Gra na wielu bębenkachTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Karta redakcyjna

Otwórz oczy, już nie żyjesz

Szkocki miesiąc

Podmiot

Wyspa

Bardo. Szopka

Najbrzydsza Kobieta Świata

Wieczór autorski

Zdobycie Jerozolimy. Raten 1675

Che Guevara

Skoczek

Profesor Andrews w Warszawie

Ariadna na Naksos

Glicynia

Tancerka

Wróżenie z fasoli

Żurek

Życzenie Sabiny

Próba generalna

Gra na wielu bębenkach

© Copyright by Olga Tokarczuk

© Copyright by Wydawnictwo Literackie, Kraków 2007

Opieka redakcyjna: WALDEMAR POPEK

Redaktor techniczny: BOŻENA KORBUT

Projekt okładki i stron tytułowych: manufaktura | manufaktu-ar.com

Na okładce wykorzystano rycinę z Descrizione degl’ instromenti armonici d’ogni genere (1776) Filippa Bonanniego

ISBN 978-83-08-04987-7

Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o.

ul. Długa 1, 31-147 Kraków

tel. (+48 12) 430 00 96

e-mail: ksiegarnia@wydawnictwoliterackie.pl Księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl

Konwersja: eLitera s.c.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Otwórz oczy, już nie żyjesz

C. kupiła tę książkę zwabiona rysunkiem na okładce: na ciemnym tle koloru zaschniętej krwi były schody prowadzące ku jakimś niewyraźnym drzwiom, wpółotwartym; za nimi strużka jasnego światła cieniutka, ostra jak nóż. Poza tym rozpoznała znajome liternictwo tytułu — żółte kanciaste kształty — więc książka należała do jej ulubionej serii kryminalnej. Lata temu zaczęła od Agaty Christie, ale potem poczuła się nagle zmęczona krystaliczną konsekwencją — morderstwo, dochodzenie, odkrycie sprawcy. Jak gdyby kryminał był konstrukcją bez wyjścia, choć czystą i sterylną. Drażniły ją postaci utkane z bibułki, używane jak pionki, rozstawiane na scenie i popychane według nadrzędnej idei autora. To dziwne, że autor jest jedyną osobą, która zna już na samym początku ten zasklepiony w sobie porządek zbrodni i kary, a mimo to ma ochotę cierpliwie snuć opowieść. To nudne, myślała.

Nie wiedziała, czego chce. Nie wiedziała, czego szuka na półkach w bibliotece osiedlowej i w księgarniach. Gdyby miała to jasno określić, zapewne podniosłaby oczy w górę, wysunęła wargi do przodu jak do cmokania i robiła dłońmi okrągłe bezradne gesty. Szukała prawdziwszych ludzi i zbrodni bardziej mięsistych. Bardziej skomplikowanych motywacji i istnienia dowodów, których detektyw nigdy nie weźmie pod uwagę. Nie, nie chodziło jej o krew i mięso, nie o jatki, nie o koszmary. Tego miała dość w telewizji. Pragnęła czegoś nietypowego, schematu nie do końca jasnego, wyzierającego tylko na powierzchnię od czasu do czasu, żeby się przypomnieć. Chciała jednak także czegoś, co by jej dotyczyło, szarpało za ramię, nie dawało spać. Trudno to było wytłumaczyć bibliotekarce lub sprzedawczyni.

— Sama nie wiem — mówiła, obracając z wahaniem książkę, ale w końcu ją brała.

Czytanie kryminałów było ze wszech miar przyjemne. Przypominało sprzątanie, układanie w szufladach — krok po kroku chaos zamienia się w porządek. Ale czasami ma się dość porządku.

Przynosiła więc z osiedlowej biblioteki całe siatki książek. Czytała je zachłannie w kuchni i w metrze. Dwie, trzy tygodniowo. Brała też kryminały mniej znanych autorów; bywały wśród nich dobre, bywały i całkiem do niczego. Spróbowała kryminałów podszytych literaturą, zaopatrzonych w drugie dno, nie zawsze jasne; otarła się o kryminały dziwaczne jak jakieś transgeniczne rośliny, posmakowała kryminałów-puzzli, kryminałów-poematów; do naga rozbierała kryminały-matrioszki, gdzie każdy kolejny rozdział wydobywał jeszcze jakieś inne znaczenia, inne historie pozornie nie związane z akcją; brnęła przez kryminały-traktaty-o, pełne erudycyjnych popisów, odniesień, które powinna była rozumieć, ale nie rozumiała; zmagała się z tymi, które udawały, że nie są kryminałami, lecz rozprawami o poznaniu czy moralności. Były wśród nich kryminały zbrodnicze, które na oczach czytelnika ćwiartowały gatunkowe zasady, robiły z nich jakiś obrzydliwy rumsztyk i co najgorsze wyjawiały osobę mordercy, pomijając cały święty rytuał śledztwa. Albo takie, które pieszcząc się z każdym zdaniem, spychały zbrodnię na plan dalszy, zakochane w swoim estetyzmie jak pięknisie przed lustrem. Albo na przykład takie — tu na samą myśl szczęki zaciskały się ze złości i oburzenia — które opisywały zbrodnię z najmniejszymi szczegółami, mordercę pozostawiając nie wykrytego! Perwersja! W księgarniach pokazywało się coraz więcej takich kryminalnych kundli — jakieś techno-kryminały, kryminały science fiction, kryminały-romanse. Czytała wszystko, przynajmniej ona pozostawała lojalna. Nie zdarzyło jej się zacząć i odłożyć. Przeczytanie pierwszego zdania traktowała jako podpisanie kontraktu czy złożenie ślubu, że dotrwa do końca. Nie było już odwołania. Póki ujawnienie mordercy nas nie rozłączy.

