Łączniczki z ParyżaTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Tytuł oryginału

THE LOST GIRLS OF PARIS

Copyright © 2019 by Pam Jenoff

All rights reserved

Projekt okładki

Sylwia Turlejska

Agencja Interaktywna Studio Kreacji

www.studio-kreacji.pl

Zdjęcie na okładce

© CollaborationJS/Trevillion Images

Redaktor inicjująca

Magdalena Gołdanowska

Redakcja

Renata Bubrowiecka

Korekta

Marta Stochmiałek

Maciej Korbasiński

ISBN 978-83-8234-692-3

Warszawa 2021

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

Mojej rodzinie

W czasie wojny prawda jest tak cenna, że zawsze powinna jej towarzyszyć obstawa złożona z kłamstw.

WINSTON CHURCHILL

ROZDZIAŁ PIERWSZY

GRACE

Nowy Jork 1946

Gdyby Grace Healey nie popełniła drugiego największego błędu w swoim życiu, nigdy nie znalazłaby walizki.

Dwadzieścia po dziewiątej we wtorek rano Grace powinna jechać na południe pierwszym z dwóch autobusów, z których zwykle korzystała, by dostać się do centrum. Codziennie dojeżdżała z wynajmowanego pokoju w Hell’s Ki­tchen do biura w Lower East Side, gdzie pracowała. I właś­nie była w drodze do pracy, ale bynajmniej nie w okolicy, w której mieszkała. Biegła na południe wzdłuż Madison Avenue, zbierając kręcone włosy w węzeł na karku. Mimo chłodu szybko zdjęła płaszcz, by ściągnąć miętowozielony sweter. Nie chciała, żeby Frankie się zorientował, że to ten sam sweter, który miała na sobie w pracy poprzedniego dnia, i ‒ nie daj Boże ‒ zadał sobie w duchu pytanie, czy w ogóle wróciła na noc do domu.

Grace przystanęła, żeby się przejrzeć w witrynie taniego sklepu wielobranżowego. Żałowała, że sklep jest nieczynny i nie może sobie kupić pudru, by ukryć ślady na szyi, ani spryskać się perfumami, by zamaskować odór wczorajszej brandy, zmieszany z cudownym, ale demaskującym ją zapachem wody po goleniu Marka, który przyprawiał ją o zawrót głowy i zawstydzał za każdym razem, gdy wciągała powietrze. Jakiś pijaczek siedział na rogu, jęcząc przez sen. Na widok jego szarej, bladej, pozbawionej życia twarzy Grace poczuła łączącą ich więź. Z pobliskiego zaułka dobiegło ją trzaskanie pokrywy pojemnika na śmieci – odgłos, który współbrzmiał z łupaniem w jej głowie. Cały Nowy Jork sprawiał wrażenie pozieleniałego i skacowanego. A może przypisywała miastu własne samopoczucie…

Przenikliwe podmuchy lutowego wiatru na Madison sprawiały, że flagi na drapaczach chmur łopotały jak szalone. Stara zmięta gazeta tańczyła w rynsztoku. Usłyszawszy dzwony Saint Agnes, obwieszczające dziewiątą trzydzieści, Grace zwiększyła tempo. Czuła, że spociła jej się szyja pod kołnierzem, kiedy przyspieszyła niemal do biegu. Przed nią wyłoniła się przysadzista bryła Grand Central Terminal. Jeszcze kawałek i będzie mogła skręcić w lewo w Czterdziestą Drugą Ulicę, by złapać na Lexington autobus pospieszny do centrum.

Ale kiedy zbliżyła się do skrzyżowania z Czterdziestą Trzecią, okazało się, że ulica przed nią jest zablokowana. Trzy radiowozy stały w poprzek jezdni, odgradzając Madison i odcinając wszystkim drogę na południe. Gdy Grace zobaczyła rozkraczonego na środku jezdni czarnego studebakera i parę wydobywającą się spod jego maski, pomyślała, że zderzyły się dwa samochody. Ostatnio więcej aut niż kiedykolwiek jeździło ulicami Midtown, bezpardonowo walcząc o przestrzeń z autobusami, taksówkami i dostawczakami. Ale nigdzie nie było widać drugiego uczestnika stłuczki. Na rogu stała karetka pogotowia, jednak sanitariusze nie uwijali się gorączkowo, tylko opierali się o ambulans i palili papierosy.

Grace skierowała się ku policjantowi o nalanej twarzy, w granatowym mundurze z wysokim kołnierzykiem i złotymi guzikami.

– Przepraszam, czy ulica będzie jeszcze długo zamknięta? Spieszę się do pracy.

