W ukryciuTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

ROZDZIAŁ 4

Zadziałało, dokładnie tak, jak zapowiedziała CiCi. Chociaż Simone miała wrażenie, że to jakiś dziwaczny sen z rodzaju tych, które miewała, nie będąc ani w pełni obudzoną, ani głęboko śpiąc. Wszystko wydawało się jednocześnie wyraziste i nieostre, a dźwięki dochodziły z jakiegoś rozbrzmiewającego echem tunelu.

Kiedy jednak CiCi zaprowadziła ją na OIOM, serce Simone zaczęło bić tak głośno i szybko, jakby było zamknięte w ściśniętych dłoniach. To poczucie cofnęło ją w czasie do kabiny w toalecie, gdzie w przerażeniu kucała z rozładowanym telefonem.

– CiCi.

– Oddychaj. Wciągaj powietrze nosem, jakby twój brzuch był balonem, który nadmuchujesz, a potem znów wypuszczaj je nosem, jakbyś je z niego spuszczała. Wdychaj i wydychaj – mówiła łagodnym tonem, jednym ramieniem obejmując Simone w pasie. – Tak jest. Już nic ci nie jest. Z Mi wszystko będzie dobrze, więc oddychaj dla niej. Spójrz, tam jest Nari.

Nari, blada ze zmęczenia, z podkrążonymi oczami, wstała i podeszła do nich.

– Rodzice są u Mi. Lekarz powiedział, że wkrótce przeniosą ją na oddział terapii półintensywnej, może jeszcze dzisiaj, bo jej stan się poprawił.

– Jest lepiej? – Simone poczuła, że się dławi. – Naprawdę lepiej?

– Tak, zapewniam. Wygląda… – Nari zacisnęła usta, które zaczęły drżeć. – Jest bardzo słaba, ale już jest lepiej. Musieliśmy jej powiedzieć o Tish. Bardzo chce cię zobaczyć, Simone.

– Nari, kochanie, byłaś tu całą noc? – zapytała CiCi.

– Dziadkowie zabrali mojego brata do domu. Ja zostałam z rodzicami. Nie mogliśmy jej zostawić.

– Przyniosę ci kawę. A może herbatę? Jakiś napój?

– Będę wdzięczna za kawę.

– Simone, posiedź z Nari. Nari, kiedy twoi rodzice wyjdą od Mi, wszyscy troje powinniście pojechać do domu i trochę się przespać. Simone i ja tu zostaniemy. Zaczniemy się zmieniać, żeby ktoś zawsze tutaj był. Na razie usiądź.

– Nie wiem, czy pojadą – powiedziała Nari, kiedy CiCi poszła po kawę.

– CiCi ich przekona. Jest w tym dobra. – Żeby być silną dla Mi, trzeba zacząć od razu, pomyślała Simone, prowadząc Nari z powrotem w stronę krzeseł. – Będziemy się zmieniać, żeby Mi nigdy nie była sama.

– Ona pamięta. W każdym razie trochę. Policja rozmawiała z nią dziś rano. Lekarz pozwolił im wejść na kilka minut. A ty rozmawiałaś z policją?

– Dzisiaj nie. Jeszcze nie.

CiCi wróciła z colą dla Simone i kawą dla Nari.

– Dużo śmietanki i mało cukru, tak?

– Tak. – Nari zdołała się uśmiechnąć. – Pamiętałaś.

– Mam to zamknięte tutaj. – CiCi postukała się palcem w skroń i usiadła. – Przez kilka lat od czasu do czasu jeździłam z muzykami w trasę i zajmowałam się sprzętem. Uczysz się wtedy zapamiętywać, jaką kto lubi kawę, jaki alkohol i seks.

– CiCi.

– Takie jest życie, moje dziewczyny. Widujesz się z kimś, Nari?

Simone nie wiedziała, jak jej babka to robi, ale rozumiała powód. Z koszmaru przeniosła Nari do normalności. Simone podejrzewała, że w ciągu trzech minut dowiedziała się więcej o chłopaku, z którym Nari zaczęła się spotykać, niż wiedzieli o nim Mi czy ich rodzice. Irlandczyk z pochodzenia i katolik z Bostonu, który jeszcze dziś ruszył w drogę, żeby się z nią zobaczyć.

Kiedy pojawili się mama i tata Mi, CiCi wstała i podeszła, by szybko objąć każde z nich. Simone zauważyła, że podczas ich szeptanej wymiany słów pani Jung ze łzami w oczach obejrzała się na drzwi, ale CiCi nie przestawała mówić cichym, kojącym tonem.

To jest jak sen, pomyślała Simone, kiedy w ciągu paru minut Jungowie zgodzili się na trochę wrócić do domu.

