arka

placówka postępu

król kauczuku

pamięć potomnych

owoce & warzywa

w okolicach Vaugirard

maszyny & narzędzia

król chininy

Aleksander & Louis-Ferdinand

niczym dwem

na werandzie

zjawa z przyszłości

gromadka

morze

podziękowania

przypisy

Tytuł oryginału: PESTE & CHOLÉRA

Opracowanie redakcyjne: MIROSŁAW GRABOWSKI

Konsultacja naukowa: Prof. dr hab. KATARZYNA BRZOSTEK

Korekta: ELŻBIETA JAROSZUK, BEATA WYRZYKOWSKA

Projekt okładki: TOMASZ LEC

Skład i łamanie: PLUS 2 Witold Kuśmierczyk

Copyright © Éditions du Seuil, 2012

All rights reserved

For the Polish edition

Copyright © 2014, Noir sur Blanc, Warszawa

ISBN 978-83-7392-479-6

Oficyna Literacka Noir sur Blanc Sp. z o.o.

ul. Frascati 18, 00-483 Warszawa

e-mail: nsb@wl.net.pl księgarnia internetowa: www.noirsurblanc.pl

Konwersja: eLitera s.c.

O tak, zostać legendą

u progu szarlatańskich wieków!

Laforgue

ostatni lot

Stara dłoń pokryta plamami, z kikutem kciuka, odchyla jedwabną zasłonę. Po bezsennej nocy jasna, dumna czerwień wschodzącego słońca. Śnieżnobiały i bladozłoty pokój hotelowy. W oddali lekko zamglone światło na przęsłach wielkiej wieży ze stali. Poniżej zielone drzewa na skwerze Boucicaut. Wojenna wiosna w spokojnym mieście pełnym uchodźców. Tych wszystkich, którzy myśleli, że do końca życia już nigdzie się nie ruszą. Stara dłoń uchyla okno, po czym chwyta za rączkę walizki. Sześć pięter niżej Yersin przechodzi przez hol recepcji, w którym lśnią lakierowane drewno i żółty mosiądz. Portier w liberii zamyka za nim drzwi taksówki. Yersin nie ucieka. Nigdy nie uciekał. Ten lot zarezerwował kilka miesięcy wcześniej w jednym z sajgońskich biur podróży.

Dziś jest to mężczyzna niemal łysy, z białą bródką, o niebieskich oczach. Tweedowa marynarka, beżowe spodnie, biała koszula z rozpiętym kołnierzykiem. Przeszklona elewacja lotniska Le Bourget wychodzi wprost na płytę, gdzie stoi hydroplan z zamontowanymi kołami. Niewielki biały wieloryb, w którego brzuchu mieści się dwunastu pasażerów. Na pokład wchodzimy zawsze od lewej burty, albowiem pierwsi lotnicy, wśród nich Yersin, byli kawalerzystami. Yersin wybiera się w podróż, by raz jeszcze ujrzeć swoje annamickie koniki. Na ławkach w poczekalni garstka uciekinierów. Na dnie ich walizek, obok koszul i sukni wieczorowych, sztaby złota i banknoty. Wojska niemieckie stoją u bram Paryża. Uciekinierzy zerkają na cyferblat na ścianie, spoglądają na swoje zegarki. Są wystarczająco bogaci, by nie kolaborować.

Zaledwie jeden motocykl Wehrmachtu zdołałby przygwoździć małego białego wieloryba do ziemi. Godzina odlotu już minęła. Yersin nie słucha niespokojnych rozmów, zapisuje zdanie lub dwa w notesie. Śmigła silników umieszczonych nad kokpitem zaczynają się obracać. Hydroplan rusza z miejsca. Uciekinierzy chcieliby go pchnąć, zmusić do lotu. Jest ostatni dzień maja roku czterdziestego. W tym upale pas startowy lśni jak tafla wody. Maszyna z wysiłkiem wznosi się w powietrze. Uciekinierzy ocierają czoła. To ostatni lot jednostki należącej do spółki Air France. Przerwa w połączeniach potrwa kilka lat, ale nikt jeszcze o tym nie wie.

