Przed zmierzchemTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Okładka


Strona tytułowa


Dla Jasona i Kat,

najlepszych towarzyszy podróży

Część pierwsza
PODRÓŻ

Stąd kiedy febra pali nas,

My na bok z boku, za razem raz;

I licha z tego płynie ulga

W pozycji innej, lecz ból trwa.

ISAAC WATTS

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

PROLOG

– Zachodnia Montana, 1991 –

Alice Bodine załatwiła się za niezbyt gęstą osłoną sosen. Musiała brnąć po kolana w śniegu, żeby się tam dostać, a jej goły tyłek (z rysunkiem ważki wytatuowanym w Port­land) trząsł się na wietrze szumiącym niczym fale przyboju.

Ponieważ przeszła dobre pięć kilometrów boczną drogą i nie widziała ani jednego samochodu czy ciężarówki, zastanawiała się, po co, do cholery, w ogóle się chowa.

Podciągając dżinsy uznała, że niektóre przyzwyczajenia są widać silniejsze.

Bóg świadkiem, że się starała. Usiłowała zerwać z przyzwyczajeniami, zasadami, konwencjami i oczekiwaniami. A tu proszę, ciąg­nie na wpół zamarznięty tyłek do domu, ledwie trzy lata po tym, jak ogłosiła się wyzwoloną ze wszystkiego co zwyczajne, pospolite.

Poprawiła plecak na ramionach i wysoko podnosząc nogi, wyszła po swoich śladach z powrotem na tę kiepską drogę. Plecak mieścił jej cały majątek w postaci drugiej pary dżinsów, T-shirta z logo zespołu AC/DC, bluzy z logo Grateful Dead zabranej jakiemuś zapomnianemu już facetowi w Los Angeles, małych buteleczek mydła i szamponu zwiniętych podczas na szczęście krótkiej roboty w roli sprzątaczki w Holiday Inn w Idaho, prezerwatyw, kosmetyków do makijażu, piętnastu dolarów i trzydziestu ośmiu centów oraz resztek dość przyzwoitej trawki z pięciodolarowej torebki, rąbniętej chłopakowi, z którym imprezowała na polu namiotowym we wschodnim Oregonie.

Powiedziała sobie, że wybiera się do domu z powodu braku pieniędzy i zdecydowanej niechęci do tego, by jeszcze kiedykolwiek prać zaplamioną spermą pościel jakiegoś durnia. Po części też musiała przyznać przed samą sobą, że zbyt łatwo przyszłoby jej zostać jedną z tych patrzących martwym wzrokiem kobiet wystających na ulicach miast, które mijała.

Nie da się ukryć, była blisko. Jeśli jest się wystarczająco głodną, zziębniętą i przestraszoną, pomysł sprzedawania własnego ciała – w końcu to tylko seks – za cenę posiłku i porządnego pokoju, może wydawać się całkiem spoko.

Prawda była taka, że miała zasady, których nigdy by nie złamała. Po prostu chciała do domu. Tęskniła za matką, siostrą, dziadkami. Tęskniła za swoim pokojem z różowymi ścianami ozdobionymi plakatami i za oknami wychodzącymi na góry. Chciała poczuć rano zapach kawy i bekonu w kuchni, poczuć pod sobą konia w pełnym galopie.

Jej siostra była zamężna – czyż to nie jej głupie, całkowicie tradycyjne wesele dopełniło miary i sprawiło, że wyjechała? Reenie może mieć już dziecko i pewnie ma, i pewnie nadal jest tak cholernie idealna.

Ale brakowało jej nawet tego, nawet tej irytującej doskonałości Maureen.

Szła więc dalej, kolejne półtora kilometra, w znoszonym polarze kupionym w sklepie z używaną odzieżą, który ledwo chronił przed zimnem i w ponaddziesięcioletnich butach, waląc w ubity śnieg na wąskim poboczu.

Pomyślała, że powinna była zadzwonić do domu z Missouli. Powinna była przełknąć dumę i zadzwonić. Dziadek by po nią przyjechał – on nigdy nie prawił kazań. Ale już widziała siebie, jak idzie zamaszystym krokiem drogą wiodącą do rancza – albo wręcz maszeruje z dumnie uniesioną głową.

Wszystko się zatrzyma, po prostu zamrze. Pracownicy na ranczu, konie, nawet bydło na polach. Stary ogar, Blue, przybiegnie susami ją przywitać. A matka wyjdzie na werandę.

Powrót córki marnotrawnej.

Westchnienie Alice zamieniło się w obłok pary, który momentalnie rozpłynął się w silnym wietrze.

