Rączka rączkę myjeTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Rączka rączkę myje
Rączka rączkę myje
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 69,90  55,92 
Rączka rączkę myje
Rączka rączkę myje
Audiobook
Czyta Mateusz Kwiecień
37,90  28,05 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Copyright © Olga Rudnicka, 2021

Projekt okładki

Paweł Panczakiewicz

www.panczakiewicz.pl

Zdjęcie na okładce

© Brinja Schmidt/Shutterstock.com

Redaktor prowadzący

Anna Derengowska

Redakcja

Ewa Witan

Korekta

Grażyna Nawrocka

ISBN 978-83-8234-730-2

Warszawa 2021

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

Prolog

Matylda stała przy komisarzu Tomczaku i z niedowierzaniem rozglądała się po zniszczonym ogródku działkowym. Wybite w altanie szyby, wyważone drzwi, rozkopane grządki.

– To jacyś wandale – powiedziała z oburzeniem. – To nie są złodzieje, tylko złoczyńcy!

– Mówiłem. – Tomczak westchnął. – I tak za każdym razem. Co trochę popilnujemy, to spokój, co odpuścimy, to zaraz pojawiają się z powrotem.

– Obserwują działki?

– Najwyraźniej – przyznał, wzruszając ramionami. – Nie chcą dać tu patrolu. Szkodliwość znikoma. Jak wycenić wykopany kwiatek?

– Dziwne. – Matylda przyklęknęła przy jednej z grządek. – Dlaczego kopią tak głęboko? Korzenie są tuż pod powierzchnią…

– Mówiłem, chuligani.

Matylda nie była przekonana. Ogródek został rozkopany metodycznie, rabatka po rabatce. Ziemia była usunięta na co najmniej pół metra w głąb i nasypana z powrotem. Na wierzchu leżały porozrzucane kwiaty – zdaje się, że astry. Jej matka by wiedziała.

– Panie komisarzu… Od dawna tak kopią?

– A będzie już z… cztery miesiące?

– I za każdym razem to samo?

– To samo. Kradzieże, włamanie, dewastacja, rozkopane działki – potwierdził.

– Które działki zostały już rozkopane?

– Prawie połowa. Na razie nie ruszyli tych bliżej kamienic, żeby z okna ich nikt nie wypatrzył, ale te od strony wałów przeciwpowodziowych to zdewastowali jedną po drugiej…

Matylda zamyśliła się na chwilę.

– Panie komisarzu, nie ma pan wrażenia, że ktoś tu czegoś szuka?

22 października 2010 roku

– I wyobraź sobie, Roman, że patrzył na mnie tak, jakby go oświeciło! Przez moment sądziłam, że zamigotała mu jakaś iskierka zrozumienia! Ba! Nawet porozumienia! I wiesz, jak skwitował moją myśl? Wiesz, Roman?!

Mąż patrzył na nią zza grubych szkieł okularów, mrugając jak oślepiona latarką sowa. W jego oczach z pewnością nic nie migotało, a na pewno nie było to zrozumienie. Nie bacząc na kompletny brak zainteresowania jej pracą, który objawiał jej wieloletni małżonek, Matylda wypytywała dalej:

– No wiesz, Roman, czy nie wiesz?

– A skąd mam wiedzieć? – wymamrotał niechętnie, czując, że jeśli nie wykrztusi z siebie choć kilku słów, żona – jak to miała w zwyczaju – z pewnością się od niego nie odczepi.

– Właśnie, Roman, skąd masz wiedzieć, skoro cię tam nie było?

– A dlaczego miałbym tam być? – zdziwił się. Tym razem jego reakcja była zupełnie szczera, niewymuszona okolicznością, że Matylda sterczy nad nim jak kat i domaga się… domaga… czegoś.

– Właśnie, Roman, właśnie, mój błąd. Wybacz. Robaki!

– Jakie robaki? – Odpowiedź żony zaskoczyła go do tego stopnia, że przestał grać i tym razem spojrzał na nią bardzo, bardzo uważnie. – Mamy w domu robaki?

– Dlaczego w domu? – Tym razem to Matylda się zdziwiła. – Na działce.

– Ale my nie mamy działki. Nie mamy, prawda? – upewniał się nad wyraz niepewnym tonem.

Czasami umykało mu co nieco z życia małżeńskiego, jak na przykład fakt, że małżonka porzuciła pracę bibliotekarki i została licencjonowanym detektywem. To znaczy wiedział, że zrobiła kurs, zdała jakiś egzamin i nawet podjęła dodatkową pracę w tym charakterze, ale nie został poinformowany, że owo dodatkowe zajęcie stało się głównym.

Chyba.