To także ostatni lot Yersina, który nigdy już nie powróci do Paryża i nie zamieszka w pokoju na szóstym piętrze hotelu Lutetia. Trochę się tego domyśla, spoglądając na kolumny uciekinierów w dole. Na rowerach i wózkach stosy mebli i materacy. Ciężarówki przeciskające się przez tłum pieszych. Wszystko to spłukane wiosenną burzą. Kolumny oszalałych robaków, które uciekają przed butami wojskowych. Sąsiedzi z Lutetii dawno opuścili stolicę. Joyce, wielka irlandzka tyka w okularach i trzyczęściowym garniturze, jest już w Allier. Matisse dociera przez Bordeaux do Saint-Jean-de-Luz. Samolot ląduje w Marsylii. W zaciskających się kleszczach faszyzmu i frankizmu. Na północy podnosi ogon szykujący się do uderzenia skorpion. Brunatna dżuma.

Yersin zna dwa języki i dwie kultury – niemiecką i francuską – a także ich odwieczne spory. Od czterdziestu sześciu lat wie również coraz więcej o pałeczce dżumy. Nazwano ją na jego cześć yersinia pestis. Trzydziestego pierwszego maja czterdziestego roku Yersin po raz ostatni wzbija się w burzowe niebo nad Francją.

Yersinia pestis.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

owady

Stary człowiek przegląda notes, a potem przymyka oczy. Przez wiele dni nie mógł zasnąć. W hotelu roiło się od ochotników Obrony Cywilnej z żółtymi opaskami na ręku. Nocą alarmy. Fotele poustawiane w piwnicy, w głębi korytarza, gdzie przechowywane jest wino w butelkach. Pod zamkniętymi powiekami gra słońca na morskich falach. Twarz Fanny. Wyprawa młodego małżeństwa do Prowansji i Marsylii w poszukiwaniu owadów. Czy można pisać o synu, nie opowiadając o ojcu? Historia ojca jest krótka. Syn nigdy go nie poznał.

W Morges, w kantonie Vaud, zarówno u Yersinów, jak i u sąsiadów, panuje nie tyle nędza, ile prostota. Liczy się każdy grosz. Znoszone sukienki matek oddaje się służącym. Ojciec udziela prywatnych lekcji, dzięki którym może podjąć studia w Genewie. Zostaje nauczycielem w gimnazjum. Pasjonuje się botaniką i entomologią, jednak na życie zarabia jako intendent prochowni. Nosi obcisły czarny surdut uczonych i wysoki kapelusz, wie wszystko o chrząszczach, specjalizuje się w prostoskrzydłych i szarańczowatych.

 

Rysuje szarańczaki i świerszcze, usypia je, umieszcza pod mikroskopem pochewki skrzydłowe i czułki, wysyła komunikaty do Towarzystwa Nauk Przyrodniczych kantonu Vaud, jak również do Towarzystwa Entomologicznego we Francji. Potem znowu zamienia się w intendenta i to jest coś. Kontynuuje badania nad systemem nerwowym świerszcza polnego i modernizuje prochownię. Czoło miażdży ostatniego świerszcza. Ręka w śmiertelnym skurczu przewraca probówki. Aleksander Yersin umiera, mając trzydzieści osiem lat. Po jego policzku spaceruje zielony skarabeusz. We włosach mości się pasikonik. W otwartych ustach stonka ziemniaczana. Młoda żona, Fanny, jest w ciąży. Wdowa po intendencie będzie musiała opuścić prochownię. Chwila modlitwy wśród stosów bielizny i niezmytych naczyń: rodzi się dziecko. Otrzyma imię zmarłego męża.

W Morges, nad czystymi i zimnymi wodami Jeziora, matka nabywa Dom Figowy, w którym urządza pensjonat dla młodych dziewcząt. Fanny jest elegancka i dobrze wychowana. Uczy dziewczęta wytwornych manier i gotowania, podstaw malarstwa i muzyki. Syn przez całe życie zachowa pogardę dla tych zajęć, myląc sztukę z robótkami ręcznymi. Wszystkie te malarskie i literackie głupoty będą mu się kojarzyć z infantylnością osóbek, które w listach nazywa koczkodanami.

Z łatwością wyobrazicie sobie zatem odludka, który zastawia sidła, wybiera ptaki z gniazd, rozpala ognisko za pomocą lupy i zjawia się w domu umorusany błotem niczym wojownik wracający z pola walki lub z wyprawy do dżungli. Chłopiec jest samotny i chodzi własnymi ścieżkami, kąpie się w Jeziorze i klei latawce. Zbiera owady, rysuje je, przekłuwa szpilką i umieszcza w pudełku. Ofiarny rytuał wskrzesza umarłych. Podobnie jak w wojowniczych plemionach przekazywano sobie włócznię i tarczę, tak on dziedziczy po ojcu mikroskop i skalpel, które wyciąga z kuferka w szałasie. Oto drugi Aleksander Yersin i drugi entomolog. Zbiory śmierci oglądać można w muzeum w Genewie. To może być jeden z życiowych celów: spędzać dni na poważnych studiach w oczekiwaniu na wylew krwi do mózgu.