Spojrzał na nią lekceważąco spod ronda kapelusza, jakby nadal, pomimo faktu, że tyle kobiet sumiennie pracowało w fabrykach, by zastąpić mężczyzn, którzy zaciągnęli się do wojska i wyruszyli na wojnę, śmieszyła go myśl, że kobieta pracuje zawodowo.

– Nie może pani tędy przejść – odparł służbowo. – I nieprędko będzie to możliwe.

– Co się stało? – zapytała, lecz policjant się odwrócił.

Grace zrobiła jeden krok do przodu i wyciągnęła szyję, starając się coś zobaczyć.

– Zginęła jakaś kobieta, potrącił ją samochód – powiedział stojący obok niej mężczyzna w wełnianej czapce.

Patrząc na roztrzaskaną przednią szybę studebakera, Grace poczuła, że nagle ogarniają ją mdłości.

– To straszne – zdołała wydusić.

– Nie widziałem tego – wyjaśnił mężczyzna. – Ale podobno zginęła na miejscu. No cóż, przynajmniej nie cierpiała.

Przynajmniej. Grace słyszała to aż za często po śmierci Toma. „Przynajmniej jest jeszcze młoda”. „Przynajmniej nie mieli dzieci” – jakby z tego powodu było to łatwiejsze do zniesienia. (Dzieci, myślała sobie czasem, nie stanowiłyby ciężaru, tylko byłyby czymś, co by jej zostało po Tomie).

– Nigdy nie wiadomo, jaki koniec nam pisany – zauważył sentencjonalnie mężczyzna.

Grace nic nie powiedziała. Śmierć Toma też była niespodziewana. Przewrócił się dżip jadący z bazy wojskowej na stację kolejową w Georgii. Tom postanowił przyjechać do Nowego Jorku, żeby się zobaczyć z Grace, nim zostanie skierowany na front. Uznali go za ofiarę wojny, chociaż właściwie zginął w wypadku samochodowym.

Błysnęła lampa aparatu fotograficznego, należącego do reportera, i Grace zamrugała. Osłoniła oczy i – oślepiona – wycofała się, przepychając się przez tłum gapiów. Próbowała zaczerpnąć świeżego powietrza, ale otaczały ją dym papierosowy, zapach potu i perfum.

Kiedy znalazła się z dala od policyjnej zapory, obejrzała się za siebie. Czterdziesta Trzecia Ulica też była zablokowana, więc nie mogła nią pójść. Powrót na Madison i okrążenie dworca kolejowego zajmie jej przynajmniej pół godziny, więc jeszcze bardziej się spóźni do pracy. Znów przeklęła ostatni wieczór. Gdyby nie Mark, nie sterczałaby teraz tutaj, nie mając innego wyjścia, jak przejść przez Grand Central, chociaż przysięgła sobie, że jej noga nigdy więcej tam nie postanie.

Grace odwróciła się w jego stronę. Grand Central majaczył przed nią, rzucając głęboki cień na chodnik. Strumień pasażerów nieustannie przelewał się przez wejścia. Wyobraziła sobie wnętrze hali z witrażowymi oknami, przez które wpada światło, z wielkim zegarem, pod którym umawiają się znajomi i kochankowie. Nie mogła znieść nie tyle widoku tego miejsca, ile kręcących się tam osób – dziewcząt z umalowanymi na czerwono ustami, przyciskających język do zębów, żeby nie rozmazać szminki, i ze zniecierpliwieniem ściskających torebki, wypucowanych dzieci, lekko podenerwowanych na widok ojca, którego nie pamiętały, bo kiedy wyjechał, ledwo raczkowały, żołnierzy w zmiętych mundurach wyskakujących na peron, międlących w dłoniach zwiędnięte stokrotki. Spotkanie po latach, które nigdy nie będzie jej udziałem.

Powinna zrezygnować i wrócić do domu. Tęskniła za kąpielą, może nawet drzemką. Ale musiała iść do pracy. Frankie umówił się na dziesiątą z jakąś francuską rodziną, Grace będzie mu potrzebna, by zanotować to, co jej podyktuje. Zaraz potem przyjdą Rosenbergowie, potrzebujący dokumentów, by móc starać się o mieszkanie. Zwykle właśnie dlatego kochała swoją pracę – że mogła się zająć problemami innych. Jednak dziś obowiązki służbowe jej ciążyły.

Nie, musi iść do pracy. A ma przed sobą tylko jedną drogę. Wyprostowała ramiona i skierowała się do Grand Central.