Mogła mu coś wspomnieć.

Być może.

– Nie, nie mamy działki. Roman, czy ty mnie w ogóle słuchasz?! – zirytowała się Matylda.

– Słuchać to słucham, ale nie zawsze rozumiem – przyznał smętnie.

– Mężczyźni! – prychnęła wzgardliwie, odwróciła się na pięcie i wymaszerowała z pokoju, będącego czymś w rodzaju gabinetu męża, ale zamiast do pracy najczęściej służył mu do grania.

– Dziecko moje kochane – wkroczyła zamaszystym krokiem do pokoju Moniki, ukochanej córki, która wszystko chwytała w lot, a także, w przeciwieństwie do ojca, wykazywała zainteresowanie światem realnym i własną matką – musimy porozmawiać.

– Każde nieporozumienie można wyjaśnić, należy tylko podejść do tego spokojnie i racjonalnie, mamo – powiedziała lekko spłoszona dziesięciolatka, niemal jedenastolatka, zdaniem matki zbyt szybko dojrzewająca.

Ku uldze Matyldy córka na razie nie interesowała się chłopcami, ale według statystyk opublikowanych w jakimś babskim czasopiśmie wiek inicjacji różnych złych rzeczy u młodzieży obniża się w zastraszającym tempie. Ona w wieku Moniki skakała przez linkę, rówieśnicy jej córki popalali po kątach, dławiąc się i krztusząc, a dym nie tylko ustami, lecz również nosem i uszami im wychodził.

– Prawda, moje dziecko – zgodziła się Matylda. – Tylko wyobraź sobie, że czasem ludzie potrafią być bardzo nieracjonalni.

– O tak – potwierdziła już pewniejszym tonem dziewczynka.

– A ich bezmyślność wynika niekiedy z tego, że nie słuchają uważnie, co człowiek do nich mówi, a nie z ich głupoty czy niewiedzy.

– To by się nawet zgadzało, ale co do głupoty, mamo, to bywa ona zupełnie prawdziwa.

– Tak, ale to nie może być usprawiedliwienie naszych poczynań.

– Aha… – Monika zmarkotniała. – Czyli jednak kara?

– Kara? Za robaki? – zdziwiła się Matylda.

– Jakie robaki? Nic nie wiem o robakach. Jeśli chodzi o robaki, to nie ja – oświadczyło jej dziecko zbuntowanym tonem.

– Oczywiście, że nie ty, bo nie było żadnych robaków…

– Skoro nie było, to dlaczego o nich rozmawiamy?

– Rozmawiamy, bo… Zaraz, zaraz… – Matylda usiadła na łóżku córki i spojrzała na nią uważnie. – O co chodzi z tą karą? Jaka kara? Nic nie mówiłam o żadnych karach.

– Więc pewnie ja o tym wspomniałam… No cóż, mamo – jej ukochane dziecko westchnęło ciężko – i tak się dowiesz na zebraniu.

– Znowu zebranie? Przecież we wrześniu już było…

– To takie zebranie dla ciebie, rodziców Tomka i naszej wychowawczyni.

– Co zrobiłaś? – Sprawa działek, robaków i komisarza Tomczaka w ułamku sekundy wywietrzała Matyldzie z głowy. Wciąż miała w pamięci kuzyna Tytusa i jego pobyt w szpitalu, do czego przyłożyła rękę Monika. Rzecz jasna, gdyby kuzyn Tytus nie cierpiał na niedobór szarych komórek, nic by się nie wydarzyło.

– No… właściwie… to nic nie zrobiłam…

Matylda z uwagą przyjrzała się córce. Jasne włosy, niebieskie oczy, śliczna jak laleczka, a w środku diabeł wcielony. Nie bez powodu mówiło się, że największym osiągnięciem diabła było przekonanie ludzi, że nie istnieje. Wypisz wymaluj, jej córka. Antychryst z warkoczykami i różową spinką we włosach.

– Za nic nie byłoby zebrania – powiedziała stanowczo. – Żadnych opowieści, z których nic nie wyniknie. W skrócie poproszę.

Ha! I kto to mówi! – zadrwiło coś w jej myślach.

Nie zareagowała na ironię własnych słów wytkniętych jej przez wredną podświadomość. Owszem, miała tendencje do zapętlania najprostszych opowieści, ale istniała też możliwość, że to inni za nią nie nadążają. No i dziecko nie musi brać z niej przykładu. Może przystosować się do otoczenia i zawczasu opanować sztukę właściwego ujmowania w słowa myśli tak, by były zrozumiałe dla innych.

– W skrócie to było tak: Tomek potknął się i spadł ze schodów.