Jeśli nie liczyć torturowania owadów, liczba rozrywek zmniejsza się w okolicy z pokolenia na pokolenie. Już samo pojęcie „rozrywka” jest podejrzane. Każda chwila przeżywana w Vaud to odkupienie za grzech życia. Rodzina Yersinów pokutuje w ramach Wolnego Kościoła Ewangelickiego, powstałego na łonie tutejszego protestantyzmu po schizmie lozańskiej. Członkowie tego Kościoła nie zgadzają się, by państwo opłacało ich pastora i utrzymywało świątynie. Mimo biedy i surowego trybu życia wierni oddają ostatnią krwawicę, żeby zaspokoić potrzeby swoich kaznodziejów. To trochę co innego niż utrzymywać proboszcza lubiącego na przykład dobrze zjeść. Pastor, który chce się przypodobać Bogu – bądźcie płodni i rozmnażajcie się – to gatunek rozrastający się w szalonym tempie. Do wykarmienia są ogromne rodziny. Znoszone suknie matek nie trafiają już do służących. Wierni przystrajają się w swój elitaryzm i prawość niczym w togi. Są najczystsi z czystych, skrajnie oddaleni od życia materialnego. Arystokraci wiary.

Powiadają, że z owej wyniosłej oziębłości w mroźnym błękicie niedziel młody człowiek zachował surową szczerość i pogardę dla dóbr tego świata. Jedynymi mężczyznami, którzy mieli wstęp do ukwieconego salonu w pensjonacie, byli lekarze – znajomi matki. Należy zatem wybrać między Francją a Niemcami, czyli między dwoma modelami uniwersytetu. Po wschodniej stronie Renu wykład profesorski i teoretyczny, nauka głoszona z katedry przez uczonych w czarnych garniturach i celuloidowych kołnierzykach. W Paryżu nauczanie w warunkach klinicznych, u wezgłowia chorego, w białym kitlu – model zwany patronalnym, którego prekursorem był Laennec.

Będzie to Marburg – z powodu matki i przyjaciół matki. Yersin wolałby Berlin, ale wybór pada na prowincję. Fanny wynajmuje dla syna pokój u cieszącego się szacunkiem osobnika, który odprawia nabożeństwa na uniwersytecie. Yersin poddaje się, byle tylko dalej od sukienek. Ruszyć się z miejsca. Jego marzenia są marzeniami dziecka. Tak zaczyna się wymiana listów z Fanny, która zakończy się dopiero po jej śmierci. „Kiedy zostanę lekarzem, zabiorę Cię ze sobą i zamieszkamy na południu Francji lub we Włoszech, zgoda?”

Francuski staje się skarbem, językiem tajemnym, matczynym, wieczorowym – językiem listów do Fanny.

Yersin ma dwadzieścia lat i jego życie od tej chwili toczy się w języku niemieckim.

w Berlinie

Przed nim jednak długi rok, w którym musi wykazać się cierpliwością. W liście z lipca pisze, że „pada tu jak zwykle, jest zimno, a Marburg nie jest z całą pewnością krainą słońca”. Yersin myśli pragmatycznie, tak jakby przeprowadzał doświadczenie. Odczuwa potrzebę patrzenia i dotykania, korzystania z przyrządów, klejenia latawców. Osobistość, która go gości, ma surową twarz człowieka z banknotu. Amerykanie mają na to określenie: dwem. Starzy, siwi mędrcy, elita uczonych, z bródką i monoklem.

W Marburgu są cztery uniwersytety, jeden teatr, ogród botaniczny, sąd i szpital. Wszystko to u stóp zamku landgrafów heskich. Śledząca Yersina zjawa z przyszłości, badacz, skryba z notesem oprawionym w krecią skórkę, zatrzymała się w hotelu Zur Sonne, a teraz spaceruje stromymi uliczkami śladem młodości bohatera. Bez trudu odnajduje wysoki dom z pruskiego muru, stojący w samym środku cichej wysepki kultury pod szarym, niskim niebem. W tym właśnie domu drży z zimna niski, młody człowiek o niebieskich oczach, poważnym spojrzeniu, z młodzieńczym zarostem.