Powinna była zadzwonić, wiedziała o tym, ale złapanie stopa w Missouli zdawało się dobrym znakiem. I zostało jej tylko dwadzieścia kilometrów do domu.

Martwiła się, że nie zdąży przed zmrokiem. W plecaku miała latarkę, ale baterie mogły nie wytrzymać. Miała też zapalniczkę, ale myśl o rozbiciu obozu bez namiotu i koca, bez jedzenia, bez wody, która skończyła się trzy kilometry temu, sprawiła, że przyśpieszyła kroku.

Próbowała sobie wyobrazić, co powiedzą. Będą szczęśliwi na jej widok – muszą być. Może będą wkurzeni, że wyjechała, zostawiając jedynie arogancki liścik. Ale miała osiemnaście lat i była wystarczająco dorosła, żeby robić, co chciała – a nie chciała iść na studia ani do małżeńskiego więzienia, ani zostać robolem na ranczu.

Chciała wolności i ją wybrała.

Teraz ma dwadzieścia jeden lat i sama zdecydowała, że wraca.

W sumie mogłaby pracować na ranczu. Może nawet zastanowiłaby się nad pójściem na jakieś kursy.

Jest dorosłą kobietą.

Zęby dorosłej kobiety szczękały z zimna, mimo to parła do przodu. Miała nadzieję, że zobaczy się z dziadkami – poczuła ostre ukłucia wyrzutów sumienia, ponieważ nie była pewna, czy babcia i dziadek żyją.

Oczywiście, że tak, zapewniła samą siebie. To tylko trzy lata. Babcia nie będzie wkurzona, przynajmniej niezbyt długo. Może trochę ją zbeszta. Ależ ty jesteś chuda! Coś ty, na Boga, zrobiła z włosami?

Rozbawiona tą myślą Alice naciągnęła czapkę narciarską głębiej na uszy i na krótko obcięte włosy, które ufarbowała na możliwie najjaśniejszy blond. Podobała się sobie jako blondynka, podobało jej się, jak ten kolor akcentował zieleń jej oczu.

Z przyjemnością wyobrażała sobie, że znajdzie się w objęciach dziadka, że usiądzie do suto zastawionego stołu – niedługo Święto Dziękczynienia – i opowie tej sztywniackiej rodzinie o swoich przygodach.

Widziała Pacyfik, paradowała po Rodeo Drive niczym gwiazda filmowa, dwa razy pracowała jako statystka w prawdziwym filmie. Otrzymanie przyzwoitej roli w porządnym filmie okazało się trudniejsze niż sobie wyobrażała, ale przynajmniej próbowała.

Dowiodła, że jest w stanie dać sobie radę, umie robić różne rzeczy, zbierać doświadczenia. Jeśli będą jej za bardzo suszyć głowę, może znów wyjechać.

Zdenerwowana Alice zamrugała gwałtownie i powstrzymała napływające do oczu łzy. Nie będzie błagać. Nie będzie prosić, żeby ją przyjęli, żeby pozwolili jej wrócić.

Boże, jak bardzo chciała znaleźć się w domu.

Po kącie padania promieni słonecznych widziała, że przed zmrokiem nie zdąży, a w powietrzu czuła świeży śnieg. Może jeżeli pójdzie na skróty przez las, przez pola, dotrze chociaż do Skinnerów.

Zatrzymała się zmęczona, niezdecydowana. Bezpieczniej byłoby zostać na drodze, ale przejście przez pola zaoszczędziłoby jej co najmniej półtora kilometra. W dodatku jest tam kilka domków, o ile dobrze pamięta. Żadnych wygód, proste chatki dla turystów chcących pomieszkać w dziczy, ale mogłaby się do którejś włamać, rozpalić ogień, może znajdzie jakieś puszki z jedzeniem.

Spojrzała na pozornie niekończącą się drogę, potem na zasypane śniegiem pola, na ośnieżone góry rysujące się na tle nieba, które już zaczynało przybierać szaroniebieską barwę od zmroku i zbliżającej się zadymki śnieżnej.

Później Alice miała często wracać do tego niezdecydowania, tych kilku minut wahania na poboczu drogi w przenikliwym wietrze. Te kilka minut przed wyruszeniem ku polom, ku górom, które skryłyby ją w wydłużających się cieniach sosen.

Chociaż był to pierwszy dźwięk, jaki Alice usłyszała od ponad dwóch godzin, jeśli nie liczyć jej oddechu, kroków i wiatru targającego drzewami, z początku nie zarejestrowała warkotu silnika.

Kiedy dźwięk do niej dotarł, przebrnęła przez śnieg i poczuła, że serce zabiło jej mocniej na widok zbliżającego się pikapa.