Kiedy to załatwiła, CiCi znów usiadła i poklepała Simone po kolanie.

– Nie wydaje im się, że będą spać, ale zasną. Ciało i umysł muszą się zregenerować, a umysł pokieruje ciałem.

– Nie wiedziałam, że Nari ma prawdziwego chłopaka.

– Sądzę, że ona też tego nie wiedziała, dopóki nie powiedział, że rzuca wszystko i przyjeżdża, żeby być przy niej. A teraz chcę, żebyś wytworzyła silne, pozytywne myśli.

Poruszając palcem w powietrzu, CiCi spojrzała na Simone porozumiewawczo oczami, które ta uważała za złociste, a które w rzeczywistości miały ten sam odcień, co jej własne.

– I nie myśl, że nie widzę tego uśmieszku, który posyłasz mi po cichu w głowie. Mimo wszystko wytwórz te myśli. Będziecie razem płakać, ale płacz jest uzdrawiający, choćby teraz na to nie wyglądało. Wysłuchasz jej, wszystkiego, co zechce powiedzieć. I o cokolwiek zapyta, nie będziesz ukrywać przed nią prawdy, bo jeśli teraz zawiedziesz wasze wzajemne zaufanie, możecie już nigdy go nie odzyskać.

– Nie chcę mówić niczego, co pogorszy sprawę.

– Już jest zła i przechodzicie przez to razem. Musicie być ze sobą szczere. Teraz jest przy niej pielęgniarka. Idź zobaczyć się ze swoją siostrą, kochanie. Bądź silna i dzielna.

Simone nie czuła się silna ani dzielna, nie z tym szumem w głowie i uciskiem w piersi. Skinęła głową pielęgniarce, ale tak naprawdę nie zrozumiała, co ta do niej powiedziała.

Zrobiło się jeszcze gorzej, kiedy przez szybę zobaczyła Mi.

Mi wydawała się taka maleńka, tak bardzo chora. Słaba, tego słowa użyła Nari, ale w oczach Simone Mi wyglądała na rozbitą. Jak coś kruchego, co spadło i się roztrzaskało.

Gdy ich spojrzenia się spotkały, ze zmęczonych oczu Mi popłynęły łzy.

Simone nie pamiętała, jak tam weszła. Czy pielęgniarka powiedziała jej, żeby nie dotykała Mi. Ale musiała to zrobić, musiała.

Przycisnęła policzek do policzka Mi, chwyciła ręce, które zdawały się wątłe jak skrzydełka ptaka.

– Myślałam… Bałam się, że mnie okłamali. – Głos Mi, wątły jak jej ręce, dławiło łkanie. – Bałam się, że ty też zginęłaś, a oni mi tego nie mówią. Bałam się…

– Nie zginęłam. Jestem tu. Nie zostałam ranna. Nie było mnie tam. Wyszłam…

Simone słyszała siebie – i słyszała głos CiCi: „Wysłuchaj jej”.

– Czy Tish naprawdę nie żyje?

Z policzkiem wciąż opartym na policzku Mi, Simone skinęła głową.

Rozpłakały się obie. Drobne ciało Mi drżało w jej objęciach.

Simone przesunęła się, usiadła na brzegu łóżka i wzięła Mi za rękę.

– Wszedł tam. Z początku go nie widziałam. Potem usłyszeliśmy strzały i krzyki, ale to się stało bardzo szybko i nie wiedzieliśmy, co się dzieje. Tish zapytała: „Co się dzieje?” i wtedy… – Mi zamknęła oczy. – Mogę dostać trochę wody?

Simone sięgnęła po kubek z wygiętą słomką i przytrzymała go, by Mi mogła się napić.

– Zastrzelił ją. Simone, zastrzelił ją, a ja poczułam ten… ten straszny ból. Tish opadła na mnie, a raczej się na mnie przechyliła, i poczułam jeszcze większy ból, a ona… nie wiem… drgała. Simone, on wciąż do niej strzelał, a ona była nade mną, więc zginęła. Ja nie. Uratowała mnie. Powiedziałam to policji. Nie mogłam się poruszyć. Nie mogłam jej pomóc. I byłam przytomna, ale to wydawało się nierzeczywiste. On wciąż strzelał i strzelał, a potem wszystko ustało. Strzały. Ale ludzie krzyczeli i płakali. Ja nie mogłam krzyczeć i nie mogłam się poruszyć. Myślałam, że nie żyję i wtedy… Sądzę, że po prostu straciłam przytomność. Nie pamiętam już nic aż do chwili, gdy obudziłam się tutaj.

Zacisnęła palce, lekkie jak skrzydełka, na palcach Simone.

– Czy ja umrę?

Powiedz jej prawdę.