Zjawa przenika zarówno czas, jak i ściany, więc za fasadą z pruskiego muru widzi ciemne drewno mebli, ciemną skórę foteli i okładek książek w bibliotece. Czerń i brąz na flamandzkim obrazie. Wieczorem złoto lamp podczas błogosławieństwa mamrotanego przed cichym posiłkiem. Odbicie światła na wahadle zegara i ciche kliknięcie zębatki. Na frontonie Rathausu co godzinę swoją klepsydrę odwraca Śmierć. Nikt nie zwraca na nią uwagi. Tutejsza teraźniejszość jest wieczna. Świat niewiele zyskałby na dalszej ewolucji. Ta cywilizacja doszła już do apogeum. Do poprawki tylko kilka detali. I lekarstwa, które z pewnością trzeba udoskonalić.

Za stołem siedzi nadęty, cichy Jupiter, profesor Juliusz Wilhelm Wigand, doktor filozofii, dyrektor Instytutu Farmacji, konserwator ogrodu botanicznego, dziekan wydziału. Wieczorem przyjmuje w swoim biurze młodego przybysza z Vaud. Zamiary ma paternalistyczne. Chce, by młody człowiek nie popełnił błędów w swojej akademickiej wspinaczce. Dlatego wypomina mu spotykanie się z „tym” – pożal się Boże – Sternbergiem. Doradza wstąpienie do bractwa. Problem polega na tym, że Yersin, ów nieśmiały student siedzący przed nim w fotelu, nigdy nie miał ojca. Do dzisiaj potrafił się bez niego obejść.

Studentów z Marburga, niezależnie od tego, czy zapisywali się na medycynę, prawo, botanikę czy teologię, łączyło wówczas jedno: dziewięciu na dziesięciu należało do korporacji. Oprócz rytuału przyjęcia i składanej przysięgi udział w niej polega na codziennym bywaniu w tej samej tawernie, gdzie członkowie korporacji leją się po mordzie i wyzywają na pojedynek. Na gardle szal, na piersi plastron, a w ręku szpada. Pojedynek trwa do pierwszej krwi. Rodzą się trwałe przyjaźnie. Blizny na ciele są niczym późniejsze medale na mundurze. Bywa, że jeden na dziesięciu zostaje wykluczony z korporacji. To numerus clausus stosowany wobec Żydów na mocy prawa uniwersyteckiego.

Niski, noszący się na czarno młody człowiek wybiera spokój studiowania, podmiejskie spacery i dyskusje ze Sternbergiem. Kursy anatomii i medycyny klinicznej odbywają się na sali wykładowej, tymczasem ci dwaj chcieliby już poznać szpital. Przeprowadzać sekcję, przejść od razu do sedna sprawy. W Berlinie, dokąd Yersin udaje się na krótko, w ciągu tygodnia przeprowadza się na zajęciach dwie resekcje stawu biodrowego, podczas gdy w Marburgu – jedną w roku. Wreszcie Berlin i spacer ulicami wielkiej stolicy. Tego roku hotele zajmowane są przez dyplomatów i podróżników. Berlin staje się stolicą świata.

Z inicjatywy Bismarcka wszystkie państwa kolonialne pochylają się nad mapą świata i dzielą Afrykę. Trwa kongres berliński. Króla Belgów, właściciela Konga, reprezentuje mityczny Stanley, który czternaście lat wcześniej odnalazł Livingstone’a. Yersin czyta gazety, poznaje życiorys Livingstone’a i ten staje się dlań wzorem: Szkot, podróżnik i zarazem człowiek czynu, uczony, pastor, odkrywca rzeki Zambezi i lekarz, zaginiony przez lata gdzieś w Afryce Środkowej, człowiek, który po spotkaniu ze Stanleyem postanawia zostać tam, gdzie niebawem umrze.

Pewnego dnia Yersin będzie nowym Livingstone’em.

Pisze o tym w liście do Fanny.