Jadąc metrem do domu, przeczytała pierwsze strony i z zadowoleniem stwierdziła, że opowieść zaczyna się całkiem dobrze. Było tu wszystko to, co lubiła — dokładnie i realistycznie przedstawiona przestrzeń, przedmioty opisane z miłością do szczegółu, dosadny rysunek postaci. Poczuła wdzięczność do autora za napomknienie o czyjejś łysinie czy wymiętych sztruksowych spodniach. Dzięki temu już po kilku akapitach była w stanie widzieć wszystko w ciemnych migotających szybach wagonu.

Chodziło o to, że w pewnym niewielkim, ale pięknie położonym pałacyku we Flandrii odbywało się spotkanie pisarzy kryminałów. Właścicielką posiadłości i pomysłodawczynią tego niezwykłego zjazdu była królowa gatunku, bardzo już stara, przeszło osiemdziesięcioletnia, Ulrika.

C., wsparta kilkoma zdaniami dość szczegółowego opisu, ujrzała ją jako chudą, zeschniętą na wiór staruszkę o kościstych, długich palcach. Była podobna do Barbary Cartland może dlatego, że tak jak ona napisała w życiu kilkadziesiąt książek, które przyniosły jej sławę. Niebieski jedwab sukienek Ulriki pojawił się natrętnie razem z nadmiarem złotej biżuterii. C. pomyślała, nie wiadomo dlaczego, że ktoś taki na pewno pachnie sianem, najbardziej kruchym aromatem świata.

Ulrika była Flamandką, pałacyk należał do jej rodziny od wieków, ale od rzezi pod Ypres stracił swoją atrakcyjność. Podobno ziemia cuchnęła trupami.

C. spojrzała na swojego sąsiada, który wiózł na kolanach w koszyku małego kotka, i pomyślała, że musi dokładnie sprawdzić, o jaką rzeź chodzi. Czy chodzi o pierwszą wojnę i iperyt? Pewnie tak.

Słynna Ulrika ustanowiła testamentem, że po jej śmierci pałacyk w kasztanowym parku stanie się ośrodkiem pracy twórczej, miejscem schronienia dla pisarzy kryminałów. Na dole, tuż przy wejściu, jedna sala będzie poświęcona jej samej — książkom i życiu. Zdjęcia, gablota z rękopisami, kolekcja wielojęzycznych wydań. Odda do dyspozycji gości swoją bibliotekę, park, piękne renault oraz swoją najlepszą flamandzką kucharkę (oby długo żyła!). Pokoje na piętrze, małe i ciemne, umieszczone w ciasnym korytarzu jeden przy drugim jak komórki, będą służyły przyszłym pokoleniom autorów ku chwale gatunku.

C. musiała niestety przerwać akurat w tym miejscu, kiedy z dworca pobliskiego Bayenne miano odebrać pierwszego przybyłego. Spodobało jej się, że przyjechał po niego samochód z pałacu. Właśnie owo granatowe renault. Pierwszym gościem był właśnie ten mężczyzna z łysiną i w wytartych sztruksowych spodniach.

C. wspięła się z siatkami na trzecie piętro i dotarła do swojego mieszkania. Otworzyła okno i do środka wpadł mdły jeszcze i niepewny zapach wiosny. Przy okazji zauważyła kilka małych mszyc na listkach krotonu, który bez większych uszczerbków przetrwał zimę. Potem nakarmiła kota, nastawiła wodę na makaron i czekając, aż się zagotuje, przysiadła na stołeczku w kuchni, żeby czytać dalej.

 

Mężczyzna nazywał się Longfellow i był znanym angielskim autorem powieści detektywistycznych. Zmęczony daleką podróżą myślał tylko o tym, żeby przed wspólną kolacją położyć się na krótką drzemkę. Z ciekawością jednak przyglądał się smutnym, zamglonym krajobrazom północnej Francji, wydało mu się, że bardziej sprzyjałyby one pisaniu sentymentalnych horrorów.