Tomek był kolegą z klasy Moniki. Matylda nie pamiętała nazwiska rodziców, ale za to doskonale kojarzyła piskliwy głos jego matki. Oby na zebraniu pojawił się ojciec. W wersji uproszczonej jej dziecko nic nie zrobiło i nie było powodu, żeby została wezwana na dywanik do dyrektora. Tym razem skrót jednak nie zadziałał. Podobnie jak ten na klawiaturze, którego kiedyś przypadkowo użyła i wykasowała sobie cały raport. Z pewnością istniał skrót, pozwalający wszystko przywrócić. Niestety, nie wpadła na to, by go użyć, i napisała raport od nowa, dla bezpieczeństwa zapisując tekst na bieżąco.

– Co masz z tym wspólnego? – przyciskała teraz córkę.

– Z potknięciem Tomka? Nic.

– Czyli mam iść na zebranie po nic? – dopytywała się podejrzliwie.

Osobiście nie posądzała Moniki o przemoc, ale wykluczyć tego nie mogła. Nie chciała być jak ci rodzice, wrzeszczący na całe gardło: „Ale nie moje dziecko!”, a potem dowiadujący się, że jednak tak, owszem, z całą pewnością zrobiło to ich dziecko. Każdy ludobójca w historii świata miał rodziców.

– Mogłam go przytrzymać, żeby nie spadł – przyznała niechętnie dziewczynka.

– I tego nie zrobiłaś?

– Nie.

– Dlaczego?

– Bo to cham i prostak – z wyższością wyjaśniła dziewczynka doskonale znanym Matyldzie tonem.

Aż jej ciarki przeszły po plecach. Widzieć własną matkę w córce to niemal tak, jak zobaczyć ducha, z tym tylko, że jej matka żyła i miewała się doskonale, do tego nadal mieszkała z nimi, uważając, że ojciec za mało się pokajał, by już mogła do niego wrócić.

– Babcia tak powiedziała o Tomku?

Trzeba koniecznie porozmawiać z matką. Nie może w ten sposób wyrażać się o dziesięciolatku!

 

– Nie o Tomku, tylko o dziadku.

Kurde melek! – jęknęła w duchu Matylda. Musi porozmawiać z matką o wyrażaniu się w ten sposób przy wnuczce, jednocześnie starając się nie wciągać w to ojca. Maria Ćwieczek zatrułaby jej życie jeszcze bardziej, gdyby potraktowała słowa Matyldy jako obronę winowajcy. Nie zmienia to faktu, że nie powinna w ten sposób wyrażać się o dziadku jej dziecka, zwłaszcza w obecności tegoż.

– Porozmawiam z babcią.

– O dziadku? – zapytała ze zgrozą córka. – Odradzam.

– Nie mam skłonności samobójczych. Oczywiście, że nie o dziadku – obruszyła się Matylda.

– To dobrze. – Dziewczynka odetchnęła z ulgą.

– Można mnie posądzić o wiele rzeczy, ale na pewno nie o brak instynktu przetrwania. A teraz wyjaśnij mi, proszę, dlaczego Tomek jest chamem i prostakiem? Oczywiście nigdy więcej nie nazywaj nikogo w ten sposób – dodała jeszcze szybko.

– Nigdy?

– Nigdy – powtórzyła zdecydowanie.

– Nawet jeśli to będzie prawdą? – dociekała Monika.

Matylda nie znosiła hipokryzji, a, niestety, odpowiedzialne rodzicielstwo było nią przepełnione. Osobiście stawiała na rodzicielstwo praktyczne, w nadziei, że nie wychowa socjopatki.

– Przynajmniej do czasu, póki nie dorośniesz.

– Niech będzie – niechętnie zgodziła się dziewczynka. – To jak mam go nazywać?

– A musisz?

– Nie chodzi o przezywanie mamo, ale jak mam go opisać, skoro nie mogę po prostu nazwać go tak, jak na to zasługuje?

– Może zamiast nazywać swojego rówieśnika chamem użyj określenia „łobuz”? – zaproponowała niepewnie Matylda.

To bezstresowe wychowywanie jest wyjątkowo stresujące dla rodziców. Maria Ćwieczek, rodzicielka Matyldy, po prostu zakazałaby wnuczce używania takich słów, nie wyjaśniając dlaczego, w myśl zasady, że dzieci i ryby głosu nie mają, ewentualnie zagroziłaby Monice laniem i byłoby po kłopocie. Matylda jednak była przeciwna takim metodom, jako że zamierzała wychować dziecko świadome własnej wartości i otaczającego je świata. Jednak często potykała się o drobne rzeczy, takie jak konieczność wmawiania dziewczynce, że cham to nie cham, tylko łobuz, a chamem stanie się za lat dziesięć i wówczas nie będzie powodu, dla którego nie miałaby nazywać rzeczy po imieniu. Oczywiście to ostatnie powie jej za dziesięć lat, nie wcześniej, chyba że dziecko samo do tego dojdzie we właściwym czasie.