Za pomocą szabli i karabinu maszynowego Niemcy kolonizują Kamerun, dzisiejszą Namibię i Tanzanię, aż po Zanzibar. Podobnie czynią Francja i Anglia. W tym samym roku, w którym odbywa się kongres w Berlinie, Artur Rimbaud, autor pamfletu Rêve de Bismarck (Sen Bismarcka), organizuje karawanę i na wielbłądach dostarcza abisyńskiemu królowi Menelikowi dwa tysiące strzelb i szesnaście tysięcy sztuk naboi. Ten, który był niegdyś francuskim poetą, stara się umacniać wpływy francuskie, sprzeciwiając się zarazem planom Anglii i Egiptu, realizowanym przez Gordona. „Ich Gordon jest idiotą, Wolseley osłem, a wszystkie ich przedsięwzięcia – jednym bezsensownym ciągiem niedorzeczności i sprzeniewierzeń”[1]. Rimbaud pierwszy zwraca uwagę na strategiczne znaczenie portu Dżibuti, pisze raporty dla Towarzystwa Geograficznego, posyła artykuły na tematy geopolityczne do „Bosphore Égyptien”. Będą czytane w Niemczech, Austrii i we Włoszech. Donosi o spustoszeniu, jakie niesie ze sobą wojna. „W ciągu kilku miesięcy Abisyńczycy pochłonęli cały zapas durry pozostawiony przez Egipcjan i mogący wystarczyć na wiele lat. Klęska głodu i dżuma są blisko”[2].

Dżuma przenoszona jest przez owada. Pchłę. Nikt jeszcze o tym nie wie.

Z Berlina Yersin udaje się do Jeny. U Carla Zeissa kupuje najnowocześniejszy model mikroskopu, z którym nie rozstanie się aż do śmierci. Mikroskop ten objedzie w jego bagażach cały świat i przyczyni się do odkrycia pałeczki dżumy. Carl Zeiss przypomina Spinozę: u obydwu szlifowanie soczewek sprzyjało refleksji i utopii. Baruch Spinoza też był Żydem – powiada Sternberg. Obydwaj studenci są znowu w Marburgu. Pochylają się na zmianę nad nowiutkim okularem, studiując uważnie geometrię skrzydeł ważki. Yersin ma również w pamięci wybryki antysemickie, wybite szyby, bijatyki. W rozmowach dwóch studentów pada być może słowo „dżuma”.

Dżumę myli się często – dopóki nie zachoruje się na jedno lub drugie – z trądem. Wielka epidemia dżumy w średniowieczu to dwadzieścia pięć milionów ofiar. Czarna śmierć, która zmienia strukturę demograficzną w Europie. Umiera połowa ludności kontynentu. Plaga metafizyczna, boży gniew, kara za grzechy. Szwajcarzy nie zawsze byli fanatycznymi zwolennikami tolerancji i umiaru. Pięć wieków wcześniej mieszkańcy leżącego nad Jeziorem Villeneuve spalili żywcem Żydów podejrzanych o zatrucie studni i wywołanie epidemii. Pięć wieków później ciemnoty ubyło, lecz nienawiść pozostała ta sama. Niewiele więcej wiadomo również o cholerze. O tym, skąd przychodzi, jak zabija i kiedy odchodzi. Być może pewnego dnia. Dwaj studenci wierzą w naukę. W Postęp. Wyleczyć dżumę to jak upiec dwie pieczenie na jednym ogniu – powiada Sternberg. Yersin mówi mu, że wyjeżdża do Francji.

Za rok będzie kontynuował studia w Paryżu. W tym samym czasie, gdy odbywa się kongres w Berlinie, a Artur Rimbaud nadwyręża nogi gdzieś na bezdrożach skalistej pustyni, Ludwik Pasteur ratuje chłopca nazwiskiem Joseph Meister. Szczepionka przeciwko wściekliźnie jest niczym otwarcie drzwi. Wkrótce nikt nie będzie już wybierał pomiędzy dżumą a cholerą, lecz będzie je leczył. Atutem Yersina jest dwujęzyczność. Sternberg również byłby dwujęzyczny, gdyby nie wahał się między Berlinem a Paryżem, między Charybdą a Scyllą. Ów Sternberg był raczej – jeśli to nie pleonazm – pesymistycznym jasnowidzem. Dziesięć lat później, gdy wybucha sprawa Dreyfusa, na próżno będziemy szukać pod petycją podpisu Yersina. To prawda, że wszystkie te europejskie horrory mogą budzić w nas chęć ucieczki na antypody. Kiedy trwa proces, Yersin jest w Nha Trang lub w Hongkongu.

 

w Paryżu

Poznając kolejną stolicę, Yersin odkrywa przede wszystkim niechęć do tego co niemieckie. W Paryżu nie są modne ani pikielhauba, ani melodie bawarskie lub jodłowanie, ani nawet fikuśny szwajcarski kapelusik.