– Byłaś bardzo ciężko ranna i baliśmy się o ciebie. Minęło wiele godzin, zanim lekarka wyszła z sali operacyjnej, ale powiedziała, że dochodzisz do siebie. A dziś powiedzieli, że zamierzają zabrać cię z OIOM-u, bo już nie jesteś w stanie krytycznym. CiCi jest tu ze mną. Przekonała twoich rodziców, żeby na chwilę pojechali do domu i się przespali. Nigdy by się stąd nie ruszyli, gdybyś miała umrzeć.

Mi znów zamknęła oczy.

– Tish umarła. Dlaczego?

– Nie wiem. Nie potrafię… To wciąż wydaje mi się nierzeczywiste.

– Wyszłaś do toalety. Co się wydarzyło?

– Właśnie wracałam i pomyślałam, że ten hałas to dźwięki z filmu. A wtedy ktoś – jakiś mężczyzna – spróbował wybiec stamtąd i upadł. Widziałam, że jest cały zakrwawiony. Zajrzałam do środka, tylko na sekundę, i zobaczyłam… Zobaczyłam, że ktoś strzela, i wszystko słyszałam. Pobiegłam z powrotem do toalety i zadzwoniłam pod dziewięćset jedenaście. Powiedzieli, żebym została tam, gdzie jestem, ukryła się i czekała, a kiedy rozmawiałam, telefon mi padł.

Mi uśmiechnęła się lekko.

– Znów zapomniałaś go naładować.

– Już więcej nie zapomnę, nigdy. Pojawiła się policja. Policjantka. Podałam jej wasze nazwiska, mamy i Natalie.

– Były w galerii handlowej. Zapomniałam o tym.

– Ich było trzech, Mi. Tak podano w wiadomościach. Dwóch w galerii i jeden w kinie.

– A twoja mama i Natalie? Nie, Simone, nie.

– Z nimi wszystko jest w porządku. Mama ma wstrząśnienie mózgu i kilka skaleczeń od lecącego szkła. Nat zaciągnęła ją za ladę. Nic jej nie jest. Im obu nic nie jest. – Zawahała się, a po chwili mówiła dalej. – Było ich trzech i zabijali ludzi. Zabili Tish. A my ich znałyśmy.

– Znałyśmy ich? – powtórzyła powoli Mi.

– Nie żyją. Cieszę się, że nie żyją. JJ Hobart.

– O Boże.

– Kent Whitehall i Devon Paulson byli w galerii handlowej. JJ był w kinie.

– Zabił Tish. Widywałam ich w szkole prawie codziennie. Zabili Tish.

– I Trenta. Nie żyje. Tiffany jest ciężko ranna. Wczoraj wieczorem spotkałam jej mamę. JJ strzelał do Tiffany. Może mieć uszkodzony mózg, a jej twarz… Słyszałam tylko trochę. Nie wiem, jak bardzo z nią źle.

– Wiedziałam, że zwłaszcza JJ był podły, czasami strasznie podły, ale… – Podkrążone oczy Mi znów wezbrały łzami. – To ja wybrałam ten film. Bardzo chciałam go zobaczyć, a teraz Tish nie żyje.

 

– To nie twoja wina. I nie moja, że wyszłam do toalety i nie było mnie tam. A jednak tak to czuję. Naprawdę tak czuję. Ale to ich wina, Mi. Nienawidzę ich. Zawsze będę ich nienawidzić.

– Jestem bardzo zmęczona – szepnęła Mi, zamykając oczy. – Nie odchodź.

– Będę na zewnątrz – powiedziała Simone, kiedy pielęgniarka podeszła do drzwi i dała znak, że jej czas się skończył. – Nigdzie nie pójdę.

W przeszłości raz czy dwa razy Reed miał bardzo interesujące sny o rozbieraniu Angie do naga. Teraz, gdy powracały koszmary, w których ukrywał się przy jej martwym ciele, siedział w tylnym rzędzie ławek metodystycznego kościoła na jej pogrzebie.

Niemal wyperswadował sobie przyjście tutaj. Tak naprawdę nie byli przyjaciółmi. Właściwie jej nie znał. Nie wiedział, że jej rodzice się rozwiedli, czy że grała na flecie, a brat służył w piechocie morskiej. Być może dowiedziałby się tego wszystkiego, gdyby poszli do kina, na pizzę albo na spacer po plaży. Ale nie zrobili tego.

Teraz był zagubiony, pełen poczucia winy i czuł się głupio, siedząc tu, wśród płaczących ludzi, którzy ją znali i kochali.

Jednak musiał przyjść. Prawdopodobnie był ostatnią osobą – niebędącą klientem – która z nią rozmawiała. Te straszliwe minuty spędził, ukrywając małego chłopca w jej sklepiku, podczas gdy ciało Angie znajdowało się tuż… obok. Miał jej krew na swoich butach i spodniach.

