Rozkwit magii

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Nie­stety.

Wstała i zabrała tale­rze do zlewu, żeby je umyć.

– Nie ma sensu pytać dla­czego, ale cią­gle do tego wra­cam – pod­jęła po chwili. – Dwa­dzie­ścia lat temu świat, jaki ty i mama zna­li­ście, się skoń­czył. Miliardy ludzi umarły straszną śmier­cią z powodu apo­ka­lipsy. My oca­le­li­śmy, tato, a teraz się nawza­jem zabi­jamy.

Odwró­ciła się, by na niego spoj­rzeć – na tego dobrego czło­wieka, który pomógł jej przyjść na świat, kochał ją i teraz ramię w ramię z nią wal­czył. Na żoł­nie­rza, który stał się far­me­rem, a dziś far­mera, który ponow­nie wiódł żywot żoł­nie­rza.

Pomy­ślała, że on wpraw­dzie nie ma zdol­no­ści magicz­nych, a jed­nak jest tym, co sym­bo­li­zuje świa­tło.

– Ty nie mia­łeś w sobie ani nie­na­wi­ści, ani stra­chu – powie­działa. – Przy­ją­łeś pod swój dach, a potem do swego życia, obcą osobę, do tego cza­row­nicę, na którą polo­wano. Mogłeś ją odpra­wić, i mnie w jej łonie, ale tego nie zro­bi­łeś. Dla­czego?

Simon pomy­ślał, że na to pyta­nie jest wiele odpo­wie­dzi.

– Była cudem, tak samo jak ty – wyja­śnił. – Świat potrze­bo­wał cudów.

Uśmiech­nęła się.

– Dosta­nie je, bez względu na to, czy jest na nie gotów.

Po śnia­da­niu oboje poje­chali do mia­sta, zabie­ra­jąc ze sobą Grace, żeby klacz zażyła tro­chę ruchu i nie czuła się samotna.

Po obu stro­nach drogi roz­cią­gały się wzgó­rza, latem zie­lone i poro­śnięte dzi­kimi kwia­tami. Czuła zapach świeżo zaora­nej, obsia­nej ziemi, sły­szała pokrzy­ki­wa­nia i szczęk metalu z koszar, w któ­rych tre­no­wali rekruci.

Z lasu wychy­nęło stadko jeleni i pod­sku­bu­jąc trawę, prze­szło wzdłuż stro­mej kra­wę­dzi pasma gór­skiego, gęsto poro­śnię­tego drze­wami. Niebo nad nimi miało znie­wa­la­jący kolor błę­kitu po noc­nej burzy.

Wijącą się ku mia­stu ser­pen­tynę drogi oczysz­czono już z porzu­co­nych samo­cho­dów i cię­ża­ró­wek. Z tru­dem odho­lo­wano je do pod­miej­skiego warsz­tatu samo­cho­do­wego, by tam je zre­pe­ro­wać lub roze­brać na czę­ści.

Fal­lon pomy­ślała, że więk­szość domów jest w dobrym sta­nie i zamiesz­kana. Te, któ­rych nie dało się ura­to­wać, tak jak pojazdy roze­brano na czę­ści. Drewno, rury, płytki, insta­la­cja elek­tryczna – ludzie zebrali wszystko, co mogło zostać powtór­nie wyko­rzy­stane. Na odzy­ska­nej ziemi, za sta­ran­nie napra­wio­nymi ogro­dze­niami pasło się bydło mię­sne i mleczne, kozy, owce, kilka lam i konie.

Za zakrę­tem drogi poczuła pul­so­wa­nie magii dobie­ga­jące z Tro­pi­ków, które jej mama pomo­gła stwo­rzyć. Rosły tam gaje cytru­sowe i oliwne. Były palmy, kawowce, pieprz oraz inne rośliny przy­pra­wowe. Dru­żyna, która aku­rat peł­niła wartę, prze­rwała pracę, żeby im poma­chać.

– Cuda – rzekł Simon.

Minęli punkt kon­tro­lny i wje­chali do Nowej Nadziei, którą kie­dyś w szczy­cie epi­de­mii zamiesz­ki­wały tylko duchy i śmierć. Teraz mia­steczko tęt­niło życiem: liczyło ponad dwa tysiące miesz­kań­ców. To oni zasa­dzili drzewo upa­mięt­nia­jące zmar­łych.

Spo­łeczne ogrody i szklar­nie, będące sceną dwóch bru­tal­nych ata­ków, na­dal dobrze się miały. Wspólna kuch­nia, którą mama zało­żyła jesz­cze przed jej naro­dzi­nami, codzien­nie ser­wo­wała posiłki.

W mie­ście funk­cjo­no­wała Aka­de­mia Magiczna imie­nia Maxa Fal­lona, nazwana tak na cześć jej zało­ży­ciela. Były także szkoły, ratusz miej­ski, sklepy pro­wa­dzące han­del wymienny, wzdłuż głów­nej ulicy stały domy, przy­chod­nia i biblio­teka. Kwi­tło życie odzy­skane dzięki litrom potu, deter­mi­na­cji, poświę­ce­nia.

Zasta­na­wiała się, czy to też nie jest jakimś rodza­jem cudu.

– Tęsk­nisz za farmą – zauwa­żyła, kiedy skie­ro­wali konie ku słup­kom i poidłom.

– Wrócę na nią.