Przeszła przez drzwi, wiodące do środka. Znalazła się tutaj po raz pierwszy od tamtego popołudnia, kiedy dotarła tu z Connecticut w swojej najlepszej marszczonej sukience, z perfekcyjnie uczesanymi włosami, w toczku na głowie. Tom nie przyjechał pociągiem o trzeciej z Filadelfii, gdzie miał przesiadkę. Pomyślała sobie, że na niego nie zdążył. Ale gdy nie wysiadł również z następnego, trochę się zaniepokoiła. Sprawdziła tablicę ogłoszeń, znajdującą się na ścianie pawilonu punktu informacji pośrodku hali dworca, gdzie ludzie przypinali karteczki z wiadomościami. Może Tom przyjechał wcześniej albo nie wypatrzyła go na peronie? W żaden sposób nie mogła się z nim skontaktować i nie pozostawało jej nic innego, jak czekać. Zjadła hot doga, rozmazując szminkę i czując w ustach jej gorzki smak, drugi i trzeci raz przeczytała nagłówki gazet wyłożonych w kios­ku. Przyjeżdżały pociągi z żołnierzami, którzy wypełniali perony, lecz wśród nich nie było Toma. Kiedy o dwudziestej trzydzieści zjawił się ostatni tego dnia skład z Filadelfii, odchodziła od zmysłów z niepokoju. Tom nigdy nie pozwoliłby, żeby tak sterczała na dworcu. Co się stało? W końcu podszedł do niej porucznik z kasztanowatymi włosami, którego pamiętała z uroczystości promocji Toma. Na jego twarzy malował się lęk i Grace natychmiast zrozumiała, co to oznacza. Nadal czuła dotyk jego dłoni, gdy ją złapał, bo nogi się pod nią ugięły.

Dworzec wyglądał identycznie jak tamtego wieczoru. Niekończący się strumień zaaferowanych podróżnych mijał ją obojętnie, nieświadom tego, jak często to miejsce pojawiało się w jej umyśle w ciągu tych wszystkich miesięcy. Po prostu przejdź, powiedziała sobie, wpatrując się w szerokie wyjście na drugim końcu hali. Nie musisz się zatrzymywać i wspominać.

 

Grace poczuła na nodze coś podobnego do dotyku palców małego dziecka. Zatrzymała się i obejrzała za siebie. To tylko poszło jej oczko w nylonach. Czyżby Mark zaczepił dłońmi? Z każdym krokiem dziura się powiększała niczym otwarta rana na łydce. Grace poczuła nagłą potrzebę zdjęcia pończoch.

Skierowała się w stronę schodów prowadzących do toalet, które znajdowały się piętro niżej. Mijając ławkę, potknęła się i prawie upadła. Skręciła nogę w kostce i poczuła przenikliwy ból. Dokuśtykała do ławki i uniosła nogę, przypuszczając, że znów odpadł jej obcas, którego nie przybiła, jak należy. Ale but był cały. No tak, zaczepiła o coś, co wystawało spod ławki. O wsuniętą niestarannie brązową walizkę. Zirytowana, rozejrzała się w koło, zastanawiając się, któż mógł być tak nieodpowiedzialny, by w taki sposób porzucić bagaż. Lecz w pobliżu nie było nikogo. Ludzie mijali ją, nie zwracając na nią uwagi. Może właściciel walizki poszedł do toalety albo kupić gazetę? Wepchnęła walizkę głębiej pod ławkę, żeby nikt się już o nią nie potknął, i ruszyła dalej.

Przed drzwiami do damskiej toalety Grace zauważyła siedzącego na ziemi mężczyznę w zniszczonym mundurze. Przez chwilę poczuła wdzięczność, że Tomowi nie było pisane wrócić z frontu dobitym tym, co tam zobaczył. W jej wyobraźni zawsze pozostanie silny i idealny. Nie wrócił do domu pokiereszowany jak tylu, których teraz widziała, starających się maskować depresję. Grace sięgnęła do kieszeni po ostatnie monety, starając się nie myśleć o kawie, o której marzyła, a bez której będzie się musiała teraz obyć. Wcisnęła pieniądze w popękaną dłoń mężczyzny. Nie mogła odwrócić wzroku i minąć go obojętnie.

Grace weszła do damskiej toalety i zamknęła się w kabinie, by zdjąć nylony. Potem podeszła do lustra, żeby przygładzić kruczoczarne włosy, nałożyć na usta kolejną warstwę szminki; jej woskowy smak przypomniał jej wszystko, co się wydarzyło ostatniej nocy. Przed umywalką obok niej stała młodsza od niej kobieta, wygładzając płaszcz na zaokrąglonym brzuchu. Grace miała wrażenie, że wszędzie widzi kobiety w ciąży – efekt tylu radosnych spotkań z mężczyznami, którzy wrócili z wojny. Poczuła, że młoda kobieta przygląda się jej niechlujnemu wyglądowi, wiedząc, co jest jego powodem.