Dlatego siedział teraz, słuchając modlitw, szlochu, przejmujących mów pochwalnych, w garniturze zbyt ciasnym w ramionach. Kiedy przyjechał do domu na lato, matka powiedziała mu, żeby kupił nowy garnitur, ale Reed odrzucił ten pomysł jako marnotrawstwo pieniędzy. Jak zwykle matka miała rację.

Rozmyślanie o garniturze wywołało w nim poczucie, że nie okazuje szacunku. Pomyślał więc o trzech twarzach, które bez przerwy oglądał w wiadomościach.

Młodsi od niego, wszyscy trzej, a jeden z nich zabił Angie.

Nie Hobart, jak pamiętał. Ten był w kinie, a policjantka – funkcjonariuszka McVee – zastrzeliła go. W mediach podano, że Hobart pracował w kinie. Powiedziano, że był ich przywódcą.

Angie zabił albo Whitehall, albo Paulson.

Na zdjęciach w telewizji i prasie czy w internecie wyglądali normalnie. Jednak nie byli normalni. Ten, którego Reed widział – i wciąż widywał w sennych koszmarach – wyposażony w kevlarową kamizelkę, ze śmiechem strzelający mężczyźnie w głowę, nie był normalny.

Teraz wiedział o nich więcej, o tych trzech, którzy podczas ośmiominutowej masakry zabili bliską mu dziewczynę. Hobart po nieprzyjemnym rozwodzie rodziców zamieszkał z ojcem. Jego młodsza siostra została z matką. Ojciec, zapalony kolekcjoner broni, nauczył dzieci polować i strzelać.

Whitehall mieszkał z matką, ojczymem, przyrodnim bratem i przyrodnią siostrą. Ojciec, obecnie bezrobotny, kilka razy został aresztowany: za naruszenie porządku publicznego w stanie nietrzeźwym i za jazdę pod wpływem. Sąsiedzi mówili, że Whitehall stronił od innych i miał problemy z narkotykami.

Paulson wydawał się wzorowym uczniem. Otrzymywał dobre stopnie, nie sprawiał kłopotów, miał ustabilizowane życie rodzinne, był jedynakiem. Należał do drużyny skautów i zdobył odznakę za osiągnięcia w strzelectwie sportowym. Był członkiem juniorem amerykańskiego związku strzelectwa sportowego z perspektywą na udział w olimpiadzie. Jego ojciec reprezentował Stany Zjednoczone na igrzyskach w Sydney w roku 2000 i w Atenach w 2004.

Ludzie, którzy znali Paulsona, powiedzieli, że zauważyli (po fakcie) może z pół roku wcześniej, że stał się bardziej zamknięty w sobie. Byłoby to mniej więcej w czasie, kiedy dziewczyna, która mu się podobała, stwierdziła, że woli kogoś innego, i Paulson spiknął się z Hobartem. Wtedy ci trzej, którzy stali się masowymi zabójcami, zaczęli wzajemnie karmić się swoim gniewem.

Dokumentowali to, jak doniosły media, w komputerowych plikach, które władze teraz analizowały. Z kolei Reed analizował relacje, zagłębiał się w spekulacje w internecie, oglądał telewizyjne wiadomości i nieustannie rozmawiał z Chazem i innymi ludźmi.

Chociaż bardzo chciał wiedzieć, po prostu zrozumieć, dlaczego to zrobili, spodziewał się, że minie wieczność, zanim wszystko wyjdzie na jaw. Jeśli w ogóle.

Jego zdaniem ze strzępów informacji, które złożył w całość, z plotek i rozmów wynikało, że Hobart nienawidził wszystkich. Matki, nauczycieli, współpracowników. Nienawidził czarnych, Żydów i gejów, ale głównie po prostu nienawidził. I lubił niszczyć.

Whitehall nienawidził swojego życia, pragnął być kimś i wierzył, że wszystko i wszyscy działali przeciwko niemu. Dostał wakacyjną pracę – w centrum handlowym – i w ciągu dwóch tygodni został wylany za przychodzenie do pracy na haju, jak twierdził były współpracownik, o ile w ogóle się pojawiał.

Paulson nienawidził swojego losu. Doszedł do wniosku, że przez całe życie robił wszystko, jak należy, a jednak stracił dziewczynę i w niczym nie potrafił dorównać ojcu. Stwierdził, że teraz musi być zły.

Ich celem stało się centrum handlowe, a Hobart wybrał multikino, ponieważ chciał zniszczyć miejsce, w którym miał zarabiać na życie.

Plotka głosiła, że przeprowadzili trzy próby, mierząc czas i doskonaląc plan. Zamierzali przegrupować się w salonie Abercrombie & Fitch, zabarykadować się tam, wziąć zakładników jako karty przetargowe i zastrzelić tylu policjantów, ilu tylko zdołają.