— Czy to prawda, że w sąsiedztwie jest wielki brytyjski cmentarz wojskowy? — zapytał tęgiego kierowcę, który przedtem na stacji pomógł mu załadować dwie wielkie walizki, a teraz potwierdzał z przejęciem, odwracając się całym ciałem do pasażera.

Samochód niebezpiecznie przejechał prawymi kołami po poboczu i Longfellow krzyknął.

Kierowca przeprosił, a potem już milczał. Bez słowa też wniósł jego walizki na górę i pokazał mu pokój.

Gdy Longfellow dotarł do swojego pokoju, zagotowała się woda na makaron i C. zajęła się obiadem. Odtąd nie było już mowy o czytaniu; dzieci wróciły ze szkoły, pozapalały wszędzie światła, włączyły telewizor, potem ujawnił się mąż C. — skrzywiony jak zwykle, nieszczęśliwy. C. zmywała naczynia, a potem wyciągnęła deskę do prasowania i, wykonując tę najnudniejszą na świecie pracę, tak spędziła cały wieczór. Wróciła do książki dopiero późną nocą, kiedy jej mąż już usnął i pochrapywał żałośnie, jak mały chłopiec, któremu na ramiona rzucono cały świat.

Longfellow poprosił o herbatę, a potem rozpakował swoje rzeczy i dokładnie obejrzał pokój. Był urządzony z jakąś północną surowością — wielkie podwójne łóżko, stół do pracy i piękna stara szafa. Okno wychodziło na park prześwietlony teraz o zmierzchu fiołkowym światłem. Pomarańczowo świeciły pożółkłe już liście kasztanów. Z niezadowoleniem stwierdził, że jego pokój nie ma łazienki i że trzeba przejść do niej na koniec długiego korytarza. Do herbaty podano maślane ciasteczka porządnie ułożone na porcelanowym talerzyku.

C. po chwili wahania wstała i po ciemku ruszyła do kuchni. Oczywiście nie znalazła w kredensie maślanych ciasteczek. Wystarczyło jej jednak kilka zwietrzałych paluszków. Longfellow marzył w tym czasie o szklaneczce whisky, ale postanowił nie schodzić na dół aż do kolacji.

Drugą osobą, która przybyła tego wieczoru do pałacyku, była Anne-Marie du Lac. Mimo zmarzniętych na kość dłoni zręcznie wprowadziła swój odkryty samochód na podjazd. C. na razie dowiedziała się o niej niewiele. W książkach du Lac detektywami były zawsze kobiety i swoją przenikliwością przewyższały kolegów-mężczyzn. Anne-Marie paliła fajkę i nigdy nie zdejmowała fantazyjnego nakrycia głowy. Czasem był to prosty filcowy kask, czasem niezwykła plecionka z rafii i ptasich piór. Spod niej wystawały proste kosmyki siwych włosów. Podobno była jedną z najinteligentniejszych kobiet w kraju. Postaci w jej książkach posługiwały się błyskotliwymi dialogami. Jako jedyna kobieta z zaproszonych gości dostała pokój z łazienką.

Gdy C. wyobrażała sobie ten kobiecy, jasny pokój z kremowymi tapetami, usnęła. Ostatnim obrazem, który zdążyła zobaczyć, były długie palce Francuzki odkręcające mosiężne kurki w kształcie rybich pyszczków.

Rano nie dało się przeczytać choćby strony. Jechała do pracy metrem w takim ścisku, że poczuła się słabo. Tłum niósł ją do wyjścia wprost na rozświetlony wiosenny deszcz. Biegła przez błyszczące główne skrzyżowanie miasta do biura i myślała już tylko o tym, co musi dzisiaj zrobić. Od biegu po mokrej, śliskiej ulicy poluzował jej się obcas i teraz musiała uważnie stawiać kroki, żeby nie odpadł na dobre. A potem — szelest papierów, nieskuteczne przykręcanie kaloryferów, ból głowy, która wysycha w szorstkim powietrzu jak kolba kukurydzy. Prezentacja nowego programu kredytów. Odklejanie od spoconego ciała białej wiskozowej bluzki. Przypomniał jej się chłodny błękit jedwabi Ulriki i zatęskniła do Flandrii. Nie, nie poczyta dzisiaj spokojnie, bo wychodzą z mężem na kolację do nowego domu znajomych. W przerwie na lunch, gdy wszyscy zeszli do baru albo milcząco po kątach jedli swoje kanapki, C. wyciągnęła z torebki książkę, zamknęła się w damskiej toalecie i zaczęła czytać.