Od piętnastu lat, od czasów Sedanu, Francja kurczy się i nie każdemu to odpowiada. Pozbawiona Alzacji i Lotaryngii, mści się, tworząc imperium zamorskie, znacznie większe od niemieckiego. Od Karaibów po Polinezję, od Afryki po Azję: słońce nie zachodzi nie tylko nad Union Jack, lecz także nad sztandarem Francji. Tego roku Pavie, odkrywca Laosu, poznaje Brazzę, odkrywcę Konga. W kawiarni La Petite Vache przy ulicy Mazarine regularnie spotyka się gromadka podróżników zwanych saharyjczykami. Francuska marynarka zajmuje Kochinchinę, a dwa lata później Annam i Tonkin. Yersin czyta sprawozdania z mapą w ręku. Oto mężczyźni, którzy z pewnością nie wegetowaliby w Marburgu. Jest przekonany, że wybrał słusznie. To tu toczy się prawdziwe życie.

Być może po raz ostatni w swoich dziejach Paryż jest miastem nowoczesnym. Kończy się przebudowa rozpoczęta przez Haussmanna. Wytyczono już plan metra. „Chodzę do Luwru. Dziś kolej na starożytności egipskie”. Yersin czyta gazety w saloniku prasowym domu towarowego Bon Marché. Dwadzieścia pięć lat później jego właściciele, rodzina Boucicaut, zbudują naprzeciwko hotel Lutetia. Pod koniec życia Yersin po każdej kolejnej podróży wokół planety będzie tam spędzał kilka tygodni, zawsze w tym samym narożnym pokoju na szóstym piętrze, kilkaset metrów od pierwszej studenckiej stancji, nędznej nory na mansardzie przy ulicy Madame, skąd – jak pisze w liście do Fanny – wyciągnąwszy szyję, można było dostrzec wieże kościoła Saint-Sulpice.

Przy ulicy Ulm Ludwik Pasteur po raz drugi z powodzeniem stosuje szczepionkę przeciwko wściekliźnie. Po Josephie Meistrze, który pochodzi z Alzacji, kolej na Jeana-Baptiste’a Jupille’a z Jury. Wkrótce zjeżdżać tu będą ze wszystkich stron. Na wsi i w pokrytym śniegiem lesie, od Francji po Rosję, zarażonych leczono dotąd najczęściej w ten sposób, że krępowano ich, a potem duszono. Wkrótce zdarzy się niejedno zarówno na ulicy Ulm, jak i na wydmach Sahary. Siedzący nad gazetami dwudziestodwuletni student z zagranicy żyje na koszt matki. Jak wszyscy ówcześni mężczyźni nosi krótko przystrzyżoną bródkę i czarną marynarkę, kolacje jada w podejrzanych knajpach, w których robotnik wyciąga z kieszeni flaszkę i ze smutkiem stwierdza, że jest pusta, a Niemiaszkom już nie podajemy, szefie, toż to głupota wyciągać dla nich beczkę. „Byłem świadkiem bójki między robotnikami a jegomościem pochodzenia niemieckiego, jak sądzę, który na nieszczęście odezwał się w ojczystym języku i o mało go nie zabili”.

Na razie żyje w nędzy. Zapisuje się na pierwsze wykłady z bakteriologii prowadzone przez profesora Cornila. To nowa dyscyplina. Przez całe życie Yersin będzie wybierał to co nowe i nowoczesne.

U Pasteura masowe szczepienia. W styczniu osiemdziesiątego szóstego: na ponad tysiąc zaszczepionych sześciu umiera, z czego czterech pogryzionych przez wilka, a dwóch przez psa. W lipcu: blisko dwa tysiące udanych i tylko dziesięć nieudanych szczepień. Trupy wysyła się do kostnicy w szpitalu Hôtel-Dieu, gdzie na polecenie Cornila Yersin dokonuje sekcji zwłok. Werdykt mikroskopu Carla Zeissa nie podlega apelacji: z obserwacji rdzenia kręgowego wynika, że szczepionka jest nieszkodliwa. Nieszczęśników zaszczepiono zbyt późno. Yersin przedstawia wyniki asystentowi Pasteura, Emilowi Roux. To spotkanie dwóch sierot w białych kitlach, w szpitalnej kostnicy, pośród zarażonych zwłok, odmieni ich życie.

Sierota z Morges i sierota z Confolens.

Roux przedstawia Yersina Pasteurowi. Nieśmiały młodzieniec poznaje miejsce i człowieka. Pisze o tym w liście do Fanny: „Gabinet pana Pasteura jest niewielki, kwadratowy, z dwoma dużymi oknami. Pod jednym z nich mały stolik, a na nim probówki ze szczepionkami”.