– Może być i łobuz – zgodziła się Monika.

– OK, to teraz wytłumacz, o co dokładnie chodzi z tym Tomkiem? Wersja skrócona tym razem nic nie wyjaśniła. Rozwinięcie poproszę.

Dziewczynka westchnęła niecierpliwie.

– Podłożył Ilonie nogę, a Ani napluł do plecaka. Więc jak się potknął o… o coś tam – tak dokładnie to o jej plecak, który upuściła w idealnym momencie, ale postanowiła aż tak nie rozwijać tematu – i spadł, to uznałam, że należało mu się i już. Poza tym to tylko trzy stopnie, co mogło mu się stać?

Trudno było odmówić Monice słuszności. Jednak jako matka Matylda musiała zareagować. Co za wredny gnojek, pomyślała w duchu, a głośno powiedziała:

– Czasami udzielenie pomocy jakiejś osobie, gdy ta na to nie zasługuje, jest trudne, ale nieudzielenie źle świadczy o nas samych. Wyobraź sobie lekarza, który leczy tylko tych pacjentów, których lubi, albo tylko tych, którzy, jego zdaniem, na to zasługują. Albo policjanta, który nie udzieli pomocy osobie, która spowodowała wypadek, bo jest sama sobie winna. Albo strażaka, który…

– Tak, wiem, o co chodzi. Następnym razem go złapię albo spadnę razem z nim. Jest ode mnie dużo większy, więc pewnie i tak go nie utrzymam, ale masz rację, mamo.

Matylda spojrzała na nią podejrzliwie. Czy to był sarkazm czy jeszcze nie? Czy niemal jedenastolatka może używać sarkazmu? Czy już wie, co to takiego? I jak to robić?

– Hm… – odchrząknęła lekko, by pokryć zażenowanie, i powiedziała stanowczo: – Nikt od ciebie nie oczekuje, żebyś się narażała. Ale jest różnica między nieudzieleniem pomocy z obawy o własne zdrowie a nieudzieleniem, bo uważasz, że ktoś sobie zasłużył na krzywdę.

– Tak, mamo – posłusznie przytaknęła Monika.

– No dobrze. – Matylda westchnęła. Mądre dziecko potrafi być irytujące. Dobrze, że do tego nie jest wredne. Na razie trzeba uznać sprawę za załatwioną. – Jest obiad?

– Tak, babcia zrobiła kapuśniak z ciecierzycą. Dobry.

– Super. – Ucieszyła się zupełnie szczerze Matylda. Nie znosiła kapuśniaku z ziemniakami, który serwowali wszyscy wokół poza Marią Ćwieczek, gdyż ta tolerowała ziemniaki jedynie ze względu na obecne w nich wartości odżywcze, ale nie uważała ich za główne źródło pożywienia. Ale ciecierzyca w kapuśniaczku? Mega!

– Roman pytał mnie o robaki na działce. – Z urazą poinformowała ją matka, gdy Matylda weszła do kuchni. – Nie wiem, co ten twój mąż sobie wyobraża, ale na mojej działce żadne robale nie mają racji bytu.

– Nienawidzę go – oświadczyła Matylda.

– Romana?

– Nie, komisarza Tomczaka.

– A co jemu do mojej działki?

– Do twojej nic.

Nie miała siły powtarzać rozmowy, jaką tego dnia odbyła z reliktem poprzedniej epoki, który do dziś nie rozumiał, co komu przeszkadzało ZOMO. Usiłowała to opowiedzieć jako anegdotkę, a nikt, łącznie z Mareczkiem, jej kolegą z pracy, nie tylko nie wykazał nią zainteresowania, ale nawet nie zrozumiał dowcipu.

– O co chodzi z tym komisarzem?

Matka nie była zachwycona zmianą w życiu Matyldy, gdy ta zrezygnowała ze stabilnego etatu w bibliotece na rzecz pracy w agencji detektywistycznej, by uganiać się za bandziorami i jeszcze – uwaga! – nie posiadała pistoletu!

Żeby chociaż miała czarny pas z kilku sztuk walki, ale gdzie tam, jej córka nie uznawała przemocy za metodę rozwiązywania problemów. Na ogół. Podobno komuś nieźle przydzwoniła naładowaną monetami skarpetą, jednak to było z bliska. A jak ktoś będzie do niej mierzył z daleka? Rzuci w bandytę bumerangiem?