Świadoma tego, że jest teraz jeszcze bardziej spóźniona, Grace pospiesznie opuściła toaletę. I znów zobaczyła walizkę, o którą się wcześniej potknęła. Wciąż stała pod ławką. Grace zwolniła kroku, podeszła do niej i rozejrzała się, czy ktoś nie zamierza jej zabrać.

Nie zobaczywszy nikogo takiego, przyklęknęła, żeby lepiej się przyjrzeć walizce. Niczym się nie wyróżniała. Miała zaokrąglone rogi jak tysiące innych, z którymi pasażerowie codziennie przemierzali dworzec. Jedyną jej charakterystyczną cechą była zniszczona rączka z macicy perłowej. No i nikt jej nie niósł, stała tu zapomniana. Porzucona. Czy ktoś ją specjalnie tu zostawił? Grace przypomniała sobie historię z czasów wojny o torbie, w której ukryto bombę. Ale wojna się skończyła, groźba inwazji lub innego ataku, która kiedyś zdawała się czaić na każdym kroku, teraz zbladła.

Grace przyglądała się walizce, szukając jakiejś informacji o jej właścicielu. Na jednym boku ktoś kredą wypisał nazwisko. Przypomniała sobie kilku klientów Frankiego, którym udało się przeżyć wojnę. Niemcy zmuszali ich do podpisywania bagaży, zapewniając tym samym, że odzyskają swoje rzeczy osobiste. Na tej widniało tylko jedno słowo: Trigg.

Grace rozważała, co może zrobić: powiedzieć bagażowemu albo zwyczajnie odejść. Była już przecież spóźniona. Lecz zżerała ją ciekawość. Może w środku jest identyfikator... Zaczęła majstrować przy zamknięciu, które jakby samo z siebie otworzyło się pod jej palcami. Grace stwierdziła, że wieko lekko się unosi. Obejrzała się przez ramię, bojąc się, że w każdej chwili ktoś ją przyłapie. A potem zajrzała do środka. Walizka była nienagannie spakowana. W górny kącik wsunięto szczotkę do włosów ze srebrną rączką i kostkę mydła lawendowego Yardleya, kobiece ubrania były starannie złożone. W głębi zobaczyła parę niemowlęcych bucików, ale nie dostrzegła dziecięcych ubranek.

Nagle pomyślała, że grzebanie w cudzych rzeczach to niewybaczalne naruszenie czyjejś prywatności. Pospiesznie cofnęła rękę. Gdy to robiła, coś przecięło jej skórę na palcu wskazującym.

– Aj! – krzyknęła odruchowo.

Pojawiła się smużka krwi, długa na dwa, trzy centymetry, która szybko się poszerzała. Grace wsadziła palec do ust i zaczęła ssać ranę, by powstrzymać krwawienie. Potem drugą dłonią sięgnęła do walizki, ciekawa, co ją zraniło – brzytwa czy nóż. Pod ubraniami była koperta gruba na pół centymetra. Skórę na palcu przecięła jej ostra krawędź papieru. „Zostaw to”, radził jej jakiś wewnętrzny głos. Ale Grace nie mogła się powstrzymać i zajrzała do koperty.

W środku był plik zdjęć, starannie owinięty w kawałek koronki. Kiedy Grace je wyjmowała, kropelka krwi z przeciętego palca skapnęła na koronkę, zostawiając na niej plamę nie do usunięcia. Plik zawierał kilkanaście fotografii i wszystkie przedstawiały młode kobiety, które zbytnio się od siebie różniły, żeby być spokrewnione. Niektóre były w mundurach wojskowych, inne w starannie wyprasowanych bluzkach lub marynarkach. Żadna nie miała więcej niż dwadzieścia pięć lat.

Grace znów poczuła, że robi coś niewłaściwego. Chciała odłożyć zdjęcia, zapomnieć o tym, co zobaczyła, ale ciemne oczy dziewczyny z fotografii na samym wierzchu zdawały się patrzeć na nią zachęcająco. Kim ona jest?

Właśnie wtedy na zewnątrz dworca rozległy się syreny i Grace odniosła wrażenie, że to ostrzeżenie dla niej, że za chwilę pojawi się policja, by ją aresztować za to, że otworzyła bagaż należący do kogoś innego. Pospiesznie zawinęła zdjęcia w koronkę, zamierzając schować je z powrotem w walizce. Lecz koronka się zmarszczyła i Grace nie udało się wsunąć zdjęć do koperty. Syreny wyły coraz głośniej. Nie było czasu do stracenia. Ukradkiem schowała fotografie do swojej torebki, a walizkę wepchnęła nogą pod ławkę tak, że stała się niewidoczna.