Wkrótce Yersin zamieszkuje w pobliżu, przy ulicy Ulm. Każdego ranka na podwórku niecierpliwi się długa kolejka zarażonych. Pasteur osłuchuje stetoskopem, Roux i Grancher szczepią, Yersin przygotowuje preparaty. Dostaje za to skromne wynagrodzenie. Już nigdy nie będzie nikomu nic winien. W surowym uczonym z Jury sierota z Morges i sierota z Confolens znaleźli ojca. Pasteur. Człowiek w czarnym surducie, noszący biblijne nazwisko, zdolne poprowadzić owce na trawiastą łąkę, dusze zaś – ku zbawieniu.

Chory Ludwik Pasteur, pełniący jednocześnie funkcję rektora do spraw studiów w École Normale Supérieure, wygłasza wykład przed Akademią Nauk. Pora na stworzenie odrębnego instytutu zajmującego się szczepieniem przeciwko wściekliźnie. Miasto Paryż oddaje do dyspozycji uczonych trzypiętrowy, rozwalający się budynek z cegieł i desek przy ulicy Vauquelin. Gromadka Pasteura przenosi się do tymczasowej siedziby i rozpoczyna wspólne życie. W dawnej stajni zamknięto psy, obok – sala szczepień. Pasteurowcy zajmują pokoje na piętrach. Roux, Loir, Grancher, Viala, Wasserzug, Miecznikow, Haffkine, Yersin. Ten ostatni wpada w gniew i marszczy brwi, gdy pochodzący z Ukrainy Haffkine błędnie wymawia jego nazwisko. Każdego ranka Yersin udaje się z domu na wykłady przy ulicy des Saints-Pères. W południe je obiad w skromnej jadłodajni przy ulicy Gay-Lussac. Tematem jego pracy dyplomowej będą dyfteryt i gruźlica, zwana wciąż przez poetów suchotami. Badania kliniczne przeprowadza w Szpitalu dla Chorych Dzieci, pobiera wymazy i wycinki z opuchniętych gardeł, próbuje wyodrębnić toksynę błoniczą, w gazetach czyta o kolejnych odkryciach podróżników.

Bank Francji ogłasza międzynarodową zbiórkę pieniędzy na rzecz przyszłego Instytutu Pasteura. Napływają fundusze. Przedpłaty wnoszą car Rosji, cesarz Brazylii i sułtan turecki, jak również prości ludzie, których nazwiska podaje każdego ranka „Journal Officiel”. Litanię nazwisk odczytuje stary Pasteur. Płacze, gdy dostrzega, że mały Joseph Meister przysłał trzy sous. Można już kupić działkę w piętnastej dzielnicy. Roux i Yersin raz w tygodniu nadzorują prace przy ulicy Dutot, po czym wracają na ulicę Ulm, gdzie w pokoju Ludwika Pasteura i jego żony pozostali koledzy analizują rozwinięte na stole plany budowy. Starzec w czarnym surducie przeszedł już dwa ataki serca, ma problemy z mówieniem, sparaliżowaną lewą rękę, powłóczy nogą. Roux wraz z Yersinem rysują przy pomocy architekta projekt schodów wewnętrznych w przyszłym Instytucie. Stopnie są niższe, za to będzie ich więcej.

Dla Pasteura czas odkryć dobiega końca. Pałeczkę przejmie prawdopodobnie Roux, wybraniec, najlepszy z synów. Ostatnią walkę starzec toczy w obronie teorii. Od ponad dwudziestu lat spiera się ze zwolennikami samorództwa. Twierdzi, że nic nie rodzi się z niczego. Gdzie zatem miejsce na Boga? Skąd te wszystkie bakterie, które ukrywają się przed nami od stuleci? Dlaczego zabijają dzieci, zwłaszcza te najbiedniejsze? Fanny niepokoi się. Pasteur niczym Darwin. Teoria początków gatunku i ewolucji biologicznej, od bakterii do człowieka, przeczy świętym księgom. Yersin uśmiecha się tylko, a wraz z nim jego koledzy. Wkrótce wszystko będzie jasne, wystarczy tylko objaśniać, nauczać i powtarzać doświadczenia. Nie przychodzi im do głowy, że sto pięćdziesiąt lat później połowa ludzkości nadal będzie bronić kreacjonizmu.