Wyszła na drogę i zamiast wystawić kciuk, jak robiła to niezliczoną ilość razy, zamachała rękoma na znak niebezpieczeństwa.

Może i nie było jej tu trzy lata, ale urodziła się i wychowała na ranczu. Na Zachodzie. Nikt nie przejedzie obojętnie obok kobiety sygnalizującej potrzebę pomocy.

Gdy auto zwolniło, żeby się zatrzymać, Alice pomyślała, że nigdy nie widziała niczego piękniejszego niż ten przerdzewiały niebieski ford ze stojakiem na broń, paką zakrytą plandeką i naklejką PRAWDZIWY PATRIOTA na przedniej szybie.

Gdy kierowca przechylił się do prawej strony i skręcił szybę, z trudem powstrzymała łzy.

– Wygląda na to, że potrzebuje pani pomocy.

– Byłoby dobrze, gdyby mógł mnie pan podwieźć. – Uśmiechnęła się, mierząc go wzrokiem. Potrzebowała tej podwózki, ale nie była głupia.

Nosił nie najnowszy kożuch z owczej skóry i brązowy kowbojski kapelusz na krótko obciętych ciemnych włosach.

Przystojny, pomyślała Alice, co zawsze pomaga. Starszy – ma co najmniej czterdzieści lat. Oczy, też ciemne, patrzyły wystarczająco przyjaźnie.

Z radia dobiegał dźwięk piosenki country.

– Dokąd? – spytał z silnym montańskim akcentem, który brzmiał jak muzyka.

– Ranczo Bodine. To tylko…

– Jasne, wiem, gdzie to jest. Będę tamtędy przejeżdżał. Proszę wskakiwać.

– Dzięki. Dzięki. Naprawdę jestem wdzięczna. – Zsunęła plecak z ramion i wciągnęła go za sobą do szoferki.

 

– Samochód się popsuł? Nie widziałem niczego na drodze.

– Nie. – Postawiła plecak na stopach, prawie oniemiała z ulgi, jaką dawało ogrzewanie w samochodzie. – W Missouli złapałam okazję, ale musieli skręcić jakieś dziesięć kilometrów stąd.

– Szła pani dziesięć kilometrów?

Zamknęła oczy z rozkoszy, czując jak kostki lodu, w jakie zamieniły się jej palce, zaczęły rozmarzać. – To pierwszy samochód od dwóch godzin. Nie zamierzałam przejść całej drogi na piechotę. Cieszę się, że już nie muszę.

– Długi spacer, zwłaszcza jak na taką małą osóbkę. Robi się ciemno.

– Wiem. Mam szczęście, że na pana trafiłam.

– Ma pani szczęście – powtórzył.

Nie zobaczyła zbliżającej się do niej pięści. Cios był tak szybki, tak szokujący. Miała wrażenie, że twarz jej eksplodowała. Oczy wywróciły się w tył, ciało zwiotczało.

Drugiego uderzenia już nie poczuła.

Poruszając się szybko, zachwycony, że okazja sama wpadła mu w ręce, wyciągnął dziewczynę z szoferki i wepchnął bezwładne ciało na pakę.

Związał jej ręce i nogi, zakneblował, po czym nakrył starym kocem.

Nie chciał, żeby zamarzła na śmierć, zanim dowiezie ją do domu.

Zostało im jeszcze kilka dobrych kilometrów do pokonania.

ROZDZIAŁ PIERWSZY

– Obecnie –

Świt rozlał się różanym blaskiem, nadając delikatny odcień pokrytym śniegiem górom. Wapiti ryczały we mgle podczas porannej pielgrzymki, a kogut piał niczym natarczywy budzik.

Rozkoszując się ostatnimi łykami kawy, Bodine Longbow stała w drzwiach kuchni, patrząc i wsłuchując się w to, co uważała za idealny początek listopadowego dnia.

Byłby jeszcze doskonalszy, gdyby trwał godzinę dłużej. Od dziecka marzyła o dwudziestopięciogodzinnym dniu i nawet spisała, co mogłaby osiągnąć, gdyby codziennie miała sześćdziesiąt minut więcej.

Ponieważ Ziemia nie chciała obracać się wolniej, Bodine musiała to nadrobić i rzadko sypiała dłużej niż do wpół do szóstej. O świcie była już po porannych ćwiczeniach – trwały dokładnie sześćdziesiąt minut. Zdążyła wziąć prysznic, uczesać się, ubrać, sprawdzić pocztę elektroniczną i SMS-y oraz zjeść śniadanie w postaci jogurtu, który usiłowała polubić, oraz granoli, której nie lubiła tak samo jak jogurtu, jednocześnie sprawdzając na tablecie plan dnia.