– Tęsk­nisz za farmą – powtó­rzyła. – Opu­ści­łeś ją dla mnie, więc za każ­dym razem, gdy wjeż­dżam do Nowej Nadziei, cie­szę się, że wyje­cha­łeś z niej do dobrego miej­sca, w któ­rym miesz­kają dobrzy ludzie.

Zsia­dła z Grace i pogła­dziła ją, nim prze­ło­żyła lejce wokół belki mocu­ją­cej.

Pode­szła z ojcem do budynku, w któ­rym kie­dyś mie­ściła się szkoła pod­sta­wowa, a teraz przy­chod­nia Nowej Nadziei.

Z bie­giem czasu doko­nano w niej sporo zmian – Fal­lon cof­nęła się w cza­sie za sprawą krysz­tału, by zoba­czyć, jak się to wszystko zaczęło. W holu wej­ścio­wym stały krze­sła dla cze­ka­ją­cych na bada­nia i zabiegi. Był kącik z zabaw­kami i książ­kami zebra­nymi z porzu­co­nych domów.

Kil­koro malu­chów bawiło się kloc­kami – jeden trze­po­tał skrzy­deł­kami zachwy­cony ich ruchem. Nie­opo­dal sie­działa cię­żarna kobieta z dru­tami i mot­kiem na okrą­głym brzu­chu, dalej roz­wa­lony na krze­śle znu­dzony nasto­la­tek i zgar­biony sta­ru­szek, który chra­pli­wie oddy­chał.

Kiedy skrę­cili ku pomiesz­cze­niom admi­ni­stra­cyj­nym, w kory­ta­rzu po pra­wej zoba­czyli idącą śpiesz­nie Han­nah Par­soni – córkę bur­mi­strzyni, sio­strę Dun­cana i Toni. Na szyi miała zawie­szony ste­to­skop, w ręku tabliczkę z zaci­skiem na papiery.

Gęstą grzywę ciem­no­blond wło­sów zacze­sała do tyłu i spięła w długi kucyk. Jej oczy, i tak już barwy cie­płego brązu, roz­ja­śniły się na ich widok.

– Liczy­łam na to, że was tu spo­tkam – powie­działa i dodała: – Mamy pełne ręce roboty, więc długo nie poroz­ma­wiamy. Rachel skie­ro­wała mnie do umó­wio­nych pacjen­tów i miesz­kań­ców przy­cho­dzą­cych na dyżur, ale poma­ga­łam przy wstęp­nym segre­go­wa­niu ran­nych. Wszy­scy żyją. Część z tych, któ­rych ura­to­wa­li­ście…

Biło od niej współ­czu­cie, tak głę­bo­kie, że Fal­lon poczuła jego fale na skó­rze.

– Nie­któ­rzy z nich będą potrze­bo­wali dłu­giego lecze­nia i pomocy tera­peuty, ale nikt nie jest w sta­nie kry­tycz­nym. Lana… ona jest nie­sa­mo­wita. A jak Colin?

– Śpi – odpo­wie­dział jej Simon.

– Nie ma gorączki, zero infek­cji – dodała Fal­lon.

– Koniecz­nie prze­każ to mamie. Wie o tym, ale poczuje się lepiej, jak to usły­szy.

Jak zawsze tro­skliwa, Han­nah wycią­gnęła ręce i dotknęła ich oboje.

– Wyglą­da­cie na zmę­czo­nych.

– Może powin­nam…

Kiedy Fal­lon unio­sła dłoń do twa­rzy, Han­nah ją chwy­ciła i odsu­nęła.

– Urok? Wola­ła­bym, żebyś tego nie robiła. Powinni zoba­czyć twój wysi­łek. Powinni wie­dzieć, ile cię to kosz­tuje, jaka jest cena wol­no­ści. Powinni się prze­ko­nać, że ty też ją pła­cisz.

Uści­snęła dłoń Fal­lon i poszła dalej.

– Dzień dobry, panie Bar­ker, pro­szę wejść do gabi­netu, zoba­czymy i spraw­dzimy, co panu dolega.

– Mogę pocze­kać na leka­rza – wysa­pał tam­ten, wyraź­nie ziry­to­wany.

– Dobrze, ale może w gabi­ne­cie, przy­go­tuję pana na przyj­ście Rachel.

Fal­lon pomy­ślała, że dziew­czyna zamiast się obra­zić, uspo­kaja pacjenta, stara się go dobrze nastroić. Cała Han­nah, Han­nah, która od dzie­ciń­stwa uczyła się taj­ni­ków medy­cyny i szko­liła, by zostać lekarką. Od lat pra­co­wała w służ­bie medycz­nej pod­czas misji ratun­ko­wych.

Fal­lon zdała sobie sprawę, że cier­pli­wość jest po pro­stu jedną z postaci magii Han­nah.

W biu­rze zoba­czyła dziew­czynę, która szybko coś pisała na kom­pu­te­rze – tej umie­jęt­no­ści ona sama jesz­cze nie posia­dła w dosta­tecz­nym stop­niu. Musiała przy­po­mnieć sobie jej imię – ach, tak… April. Duszek, mniej wię­cej w jej wieku. Ranna pod­czas ataku w ogro­dach dwa lata temu.

Ataku, który przy­pu­ściła krew­niaczka Fal­lon, jej kuzynka, córka brata jej bio­lo­gicz­nego ojca i jego kobiety. Cała trójka to Mroczni Nie­sa­mo­wici, któ­rzy nade wszystko pra­gnęli jej śmierci.