Kolacja była o ósmej. Byli już wszyscy — Ulrika w błękitach, z nieprawdopodobnie długą lufką na papierosy, siwa i pobłyskująca złotem. Pewna siebie, władcza, ironiczna i ostra jak brzytwa. W kilku zdaniach, które poświęcono jej opisowi, gdzieś między wierszami, czaiło się podejrzenie o jakiś rodzaj okrucieństwa. Ale może tak się tylko C. zdawało. Longfellow lekko jeszcze zaspany, zagubiony, ani stary, ani młody — jak to Anglicy — w sztruksowej marynarce z naszytymi na łokciach skórzanymi łatami. Anne-Marie, fertyczna (ach, jak C. lubiła to określenie, „fertyczna”, choć nie bardzo wiedziała, co ono dokładnie znaczy), szczupła i giętka, w długiej plisowanej białej spódnicy i białym pulowerze, czule witała się z gospodynią, niczym córka z matką, czy może raczej wnuczka z babką? Jej olśniewający uśmiech bez zażenowania odsłaniający szczegóły jamy ustnej zdawał się mówić: „Patrzcie, nie mam nic do ukrycia!”. I jeszcze pan Frucht — drobny, niesymetryczny, o kanciastych ruchach. Patrząc na niego, mimo woli szukało się śladów jakiegoś subtelnego kalectwa i — właściwie — z rozczarowaniem stwierdzało się, że nic mu nie jest. I na koniec — a jakże! — ciemnoskóry młody Amerykanin, smukły i przystojny. Było powiedziane, że krótkowzroczny Longfellow o mało nie wziął go za lokaja. Ten Lou Jakiśtam (angielskie nazwiska były zawsze trudne dla C., która niezbyt dobrze znała obce języki) był nowym znajomym Ulriki. Twierdziła ona, że pisze najlepsze kryminały w Ameryce i że ma przed sobą przyszłość. Streściła przy okazji jego najnowszą powieść „Boże drzewa”: staruszeczka na wózku, seniorka rodu, w przemyślny sposób morduje niewygodnych spadkobierców za pomocą soku z konwalii dodawanego do popołudniowej herbaty. Młody człowiek uśmiechał się z zadowoleniem, słuchając komplementów. Podano przystawki z pieczonych na ruszcie warzyw, a do tego wino, którego marka nic oczywiście C. nie mówiła. Starsza pani nadawała ton w rozmowie. Wydawało się, że trzyma ich wszystkich w garści jak plik serwetek.

Była też z nimi przy stole milcząca panna Schatzky, dama do towarzystwa Ulriki, jej sekretarka, pokojówka i z pewnością jej chłopiec do bicia. Była to kobieta po czterdziestce, pulchna i jakby przysypana popiołem — unurzana w kurzu magdalenka. Wielki koronkowy kołnierzyk odwracał uwagę od jej matczynej, stroskanej twarzy. Gdy się do niej zwracano, czerwieniła się, rumieniła niczym ciasteczko, błyskała różem, czerwienią malinowej galaretki, ale za chwilę znowu więdła. Ulrika była dla niej więcej niż szorstka.

Wracając metrem i wciąż uważając na obcas, C. dowiedziała się o grze w Mordercę. Trochę ją zdziwiło, że zamiast toczyć grzeczną rozmowę o celu przyjazdu, przyszłości powieści kryminalnej na świecie czy na przykład nieuczciwości wydawców i zbyt wolnym refleksie agentów, oni po prostu rozsiedli się na kanapach w salonie i zaczęli grać. Jasne, że chodziło o to, żeby czytelnik miał okazję im się bliżej przyjrzeć. Już powinna się zawiązywać intryga. Już powinny paść pierwsze subtelne i niejednoznaczne wskazówki. C. zaczęła teraz czytać bardzo uważnie. Gdyby miała obie ręce wolne, zatarłaby je z uciechą — oto się zaczyna. Ale nie miała. Lewą trzymała książkę, a prawą podtrzymywała siatkę z zakupami. Zauważyła kątem oka, że na sąsiednim siedzeniu usiadł skórzasty mężczyzna z dobermanem na krótkiej smyczy. Pies spojrzał na nią nieprzyjaźnie.

Gra polegała na tym, że wszyscy musieli zamknąć oczy, a w tym czasie Prowadzący, chodząc dookoła, wyznaczał dotknięciem palca Mordercę. Następnie Morderca wskazywał wzrokiem Ofiarę, co mógł oczywiście widzieć tylko Prowadzący. Prowadzący wypowiadał na głos jej imię. Teraz wszyscy otwierali oczy i zaczynała się właściwa część gry, czyli Śledztwo. Mieli uzgodnić między sobą, kto jest Mordercą. Jeżeli się pomylą, Morderca morduje jeszcze raz. Jeżeli zgadną, Prowadzący wybiera nowego Mordercę.