Cały i tak miała w głowie, więc przejrzenie go nie było konieczne, jednak Bodine wierzyła w skrupulatność.

Teraz, mając już odhaczone zadania z części dnia przed świtem, mogła przez kilka chwil cieszyć się porannym latte: podwójne espresso, pełnotłuste mleko i trochę syropu karmelowego, od którego obiecała swojemu wewnętrznemu krytykowi kiedyś się odzwyczaić.

Reszta domowników zaraz się pojawi. Ojciec i bracia przyjdą po sprawdzeniu inwentarza i przydzieleniu obowiązków pracownikom. Ponieważ Clementine miała dziś wolne, Bodine wiedziała, że jej matka lekkim krokiem wejdzie do kuchni, po czym beztrosko i bez żadnego zbędnego ruchu przygotuje śniadanie ranczera. Po nakarmieniu trzech mężczyzn, Maureen doprowadzi kuchnię do porządku i ruszy do Bodine Resort, gdzie pracuje jako dyrektorka sprzedaży.

Maureen Bodine Longbow nieustannie budziła zachwyt swojej córki.

Bodine miała pewność, że matka nie tylko nie marzy, żeby doba trwała godzinę dłużej, ale wcale dodatkowej godziny nie potrzebuje, żeby wszystkim się zająć, dbać o szczęśliwe małżeństwo, pomagać w prowadzeniu dwóch skomplikowanych interesów – rancza oraz ośrodka – a przy tym w pełni cieszyć się życiem. Kiedy Bodine myślała o matce, ta pojawiła się w kuchni. Krótkie kasztanowe włosy okalały śliczną twarz. Pełne życia zielone oczy uśmiechnęły się na widok Bodine.

– Dzień dobry, kochanie.

– Dzień dobry. Świetnie wyglądasz.

Maureen przesunęła dłonią po wąskim biodrze w eleganckiej ciemnozielonej sukience. – Mam dziś bardzo ważne spotkanie. Muszę zrobić wrażenie.

Rozsunęła drzwi od starej stajni, które prowadziły do spiżarni, i wzięła biały fartuch z haczyka.

Ani jedna kropla tłuszczu z bekonu nie ośmieli się wylądować na tej sukience, pomyślała Bodine.

– Zrób mi to swoje latte, dobrze? – poprosiła Maureen, zakładając fartuch. – Nikt nie robi tak dobrego.

– Jasne. Z samego rana mam spotkanie z Jessie – powiedziała Bodine, mając na myśli pracującą w ośrodku od trzech miesięcy kierowniczkę do spraw organizacji wydarzeń, Jessicę Baazov. – Chodzi o wesele Lindy-Sue Jackson. Linda-Sue będzie o dziesiątej.

– Mm. Twój tata mówił, że Roy Jackson skarży się przy piwie na koszty wydania córki za mąż, a mama Lindy-Sue chce dla niej wszystkiego, co tylko możliwe. Posłałaby tę dziewczynę do ołtarza przy wtórze niebiańskiego chóru aniołów, gdybyśmy mieli je w ofercie.

Bodine starannie spieniała mleko do kawy. – Za odpowiednią cenę Jessie prawdopodobnie by sobie z tym poradziła.

– Okazała się całkiem niezła, prawda? – Maureen postawiła ogromną patelnię na ośmiopalnikowej kuchni i zaczęła smażyć bekon. – Podoba mi się ta dziewczyna.

– Ty wszystkich lubisz. – Bodine wręczyła matce latte.

– Życie jest lepsze, jeśli ma się takie podejście. Jak dobrze poszukasz, w każdym znajdziesz coś dobrego.

– Adolf Hitler? – rzuciła wyzwanie Bodine.

– Cóż, przez to, jaki był, zakreślił granicę, jakiej większość nigdy więcej nie przekroczy. To dobrze.

– Jesteś jedyna w swoim rodzaju, mamo. – Bodine schyliła się – a zrównała się z liczącą metr sześćdziesiąt Maureen w wieku dwunastu lat i urosła jeszcze dziesięć centymetrów – by pocałować matkę w policzek. – Mam czas, żeby pomóc ci nakryć do stołu przed wyjściem.

– Och, słonko, ty też potrzebujesz śniadania.

– Zjadłam już jogurt.

– Nie znosisz go.

– Nie znoszę go tylko podczas jedzenia i dobrze mi robi.

Maureen westchnęła, przełożyła bekon do odsączenia i położyła na patelnię następne plastry. – Czasem mam wrażenie, że jesteś dla siebie lepszą matką, niż ja kiedykolwiek nią byłam.