– Od kilku miesięcy działki nieopodal wałów przeciwpowodziowych są stale dewastowane.

– To żadna nowość.

– Komisarz Tomczak kombinuje, jak coś tam odkupić i…

– Sam je dewastuje, żeby dostać taniej?

– Nie, choć pomysł jest niezły – przyznała Matylda, szybko połykając łyżkę zupy. – Rozejrzałam się tam i zauważyłam, że działki są stale rozkopywane. To tylko przeczucie, ale wygląda to tak, jakby ktoś tam czegoś szukał, a dewastacja altanek to tylko dla zmylenia policji.

– Powiedziałaś to Tomczakowi?

– Ależ oczywiście. Zapytałam, czy nie ma wrażenia, że ktoś tu czegoś szuka. A on na to: Robaków?

Spojrzała wyczekująco na matkę, która nie zareagowała. Westchnęła. Opowiedziała to już tyle razy, że przestało być śmieszne. To jak grzesznik, który tyle razy wyznaje swoje grzechy, że skrucha, choćby szczera, zaczyna brzmieć jak wierszyk, klepany po raz setny przez przedszkolaka.

– I poszedł przesłuchiwać wędkarzy.

– To idiota – skwitowała Maria Ćwieczek.

– Czasami – przyznała Matylda lekko pocieszona jej słowami.

To o wiele więcej, niż uzyskała od Tomczaka czy też Mareckiego, który jej spostrzeżenie skwitował krótkim:

– Nie moja sprawa.

– I co teraz zrobisz?

– Ja?

– A kto? Zostawisz tych ludzi samych sobie? – oburzyła się jej rodzicielka.

– Oczywiście, że nie. – Spojrzała na matkę z urazą. – Coś wymyślę.

Tydzień później…

Matylda wbiła wzrok w dywan w postawie kiepskiej imitacji skruchy. Trudno kajać się za coś, czego się nie zrobiło. I o czym się nie wiedziało. A zdjęcie to nie jej wina. Skąd miała wiedzieć, że to jakaś internetowa dziennikarka? Wyglądała jak nastolatka z tymi niebieskimi pasemkami we włosach, do tego wciąż żuła gumę.

– Rozgłos jest mile widziany przez moje biuro, pani Matyldo, to reklama. A reklama dźwignią handlu. Ale nie taka!!! – Ostatnie słowa Salomea Gwint wyryczała straszliwym głosem. Matylda cofnęła się o krok. Mały kroczek. Ot, tak, na wszelki wypadek, gdyby szefowa, trzęsąca całym biurem i wspólnikami emerytowana policjantka, chciała rzucić w nią gazetą, którą teraz na przemian wymachiwała i uderzała w biurko, by podkreślić wagę swoich słów.

– No cóż… – zaczęła niepewnie.

Milcz! – syknął rozsądny głos w jej głowie. Daj jej się wykrzyczeć. Potem wyjaśnisz.

Niby co? Sama nic nie wiesz – zakpił z niej chochlikowaty głosik.

Zamknijcie się i dajcie mi pomyśleć, stanowczo zażądała w myślach właścicielka rozdwojonej podświadomości, która zwykle podsuwała dobre pomysły i spostrzeżenia, choć od czasu do czasu dawała jej solidnego kopniaka w tylną część ciała, by zmotywować Matyldę do samodzielnego rozwiązywania problemów.

– Jakie „cóż”?! Jakie „cóż”?! Tylko tyle ma pani do powiedzenia?! „Obóz koncentracyjny zamiast rodzinnych ogródków działkowych”! I pani na pierwszym planie z drutem kolczastym w ręce!!! Skąd go pani wytrzasnęła??!!!

– Z Castoramy – wyjąkała niepewnie.

Salomea sprawiała wrażenie, jakby odebrało jej mowę. Albo miała zaraz paść pod biurko. Tlenione włosy podkreślały czerwień nabiegłej krwią twarzy, a zmarszczki na czole i bruzdy w okolicy nosa się pogłębiły. Złość urodzie szkodzi, pomyślała Matylda. I niech kto powie, że ludowe przysłowia nie mają realistycznego podłoża?

– I nie ja, tylko pan Bronek.

– Kim jest pan Bronek?

– Jednym z działkowiczów. Uroczy staruszek. – Z trudem zachowała niewinny wyraz twarzy.