Skierowała się do wyjścia. W rozciętym palcu czuła rwący ból.

– Powinnam była wiedzieć – mruknęła pod nosem – że z wizyty na dworcu nie wyniknie nic dobrego.

ROZDZIAŁ DRUGI

ELEANOR

Londyn 1943

Dyrektor był wściekły.

Tak mocno uderzył dłonią w długi stół konferencyjny, że brzęknęły filiżanki i rozlała się herbata nawet na jego drugim końcu. Ucichły żarciki i gwar, zwykle towarzyszące porannym odprawom. Twarz mężczyźnie poczerwieniała.

– Schwytano dwóch kolejnych agentów – zagrzmiał.

Jedna z maszynistek, akurat przechodząca korytarzem, zatrzymała się i zrobiła wielkie oczy, widząc, co się dzieje. Ale zaraz przyspieszyła kroku i zniknęła. Eleanor wstała, zamknęła drzwi i pomachała ręką, żeby rozproszyć chmurę papierosowego dymu unoszącą się w pomieszczeniu.

– Tak jest – wyjąkał kapitan Michaels, attaché Królewskich Sił Powietrznych. – Agenci zrzuceni w pobliżu Marsylii zostali aresztowani zaledwie kilka godzin po dotarciu do Francji. Nie ma o nich żadnych wiadomości. Przypuszczamy, że ich zabito.

– Którzy to? – spytał Dyrektor.

Gregory Winslow, szef Kierownictwa Operacji Specjalnych1, emerytowany pułkownik armii, otrzymał szereg odznaczeń podczas Wielkiej Wojny. Chociaż zbliżał się do sześćdziesiątki, zachował młodzieńczą sylwetkę. Wszyscy w centrali nazywali go „Dyrektorem”.

Kapitan Michaels sprawiał wrażenie zaskoczonego tym pytaniem. Dla ludzi kierujących operacjami w centrali agenci w terenie byli jedynie bezimiennymi pionkami na szachownicy. Ale nie dla Eleanor, siedzącej obok Winslowa.

– Harry James, urodzony w Kanadzie, absolwent Magdalen College w Oksfordzie, i Ewan Peterson, wcześniej służący w Królewskich Siłach Powietrznych. – Znała na pamięć dane wszystkich agentów skierowanych do pracy w terenie.

– To już drugi przypadek aresztowań w tym miesiącu.

Dyrektor przygryzł koniec zgaszonej fajki.

– Trzeci – poprawiła go delikatnie Eleanor. Nie chciała jeszcze bardziej go rozsierdzić, lecz zależało jej na tym, żeby znał prawdę. Minęły prawie trzy lata, od kiedy Churchill podjął decyzję o utworzeniu Kierownictwa Operacji Specjalnych, czyli SOE, i zlecił mu „podpalenie Europy” poprzez sabotaż i działalność wywrotową. Od tamtej pory przerzucili na kontynent prawie trzystu agentów, by zakłócali pracę zakładów zbrojeniowych i wysadzali tory kolejowe. Większość z nich trafiła do Francji i stanowiła część tak zwanej sekcji F; do ich zadań należało niszczenie infrastruktury i uzbrajanie członków francuskiego ruchu oporu przed planowaną inwazją aliantów od strony kanału La Manche, o której od dawna krążyły pogłoski. Ale poza murami głównej siedziby SOE przy Baker Street bynajmniej nie uważano, by Kierownictwo odniosło jakieś spektakularne sukcesy. MI6 i kilka innych agencji rządowych krzywo patrzyły na akcje sabotażowe SOE, zarzucając mu, że są amatorskie i szkodzą ich operacjom, przeprowadzanym bardziej dyskretnie. Sukces SOE trudno było oszacować również dlatego, że jego działania były tajne, a ich skutki niełatwo było w pełni ocenić do czasu inwazji. Ostatnio jednak coś zaczęło się psuć – Kierownictwo traciło kolejnych agentów. Czy powodem był szeroko zakrojony zakres operacji, przez co tajni współpracownicy stawali się ofiarami własnego sukcesu? Czy też chodziło o coś zupełnie innego?

Dyrektor zwrócił się do Eleanor, jakby była kolejną ofiarą, która nagle przykuła uwagę lwa:

– Trigg, co się dzieje, u diabła? Czy wszyscy są źle przygotowani? Czy też popełniają błędy?