– Najlepsza matko świata – zaoponowała Bodine i wyjęła z szafki codzienne talerze. Usłyszała harmider na kilka sekund przed tym, jak drzwi się otworzyły. Mężczyźni jej życia władowali się do kuchni z dwoma psami.

– Pamiętajcie o wycieraniu butów.

– No, Reenie, jakbyśmy mogli o tym zapomnieć. – Sam Longbow zdjął kapelusz. Nikt nie jadł przy stole Maureen w kapeluszu.

Miał metr dziewięćdziesiąt, z czego większość stanowiły nogi, i był kościstym, przystojnym mężczyzną ze srebrnymi niteczkami w czarnych włosach i zmarszczkami mimicznymi rozchodzącymi się od kącików ciemnobrązowych oczu. Jego lewy siekacz był lekko krzywy, co zdaniem Bodine dodawało uroku jego uśmiechowi.

Chase, dwa lata starszy od Bodine, powiesił kapelusz na kołku i zrzucił z siebie kurtkę. Po ojcu odziedziczył budowę ciała i wzrost – jak całe rodzeństwo Longbowów – ale z twarzy, z karnacji przypominał raczej matkę.

Rory, trzy lata młodszy od Bodine, przypominał oboje rodziców, łącząc ciemnobrązowe włosy i pełne życia zielone oczy w dwudziestodwuletniej wersji twarzy Sama Longbowa.

– Mamo, mogłabyś zrobić tyle, żeby starczyło jeszcze dla jednej osoby?

Maureen ściągnęła brwi z dezaprobatą. – Zawsze mogę zrobić tyle, żeby starczyło dla jeszcze jednej osoby. A kim jest ta osoba?

– Zaprosiłem na śniadanie Cala.

– Dobrze, dostaw talerz – zarządziła Maureen. – Zbyt dużo czasu upłynęło, od kiedy Cal Skinner siedział przy naszym stole.

– Wrócił?

Chase potaknął głową w odpowiedzi na pytanie Bodine i podszedł do ekspresu do kawy. – Zeszłej nocy. Wprowadza się do chatki, tak jak ustaliliśmy. Gorące śniadanie powinno mu w tym pomóc.

Gdy Chase jednym haustem wypił czarną kawę, Rory dodał do swojej dużą ilość mleka i cukru. – Nie wygląda jak jakiś hollywoodzki kowboj.

– Co bardzo rozczarowało naszego najmłodszego – powiedział Sam, myjąc ręce w kuchennym zlewie. – Rory liczył, że Cal będzie paradować z brzęczącymi ostrogami, srebrną opaską na kapeluszu i w wypolerowanych butach.

– I nic z tego. – Rory chwycił plaster bekonu. – Wygląda praktycznie tak samo jak wtedy, kiedy wyjeżdżał. Tyle że trochę starszy.

– Jest niecały rok starszy ode mnie. Zostaw trochę tego bekonu dla innych – dodał Chase.

– Mam więcej – powiedziała spokojnie Maureen i uniosła twarz, gdy Sam schylił się, żeby ją pocałować.

– Wyglądasz ślicznie, jak bombonierka, Reenie. I równie pięknie pachniesz.

– Mam mnóstwo spotkań rano.

– À propos spotkań. – Bodine zerknęła na zegarek. – Muszę już iść.

– Och, kochanie, nie możesz zostać, żeby przywitać się z Callenem? Nie widziałaś tego chłopaka blisko dziesięć lat.

Osiem, pomyślała Bodine i musiała przyznać, że chętnie by go ponownie zobaczyła. Ale… – Naprawdę nie mogę, przepraszam. Zobaczę się z nim niedługo, z wami też – powiedziała i cmoknęła ojca. – Rory, muszę z tobą omówić kilka spraw w biurze.

– Zajrzę do ciebie, szefowo.

Prychnęła, słysząc to określenie, i ruszyła do sieni, gdzie wcześniej postawiła spakowaną teczkę. – Po południu będzie padał śnieg – zawołała. Założyła kurtkę, czapkę, szalik oraz rękawiczki i wyszła na zimny poranek.

Miała już minutę spóźnienia, więc ruszyła szybkim krokiem do auta. Wiedziała, że Callen wraca, uczestniczyła przecież w spotkaniu rodzinnym, na którym zdecydowali się nająć go jako głównego masztalerza.

Cal był najbliższym przyjacielem Chase’a, od kiedy pamiętała i jednocześnie zmorą jej życia oraz pierwszym potajemnym zauroczeniem – a to przekleństwem, a to chłopakiem, w którym się durzyła.

Nie mogła sobie przypomnieć, do której kategorii akurat należał, gdy opuszczał Montanę. Kiedy prowadziła samochód po pożłobionym koleinami ubitym śniegu pokrywającym polną drogę, przyszło jej do głowy, że wyjeżdżając był młodszy niż Rory.