Pan Bronek nie był żadnym uroczym staruszkiem. Nienawidził kobiet, obcokrajowców, mniejszości narodowych, osób odmiennej orientacji, dzieci, psów i polityków wszystkich ugrupowań. Zdjęcie, które zrobiła im blogerka i umieściła na portalu internetowym, skąd następnie przedrukowała je miejscowa gazeta, zamieszczając artykuł, o który wściekała się Salomea, nie było pozowane. Matylda kłóciła się z tymże uroczym staruszkiem, wykrzykując, że zamienił ogród w getto, a ten zapytał:

– A co w tym złego?

W tym momencie zaniemówiła ze zdumienia, niedowierzania i wściekłości, a pan Bronek wyszczerzył sztuczne zęby w złośliwym uśmiechu, wyglądając przy tym tak upiornie, jak tylko było możliwe w świetle dnia. Nocą pewnie straszył wnuki. Ich też nie lubił.

Zdjęcie sugerowało jednak pełną współpracę między nimi i tak właśnie zostało zinterpretowane.

– Tytuł brzmi okropnie, to prawda, ale sam artykuł jest pochlebny – powiedziała szybko Matylda, nim szefowa ponownie zaczęła wrzeszczeć. – Autor podkreśla nasze zaangażowanie i bezpłatną pomoc dla seniorów, którzy zostali pozostawieni sami sobie i zmuszeni do zastosowania drastycznych metod, by chronić swój dobytek i siebie, gdyż policja zignorowała ich problemy, uważając wandalizm za mało szkodliwy.

– Naprawdę? – Salomea usiadła i zaczęła uważnie czytać tekst.

Matylda ledwo powstrzymała westchnienie ulgi. Ale nie należy od razu opuszczać tarczy. Nie wiadomo, czy jeszcze się nie przyda. Salomea Gwint zarządzała agencją żelazną ręką, nie dawała mydlić sobie oczu, i choć była łasa na komplementy, każdy, kto właził jej w tyłek, trafiał na czarną listę jako podejrzany o próbę wykopania pod szefową dołka.

– A nazwa naszego biura została wymieniona dwukrotnie – dodała, gdy zauważyła, że twarz tamtej delikatnie się rozluźnia.

– Hm… – burknęła Salomea, odkładając gazetę na biurko – waham się. Waham się, czy uznać panią za błyskotliwą, cwaną czy też za największą farciarę, jaką znam. Do dziś nie rozumiem, jak rozwiązała pani ostatnią sprawę.

– Mogę wytłumaczyć…

– Nie! Te tłumaczenia są jeszcze mniej zrozumiałe niż ciąg zdarzeń, który doprowadził panią do sedna sprawy. Za cholerę nie widzę w tym logiki, tylko ciąg przypadków. Paradoksalnie wydają się ze sobą powiązane, tylko że jakimś cudem najpierw pani na coś trafiała, a potem znajdowała powiązanie z poprzednim zdarzeniem, tylko że to poprzednie zdarzenie nijak nie mogło pani doprowadzić do następnego, więc nie dowody panią kierowały, tylko przeczucia, ręka opatrzności albo chuj wie co. – Salomea przywykła posługiwać się słownikiem uznawanym na ogół za męski i nieprzystający kobiecie, ale przepracowała tyle lat w środowisku uznawanym za stricte męskie, że już jej tak zostało.

Była jedną z pierwszych kobiet w wydziale kryminalnym, co podkreślała często i dosadnie. Matylda nie miała pojęcia, czy to prawda. Nikt nie wiedział, ile szefowa ma lat – no, może poza kadrową, która nigdy nie pisnęła na ten temat ani słowa – ale na pewno ponad pięćdziesiąt. Salomea, chwaląc się dwudziestopięcioletnim stażem w policji, powinna brać pod uwagę fakt, że niektórzy potrafią dodawać. A jak doliczyć do tego jeszcze czas prowadzenia biura detektywistycznego, wychodziło co najmniej pięćdziesiąt pięć lat. Jeżeli zaczęła służbę w latach osiemdziesiątych dwudziestego wieku, mogło tak być.

 

– No cóż… Może ma pani na myśli inteligencję emocjonalną? Składa się na nią szereg czynników, jak empatia, perswazja, przywództwo, współpraca, umiejętność czytania mowy ciała i… Eee – Matylda się zająknęła.

Spojrzenie, którym przeszyła ją Salomea, było jednoznaczne. Matylda uznała, że nie ma co wychylać się z literaturą fachową, ale przecież inteligencja emocjonalna naprawdę istniała i młoda kobieta już jakiś czas temu doszła do wniosku, że to właśnie ta sfera odpowiada za jej sukcesy i porażki. Albo rozszczepienie osobowości. Szefowa stukała długimi, pomalowanymi krwistym lakierem paznokciami o blat biurka.

– Zajmie się pani tymi pieprzonymi ogródkami – zadecydowała.