Na początku C. nie bardzo zrozumiała reguły i wszystko — prawdę mówiąc — wydało jej się dość dziwaczne. Ale wkrótce pojęła zamysł narratora — chodziło o to, żeby czytelnik dostał odpowiednią dawkę informacji o postaciach i o relacjach między nimi. Przyjęła te reguły za dobrą monetę. Niech grają.

Pierwszą ofiarą był Frucht, prowadziła oczywiście Ulrika.

— Otwórz oczy, Frucht — powiedziała. — Już nie żyjesz.

Frucht wydawał się nieprzyjemnie zaskoczony, że to właśnie jego zamordowano jako pierwszego. Wydął wargi i pociągnął spory łyk koniaku.

— No, zaczynamy — ponaglała ich gospodyni. — Kto z was mógł mieć powód, żeby zamordować pana Fruchta?

— Może nie mówmy „zamordować” — oprzytomniał nagle Lou. — Może mówmy „wyeliminować”, „odsunąć”, czy ja wiem jak. „Zamordować” brzmi niedobrze. Nikt chyba, kto morduje, nie myśli, że „morduje”, wiecie o tym dobrze. Poza tym nie chcę być „zamordowany”.

— Przecież to tylko słowa — rzucił półgłosem Longfellow. — Trochę poczucia humoru, kolego!

Reszta też zignorowała uwagę Lou, a w nawiasie było napisane, że Anne-Marie pomyślała o nim „neurotyczny”.

— Pana Fruchta zamordował John, John Longfellow, ponieważ tamten ma lepszy pokój niż on. Bliżej łazienki — powiedziała Anne-Marie głośno.

Longfellow w roli podejrzanego zachował wzorowy kamienny wyraz twarzy, a Ulrika uśmiechnęła się:

— Dobrze, jak na początek, ale wolałabym jakieś bardziej przekonujące motywy.

— Zazdrość — rzuciła niepewnie panna Schatzky i natychmiast zrobiła się czerwona.

— Czy mogę się bronić? — zapytał Longfellow.

Ulrika przytaknęła.

— Broń się, oczywiście. Na tym to polega. Broń się, nawet jeżeli jesteś winny, wyprowadzaj nas w pole, zacieraj ślady. Inaczej będzie nudno.

— Nie sądzę, by motyw zazdrości mógł być brany poważnie — zaczął Anglik. — Czego to miałbym zazdrościć panu Fruchtowi oprócz łazienki? We Francji kryminał nigdy nie będzie miał takiej wagi i szacunku, jak w moim kraju. To się przekłada wprost na szacunek, jakim darzeni są autorzy. Napisałem dwadzieścia cztery książki, mam swoją pozycję, moje książki są tłumaczone na wiele języków, mówi się, że jestem klasykiem kryminału...

Frucht przerwał mu w pół słowa:

— Ja nie piszę kryminałów. Piszę powieści, stosuję gry, bawię się językiem, odwołuję do erudycji czytelnika, przywołuję motywy mitologiczne. Wykorzystuję możliwości tego gatunku do prowadzenia literackiej gry z czytelnikiem. To nie są po prostu kryminały takie, jak... — tu ugryzł się w język i zapatrzył się w dno kieliszka.

Ulrika przywołała go do porządku:

— Ofiara milczy. Takie są reguły.

Niestety w tym momencie C. musiała przerwać, żeby wysiąść na swojej stacji. Idąc do domu, miała ochotę czytać po drodze, ale zdała sobie sprawę, że z tym rozchwianym obcasem byłoby to niebezpieczne. Spodobała się jej ta gra. Gdyby się grało w nią poważnie, mogłaby być czymś w rodzaju psychoterapii grupowej. Pomyślała, że mogłaby ją kiedyś zaproponować swojej rodzinie. Jej mąż zamieniał z nimi może pięć słów dziennie, starszy syn praktycznie nie bywał w domu, a córka zamykała się w pokoju i słuchała ponurej, brzękliwej muzyki. Nawet kot przesiadywał całymi dniami na balkonie, wpatrując się z jakąś zwierzęcą melancholią w sąsiednie wieżowce. Kto z nich zabiłby kota?

Zrobiła na obiad szybką lazanię z pudełka i wyprasowała sobie wyjściową sukienkę. Potem trwało poszukiwanie ulubionej koszuli jej męża. Okazała się brudna, wciśnięta za kaloryfer w łazience.

— Czytam ciekawą książkę — powiedziała w taksówce do niego, ale on już wdał się w rozmowę z kierowcą na temat przewagi napędu gazowego nad benzynowym.