Eleanor nie kryła zdumienia. Trafiła do SOE jako sekretarka wkrótce po tym, jak powołano tę agencję. Zdobycie tu etatu nie przyszło jej łatwo: była nie tylko kobietą, ale również Polką, a do tego Żydówką. Jedynie nieliczni uważali, że to dla niej odpowiednie miejsce. Często sama się dziwiła, jak z małej wioski pod Pińskiem trafiła na korytarze władzy w Londynie. Jednak udało jej się przekonać Dyrektora, by dał jej szansę. Dzięki swoim umiejętnościom, wiedzy, przywiązywaniu wagi do szczegółów, a także fenomenalnej pamięci zdobyła jego zaufanie. Chociaż jej stanowisko i płaca pozostały niezmienione, pełniła teraz funkcję pewnego rodzaju doradcy. Dyrektor nalegał, żeby nie siedziała z pozostałymi sekretarkami gdzieś na uboczu, tylko za stołem konferencyjnym po jego prawej stronie. (Podejrzewała, że zrobił to po części dlatego, że nie słyszał na prawe ucho, do czego się nie przyznał nikomu poza nią. Zawsze bezpośrednio po spotkaniach składała mu obszerne sprawozdanie, dbając o to, by wiedział o wszystkim). Jednak teraz po raz pierwszy Dyrektor zadał jej pytanie w obecności innych.

– Z całym szacunkiem, panie dyrektorze, to nie kwestia niedostatecznego wyszkolenia czy błędów podczas wykonywania obowiązków. – Eleanor nagle uświadomiła sobie, że wszyscy utkwili w niej wzrok. Chlubiła się tym, że nie zwraca na siebie niczyjej uwagi, a teraz właściwie sama się w pewnym sensie zdekonspirowała i mężczyźni przyglądali się jej z nieskrywanym sceptycyzmem.

– W takim razie co? – spytał Dyrektor, okazując jeszcze mniejszą cierpliwość niż zwykle.

– Chodzi o to, że są mężczyznami. – Eleanor mówiła wolno i starannie dobierała słowa, by Dyrektor ją zrozumiał, ale by jej słowa go nie uraziły. – Większość młodych Francuzów opuściła miasta i miasteczka, wstąpiła w szeregi Legionu Ochotników Francuskich, powołanego przez kolaborantów z rządu Vichy, albo trafiła do więzienia za odmowę uczynienia tego. Nasi agenci zbytnio rzucają się w oczy.

– Co w takim razie? Mają wszyscy działać potajemnie?

Eleanor pokręciła głową. Agenci nie powinni się ukrywać. Muszą kontaktować się z miejscową ludnością, żeby móc zbierać informacje – z kelnerką w Lautrec, która podsłuchała rozmowę oficerów, kiedy ci wypili zbyt dużo wina, z żoną rolnika, która zauważyła zmiany w kursowaniu pociągów, ze zwykłymi obywatelami, których obserwacje stanowiły niezastąpione źródło informacji. Poza tym agenci musieli nawiązać kontakt z réseau, lokalną siatką ruchu oporu, by wspierać jej wysiłki korumpowania Niemców. Nie, agenci sekcji F nie mogą ukrywać się w piwnicach i jaskiniach.

– W takim razie co? – naciskał Dyrektor.

– Jest jedno wyjście… – zawahała się.

Dyrektor spojrzał na nią zniecierpliwiony. Eleanor nie należała do osób, którym brakowało języka w gębie, ale to, co zamierzała powiedzieć, było tak zuchwałe, że nie starczyło jej odwagi. Wzięła głęboki oddech.

– Wysłać kobiety.

– Kobiety? Nie rozumiem.

Wpadła na ten pomysł kilka tygodni temu, obserwując jedną z dziewcząt w pokoju łączności, która błyskawicznie rozszyfrowała meldunek nadany przez agenta we Francji. Marnuje się tutaj, pomyślała Eleanor. Powinna pracować w terenie. Ten pomysł był tak osobliwy, że minęło trochę czasu, nim w pełni się skrystalizował w głowie Eleanor. Nie zamierzała o nim wspomnieć teraz, a może nawet nigdy, lecz wyrwał jej się, tylko częściowo ukształtowany.

 

– Tak.

Eleanor słyszała o agentkach działających samotnie na Wschodzie, przekazujących wiadomości i pomagających w ucieczkach jeńcom wojennym. Podobnie było podczas pierwszej wojny światowej. Prawdopodobnie takich kobiet było więcej, niż ktokolwiek przypuszczał, ale stworzenie oficjalnego programu szkolenia i przerzucanie kobiet do pracy w terenie to było coś zupełnie innego.

– Co niby miałyby robić? – spytał Dyrektor.