Dziew­czyna pod­nio­sła wzrok i posłała jej pro­mienny uśmiech.

– Cześć. Szu­kasz Lany?

– Chcia­łam zoba­czyć ran­nych, to zna­czy tych, któ­rzy mają dość sił.

– Uwol­nieni więź­nio­wie, któ­rzy nie potrze­bują dal­szej pomocy lekar­skiej, są w sali gim­na­stycz­nej, a żoł­nie­rze roze­szli się do domów lub koszar. Reszta jest na oddziale. Jonah i Carol robią obchód, zaś Ray moni­to­ruje tych, któ­rym fizycz­nie nic nie dolega. Potrzebni byli dziś wszy­scy leka­rze. A teraz? – Uśmiech­nęła się tym swoim pro­mien­nym uśmie­chem duszka. – Rachel i Lana przyj­mują poród.

– Poród? – Fal­lon unio­sła w brwi w zdzi­wie­niu.

– Jedna z więź­nia­rek…

– Lis­san­dra Ye, zmien­no­kształtna, prze­mie­nia się w wilka – dokoń­czyła Fal­lon, która prze­czy­tała wszyst­kie raporty. – To chyba nie­mal osiem tygo­dni za wcze­śnie.

– Zaczęła rodzić w dro­dze tutaj. Nie zdo­łali zatrzy­mać akcji poro­do­wej. – April zaci­snęła usta, jakby nie chcąc dopu­ścić do tego, by ogar­nął ją nie­po­kój. – Przy­go­to­wali coś w rodzaju oddziału inten­syw­nej opieki nowo­rodka, na tyle, na ile mogli. Ale Rachel się mar­twi, cho­ciaż Jonah powie­dział, że nie widzi śmierci. Bo prze­cież zoba­czyłby ją, prawda? – April wyraź­nie potrze­bo­wała otu­chy. – Jonah by wie­dział.

Fal­lon potak­nęła i ruszyła dalej z Simo­nem.

– Śmierć to nie wszystko – powie­działa do niego cicho. – Lis­san­dra Ye prze­by­wała w tym wię­zie­niu czter­na­ście mie­sięcy. Gwał­cono ją i mimo ciąży na­dal pro­wa­dzono na niej eks­pe­ry­menty.

– Musisz zaufać swo­jej mamie i Rachel.

– Ufam im.

Skrę­cili w inny kory­tarz. Sale szkolne zamie­nione na zabie­gowe i ope­ra­cyjne, na gabi­nety i maga­zyny zapa­sów oraz leków.

Poród. Poło­żyła dłoń na drzwiach i poczuła utrzy­mu­jącą się na sta­łym pozio­mie moc. Jej matka. Usły­szała też spo­kojny głos Rachel i jęki rodzą­cej kobiety.

– Ufam – powtó­rzyła, a ponie­waż ten los znaj­do­wał się w ich rękach, poszła dalej do sto­łówki, którą zamie­niono na oddział dla pacjen­tów wyma­ga­ją­cych dal­szego lecze­nia lub obser­wa­cji.

 

Zasłony – zna­le­zione gdzieś lub utkane – oddzie­lały łóżka i sta­no­wiły dziw­nie wesoły zestaw kolo­rów i wzo­rów. Roz­le­gały się dźwięki pika­ją­cych moni­to­rów. Było ich zde­cy­do­wa­nie za mało dla tak dużej liczby pacjen­tów. Fal­lon wie­działa, że obsługa musi je w razie potrzeby prze­pi­nać.

Dostrze­gła Jonaha. Rów­nie zmę­czony co ona pod­łą­czał nową kro­plówkę.

– Zacznij od jego strony – zapro­po­no­wał Simon. – Ja pójdę do Carol.

Pode­szła zatem do Jonaha i nie­zna­jo­mej, która leżała na szpi­tal­nym łóżku. Miała zamknięte i mocno pod­krą­żone oczy. Jej skóra przy­brała szary ocień, a włosy – pra­wie gra­na­towe – zostały bru­tal­nie ścięte tuż przy skó­rze.

– Jak ona się czuje? – spy­tała Jonaha.

Potarł zmę­czone oczy.

– Odwod­niona, nie­do­ży­wiona, słaba, jak wszy­scy. Opa­rze­nia, stare i nowe, zaj­mują ponad trzy­dzie­ści pro­cent ciała. Zła­mano jej palce i tak zosta­wiono, żeby kości same się zro­sły. Twoja mama się już tym zajęła, uwa­żamy, że kobieta odzy­ska spraw­ność dłoni. Według doku­men­ta­cji prze­by­wała tam ponad sie­dem lat, a mało kto sie­dział tam tak długo.

Fal­lon zer­k­nęła na kartę. Naomi Rodri­guez, czter­dzie­ści trzy lata. Cza­row­nica.

– Reje­stry podają elfa, któ­rego wzięła pod opiekę.

– Dimi­tri – potwier­dził Jonah. – Nie zna swo­jego nazwi­ska ani go nie pamięta. Ma dwa­na­ście lat. Jest zdrów, jeżeli o kim­kol­wiek z nich można tak powie­dzieć. Osta­tecz­nie zgo­dził się pójść z grupą kobiet, które mogli­śmy wypu­ścić ze szpi­tala.

– Okej. Chcę…

Prze­rwała, kiedy kobieta otwo­rzyła oczy i wpa­trzyła się w nią. Oczy miała nie­mal tak ciemne jak ota­cza­jące je cie­nie.