Whitehallowi i Paulsonowi niemal się udało, ale złożyli sobie przysięgę. Jeśli jeden z nich zginie, zginą wszyscy.

Kiedy Hobart się nie pojawił, a policjanci zaczęli się zbliżać, Whitehall i Paulson – jak opowiadali świadkowie – przybili żółwika, zawołali „Tak, kurwa!” i skierowali broń ku sobie nawzajem.

Być może coś z tego było prawdą. Może nawet większość. Jednak Reed spodziewał się, że coraz więcej będzie wychodziło na jaw. Miała powstać książka o nich, prawdopodobnie również cholerny telewizyjny film. Reed miał nadzieję, że nie powstaną.

Wrócił do rzeczywistości, kiedy ludzie zaczęli wstawać, i poczuł falę wstydu, że zamiast słuchać z uwagą, pogrążył się w myślach.

Wstał i czekał, podczas gdy żałobnicy wynosili Angie. Nie potrafił wyobrazić jej sobie w trumnie, nie chciał jej tam sobie wyobrażać. Członkowie jej rodziny wyszli jeden za drugim i stanęli razem, jakby podtrzymywali się wzajemnie.

Zauważył kilka osób, które teraz znał – Misty, przyjaciółkę Angie, i kilkoro innych pracowników centrum handlowego. Nie zaskoczył go widok Rosie. Siedział przy niej poprzedniego dnia na pogrzebie Justina, pomocnika kelnera. Wiedział, że ostatnie kilka dni Rosie spędziła na pogrzebach i w szpitalnych salach.

Stanął na uboczu, pozwalając jej odejść. Prawdopodobnie szła na następny pogrzeb albo żeby odwiedzić któregoś z rannych, może zanieść jedzenie komuś, kto stracił bliską osobę albo dochodził do zdrowia w domu. Taka była Rosie. Przeciwieństwo tych trzech zabójców.

Z kościoła wyszedł na cudowne letnie popołudnie. Słońce świeciło na błękitnym niebie usianym lekkimi białymi obłokami. Trawa była soczyście zielona. Wiewiórka pomknęła na drzewo.

To wszystko wydawało się nierealne.

Po drugiej stronie ulicy zobaczył reporterów, którzy kręcili filmowe relacje i robili zdjęcia. Chciałby nimi za to gardzić, ale czyż sam nie wsłuchiwał się w każde słowo, nie wpatrywał w każde zdjęcie, które publikowali?

Mimo to ruszył w drugą stronę, do samochodu, który zaparkował dwie przecznice dalej. Gdy usłyszał, że ktoś woła jego imię, zgarbił się, zamiast odwrócić. Jednak czyjaś ręka łagodnie opadła na jego ramię.

– Reed, to ja, funkcjonariuszka McVee.

Posłał jej puste spojrzenie. Miodowozłociste włosy opadały jej na plecy związane w gęsty koński ogon. Miała na sobie gładki biały T-shirt i spodnie khaki. Wyglądała młodziej.

– Przepraszam, nie poznałem pani bez munduru. Była pani na pogrzebie?

– Nie. Czekałam tutaj. Dzwoniłam do ciebie do domu. Twoja mama powiedziała mi, gdzie jesteś.

– Złożyłem zeznanie. Kilka razy.

– Nie jestem na służbie. Próbuję, no cóż, być w kontakcie z każdym, z kim zetknęłam się tamtego wieczoru. Dla siebie samej. Idziesz na cmentarz?

– Nie, czuję, że to nie byłoby właściwe. Jej rodzina i w ogóle. Nie znałem Angie aż tak dobrze. Po prostu… Próbowałem ją przekonać, żeby się ze mną umówiła. Być może poszlibyśmy na ten sam film, na ostatni seans, i… Jezu.

Niezdarnie obracał słoneczne okulary w drżących dłoniach.

– Chcesz pójść do parku? Usiąść na chwilę i popatrzeć na wodę? To zawsze pomaga mi się uspokoić.

– Nie wiem. Może. Chyba tak.

– Co powiesz na to, żeby pojechać ze mną? Potem odwiozłabym cię do twojego samochodu.

– Okej, jasne.

Rozmyślając o tym później, zastanawiał się, dlaczego z nią pojechał. Nie znał jej. Była tylko niewyraźną twarzą i mundurem na tle szaleństwa i zamętu.

Jednak znajdowała się tam. Uczestniczyła w tym, tak jak on.

Kiedy wsiadł do jej samochodu, zauważył, że jest starszy i marniejszy od jego auta, chociaż o wiele czystszy. Potem sobie przypomniał.