– To samo, co mężczyźni – odparła Eleanor, nagle zirytowana, że musi wyjaśniać coś, co powinno być oczywiste. – Przekazywać informacje. Nadawać depesze radiowe. Uzbrajać członków ruchu oporu, wysadzać mosty.

W kraju kobiety z powodzeniem przejęły przecież wszelkie obowiązki. Nie tylko sprawowały opiekę pielęgniarską i były wolontariuszkami gwardii, ale również obsługiwały baterie przeciwlotnicze i pilotowały samoloty. Dlaczego tak trudno było zrozumieć, że mogą być też agentkami?

– Sekcja kobiet? – wtrącił się Michaels, nie kryjąc sceptycyzmu.

Eleanor zignorowała jego ton i zwróciła się do Dyrektora:

– Proszę to przemyśleć – powiedziała, nabierając pewności siebie. – We Francji rzadko się widuje młodych mężczyzn, natomiast kobiety są wszędzie. Na ulicach, w sklepach i kawiarniach. Jeśli chodzi o kobiety, które już tu zatrudniamy… – zawahała się, myśląc o radiotelegrafistkach niestrudzenie pracujących w SOE. Pod pewnym względem idealnie się nadawały: miały umiejętności, wiedzę, były całkowicie oddane sprawie. Lecz te zalety sprawiały także, że nie nadawały się do pracy w terenie. Były zbyt zaangażowane, by zmienić się w tajne agentki – widziały i wiedziały zbyt wiele. – Nie nadają się. Należy przeprowadzić osobną rekrutację.

– Ale gdzie ich szukać? – spytał Dyrektor, wyraźnie zapalając się do tego pomysłu.

– Tam, gdzie szukamy mężczyzn. – Było prawdą, że nie posiadali korpusu oficerskiego, który pomógłby im znaleźć rekrutów. – W Wojskowej Służbie Kobiet, Ochotniczym Korpusie Pierwszej Pomocy Pielęgniarskiej, na uniwersytetach i w szkołach zawodowych, w fabrykach i na ulicy. – Nie istniały formalne wymogi, jakim musiał sprostać idealny agent. Opierano się bardziej na przekonaniu, że dana osoba nadaje się do tej pracy. – Musimy szukać kobiet inteligentnych, umiejących się wtopić w tłum, z biegłą znajomością francuskiego – dodała.

– Będą wymagały przeszkolenia – zauważył Michaels takim tonem, jakby była to przeszkoda nie do pokonania.

– Tak samo jak mężczyźni – odparowała Eleanor. – Nikt nie rodzi się agentem.

– A potem? – spytał Dyrektor.

– A potem przerzucimy je do pracy w terenie.

– Zwracam uwagę – wtrącił Michaels – że konwencja genewska nie zapewnia ochrony kobietom walczącym z bronią w ręku.

Mężczyźni siedzący wokół stołu skinęli głowami, skwap­liwie uchwyciwszy się tego argumentu.

– Konwencja zakazuje wielu rzeczy – odezwała się niezrażona Eleanor. Znała wszystkie ciemne strony działalności SOE, chodzenie na skróty i naginanie prawa w obliczu trwającej wojny. – Dla niepoznaki można je wcielić do Ochotniczego Korpusu Pierwszej Pomocy Pielęgniarskiej.

– Narazimy na ryzyko życie żon, córek i matek – zauważył Michaels.

– Nie podoba mi się to – stwierdził jeden z umundurowanych mężczyzn siedzących przy drugim końcu stołu.

Eleanor poczuła, jak z nerwów ścisnął się jej żołądek. Dyrektor nie należał do zbyt upartych szefów. Jeśli wszyscy pozostali poprą Michaelsa, może zrezygnować z tego pomysłu.

– A podoba się wam to, że co dwa tygodnie tracimy przez Niemców kilku agentów? – odpowiedziała Eleanor, nie mogąc uwierzyć we własny tupet.

– Spróbujemy – oznajmił z nietypową dla siebie stanowczością Dyrektor, ucinając dalszą dyskusję. – Proszę znaleźć dla siebie jakiś pokój w Norgeby House – zwrócił się do Eleanor – i poinformować mnie, czego będzie pani potrzebować.

– Ja? – zdziwiła się.

– To pani pomysł, Trigg. Dlatego pokieruje pani tą operacją.

Przypomniawszy sobie ofiary, o których rozmawiali zaledwie kilka minut temu, Eleanor wzdrygnęła się na słowa Dyrektora.

– Z całym szacunkiem – przemówił Michaels. – Nie wydaje mi się, by panna Trigg miała odpowiednie kwalifikacje. Bez urazy – dodał, przechylając głowę w jej stronę.