Musiał mieć około dwudziestu lat, wyliczyła, i bez wątpienia był wkurzony oraz sfrustrowany tym, że stracił większość rodzinnej ziemi. Ziemi, pomyślała teraz, którą jej ojciec kupił od Skinnerów, kiedy – mówiąc oględnie – ojciec Callena popadł w kłopoty finansowe.

Popadł w kłopoty finansowe, ponieważ wszystko przegrał w karty. Beznadziejny z niego karciarz, jak to kiedyś stwierdził jej ojciec, a uzależniony od hazardu jak niektórzy od butelki.

Zatem z ziemią, którą musiał kochać, a która skurczyła się do ledwie dwudziestu hektarów, domu i kilku budynków gospodarczych, Callen Skinner wyruszył szukać szczęścia na własną rękę.

Według Chase’a dobrze mu szło, zajmował się końmi w filmach. Teraz, po śmierci ojca, gdy jego matka została wdową, a zamężna siostra miała już jedno dziecko i drugie w drodze, wrócił.

Słyszała wystarczająco dużo, żeby wiedzieć, że to, co zostało z ziemi Skinnera, nie było warte tyle, ile wynosiło zadłużenie na hipotekach i z powodu pożyczek. A dom stał pusty, ponieważ pani Skinner przeprowadziła się do córki, która miała piękny dom w Missouli, gdzie Savannah i jej mąż prowadzili sklep z wyrobami rzemiosła artystycznego.

Wkrótce pewnie będzie kolejne spotkanie w sprawie odkupienia tych dwudziestu hektarów i zastanawiała się, czy ta działka bardziej przydałaby się ranczu, czy ośrodkowi.

Naprawić dom, rozmyślała, wynajmować go grupom. Albo na imprezy. Mniejsze wesela, przyjęcia firmowe, zjazdy rodzinne. Albo oszczędzić czas i pieniądze, zburzyć i postawić od zera.

Rozważała różne możliwości, aż przejechała pod łukowanym znakiem Ośrodka Bodine z logo koniczynki.

Objechała ośrodek, dostrzegając światło w Faktorii, ośrodkowym sklepie, gdzie ten, kto miał dziś pierwszą zmianę, szykował się do otwarcia. W tym tygodniu mieli objazdowe targi z wyrobami skórzanymi i rękodziełem, co skusi część późnojesiennych gości. Albo dzięki rozpasaniu marketingowych ekip Rory’ego przyciągnie osoby niebędące gośćmi, które zostaną na lunch w Worku z Obrokiem.

Zatrzymała auto przed długim niskim budynkiem z szeroką werandą, w którym mieściła się recepcja.

Ten widok zawsze napawał ją dumą.

Ośrodek powstał, zanim się urodziła, podczas spotkania jej matki, babki i prababki, przy czym to babka, Cora Riley Bodine, była główną inicjatorką tego przedsięwzięcia.

To, co na początku było zwykłymi wczasami na ranczu, zamieniło się w luksusowy ośrodek, który oferował pięciogwiazdkową kuchnię, indywidualne usługi, przygody, spa, imprezy, rozrywkę i dużo więcej, na ponad dwunastu tysiącach hektarów, obejmujących także działające ranczo. Wszystko to, pomyślała wysiadając z samochodu, wraz z bezcennym pięknem zachodniej Montany.

 

Pośpiesznie weszła do środka, gdzie kilkoro gości rozkoszowało się kawą przed wielkim kominkiem trzaskającym ogniem. Dobiegł ją zapach dyni i goździków, uśmiechnęła się zadowolona, machając dłonią recepcjonistce i śpiesząc się do biura, żeby zająć się pracą. Zboczyła jednak do recepcji, gdy Sal, żwawy rudzielec, którą Bodine znała od szkoły podstawowej, dała jej znak.

– Chciałam ci powiedzieć, że Linda-Sue właśnie dzwoniła z informacją, że trochę się spóźni.

– Jak zawsze.

– Tak, ale tym razem przynajmniej o tym uprzedza. Musi jeszcze podjechać po matkę.

W solidnych fundamentach dnia Bodine doszło do pierwszego pęknięcia. – Jej matka będzie na spotkaniu?

– Przykro mi. – Sal smutno się uśmiechnęła.

– To głównie problem dla Jessie, ale dzięki za uprzedzenie.

– Jessie jeszcze nie ma.

– Nie szkodzi, przyjechałam wcześniej na spotkanie.

– Zawsze jesteś wcześniej – zawołała Sal, gdy Bodine odwróciła się i skręciła w korytarzyk prowadzący do jej biura. Biura dyrektor ośrodka.