Nowy dom znajomych okazał się tak piękny, że aż zrobiło jej się smutno. Gospodyni oprowadzała po pachnących jeszcze świeżą farbą i drzewem pokojach, pokazywała obie łazienki. Ta większa miała ogromną, dwuosobową wannę i C. zapragnęła nagle wykąpać się w czymś takim. Nalać sobie pienistego płynu do kąpieli i leżeć tak całe wieczory, czytając. Kieliszek szampana na gładkiej, kaflowej krawędzi. Pan domu z dumą rozpalił w nowiutkim kominku. Na chwilę zadymiło się, ale już otworzono okna do ogrodu i wpadła rześka fala wiosennego, pachnącego ziemią wieczoru. C. pomagała gospodyni wnosić sałatki i układać w koszyczku pieczywo. Mężczyźni stali na tarasie i palili, rozprawiając o rodzajach pokryć dachowych.

Po kilku butelkach wina, z zarumienionymi twarzami siedzieli przy kominku i plotkowali o wszystkich nieobecnych znajomych. C. przyszło do głowy, że mogliby teraz zagrać w Mordercę. Zaproponowała im to i przedstawiła reguły gry. Zgodzili się z ociąganiem. Na początek to ona miała być Prowadzącym i dźgnęła w plecy gospodarza, wyznaczając go w ten sposób do roli mordercy. Natychmiast zamordował swoją żonę. Gra nie udała się, bo od razu wszyscy zgodnie odkryli prawdę.

 

— To głupia gra — powiedział jej mąż. — Zagrajmy w ambasadora.

— Dlaczego musimy w coś grać — zaprotestowała pani domu. — Widujemy się wszyscy tak rzadko, szkoda czasu na granie.

Otworzyli więc jeszcze butelkę wina i z kieliszkami w ręku oglądali świeżo posadzone krzaki rododendronów i forsycji.

Wrócili do domu po północy. C. wzięła do łóżka książkę, ale zarejestrowała tylko, że pisarze grali dalej. Tym razem Ofiarą była panna Schatzky, a Lou podejrzewał Longfellowa. Że z zemsty. To by było za proste, pomyślała C., ale kręciło jej się w głowie, więc odłożyła książkę na podłogę przy łóżku i usnęła.

Obudziła się z nieprzyjemną świadomością, że zaspała do pracy, i z ulgą przypomniała sobie, że jest sobota. Słońce wpadało jasną smugą i bezlitośnie ukazywało wszystkie plamy na szarej wykładzinie sypialni. Trzeba by ją kiedyś wyprać, pomyślała sennie. Idąc zaparzyć sobie kawę, zobaczyła kota bez ruchu siedzącego na balkonie. Drzwi były zamknięte. Szybko wpuściła go do mieszkania — wszedł wolno, bez śladu emocji z powodu nocy spędzonej na zimnie. Jak jej dzieci mogły zapomnieć o kocie? Nie można liczyć nawet na własne dzieci. Zrobiła dwie kawy i zaniosła je do łóżka. Mężowi postawiła kubek po jego stronie — najwyżej mu wystygnie. Oparła się o poduszkę i popijając małymi łyczkami gorącą kawę, zaczęła czytać. Tak właśnie mogłaby spędzić resztę życia — nie wychodzić z łóżka i czytać kryminały.

Towarzystwo w książce grało dalej. Prowadził Frucht, zamordowano Lou. C. próbowała podążać za ukrytymi motywacjami. Była pewna, że narrator podsuwa tutaj jakieś tropy, ale nie bardzo mogła się zorientować jakie. Czy powinna tę grę traktować poważnie? Jeżeli była tak dokładnie opisywana, musiała mieć jakiś sens dla całej akcji. Co za dziwaczna książka, myślała z rosnącym zniecierpliwieniem.

Okazało się, że Lou zamordowała Ulrika (ujawnił to narrator). Tamci nie domyślili się i Ulrika pozostała bezkarna. Wytypowali właśnie Longfellowa (czyli myśleli tak samo jak ja, zauważyła C. i ucieszyła się z własnej domyślności). Nikomu pewnie nie przyszło do głowy, że Ulrika mogłaby zamordować swojego młodego ulubieńca z Ameryki. A jednak.

C. była trochę zdziwiona. W książce nastąpił bowiem kolejny dzień i nic się nie działo. U Agaty Christie już byłby trup, a tutaj pani na włościach zaprosiła wszystkich na spacer, oglądano rabaty jesiennych kremowych róż, spacerowano alejami, zbierając doskonałe świetliste kasztany. Po lunchu był czas wolny. Frucht czytał. Anne-Marie pojechała samochodem po papierosy do Bayenne. Anglik ruszył na samotny spacer na cmentarz wojskowy. Ulrika spała. Pani Schatzky pracowała nad korespondencją. Lou, co robił Lou? Pojechał gdzieś rowerem. Spotkali się dopiero na herbacie i znowu zaczęli grać w Mordercę.