– Zastrzeliła pani Hobarta.

– Tak.

– Rany, chyba nie wylali pani za to ani nic, co?

– Nie. Jestem wolna od zarzutów. Jutro wracam do pracy. Jak sobie radzą twoi rodzice?

– Są w rozsypce, ale dają radę.

– A ludzie z restauracji?

– Myślę, że to trudniejsze. Byliśmy tam i widzieliśmy… Nie można pozbyć się tego widoku. Ale pozbieraliśmy się. Jak Rosie, główna kucharka. Robi bardzo wiele. Chodzi na pogrzeby, do szpitala, zanosi ludziom jedzenie. Sądzę, że to pomaga. Chyba.

– Co tobie pomaga, Reed?

– Nie wiem.

Przez uchylone okno czuł na twarzy powiew powietrza – morską bryzę. Prawdziwą. Auta przemykały obok nich, na chodniku kobieta pchała wózek z dzieckiem. Wszystko prawdziwe. Życie po prostu trwało dalej. A on był jego częścią. Miał szczęście być jego częścią.

– Często rozmawiam z Chazem. Moim przyjacielem z GameStop.

– Pamiętam. Uratował ludziom życie. Ty też.

– Ten mały? Brady? Jego tata do mnie zadzwonił. Chce przywieźć Brady’ego na spotkanie ze mną, może w przyszłym tygodniu. Powiedział, że jego żona ma się lepiej.

Przez chwilę Essie nic nie mówiła, ale – tak jak CiCi – wierzyła w prawdę i zaufanie.

– Przeżyła, ale jest sparaliżowana. Już nie będzie chodzić. On zapewne nie zechce cię tym obarczać, ale się zorientujesz.

– Cholera! Niech to szlag!

Odchylił głowę na oparcie fotela. Po chwili odzyskał oddech.

– Próbuję słuchać muzyki, rzucam piłkę do kosza na podwórzu, ale nie mogę przestać o tym czytać czy słuchać wiadomości. Nie mogę przestać.

– Uczestniczyłeś w tym.

– Rodzice chcą, żebym z kimś porozmawiał. Wie pani, z jakimś psychologiem czy kimś takim.

– Dobry pomysł. Ja muszę się z nim spotykać. Wymaga tego procedura, ale jest też drugi powód.

Reed otworzył szeroko oczy i spojrzał na nią ze zmarszczonymi brwiami.

– Musi pani porozmawiać z psychologiem?

– Już rozmawiałam. Jestem wolna od zarzutów – to był uzasadniony strzał – ale na razie posadzili mnie przy biurku. I muszę rozmawiać z policyjnym psychologiem. Niedługo wrócę do pełnej służby. Nie mam nic przeciwko temu, żeby przepracować ten problem. Zabiłam kogoś.

Zaparkowała i zgasiła silnik.

– Zrobiłam to, żeby uratować ludziom życie, również własne i swojego partnera. Jednak zabiłam siedemnastoletniego chłopca. Gdybym potrafiła otrząsnąć się z tego bez najmniejszego żalu, nie powinnam być gliną.

Wysiadła z auta i czekała na niego.

Przez pewien czas przechadzali się. Idąc promenadą, minęli plac zabaw, a potem usiedli na ławce, gdzie mewy nurkowały i krzyczały, a niebieskie jak niebo fale przetaczały się w zatoce.

Łódki sunęły po wodzie i Reed słyszał śmiech dzieci. Tuż obok przebiegła kobieta o seksownym ciele w spodenkach z lycry i podkoszulku. Para, która w oczach Reeda wyglądała tak, jakby oboje mieli po tysiąc lat, spacerowała, trzymając się za ręce.

– Czy to prawda, co piszą w gazetach i mówią w telewizji, że on – ten Hobart – był przywódcą?

– Powiedziałabym raczej, że zapewne miał najsilniejszą wolę, naciskał na realizację planu. Ale oni trzej? Wydaje mi się, że byli jak fragmenty chorej, smutnej układanki, które dopasowały się do siebie w najgorszym momencie. Kilka miesięcy wcześniej czy kilka miesięcy później Paulson prawdopodobnie by nie pasował.

Reed wiedział, jak gazety i telewizja opisywały Paulsona, co mówili jego sąsiedzi i nauczyciele. Jak bardzo ich to zaszokowało i że nigdy nie był gwałtowny, a zawsze pogodny i pomocny. Cholerny skaut.

 

Teraz wkładano Angie do ziemi. Wczoraj pochowano chłopaka, który podjął swoją pierwszą wakacyjną pracę. Jak wielu jeszcze?