W czasie gdy tworzy się gromadka Pasteura, gromadka saharyjczyków wciąż spotyka się w knajpie przy ulicy Mazarine, zaś gromadka parnasistów powoli się wykrusza. Jeszcze przez chwilę wszystkie trzy będą działać w tym samym mieście, na tych samych ulicach. Słodki poeta Banville mieszka wciąż przy ulicy de Buci, gdzie wynajmował pokój Rimbaudowi, dopóki ten nie wyprowadził się do Verlaine’a, na ulicę Racine. Po wyjeździe gwiazdy nad gwiazdami parnasiści odchodzą w cień. Nadal uczęszczają do własnych laboratoriów, czyli do bistro, gdzie w retortach warzą się ich własne mikstury. Wielobarwny eliksir uderza im do głów, nasycając przywiędłe już nieco aleksandryny, które zamieniają się wciąż w coraz bardziej anemiczne dyptyki. W epoce nowoczesnego mikroskopu i strzykawki aleksandryn ginie od mistrzowskiego strzału młodego poety, który wkrótce postanawia sprzedawać karabiny królowi Szeua, Menelikowi II, przyszłemu cesarzowi Etiopii.

Yersin czyta wszystko, co dotyczy nauki i odkryć geograficznych. Pracuje w ciszy i spokoju, ale robi to elegancko, jakby od niechcenia, dla żartu. Nocami warzy strawę z bakterii i przygotowuje odczynniki. Fascynująca zabawa z przyrządami. Wreszcie prace praktyczne, jak kiedyś przy latawcach. Otwiera klatki dla kur i myszy, pobiera wycinki, szczepi, a pewnego dnia, w porywie geniuszu, przeprowadza doświadczenie na króliku i odkrywa bakterie gruźlicy rzekomej.

Ubrany na czarno młodzieniec zjawia się z wynikami w pracowni i pokazuje probówkę Emilowi Roux. Innymi słowy, wyjmuje z kapelusza białego królika i stawia go na stole laboratoryjnym. Wymyśliłem sztuczkę. Kciukiem i palcem wskazującym Roux ustawia obiektyw mikroskopu, po czym odwraca głowę, podnosi wzrok i marszcząc brwi, spogląda na nieśmiałego studenta. „Gruźlica typu Yersin” trafia do podręczników, a nazwisko odkrywcy zapisuje się na trwałe w dziejach medycyny. Szersza publiczność szybko jednak zapomni o tym nazwisku, które nawet dziś, pomimo odkrycia przez Yersina pałeczki dżumy, jest mało znane. Biedny, zarażony gruźlicą królik wypluwa płuca na laboratoryjny stół. Na białej sierści czerwone kropelki krwi. Temu męczennikowi młody człowiek zawdzięcza pierwszą publikację w „Annales de l’Institut Pasteur”, podpisaną Roux & Yersin. Ten ostatni jeszcze nie jest lekarzem, ani nawet Francuzem.

Trzy lata po przybyciu do Paryża dwudziestopięcioletni Yersin pisze pracę dyplomową, broni jej i otrzymuje brązowy medal, który chowa w kieszeni, by ofiarować go później Fanny. Rano uzyskuje tytuł lekarza medycyny, a wieczorem wsiada do pociągu do Niemiec. Pasteur poprosił go, by zapisał się na wykłady z mikrobiologii technicznej, które w berlińskim Instytucie Higieny prowadzi od niedawna Robert Koch, odkrywca prątków gruźlicy. Yersin jest Szwajcarem, zna więc doskonale język niemiecki. Pachnie to wszystko szpiegostwem. Ten, którego w swych zapiskach nazywa „wielkim lamą Kochem”, gwałtownie atakuje Pasteura. Yersin wysłuchuje osiemdziesięciu wykładów, robi notatki, tłumaczy je Pasteurowi, składa raport, rysuje plan laboratorium i stwierdza, że znacznie lepsze z łatwością można urządzić w Paryżu.

Po jego powrocie ukazuje się druga publikacja podpisana Roux & Yersin. Budynek przyszłego Instytutu Pasteura zostaje uroczyście otwarty przez prezydenta Sadiego Carnota w obecności delegacji z zagranicy. Yersin nadal jest Szwajcarem. Prawo przewiduje, iż zawód lekarza wykonywać mogą jedynie obywatele Republiki. Podejmuje starania, wysyła list do Fanny. Z papierami nie będzie kłopotu, gdyż przodkowie ze strony matki byli Francuzami – heretykami, którzy uciekli przed prześladowaniem. Francja przyjmuje swe cudowne dziecko.