– Jesteś Jedyną.

– Fal­lon Swift.

Kiedy kobieta zaczęła szu­kać jej dłoni, Fal­lon wzięła ją za rękę. Zdała sobie sprawę, że to nie ból fizyczny – ten uśmie­rzyli leka­rze. Ale cier­pie­nia psy­chicz­nego nie potra­fili ukoić.

– Mój chło­piec… – powie­działa cicho.

– Dimi­tri. Jest zdrów. Wkrótce się z nim spo­tkasz.

– Nie­długo go tu przy­pro­wa­dzimy – dodał Jonah. – Jak tylko będziemy mogli. Jest bez­pieczny, tak samo jak ty.

– Celo­wali w jego głowę, więc musia­łam z nimi pójść – wyja­śniła. – Powie­dzieli, że go pusz­czą, jeśli pójdę, ale kła­mali. Zawsze kła­mali. Odu­rzyli i mnie, i mojego chłop­czyka. A był prze­cież tylko dziec­kiem. Nie pozwa­lali mi się z nim zoba­czyć, lecz czu­łam go, sły­sza­łam. Dawali nam jakieś nar­ko­tyki, żeby­śmy nie odna­leźli w sobie mocy. Cza­sami kne­blo­wali, zawią­zy­wali oczy i trzy­mali przy­ku­tych. Trwało to godziny, może dni. Zabie­rali nas do tego sza­kala i jego dia­błów, żeby nas tor­tu­ro­wali. Nie­któ­rzy wyglą­dali na zawsty­dzo­nych, ale i tak nas tam zabie­rali. I wie­dzieli, co nam ten sza­kal robił.

Ponow­nie zamknęła oczy. Spod jej powiek wypły­nęły łzy i pocie­kły po policz­kach.

– Stra­ci­łam wiarę – powie­działa.

– To żaden wstyd.

– Chcia­łam zabi­jać, z początku nawet trzy­mało mnie przy życiu wyobra­ża­nie sobie, że ich zabi­jam. A potem chcia­łam już tylko umrzeć, chcia­łam, żeby to wszystko się skoń­czyło.

– Żaden wstyd – powtó­rzyła Fal­lon, a te udrę­czone oczy znowu na nią spoj­rzały.

– Ale ty przy­by­łaś, cho­ciaż w to nie wie­rzy­łam.

Fal­lon nachy­liła się.

– Widzisz mnie? Widzisz we mnie świa­tło?

– Świeci jak słońce.

– Ja widzę cie­bie, Naomi. Widzę w tobie świa­tło. – Kiedy kobieta potrzą­snęła głową, Fal­lon poło­żyła drugą dłoń na jej policzku i prze­ka­zała tro­chę swego świa­tła. – Przy­ga­sili je, ale widzę w tobie świa­tło. Widzę świa­tło, które lśniło i przy­jęło prze­ra­żo­nego chłopca, małego, zdez­o­rien­to­wa­nego, zroz­pa­czo­nego brzdąca, a potem dało mu dom. Widzę świa­tło, które było gotowe się dla niego poświę­cić. Widzę cię, Naomi. – Fal­lon zamil­kła. – Teraz odpo­czy­waj i nabie­raj sił – pod­jęła po chwili. – Przy­pro­wa­dzimy do cie­bie Dimi­triego.

– Będę wal­czyła przy tobie.

– Kiedy wyzdro­wie­jesz – powie­działa i prze­szła do kolej­nego łóżka.

Obchód zajął jej bli­sko dwie godziny. Żar­to­wała z żoł­nie­rzem, który twier­dził, że rana postrza­łowa i kop­niaki to nic wiel­kiego. Pocie­szała zroz­pa­czo­nych, uspo­ka­jała zdez­o­rien­to­wa­nych.

Zanim wyszła, zoba­czyła chłopca, chu­dziut­kiego o ciem­nej skó­rze, który przy­cup­nął na łóżku Naomi. Z waha­niem, ochry­płym od nie­uży­wa­nia gło­sem czy­tał jedną z ksią­żek dla dzieci, wziętą z pocze­kalni.

Wymknęła się na zewnątrz, żeby zaczerp­nąć tro­chę świe­żego powie­trza, i zoba­czyła, że jej ojciec zro­bił to samo, a teraz całuje mamę.

– Wie­cie, że nie bra­kuje wam wła­snego pokoju. Macie cały dom.

Lana zwró­ciła fioł­ko­wo­nie­bie­skie oczy na córkę i uśmiech­nęła się.

– A, jest i moja dziew­czynka. – Pode­szła szybko i mocno przy­tu­liła Fal­lon. – Jesteś taka zmę­czona.

– Nie ja jedna.

– Oj tak. – Odsu­nęła się. – Nikogo nie stra­ci­li­śmy. Dzięki bogini.

– Nawet wcze­śniaka?

– Tak. Było ciężko, ale w końcu udało mi się obró­cić dziecko. Rachel chciała unik­nąć cesar­skiego cię­cia, chyba że jed­nak miałby się rodzić poślad­kowo.

– On.

– Bren­nan. Kilo dzie­więć­dzie­siąt, czter­dzie­ści cen­ty­me­trów. Rachel na­dal go obser­wuje, ale jest zado­wo­lona i z małego, i z jej stanu. To twarda kobieta.

– Tak jak ty. Idź do domu, obej­rzyj Colina, a potem się prze­śpij.