– Nie sądzę, żeby można było zabijać w ten sposób, po prostu zabijać ludzi tak, jak oni to zrobili, jeśli nie ma się tego w sobie. Może – prawdopodobnie – każdy jest zdolny do zabijania, ale tak, jak pani to zrobiła. Żeby ratować czyjeś życie, chronić ludzi. W samoobronie czy jak żołnierz, wtedy jest inaczej. Jednak żeby zrobić to, co oni, trzeba mieć w sobie coś innego.

– Masz sporo racji. Myślę, że pochodząc z takiego środowiska, mając taką rodzinę, Paulson otrzymałby pomoc. Jednak związał się z pozostałymi w złym czasie i fragmenty tej układanki się połączyły.

Reed słuchał miękkich uderzeń fal, krzyku ptaków, czyjegoś radia. Złapał się na tym, że kiedy tu siedzi i z nią rozmawia, świat wydaje mu się bardziej rzeczywisty.

Miał wrażenie, że mocniej się weń zagłębia, kiedy tak z nią siedzi.

– Jakie to było uczucie? Kiedy pani do niego strzeliła?

– Aż do tamtego piątkowego wieczoru nigdy nie użyłam broni poza strzelnicą. Byłam cholernie przerażona – odparła. – Ale głównie przed i po fakcie. W tym momencie? Sądzę, że to się sprowadza do treningu i instynktu. On strzelił do mojego partnera. Widziałam martwych i umierających ludzi. Strzelił do mnie, a wtedy zrobiłam to, do czego byłam wyszkolona. Usunęłam zagrożenie. Potem musiałam działać dalej. Mój partner został postrzelony, ale nie został poważnie ranny. W toalecie była dziewczyna. Pierwsza osoba, która zadzwoniła pod numer alarmowy.

– To… Simone Knox.

– Tak. Znasz ją?

– Nie, po prostu… nie mogę przestać czytać i patrzeć. Pamiętam jej nazwisko.

– Należy to twojego klubu. Uratowała innym życie. Ukryła się i skontaktowała z policją. Barry – mój partner – i ja byliśmy na parkingu przed wejściem.

– O tym też czytałem. Byliście tuż obok.

– Wygląda na to, że Simone zadzwoniła minutę, może dwie po tym, jak Hobart wdarł się drzwiami ewakuacyjnymi, które zostawił niezamknięte na zamek. Tego wieczoru straciła przyjaciółkę, a druga wciąż jest w szpitalu i wraca do zdrowia. Simone sobie radzi, ale to trudne.

– Z nią też pani rozmawiała.

– Z nią, z jej przyjaciółką Mi, z Bradym i jego tatą. – Essie z westchnieniem podniosła twarz do słońca. – To mi pomaga i lubię myśleć, że może pomaga też im.

– Dlaczego została pani policjantką?

– W tamtym momencie wydawało mi się, że to dobry pomysł. – Uśmiechnęła się, a potem znów westchnęła, spoglądając na wodę. – Lubię porządek. Wierzę w prawo, ale to jest połączenie, które mi służy. Bardzo mi pasuje. Zasady i procedura, i staranie się, żeby pomagać ludziom. Nigdy nie wyobrażałam sobie siebie w takiej sytuacji, jak w tamten piątek, ale teraz wiem, że potrafię sobie poradzić. Mogę wykonywać tę pracę.

– Jak została pani policjantką?

Essie odwróciła do niego głowę i uniosła brwi.

– Zainteresowany?

– Może. Nie. Tak – odrzekł, uświadomiwszy to sobie. – Jestem zainteresowany. Nie zastanawiałem się za bardzo nad tym, co będę robił. Uważałem, że w końcu znajdę jakąś pracę. Lubię college. Mam dobre oceny, ale lubię tam być, więc nie myślałem zbyt wiele o tym, co będzie, kiedy skończę studia. Powiedziałem Brady’emu, że czekamy na dobrych ludzi, bo tak było. A więc tak, chciałbym wiedzieć, jak zostać gliniarzem.

Zanim Essie odwiozła go do jego samochodu, Reed po raz pierwszy miał plan na przyszłość. Ten plan wykuł się ze śmierci, ale Reed wiedział, że wyrasta z niej jego życie.

Seleena McMullen miała ambicje i nałóg palenia. Ambicja, żeby zyskać sławę jako blogerka kazała jej stanąć na zewnątrz kościoła podczas ceremonii pogrzebowej. Jako reporterka internetowej strony Hot Scoops, z jej cokolwiek wątpliwą reputacją, nie cieszyła się zbytnim szacunkiem zgromadzonych tam przedstawicieli prasy i elektronicznych mediów.

To jej nie przeszkadzało. Pewnego dnia osiągnie większy sukces niż którykolwiek z nich.

Zarówno tę postawę, jak i ambicje rozwinęła w sobie podczas nauki w szkole średniej i college’u. Nie miała wątpliwości, że jest inteligentniejsza od każdego ze swoich rówieśników, więc nie widziała przeszkód, żeby ich o tym poinformować.