– Oczywiście – powiedziała zaskoczona Matylda.

Czyżby jednak ktoś zapłacił agencji za pomoc w sprawie, która na pozór nie rokowała żadnych pieniędzy?

– W wolnym czasie.

– Oczywiście. – Z trudem utrzymała neutralny wyraz twarzy. Honorarium jednak nie będzie.

– Może pani korzystać z naszego sprzętu.

– Dziękuję!

Ostatnio Salomea też się zgodziła na wypożyczenie sprzętu, a potem zmieniła zdanie. Teraz zmieniła je ponownie, może jednak ma serce.

– Ale jak coś pani zginie albo się uszkodzi, pokryje pani koszty z własnej kieszeni.

– Aha… – Jakżeby inaczej, pomyślała kąśliwie.

– A żeby miała pani z czego pokryć ewentualne szkody, dostanie pani zlecenie.

Ton, którym szefowa to powiedziała, nie wróżył nic dobrego.

– Mimo niekonwencjonalnych metod działania widzę w pani potencjał.

– Naprawdę? To znaczy…

– Nie byłabym dobrym przywódcą tego stada, gdybym nie potrafiła tego wykorzystać.

– …bardzo się cieszę… – udało jej się dokończyć poprzednie zdanie.

– Co nie znaczy, że panią lubię, rozumiemy się? – Salomea nie zwracała uwagi na jej słowa, jak miała to w zwyczaju.

– W zupełności.

Znikomej wartości komplement, ale przynajmniej nie pogadanka na temat przecierania przez nią szlaków w tym zawodzie innym kobietom. I szefowa dotąd jeszcze nie wytknęła jej braku umiejętności dowodzenia, małomiasteczkowej naiwności oraz paru innych deficytów, o których Matylda po wielekroć słyszała. To zawsze jakiś postęp.

– Na koniec tylko wspomnę, że wzięcie pod skrzydła tych staruszków to kolejny przykład pani naiwności i małomiasteczkowej mentalności.

A jednak, pomyślała, zero postępu.

– Zjedzą panią żywcem. To pokolenie, które przeżyło więcej niż pani i nie da sobie w kaszę dmuchać. Wiem, co mówię, a pani wkrótce się dowie.

– No cóż…

– Proszę zabrać Mareczka – sucho poleciła jej Salomea.

Mareczek był uzdolnionym technikiem, detektywem bez licencji, co sprowadzało go do oficjalnej roli asystenta. Wysoki, przystojny mężczyzna krył twarz pod krzaczastym zarostem, by szefowa nie wpadła na pomysł wykorzystania go jako wabika na inwigilowane kobiety, a po ostatniej wpadce w ramach kary został zdegradowany do roli pomocnika Matyldy.

– Mareczek nadal ma karę? – zdziwiła się detektyw Dominiczak.

– Nie nadal, tylko znów.

– Za co?

– Chce pani Mareczka czy nie?

– Chcę. – Tego była pewna.

Pomoc Mareczka była nieoceniona, choćby i była to współpraca pełna niechęci. Zdarzały się między nimi nieporozumienia, ale ona miała chęci i pomysły, a on doświadczenie. To doskonale działało.

– Pomoże mu pani w nowej sprawie.

– Oczywiście. Jaka to…

– Won mi stąd.

– Tak jest – oświadczyła służbiście Matylda i niezwłocznie opuściła gabinet, nie mając zielonego pojęcia, jaką sprawę otrzymała.

Założyła jednak słusznie, że Mareczek dostał ją przed nią i z pewnością czyni jakieś przygotowania. Nie myliła się. Siedział w pokoju technicznym i tępo spoglądał w monitor komputera. Sprawa musi być wyjątkowa nudna, uznała, ale postanowiła nie dokładać koledze, któremu już dołożono tego dnia, a znając szefową, wielokrotnie. Leżącego się nie kopie, czy jakoś tak.

– Dzień dobry – przywitała go pogodnie. – Co zrobiłeś smokowi?

Mareczek nie odezwał się słowem.

Ogłuchł? – pomyślała.

Nie, po prostu cię ignoruje.

Tak, jasne, bo ją da się ignorować, zachichotało coś złośliwie w myślach.

Zignorowała wewnętrzne głosy, które na ogół nie prowadziły rozmowy między sobą. Głos jej doradzał, a głosik dokuczał, ale na ogół robiły to oddzielnie. Jej podświadomość zaczynała się rozwijać. Jak tak dalej pójdzie, zacznę przewidywać pogodę albo liczby w totka, pomyślała z przekąsem, i dokładnie takim samym tonem odezwała się do Mareczka:

– Nie ciesz się tak, bo ogon ci odpadnie od merdania.