Według całego doświadczenia C. z kryminałami, tutaj, mniej więcej w jednej trzeciej książki, po przedstawieniu bohaterów, powinna nastąpić zbrodnia. Może będzie po kolacji, pomyślała. Czytała teraz bardzo uważnie, świadoma faktu, że każdy szczegół może być ważny. Każde najmniejsze zdanie, każda sugestia. Ale i po kolacji oni grali niewinnie. Po raz drugi został zamordowany Lou, lecz jego twarz pozostawała nieprzenikniona, cokolwiek tam sobie myślał. Szybko wykryto po oznakach wegetatywnych (czerwienienie się), że morderczynią jest panna Schatzky. Zresztą wydawało się, że wcale jej nie zależy na tym, żeby pozostać nie wykrytą. Potem zabita została Anne-Marie i nie omieszkała rzucić, że to spisek przeciw kobietom. C. zauważyła, że w tych wszystkich możliwych wariantach Prowadzący — Morderca — Ofiara w roli ofiary nie pojawia się Ulrika. Omijano ją, jakby poczytywano za niegrzeczność mordowanie, nawet w zabawie, gospodyni i sławnej pisarki.

Potem rozmawiali w salonie o literaturze i o niezwykłych sposobach zabijania. Wszystkim imponowały zatrute znaczki pocztowe Longfellowa. Urzędniczka na poczcie w małym miasteczku w Yorkshire, która eliminuje w ten sposób ewentualnych chętnych do licytacji jej domu. Potem wszyscy poszli spać i C. była pewna, że właśnie tej nocy nastąpi to, co ma nastąpić. Ciekawe, kto kogo zabije. No i dlaczego. W tej właśnie chwili obudził się jej mąż, pociągnął za kołdrę i C. wylała pół kubka kawy na pościel. Zła poszła do łazienki i zaczęła napełniać wannę wodą. Szum musiał pobudzić dzieci, bo już zaczęły się dobijać do łazienki.

C. zakręciła wodę i usiadła w kuchni przy małym stoliku. Kusiło ją, żeby zajrzeć na ostatnią stronę (nie zrobiła tego nigdy, przenigdy!). Całe to towarzystwo zaczynało ją powoli irytować. Rano było tak samo jak poprzedniego dnia. Pojechali tylko (bez Ulriki i panny Schatzky) na przejażdżkę. W Ypres wypili słodkie flamandzkie piwo i zjedli naleśniki (C. pomyślała, że dawno nie robiła naleśników). Na tej wycieczce okazało się, że Anne-Marie i Longfellow dobrze się znali. Przynajmniej dawali do zrozumienia, że poznali się kilka lat temu i zaprzyjaźnili. Frucht zaczął ich nawet podejrzewać o coś więcej i zwierzył się z tego Lou. Lou powiedział, że nie powinno to ich obchodzić. Potem Frucht odłączył się od grupy i musieli czekać na niego, aż wrócił zadyszany, błagając o przebaczenie. Nie powiedział, co robił. Zajechali do domu na herbatę, potem siedzieli w swoich pokojach, a Lou zajął łazienkę na dobre dwie godziny.

C. zrobiła sobie drugą kawę w oczekiwaniu na swoją kolej do łazienki. Wszyscy już byli na nogach, trzaskały ścielone wersalki, szumiał prysznic, szemrał naciągany z trudem przez jej męża ekspander. Postanowiła czytać dalej, mimo wszystko. Uznała, że chociaż w sobotę coś się jej należy.

Tego wieczora też grali. Tym razem ktoś zabił Ulrikę, jakby wyczuli jej pretensje. Kto — wiedział tylko Prowadzący — Lou, ale ponieważ reszta nie zgadła, nie zostało to wyjaśnione. Ulrika była wyraźnie uradowana. Potem zginął Longfellow i panna Schatzky. Mordowali — Ulrika i Anne-Marie. Frucht wyglądał na chorego i wcześniej poszedł spać.

Rano wszyscy obudzili się przy życiu i w pełnym zdrowiu. C. stwierdziła to z rozczarowaniem po sprawdzeniu, kto przyszedł na śniadanie.