Mężczyźni spojrzeli na nią z powątpiewaniem.

– Nie ma o czym mówić. – Eleanor już dawno uodporniła się na lekceważący stosunek otaczających ją mężczyzn.

– Panie dyrektorze – odezwał się oficer armii siedzący przy drugim końcu stołu. – Według mnie wybór panny Trigg jest wysoce niestosowny. Jej pochodzenie…

Siedzący za stołem skinęli głowami, a niektórzy coś mruknęli pod nosem. Eleanor czuła na sobie ich badawczy wzrok. „Nie jest jedną z nas” – zdawały się mówić ich miny. „Nie należy jej ufać”. Pomimo tego wszystkiego, co robiła w SOE, nadal traktowali ją jak wroga. Kogoś obcego, nie stąd. Nie żeby nie starała się tego zmienić. Próbowała się dostosować, pozbyć wszelkich śladów cudzoziemskiego akcentu. I wystąpiła o brytyjskie obywatelstwo. Raz odrzucono jej podanie o naturalizację i nawet Dyrektorowi nie udało się ustalić dlaczego. Kilka miesięcy temu ponownie złożyła papiery, dołączając do nich jego list polecający z nadzieją, że to jej pomoże. Na razie nie otrzymała odpowiedzi.

Eleanor odchrząknęła, godząc się z tym, że będzie musiała zrezygnować z tego zaszczytu. Ale Dyrektor przemówił pierwszy:

– Eleanor, poszukaj sobie pokoju na swój gabinet – polecił. – I jak najszybciej przystąp do werbowania i szkolenia dziewcząt. – Uniósł dłoń, powstrzymując dalsze dyskusje.

– Tak jest. – Wyprostowała się, nie zważając na utkwione w nią spojrzenia.

Po spotkaniu Eleanor zaczekała, aż wszyscy wyjdą, by zwrócić się do Dyrektora.

– Z całym szacunkiem, naprawdę nie uważam, że…

– Bzdura, Trigg. Wszyscy wiemy, że najlepiej nadajesz się do tej roboty. Nawet faceci z armii, chociaż może nie zechcą się do tego przyznać bądź sami nie rozumieją do końca dlaczego.

– Nawet jeśli to prawda, jestem outsiderką, brak mi siły przebicia.

– Jesteś outsiderką i właśnie między innymi dlatego idealna z ciebie kandydatka. – Zniżył głos: – Mam już serdecznie dosyć tych wszystkich politycznych rozgrywek. Ty, podejmując decyzje, nie będziesz musiała brać pod uwagę osobistych zobowiązań i innych czynników.

Skinęła głową, wiedząc, że to prawda. Nie miała męża ani dzieci, mogła się skupić wyłącznie na pracy. Liczyło się tylko powierzone jej zadanie – jak zwykle.

– Jest pan pewien, że nie mogłabym wyjechać? – spytała, chociaż znała odpowiedź. Pochlebiało jej, że chciał, by pokierowała tą operacją, lecz równie mocno pociągała ją perspektywa zostania agentką i działania w terenie.

– Póki nie uzyskasz obywatelstwa, to raczej wykluczone.

Oczywiście miał rację. W Londynie mogła ukrywać swoje pochodzenie, ale uzyskanie dokumentów umożliwiających zagraniczną podróż, szczególnie teraz, kiedy jej wniosek o przyznanie obywatelstwa czekał na rozpatrzenie, to zupełnie inna sprawa.

– Tak czy owak, teraz to jest o wiele ważniejsze. Stoisz na czele wydziału. Jesteś nam potrzebna przy werbowaniu dziewcząt i podczas ich szkolenia. Musi to robić osoba, której ufają.

– Naprawdę?

Eleanor wiedziała, że kobiety zatrudnione w SOE uważają ją za oschłą i wyniosłą, z całą pewnością nie za kogoś, z kim wybrałyby się na obiad czy podwieczorek, nie mówiąc już o tym, żeby się jej zwierzać.

– Eleanor – ciągnął cichym, poważnym głosem Dyrektor, świdrując ją wzrokiem. – Niewielu z nas jest tam, gdzie spodziewało się być na początku wojny.

Dotarło do niej, że to prawdziwsze, niż sam przypuszcza. Zastanowiła się nad tym, o co ją prosi. Miała szansę stanąć u steru i spróbować naprawić błędy, na które przez te wszystkie miesiące musiała bezradnie patrzeć z boku. Będzie miała szansę zrobić znacznie więcej, niż gdyby przerzucono ją do pracy w terenie.

Inne książki tego autora