– Taki mam plan. Zaraz przyjdą zmien­nicy. Wszy­scy wra­cajmy do domu.

– Muszę poroz­ma­wiać jesz­cze z ludźmi w sali gim­na­stycz­nej, a potem wrócę.

Lana ski­nęła głową i prze­cią­gnęła dłońmi po wło­sach.

– Zoba­czysz, że nie­któ­rzy z nich potrze­bują wię­cej czasu, żeby się zaakli­ma­ty­zo­wać. Katie zaj­muje się ich roz­lo­ko­wa­niem. Jest ich wielu, a więk­szość nie powinna jesz­cze miesz­kać sama.

– Mamy ochot­ni­ków, któ­rzy przyjmą część do sie­bie – zauwa­żył Simon.

– Ci w lep­szym sta­nie mogą zająć te miesz­ka­nia i domy, które przy­go­to­wa­li­śmy przed misją. Ale nie­któ­rzy będą chcieli odejść.

– Nie powinni, jesz­cze nie, ale…

– Poroz­ma­wiam z nimi – zapew­niła ją Fal­lon i popro­wa­dziła mamę do koni. – Chcesz try­mi­gnąć?

– Wła­ści­wie to prze­jażdżka dobrze mi zrobi.

Lana pocze­kała, aż Simon wsią­dzie na konia, po czym wycią­gnęła rękę i zna­la­zła się za nim, jakby – choć kie­dyś była rodo­witą nowo­jor­czanką – spę­dziła całe życie w sio­dle.

– Będziemy na cie­bie cze­kać w domu – powie­działa i wtu­liła się w plecy Simona, obej­mu­jąc go rękoma.

Kiedy odjeż­dżali, Fal­lon pomy­ślała o miło­ści. Może to jest naj­więk­szy cud? Czuć miłość, dawać ją, wie­dzieć, że jest się kocha­nym.

Wsko­czyła na Grace i poje­chała do budynku szkoły, mając nadzieję, że prze­kona tor­tu­ro­wa­nych, wyczer­pa­nych i udrę­czo­nych, żeby wie­rzyli.

Roz­dział drugi

ROZ­DZIAŁ DRUGI

Kiedy Fal­lon wró­ciła do domu, zoba­czyła, że ze stajni wycho­dzi Ethan, a za nim jak zwy­kle bie­gną dwa psy, Scout i Jem. Ostat­nio brat tak urósł, że patrzyła na niego ze zdzi­wie­niem. Dobrze pamię­tała dzień, w któ­rym się uro­dził – w domu, na tym samym wiel­kim łóżku, na któ­rym ona, Colin i Tra­vis przy­szli na świat.

Wydał wtedy z sie­bie krzyk, który brzmiał jak śmiech. Kiedy wzięła go po raz pierw­szy na ręce, spoj­rzał na nią tymi ciem­nymi oczyma nowo­rodka i przy­się­gła – na­dal jest o tym prze­ko­nana – że sze­roko się do niej uśmiech­nął.

Od czasu tego pierw­szego śmie­cho-krzyku był pogod­nym dziec­kiem, uko­cha­nym maleń­stwem całej rodziny. Fal­lon musiała jed­nak przy­znać, acz­kol­wiek z nie­chę­cią, że brat już nie jest dziec­kiem.

Cho­ciaż pozo­stał szczu­pły, na jego ciele zaczęły ryso­wać się mię­śnie. Po mamie miał kar­me­lowe włosy i śliczne nie­bie­skie oczy, wyglą­dało jed­nak na to, że wzrost odzie­dzi­czył po tacie, ponie­waż z dnia na dzień nie­omal przy­by­wało mu po kilka cen­ty­me­trów.

Zsia­da­jąc z konia, wyczuła od niego zapach stajni – na pewno wyrzu­cał gnój.

– Jak Colin? – zapy­tała.

– Mama mówi, że dobrze. Spał cały czas, kiedy jej i taty nie było. Pew­nie na­dal chra­pie. – Przyj­rzał się uważ­nie sio­strze, się­ga­jąc po wodze Grace. – Ty też powin­naś się poło­żyć.

– Tak zro­bię. A Tra­vis?

– Przy­szedł do domu tylko na chwilę, żeby spraw­dzić sytu­ację. Wziął na sie­bie zaję­cia z rekru­tami, które Colin miał pro­wa­dzić, więc zaraz musiał wra­cać.

Jej średni brat może nie cał­kiem stra­cił upodo­ba­nie do psot, ale można było na niego liczyć.

– Grace cie­szy się, że zabra­łaś ją na prze­jażdżkę – powie­dział Ethan, który zdo­łał rów­no­cze­śnie pogła­skać i psy, i konia. Kiedy cho­dziło o zwie­rzęta, dosko­nale rozu­miał ich myśli, uczu­cia i potrzeby. To był jego dar. – Teraz liczy na mar­chewkę.

– Naprawdę?

Fal­lon wyobra­ziła sobie ogród, rzędy mar­che­wek, poma­rań­czowe włócz­nie w ziemi, sprę­ży­ste zie­lone pęki nad nią. Wybrała jedną z nich, pozwo­liła ufor­mo­wać się sło­wom w myślach i pstryk­nęła pal­cami.

I nagle miała w dłoni świeżo wyrwaną mar­chewkę. Ethan zaśmiał się ser­decz­nie.

– Dobre.