– Ostatnim razem omal nie zostałem pobity, zastrzelony, zgwałcony i wylądowałem u ciebie z megakacem – odparł z urazą. – Pewnie, że się cieszę. Przecież mogło być gorzej. Mogłem być trupem.

– Z tym gwałtem to lekka przesada – zignorowała jego marudny ton. – A kaca miałeś na własne życzenie. Trzeba było nie pić na pusty żołądek. I niby kiedy twoje życie było zagrożone?

Spojrzał na nią ponuro, po czym znów skierował wzrok na monitor. Mareczek miał focha. Nie pierwszy i nie ostatni raz, ale w przeciwieństwie do mężczyzn zwalających kobiece dąsy na zespół napięcia przedmiesiączkowego ona nie mogła przypisać koledze tego stanu.

– To co jej zrobiłeś?

– Nie twoja sprawa – stwierdził sucho. – Co dla mnie masz?

– Myślałam, że to ty masz coś dla mnie.

– Ja? A niby skąd?

– Salomea pozwoliła mi zająć się w wolnym czasie działkowiczami, a resztę mojego czasu ma zająć mi sprawa prowadzona wspólnie z tobą. Więc? Co to za sprawa?

– Nie powiedziała ci… – ni zapytał, ni to skomentował posępnym tonem.

– O czym?

Spojrzał na nią zbolałym wzrokiem, po czym wlepił oczy we własne paznokcie, krótko przycięte, jak na profesjonalnego informatyka przystało.

– Przypomnij mi, dlaczego nie rzucę tej roboty w cholerę i nie poszukam czegoś dla normalnych ludzi?

– Godziny pracy.

– Tak, nienormowane. Sama radość.

– Płaca.

– Jak mi nie obetnie godzin albo premii.

– Różnorodność.

– Pogadamy za pięć lat. Zmieniać się będą tylko nazwiska. Nie sprawy.

– Współpracownicy?

– Dlatego praca z tobą to moja kara? Naiwniaczka – podsumował ją krótko.

Skrzywiła się w odpowiedzi. Dlaczego wszyscy posądzają ją o naiwność?

– No dobra – westchnął ciężko – mleko się wylało i wsiąka w panele. Inaczej określić się tego nie da. Zdaje się, że wyznanie win to część mojej kary. Dałem księgowości złe dane do faktury.

– To niech zrobią korektę.

– Korekta nic nie da. Facet nie istnieje. Przyjąłem zlecenie od nie wiadomo kogo i teraz nie mamy od kogo ściągnąć kasy. Muszę namierzyć faceta.

Nie rozumiała, jak mogło do tego dojść. Przecież firma ma swoje procedury. Umowa. Zaliczka w formie przelewu bankowego, by potwierdzić wiarygodność klienta. I przede wszystkim przyjmowaniem zleceń zajmuje się Salomea bądź któryś ze wspólników, a nie zatrudniani przez nią detektywi, a już na pewno nie asystenci i technicy.

– Dlaczego to ty przyjąłeś zlecenie?

– Chciałem zabłysnąć, żeby się uwolnić od ciebie, a zaliczyłem kolejną wtopę. Czy to wystarczający powód?

Matylda skrzywiła się ponownie. Musi uważać na mimikę, bo ten grymas jeszcze zostanie jej na stałe. Mareczek nadal jej nie wybaczył tego i owego, ale tak po prawdzie to on zawalił, a ona uratowała sprawę. Owszem, naraziła go na mało przyjemne sytuacje, ale taka robota. Ona, w przeciwieństwie do niego, nie mogła wysikać się pod latarnią ani w słoik w samochodzie. Z pewnością niedługo będzie miała problem z nietrzymaniem moczu, spowodowany zbyt długim jego wstrzymywaniem, albo odwodnienie, bo próbowała ograniczać płyny, by nie musieć siusiać. Mareczek nie powinien więc narzekać na warunki pracy, bo ona miała gorzej i nikomu nie mogła się poskarżyć. Facet przecież nie skarżyłby się na problemy z oddawaniem moczu w miejscach publicznych. Odsunęła od siebie te przemyślenia i przeszła do rzeczy.

– OK, jak trafiłeś na klienta?

– Przyszedł do biura. Nie było nikogo, kto mógłby się nim zająć, więc ja to zrobiłem. Robota była szybka, prosta, łatwa kasa.

– Jak się nazywa?

– Bartosz Paczałka, ale to nie jest jego prawdziwe nazwisko.

– Pewnie, inaczej nie byłoby problemu – stwierdziła Matylda, a widząc zbolałe spojrzenie kolegi, zapytała szybko: – Co miałeś dla niego zrobić?