Coś było nie tak z tą książką. C. już była w połowie, a wciąż nie zawiązał się żaden dramat. Nic się nie działo. To niemożliwe — pomyślała i jeszcze raz uważnie obejrzała okładkę, przeczytała fragment recenzji z tyłu, w której grubą czcionką podkreślono słowa „niezapomniane przeżycie” i „trzyma w napięciu do końca”. Nic nie rozumiała. To jakiś bubel. Właściwie już była gotowa zerknąć na ostatnią stronę. Wytrawni czytelnicy kryminałów wiedzą jednak, jaka to byłaby zbrodnia — wylać dziecko z kąpielą, pochwalić dzień przed zachodem słońca, wykopać pod samym sobą dołek, a potem weń wpaść. Pozbawić siebie całej przyjemności poznawania krok po kroku, autorowi zaś zniszczyć sens jego pracy; ośmieszyć go i zignorować jego wysiłek. C. była porządną czytelniczką, lojalną wobec gatunku, i im większą czuła pokusę, tym bardziej jej się opierała. Lecz gdy wszyscy goście Ulriki dotrwali w zdrowiu do kolacji, była już naprawdę wściekła. Zostawiła książkę grzbietem do góry na bufecie i wzięła się do celebrowania rodzinnej soboty. Poprosiła syna o pomoc przy robieniu naleśników i udało jej się nawet z nim trochę porozmawiać. Wysłała córkę do cukierni po ciasto i po południu zrobili sobie we czwórkę rodzinną herbatkę. Oglądali wspólnie jakiś amerykański serial, ale prawdę mówiąc C. nie bardzo mogła się skupić. Myślała o tamtych, zamkniętych we flamandzkim pałacyku. Myślała o pannie Schatzky, że ta poświęciła dla Ulriki właściwie całe swoje życie. Czy to prawda, że Anne-Marie i Longfellow mogli być parą? I gdzie chodził Frucht? Owego Fruchta C. nie lubiła i wcale nie zdziwiłaby się, gdyby to on był ofiarą. Albo mordercą, jeszcze lepiej. Czuć było na odległość, że coś knuje.

Wiedziała, że ktoś kogoś zabije i była to wiedza niepokojąca. Tak jednak musiało się stać, przecież kupiła kryminał. To się musiało stać lada strona. Nie mogło być inaczej! C. po cichu wyszła do kuchni i znowu przysiadła przy kuchennym stole pełnym gotowych naleśników (jeszcze je tylko posmarować słodkim serem). Przeczytała kilka stron, ale oni dalej rozmawiali, spacerowali. Przerzuciła kilka stron i wbrew sobie przeczytała jedno zdanie:

— Dziś wieczór ja chciałbym być Prowadzącym — powiedział Longfellow i rozejrzał się po zebranych.

C. szybko zamknęła książkę z niejasnym poczuciem winy, zła na siebie, zawiedziona.

Całe popołudnie przeglądała gazety z ubiegłego tygodnia, potem zrobiła pranie. Dzieci wymknęły się chyłkiem. Mąż zatonął w szklistym świetle telewizora. Niepostrzeżenie zrobił się wieczór — długi, pusty, jakby wychynął z biegu czasu i rozpostarł się nad miastem w niespokojnym oczekiwaniu. C. poczuła niejasno, że powinna coś zrobić, załatwić coś bardzo ważnego. Ułożyła się wygodnie w sypialni na zaścielonym łóżku i myślała. Potem, po jakimś czasie, wszystko wydało jej się zupełnie proste. Włożyła płaszcz i buty. Bez trudu udało jej się dostać do salonu na dole. Dobrze znała rozkład. Na stole stały puste kieliszki od koniaku i popielniczka pełna niedopałków. Schody były wyłożone miękkim chodnikiem, dlatego poruszała się w górę bezgłośnie. Minęła pierwsze piętro, rzuciła tylko okiem na ciąg zamkniętych drzwi ledwo widocznych w ciemności. Nie była pewna, który z dwóch pokojów na górze jest pokojem Ulriki. Zaryzykowała. Drzwi zaskrzypiały leciutko, gdy je otwierała. Kiedy jej oczy na tyle oswoiły się z brązową ciemnością (na zewnątrz, w parku paliły się wciąż latarnie) — ujrzała mały korytarzyk, potem bibliotekę z ogromnym biurkiem stojącym na środku i żarzącym cię ciemnoczerwono kominkiem. Podwójne rozsuwane drzwi musiały prowadzić do sypialni. Były uchylone na tyle, że ledwie je musnęła. Zobaczyła smutny w gruncie rzeczy widok — staruszka spała z szeroko otwartymi, bezzębnymi ustami. Była prawie łysa. Jej ciało przypomniało C. poczerniałą skórkę od banana. Na stoliku nocnym, w szklance, pławiły się zęby Ulriki i połyskiwały zdrowo w świetle parkowych latarni. Właściwie tylko one wydawały się żywe. Nad nimi tryumfalnie pyszniła się siwa peruka z lokami starannie ułożonymi pewnie przez pannę Schatzky. C. rozglądnęła się po sypialni, ale nie było tu nic takiego, czego potrzebowała, wróciła więc do biblioteki i podeszła do biurka. Jej wzrok odnalazł długi ostry kształt — nóż do rozcinania książek, nieduży, zgrabny, z ozdobną rękojeścią. Poczuła w dłoni wypukłości rzeźby i koliste, miłe w dotyku powierzchnie klejnotów. Turkusy, pomyślała.