– Pra­co­wa­łam nad tym. – Fal­lon otarła warzywo o spodnie na udzie i podała swo­jej kocha­nej, wier­nej kla­czy.

– Opo­rzą­dzę ją – zapro­po­no­wał Ethan. – Prze­śpij się tro­chę, Fal­lon. Mama kazała ci powie­dzieć, że jeżeli będziesz głodna, to zostało tro­chę maka­ronu z sosem. Oni też padli.

– Okej. Dzięki, Ethan.

Odcho­dził już z Grace, gdy naraz zatrzy­mał się jesz­cze na chwilę.

– Kiedy Eddie wró­cił, aku­rat poma­ga­łem Fred na far­mie. Powie­dział, że to, co tam robiono ludziom, któ­rych ura­to­wa­li­ście, było potwor­no­ścią. Tak to nazwał.

– Tak. To bar­dzo trafne okre­śle­nie.

– Widział tam małe dzieci.

– Ow­szem. Teraz są bez­pieczne i wolne, i nikt ich nie skrzyw­dzi.

Te śliczne nie­bie­skie oczy, tak bar­dzo podobne do mat­czy­nych, się zachmu­rzyły.

– Ni­gdy tego nie zro­zu­miem, wiesz? Ni­gdy nie zro­zu­miem, jak można być pod­łym.

Idąc do domu, pomy­ślała, że dla Ethana pierw­szym i ostat­nim wybo­rem zawsze będzie życz­li­wość. Nie cier­piała tego, że każ­dego dnia szko­lił się do wojny.

Zasta­no­wiła się nad maka­ro­nem, ale uznała, że jest bar­dziej zmę­czona niż głodna, więc poszła pro­sto na dół do sie­bie.

I zastała Colina cze­ka­ją­cego na nią w pokoju roz­ry­wek. Naj­wy­raź­niej obu­dził się głodny, ponie­waż na stole stały puste miska, talerz i kubek.

Dobry znak, podob­nie jak kolo­ryt jego cery i jasne spoj­rze­nie orze­cho­wych oczu.

– Jak ręka? – spy­tała.

Wzru­szył ramie­niem zdro­wej i uniósł tę na tem­blaku.

– Dobrze. Mama mówi, że do końca dnia, a może i jutro muszę nosić to głu­pie coś, żebym nie szarp­nął ręką i cze­goś nie nade­rwał. Strasz­nie upier­dliwe.

– Ona będzie jesz­cze bar­dziej upier­dliwa, jeżeli coś nade­rwiesz.

– Noo, tak. – Może i był nie­ustra­szo­nym żoł­nie­rzem, ale nie na tyle głu­pim, żeby prze­ciw­sta­wiać się mamie. – Nie­zła bitwa, co?

Pozwo­liła mu się wyga­dać. Potrze­bo­wał tego, tak jak więk­szość męż­czyzn i kobiet, któ­rych odwie­dziła w przy­chodni.

– My wła­ści­wie sprzą­ta­li­śmy, wiesz? – kon­ty­nu­ował. – Byli­śmy zaraz za nimi, Fal, tuż za nimi. Ty wtedy byłaś aku­rat w sali tor­tur, tak? Eddie powie­dział, że tam jesteś.

Cho­dził, kiedy mówił – dobrze rozu­miała ten ner­wowy zwy­czaj, bo czę­sto robiła tak samo.

– Więc kilka dusz­ków zaj­mo­wało się zam­kami do cel, bo mie­li­śmy wszystko pod kon­trolą, tak? Sły­chać było, jak część więź­niów nafa­sze­ro­wa­nych pro­chami woła o pomoc. A dzie­ciaki pła­kały. Jezu­sie. – Prze­rwał na moment. – Jezu­sie, te dzieci. Na to się nie można uod­por­nić. W każ­dym razie ten koleś pada na kolana, pod­nosi ręce. Nie będę zała­twiał gościa, który się pod­daje, więc pod­cho­dzę, żeby zabrać mu broń, a ten, wyobraź sobie, wszystko kła­dzie przed sobą. Ooo, myślę sobie. I, cho­lera, Fal­lon, zastrze­lił go jeden od nich, a mnie postrze­lił, zanim zdą­ży­łem go zała­twić.

Colin, praw­dziwy żoł­nierz, który miał praw­dziwą kom­pa­nię braci – i sióstr – w woj­sku, czuł taki wstręt, że aż trząsł się z wście­kło­ści.

 

– Zastrze­lił swo­jego. Wła­snego, nie­uzbro­jo­nego czło­wieka. Kto tak, kurwa, robi?

– Żar­liwi wyznawcy – odparła krótko. – Nie możesz lek­ce­wa­żyć żar­li­wych wyznaw­ców.

– No, nie wiem, w co ten skur­wiel wie­rzył, ale ja wie­rzę, że teraz smaży się w pie­kle. Zastrze­lił swo­jego żoł­nie­rza, czło­wieka, który miał pod­nie­sione ręce. Nie sta­no­wił żad­nego zagro­że­nia. Tak czy ina­czej zała­twi­li­śmy ich. – Znowu wzru­szył jed­nym ramie­niem. – Roz­ma­wia­łaś z Cla­ren­cem?

– Tak. Ma się cał­kiem nie­źle.

– Dobrze. To dobrze. Widzia­łem, jak dostaje kulkę, ale nie mogłem do niego dotrzeć.

– Więk­szość z naszych ran­nych opa­trzono i zwol­niono. Parę osób musi spę­dzić wię­cej czasu w przy­chodni, ale wyliżą się, nic im nie będzie.