Podobał się jej rozmiar tego biura. Wystarczająco duże, żeby móc prowadzić spotkania z personelem lub kierownictwem, ale na tyle małe, żeby te spotkania były kameralne i prywatne.

Podwójne okno wychodziło na wykładane kamieniami ścieżki, na tę część budynku, w którym mieścił się Worek z Obrokiem i bardziej luksusowa Jadalnia oraz pola ciągnące się ku górom.

Celowo ustawiła stare biurko babki tyłem do okna, żeby nic jej nie rozpraszało. Miała dwa skórzane krzesła z wysokimi oparciami, które kiedyś stały w biurze na ranczu, oraz małą kanapę, niegdyś należącą do matki, a teraz odnowioną i obitą porządną tkaniną w kolorze intensywnego lazuru.

Odwiesiła kurtkę, czapkę i szal na wieszak w rogu, przygładziła dłonią czarne, jak u ojca, włosy spięte w długi prosty ogon.

Z wyglądu przypominała dziadka – tak zawsze mówiła wdowa po nim. Bodine widziała zdjęcia i rzeczywiście dostrzegała podobieństwo do młodego, przeklętego przez los Rory’ego Bodine, który zginął w Wietnamie przed swoimi dwudziestymi trzecimi urodzinami.

Miał śmiałe zielone oczy, szerokie usta z większą górną wargą. Jego czarne włosy lekko falowały, natomiast jej były proste jak pod linijkę. Ale miała jego wysokie kości policzkowe, mały zadziorny nos i białą irlandzką skórę, która wymagała hektolitrów kremu ochronnego.

Lubiła myśleć, że po babce odziedziczyła spryt do interesów.

Podeszła do blatu, gdzie stał ekspres na kapsułki, który robił w miarę przyzwoitą kawę, po czym wzięła kubek do biurka, żeby przejrzeć notatki na dwa pierwsze spotkania tego dnia.

Gdy kończyła rozmawiać przez telefon i jednocześnie pisać maila, do biura weszła Jessica.

Tak jak Maureen, Jessie była w sukience – tylko że intensyw­nie czerwonej zestawionej z krótkim skórzanym żakietem w kolorze śmietanki. Botki na wysokim obcasie nie przetrwałyby pięciu minut w śniegu, ale były idealnie dopasowane do sukienki, jakby zostały razem ufarbowane.

Bodine nie mogła nie podziwiać świetnego, nieskazitelnego stylu pracownicy.

Jessica blond włosy z jaśniejszymi pasemkami do pracy na ogół spinała w gładki kok i tak też było dzisiaj. Tak jak buty, również i usta były idealnie dopasowane kolorem do sukienki i harmonizowały z ostro zarysowanymi kośćmi policzkowymi, prostym wąskim nosem i oczyma barwy jasnego chłodnego błękitu.

Usiadła i czekając, aż Bodine skończy rozmowę, wyjęła telefon z kieszeni żakietu i przewijała coś na ekranie.

Bodine rozłączyła się i usiadła wygodniej.

– Koordynatorka ze Stowarzyszenia Pisarzy Amerykańskiego Zachodu skontaktuje się z tobą w sprawie trzydniowego pobytu i bankietu pożegnalnego.

– Podali jakieś daty? Liczby?

– Przewidywana liczba osób: dziewięćdziesiąt osiem. Przyjazd dziewiątego stycznia, wyjazd dwunastego.

– Najbliższego stycznia?

Bodine uśmiechnęła się. – Wybrane miejsce im wypadło, więc szukają gdzie mogą. Sprawdziłam i poradzimy sobie. Zaraz po świętach mamy mniejszy ruch. Zarezerwuję na czterdzieści osiem godzin dla nich Młyn, na spotkania i bankiet oraz tyle domków, ile potrzebują. Koordynatorka – Mandy, wydała się dobrze zorganizowana, choć nieco zdesperowana. Wysłałam tobie, mojej mamie i Rory’emu maila ze szczegółami. Powinni się zmieścić w budżecie.

– Dobrze. Porozmawiam z nią, ustalę menu, transport, zajęcia i tak dalej. Pisarze?

– Aha.

– Powiadomię Saloon. – Jessica zrobiła kolejną notatkę na telefonie. – Jeszcze nigdy nie organizowałam wydarzenia dla pisarzy, które miałoby niski rachunek w barze.

– Tym lepiej dla nas. – Bodine wskazała kciukiem ekspresik. – Częstuj się.

Jessica podniosła zielony termokubek z logo Ośrodka Bodine, który zwykle przy sobie nosiła.

