Początek

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– To działa. Ale…

– Nie rozpraszaj się, Lano. Damy radę.

Jechali jednak za szybko, a przęsło obniżało się zbyt wolno. Za nimi wyły syreny.

Razem, pomyślała. Żyć albo umrzeć. Zamyknęła oczy i pchała coraz mocniej.

Usłyszała łupnięcie, poczuła, jak samochód uniósł się w powietrze i zatrząsł.

– Podnoś! – krzyknął Max.

Czuła, jak dzwoni jej w uszach, jak cała drży, ale pchnęła ponownie. Otworzyła oczy. Przez chwilę myślała, że lecą.

Obróciła się szybko i zobaczyła, że przęsło podnosi się za nimi, metr za metrem. Ścigający ich samochód zatrzymał się z piskiem opon po drugiej stronie.

– Max. Skąd się to bierze? Jak my to robimy? Ta moc, ten rodzaj mocy, jest przerażający i…

– Emocjonujący? Przesunięcie równowagi, otwarcie. Nie wiem, ale czujesz to?

– Tak. Tak. – Otwarcie, pomyślała, i znacznie więcej.

– Wydostaliśmy się. – Odetchnął z ulgą Maks. Uniósł jej dłoń do warg, ale nie zwolnił, gdy jechali torami. – Znajdziemy drogę. Weź wodę z plecaka, oddychaj spokojnie. Cała drżysz.

– Ludzie… ludzie próbują nas zabić.

– Nie pozwolimy im na to. – Gdy odwrócił ku niej głowę, jego ciemnoszare oczy płonęły determinacją. – Przed nami długa droga, Lano, ale poradzimy sobie.

Oparła głowę o zagłówek, przymknęła oczy i starała się uspokoić tętno, pozbyć się z umysłu mgły lęku.

– Jakie to dziwne – wymamrotała. – Tyle czasu mieszkam w Nowym Jorku, a pierwszy raz jestem w Bronksie.

Jego głęboki i niewymuszony śmiech ją zaskoczył.

– Cóż, no to masz niezłą wycieczkę.

ROZDZIAŁ PIĄTY

Jonah Vorhies próbował objąć rozumem chaos oddziału ratunkowego. Ludzie albo nadal tłumnie napływali, albo wchodzili niepewnym krokiem, jakby ten budynek wciąż oferował cuda. Przychodzili, kaszląc i wymiotując, krwawiąc i umierając. Większość z powodu apokalipsy, inni z powodu przemocy związanej z epidemią.

Widział rany postrzałowe, rany kłute, złamania, obrażenia głowy.

Niektórzy siedzieli spokojnie, pozbawieni nadziei, jak ten mężczyzna z na oko siedmioletnim chłopcem na kolanach. Albo ta kobieta ze szklistymi, rozgorączkowanymi oczami, odmawiająca różaniec. Inni wściekali się, krzyczeli, stawiali żądania, plując śliną z wykrzywionych ze złości ust. Jonah pomyślał, że to szkoda, że ich ostatnie uczynki w życiu są tak brzydkie.

Regularnie wybuchały bijatyki, ale rzadko trwały dłużej niż kilka minut. Wirus niszczył ciało tak bardzo, że nawet czempion świata padłby po wymierzeniu lub otrzymaniu kilku ciosów.

Personel medyczny – a raczej jego resztki – robił, co mógł.

Jonah wiedział, że w szpitalu są jeszcze wolne łóżka. Och, mnóstwo wolnych łóżek, bloków operacyjnych i sal zabiegowych. Nie było jednak dość lekarzy, pielęgniarek, stażystów i sanitariuszy, którzy by leczyli, zszywali i tamowali krew.

Panował za to tłok w kostnicy – o tym także wiedział. Nigdzie ani jednego miejsca, ciała piętrzyły się niczym dziecięce klocki.

Większość personelu medycznego? Zmarła lub uciekła. Patti, od czterech lat jego koleżanka z ambulansu, Patti, matka dwójki dzieci, która uwielbiała ostrego rocka, horrory (im makabryczniejsze, tym lepsze) oraz meksykańskie jedzenie – nie żałuj tabasco, mawiała – w drugim tygodniu uciekła na Florydę, zabierając z sobą dzieci. Uciekła, ponieważ jej ojciec – zapalony golfista, który prowadził bardzo przyjemne życie w Tampie – zmarł, a jej matka – emerytowana nauczycielka, ochotniczka walcząca z analfabetyzmem i wielbicielka robótek ręcznych – umierała.