– Tak, mama też to mówiła. Chyba wybiorę się do mia­sta prze­ko­nać się na wła­sne oczy.

– Powiedz Etha­nowi, żeby prze­ka­zał to mamie i tacie, w razie gdy­bym na­dal spała.

– Jasne. – Jedną ręką zebrał naczy­nia i posta­wił jedno na dru­gim. A potem ich spoj­rze­nia się spo­tkały i popa­trzyli na sie­bie jak żoł­nie­rze.

– To była dobra misja. Uwol­ni­li­śmy trzy­sta trzy­dzie­ści dwie osoby.

– Trzy­sta trzy­dzie­ści trzy – popra­wiła. – Jedna kobieta wła­śnie uro­dziła dziecko.

– Serio? – Uśmiech­nął się sze­roko. – Ale czad. Na razie.

Poszła do swo­jego pokoju, a on ruszył na górę. Pomy­ślała, że został wycho­wany na far­mera, kochał koszy­kówkę, prze­chwałki i znaj­do­wa­nie małych skar­bów. Kie­dyś twier­dził, że zosta­nie pre­zy­den­tem. Ale nie zosta­nie. Był i zawsze będzie żoł­nie­rzem, i to cho­ler­nie dobrym.

Roze­brała się do naga i wło­żyła chło­pięce bok­serki oraz za duży T-shirt, który zna­la­zła gdzieś lata temu i uży­wała do spa­nia. Po nie­zli­czo­nych pra­niach wize­ru­nek męż­czy­zny z gitarą zbladł i przy­po­mi­nał teraz ducha. Tata nazy­wał go Bos­sem, powie­dział, że to był – albo jest, kto wie – rodzaj roc­ko­wego tru­ba­dura.

Nie miała żad­nego talentu muzycz­nego, ale wie­działa, jak to jest być bos­sem.

Poło­żyła się do łóżka, dzię­ku­jąc bogom, że nikt z tych, któ­rych kocha, ani tych, któ­rymi dowo­dzi, nie zgi­nął. A jako że głosy, opo­wie­ści i kosz­mary tych, któ­rych pomo­gła oca­lić, roz­brzmie­wały jej w gło­wie wraz z ich oba­wami, wdzięcz­no­ścią i łzami, naka­zała je sobie odciąć.

I zasnąć.

* * *

Obu­dziła się w świe­tle księ­życa, czu­jąc w powie­trzu jesienny chłód. Tuż nad zie­mią uno­siła się mgła, wąską smużką wijąc się pomię­dzy kamien­nym krę­giem. Szron poły­ski­wał na wyso­kich tra­wach pola niczym dia­men­ciki.

Dalej roz­cią­gał się las, który skrzy­piał i szu­miał na wie­trze.

– Noo. – Obok niej Dun­can prze­cze­sy­wał wzro­kiem pole i las, a potem obró­cił się i spoj­rzał na nią ciem­no­zie­lo­nymi oczyma. – Tego się nie spo­dzie­wa­łem. Wcią­gnę­łaś mnie?

– Nie wiem.

Nie widziała go od pra­wie dwóch lat, z wyjąt­kiem tej krót­kiej chwili, gdy try­mi­gnął do Nowej Nadziei, żeby zdać rela­cję. Wie­działa, że ma przy­je­chać na Boże Naro­dze­nie zoba­czyć się z rodziną. Tonia o tym wspo­mniała.

W paź­dzier­niku miną dwa lata, odkąd wyje­chał po bitwie w ogro­dach. Stra­cił wtedy przy­ja­ciela, któ­rego trak­to­wał jak brata. I to wów­czas Fal­lon poważ­nie raniła wuja, który jesz­cze przed jej naro­dzi­nami zabił swo­jego brata, a jej bio­lo­gicz­nego ojca. Gdy czarny mag został strą­cony na zie­mia, Simon Swift go dobił.

Dun­can wyje­chał szko­lić żoł­nie­rzy i pra­co­wać z Mal­lic­kiem, jej nauczy­cie­lem, w odle­głej bazie – oboje potrze­bo­wali czasu i prze­strzeni.

– Noo – powtó­rzył. – Skoro już tu jeste­śmy. – Trzy­mał dłoń na ręko­je­ści mie­cza, kiedy mówił. Na nowo objął wzro­kiem las, cie­nie nocy. – Sły­sza­łem, że misja ratun­kowa poszła świet­nie. Ura­to­wa­li­ście dużo ludzi – dodał, zer­ka­jąc na nią. – Mogli­śmy pomóc.

– Było nas wystar­cza­jąco dużo. Będą kolejne. Ty…

Zauwa­żyła, że albo zapu­ścił włosy, albo nie chciało mu się ich pod­ci­nać. Krę­ciły się na koł­nie­rzu kurtki. Nie chciało mu się rów­nież golić, na jego twa­rzy – na moc­nej, kan­cia­stej szczęce – był kil­ku­dniowy zarost.

Żało­wała, że tak dobrze wygląda. Żało­wała, że czuje tę… potrzebę bycia przy nim.

– Ja…? – spy­tał zachę­ca­jąco.

– Jestem zdez­o­rien­to­wana. Nie podoba mi się to. – Usły­szała pode­ner­wo­wa­nie w swoim gło­sie, ale nie dbała o to. – Może to ty mnie w to wcią­gną­łeś.