– Jak ty wytrzymujesz bez kawy? – zaciekawiła się Bodine, szczerze zadziwiona. – Albo coli? Jak można żyć na wodzie?

– Ponieważ jest jeszcze wino. I joga, i medytacja.

– Przecież to wszystko działa nasennie.

– Nie, jeśli robić to należycie. Naprawdę powinnaś częściej chodzić na jogę. A medytacja pewnie pomogłaby ci ograniczyć kawę.

– Medytacja wyłącznie powoduje, że myślę o rzeczach, które wolałabym w tym czasie robić. Bodine oparła się i lekko obróciła na krześle. – Bardzo mi się podoba twój żakiet.

– Dziękuję. Kiedy miałam wolne, pojechałam do Missouli i zaszalałam. Co jest nieomal tak dobre jak joga dla umysłu i ducha. Sal mówi, że Linda-Sue nieco się spóźni – też mi nowość – i będzie razem z matką.

– Takie są najnowsze wiadomości. Damy radę. Zamawiają pięćdziesiąt cztery domki na trzy dni. Próbny obiad, ślub, przyjęcie ślubne – właściwie zajmą całe Miasteczko Zen na dzień przed ślubem, do tego inne rzeczy.

– Ślub jest za cztery tygodnie, więc nie ma wiele czasu na zmianę zdania, na jakieś wymysły.

Kąciki szerokich ust Bodine uniosły się w znaczącym uśmiechu. – Poznałaś chyba Dolly Jackson?

– Poradzę sobie z Dolly.

– Bardziej niż… ktokolwiek inny – uznała Bodine. – Przejrzyjmy, co mamy do tej pory.

Przeszły przez wszystkie punkty na liście od góry do dołu, a potem zajęły się mniejszym przyjęciem świątecznym, które miało się odbyć na tydzień przed Bożym Narodzeniem, kiedy Sal wsunęła głowę przez drzwi.

– Linda-Sue i jej mama.

– Już idę. Sal? Zamów nam jakieś koktajle, może mimozy.

– To mi się podoba.

– Sprytnie – stwierdziła Jessica, gdy Sal zniknęła. – Trzeba skakać wokół nich, żeby je urobić.

– Linda-Sue nie jest taka zła. Chase przez chwilę spotykał się z nią w liceum. – Bodine wstała i poprawiła ciemnobrązową kamizelkę. – Ale mimozy nie zaszkodzą. No, to do boju.

Śliczna, krągła, szybko tracąca głowę Linda-Sue chodziła po holu z dłońmi złożonymi na piersiach.

– Widzisz, mamo? Wszystko przygotowane na Boże Narodzenie, te drzewka, te światełka, ogień w kominku. A Jessica powiedziała, że Młyn będzie się skrzył.

– Oby. Mówię ci, że potrzebujemy tych wielkich lichtarzy, co najmniej tuzina. Złotych, takich jak te w tym magazynie. Ale nie takich błyszczących złotych, tylko elegancko złotych.

Mówiąc to, Dolly jednocześnie gryzmoliła na kartce w grubym niczym cegła i białym niczym suknia panny młodej segregatorze ślubnym, z którym się nie rozstawała.

Miała nieco obłąkane spojrzenie.

– I czerwony aksamit – ciemnoczerwony, nie jasnoczerwony – rozłożony na ścieżce od miejsca, w którym staną sanie. Zamiast białego. Lepiej wyeksponuje twoją suknię. I mówię ci, że potrzebujemy harfistki – w czerwonej aksamitnej sukni z taką elegancką złotą lamówką – żeby grała, jak ludzie będą wchodzili i zajmowali miejsca.

Jessica zaczerpnęła powietrza. – Będziemy potrzebowały więcej mimoz.

– Rozumiem cię. – Bodine przywołała na twarz uśmiech i przejęła pałeczkę.

Bodine poświęciła elegancko złotemu weselu czterdzieści minut, a potem wymówiła się obowiązkami. W ciągu trzech miesięcy, od momentu objęcia stanowiska kierowniczki do spraw organizacji wydarzeń, Jessica okazała się bardzo skuteczna w radzeniu sobie z wybrednymi matkami i pełnymi rozterek przyszłymi pannami młodymi.

Bodine miała umówione spotkanie z kierownikiem do spraw wyżywienia i napojów, musiała odpowiedzieć na kilka pytań jednemu z kierowców i chciała odhaczyć na swojej liście rozmowę z kierownikiem do spraw koni.

Żwirowa droga od jej biura do Centrum Rozrywki wiła się stromo pod górę przez blisko kilometr, lecz gdy wyszła na zewnątrz, na rześkie powietrze, stwierdziła, że woli się przejść, niż podjechać.