Jeśli to oznaczało brak prawdziwych przyjaciół, co z tego? Byli klienci. Jimmy’emu Rodgersowi przypisywała zasługę pomocy w przetarciu ku temu drogi w ósmej klasie. Udając, że ją lubi, mówiąc jej, że jest ładna – wszystko po to, żeby naiwnie odrabiała za niego prace domowe, podczas gdy on śmiał się z niej za jej plecami – dostarczył Seleenie bodźca do rozwinięcia własnego biznesu.

Odrabiała zadania domowe – oczywiście za opłatą. Zanim ukończyła szkołę średnią, zdążyła już zgromadzić pokaźną sumkę, którą powiększyła w college’u.

Świeżo po studiach, z jeszcze ciepłym dyplomem z dziennikarstwa w ręce, zaczepiła się w gazecie „Portland Press”. Nie na długo. Redaktora naczelnego i współpracowników uważała za idiotów i nie zadawała sobie trudu, aby zachowywać się dyplomatycznie. Jednak przyszłość widziała w internecie i w wieku dwudziestu czterech lat przyłączyła się do Hot Scoops. Pracowała głównie w domu, a ponieważ swoją obecną posadę uważała za co najwyżej etap przejściowy na drodze do własnej strony internetowej, własnego popularnego bloga, tolerowała redakcyjne ingerencje i beznadziejne zadania.

Wtedy niespodziewanie wpadła jej w ręce sprawa masakry w centrum handlowym DownEast.

Poszukując nowych butów do biegania, weszła tam kilka sekund przed tym, jak padły pierwsze strzały. Widziała, jak jeden z zamachowców – zidentyfikowany jako Devon Lawrence Paulson – dokonuje krwawego spustoszenia i przykucnąwszy za mapą centrum, wyjęła aparat fotograficzny i dyktafon.

Zdobyła sensacyjny materiał dla wszystkich gazet, stacji telewizyjnych, stron internetowych, ubiegając innych reporterów.

Kontynuując temat, tropiła ofiary masakry, członków ich rodzin, personel szpitala. Przekupywała salowe, zyskując dostęp do sal wystarczająco długi, by zrobić kilka zdjęć pacjentom, do jednej wślizgnęła się po tym, jak pacjent został przeniesiony z OIOM-u.

Dyktafon w jej kieszeni wychwycił fragment rozmowy Mi-Hi Jung i – bonus! – Simone Knox, co miało uatrakcyjnić kolejną opowieść.

Wykalkulowała, że potrzebuje jeszcze tylko kilku relacji, by zakończyć etap przejściowy. Już otrzymywała propozycje. A teraz nikotynowy nałóg dał jej jeszcze jedną okazję.

Odeszła od reszty reporterów, żeby zapalić. Pół przecznicy dalej stanęła z papierosem oparta o drzewo i zaczęła się zastanawiać. Kiedy zakończy się ceremonia w kościele, mogłaby pójść na cmentarz, ale ile jeszcze kliknięć wygenerują kolejne zdjęcia ubranych na czarno ludzi? Może ktoś by zemdlał, jak dzień wcześniej matka zabitego chłopaka. Ale, no cóż, była tam i to sfotografowała.

Czas na więcej plotek o zamachowcach, zdecydowała i już niemal ruszyła do samochodu, kiedy zobaczyła policjantkę.

Funkcjonariuszka McVee, pomyślała, przesuwając się wokół drzewa. Seleena kilka razy przymierzała się do rozmowy z nią – młoda policjantka, która zastrzeliła Johna Jeffersona Hobarta, zapewniała wysoką klikalność. McVee nie była chętna do współpracy, ale w tym momencie stała na uboczu, unikając hałaśliwej gromady reporterów i włączonych kamer. Czekała.

Interesujące, pomyślała Seleena. Ona też zaczęła czekać.

Pojawiła się trumna, więc zrobiła kilka zdjęć długim obiektywem, na wypadek, gdyby nic lepszego się nie wydarzyło. Obserwowała przesuwającą się McVee i dostrzegła kolejną okazję.

Reed Quartermaine – nastoletni obrońca dziecka strażaka, chłopca, którego matka została postrzelona w plecy.

Seleena zrobiła im kilka zdjęć, kiedy rozmawiali, potem ruszyli razem, wreszcie wsiedli do samochodu policjantki. Podczas gdy wszyscy skierowali się na cmentarz, pobiegła do swojego auta. Dwa razy niemal straciła ich z oczu, ale uznała to raczej za szczęśliwą okoliczność. Gdyby wyglądało na to, że siedzi im na ogonie, policjantka mogłaby ją zauważyć.