– Nie wiem. Tak czy ina­czej to nie było celowe. U mnie był letni wie­czór. Sie­dzia­łem w swoim pokoju i roz­my­śla­łem nad tym, że na koniec dłu­giego dnia napiję się piwa. Mamy w bazie cał­kiem dobrze dzia­ła­jący bro­war. A ty?

Naka­zała sobie spo­kój i odpo­wie­działa w podob­nym tonie.

– Lato, dzień po misji ratun­ko­wej. Dopiero co wró­ci­łam do domu. Spa­łam. Moż­liwe, że już jest wie­czór.

– Okej, to praw­do­po­dob­nie nie prze­nie­śli­śmy się w cza­sie. Ale tu nie ma lata. Jeste­śmy na ziemi Mac­Le­odów, na tere­nie krew­nych mojej mamy. To pierw­sza tar­cza, ta, którą znisz­czył mój dzia­dek.

– To ciem­ność znisz­czyła tar­czę. Chło­piec i męż­czy­zna, któ­rym się stał, był tylko narzę­dziem. Nie­win­nym.

Jej głos się zmie­nił, nabrał głęb­szej barwy, co sygna­li­zo­wało nad­cho­dzącą wizję. Zmie­niła się, pra­wie jarzyła teraz świa­tłem. Widział to już wcze­śniej.

– No i znowu to samo – mruk­nął.

– Jesteś jego krwi, Dun­ca­nie, potomku Mac­Le­odów. Ja jestem jego krwi, bo jeste­śmy potom­kami Tuatha de Danann. Tak jak nasza krew i piętno krwi tego, co czeka, otwo­rzyły tę tar­czę na magię, jasną i ciemną, tak krew zamknie ją ponow­nie.

– Czyja?

– Nasza.

– Ha, no to do roboty. – Wycią­gnął nóż z pochwy przy pasku i przy­szy­ko­wał się do nacię­cia wnę­trza dłoni.

– Jesz­cze nie! – Chwy­ciła go za ramię i poczuł jej moc, prze­pły­wa­jącą przez niego i pul­su­jącą. – Ryzy­ku­jesz otwar­cie wszyst­kiego, ryzy­ku­jesz kres wszyst­kiego. Głód i potop, wypa­lona zie­mia i popioły świata. Tyle jesz­cze nadej­dzie. Magia nabiera mocy, świa­tło i ciem­ność, ciem­ność i świa­tło. Burze mącą powie­trze, mie­cze tną.

Teraz poło­żyła mu dłoń na sercu, tak że poczuł zbyt wiele.

– Jestem z tobą, w bitwie, w łóżku, w życiu, w śmierci – powie­działa. – Ale nie tej nocy.

Każdy mię­sień w jego ciele zadrżał, kiedy jej oczy, pociem­niałe od wizji, spoj­rzały na niego.

– Sły­szysz wrony? – cią­gnęła.

Pod­niósł wzrok i zoba­czył krą­żące nad nimi ptaki.

– Tak.

– Cze­kają, zło czeka, my cze­kamy. Ale już nie­długo.

– Nie mogę się docze­kać – wymam­ro­tał.

Uśmiech­nęła się do niego i w jej spoj­rze­niu było coś szel­mow­skiego, uwo­dzi­ciel­skiego i peł­nego mocy.

– Myślisz o mnie.

– Myślę o wielu spra­wach. – Boże, śli­nił się, gdy na nią patrzył. – Może powin­naś wyjść z tego transu.

– Myślisz o mnie… – powtó­rzyła i prze­su­nęła dłońmi w górę po jego klatce pier­sio­wej, aż splo­tła mu palce na karku. – I o tym.

Przy­lgnęła do niego całym cia­łem, jej wargi musnęły jego usta raz, drugi. Draż­niąco, kusząco. I ten jej cho­lerny, gar­dłowy śmiech. Bolało go wszystko naraz, i chciał, potrze­bo­wał wię­cej, niż był w sta­nie znieść.

– Do dia­bła. Do dia­bła ze wszyst­kim.

Teraz w jej śmie­chu zabrzmiała trium­falna nuta, gdy przy­jął ofe­ro­wane usta.

Sma­ko­wała dzi­ko­ścią, któ­rej pożą­dał. Natura i wol­ność, to, co nie­znane, to, co od zawsze znane. Zde­spe­ro­wany prze­su­nął dłońmi w górę jej ciała, objął ją – wresz­cie – i prze­chy­lił głowę, pogłę­bił poca­łu­nek.

Wrony krą­żyły nad ich gło­wami, kamie­nie uno­siły się we mgle, wiatr grał swą sza­leń­czą muzykę na polu i w lesie.

Napie­rał na nią mocno, bicie jego serca przy­po­mi­nało trza­ski pio­runa i pocią­gnąłby ją na tę pokrytą szro­nem zie­mię, a potem wziął u wrót zagłady.

Lecz nagle go ode­pchnęła i obu­rzona pra­wie prze­wró­ciła, nagłym wyrzu­tem mocy.

– Co ty do cho­lery wypra­wiasz? – spy­tała sta­now­czo. – Uwa­żasz, że poja­wi­li­śmy się tutaj, żebyś się do mnie przy­sta­wiał i…

– Nie wiem, dla­czego się tu zna­leź­li­śmy – wyją­kał – ale nie zwa­lisz tego na mnie. To ty zaczę­łaś. Ty się do mnie przy­sta­wia­łaś.