Widział w Patti zapowiedź apokalipsy, razem ze strachem i żałobą, które odczuwała, kiedy się żegnali. Wiedział, że już nigdy jej nie zobaczy.

Jej ani tej uroczej pielęgniarki, która tak lubiła ozdabiać fartuchy kotkami lub szczeniaczkami. Żującego gumę balonową sanitariusza, entuzjastyczną stażystkę, która chciała zostać chirurgiem, i dziesiątki, dziesiątki innych.

Padali jak muchy, niektórzy w domu, niektórzy usiłując pracować. Sam kilku przywiózł – teraz już bez Patti. Personel szpitalny, paramedyczny, ratownicy medyczni, strażacy, policjanci – ubywało wszystkich.

Zmarli lub uciekli.

Rachel żyła – śliczna, pełna oddania doktor Hopman. Widział, jak walczyła z falą apokalipsy. Przepracowana, wyczerpana, ale nigdy spanikowana. Zaczął jej szukać, zaglądać do niej.

Dawała mu nadzieję.

A potem postanowił się trzymać z dala od niej, zamknąć w mieszkaniu, odseparować, zniknąć, nadzieja bowiem bolała.

Po jakimś czasie wrócił, szukając daremnie jej iskierki, tej wątłej drobiny światła w okrutnym świecie. I widział tylko śmierć, która na niego zewsząd napierała, rzucała się z pazurami, naigrawała ze zdolności jej widzenia i niepodejmowania żadnych działań.

Wszedł więc na oddział ratunkowy, godząc się z decyzją, którą podjął. Po raz ostatni poszuka nadziei.

Zajrzał do gabinetów zabiegowych i zobaczył śmierć. Zajrzał do magazynów i zobaczył splądrowane półki.

Pomyślał, że ostatni raz obejdzie szpital.

Poza oddziałem ratunkowym wszędzie rozbrzmiewało echo niczym w grobowcu. Przeszło mu przez myśl, że może to jest nawet i stosowne. Może to znak? A Bóg wie, że cisza koi.

Wkrótce wszystko ucichnie.

Wszedł do pomieszczenia dla pracowników – miał stąd kilka dobrych wspomnień, które chciał ze sobą zabrać. Zobaczył Rachel, która siedziała przy jednym ze stolików i pobierała sobie krew.

– Co robisz?

Podniosła na niego wzrok. Na jej twarzy malowało się zmartwienie, zmęczenie i spokój. Lecz ani śladu apokalipsy.

– Zamknij drzwi, Jonah. – Zakorkowała próbkę, opisała ją i odstawiła na stojak między inne. – Pobieram krew. Jestem odporna. Minęły ponad cztery tygodnie, a ja nie mam żadnych objawów. Wielokrotnie byłam narażona na kontakt z wirusem i nic, nie mam żadnych symptomów choroby. Ty też nie – zauważyła. – Usiądź. Chcę wziąć próbkę.

– Dlaczego?

Spokojnie odpakowała nową strzykawkę.

– Ponieważ każdy, kogo leczyłam – każdy bez wyjątku – zmarł. Ponieważ jestem przekonana, że przywiozłeś pacjenta zero na mój oddział ratunkowy: Rossa MacLeoda.

Nogi się pod nim ugięły tak, że usiadł.

– Ja…

– Wysłałam raport do Centrum Kontroli Chorób parę tygodni temu, ale nigdy nie otrzymałam odpowiedzi. Oni też umierają. Nie mogę się tam dodzwonić, ale spróbuję wysłać kolejny raport jutro. Musimy zyskać na czasie, zanim do nas dotrą. Zdejmij kurtkę i podwiń rękaw.

– Zanim do nas dotrą?

– Są teraz w Nowym Jorku. Nowy Jork, Chicago, Los Angeles, Atlanta, oczywiście. – Zaciągnęła gumową opaskę. – Zaciśnij rękę – powiedziała i odkaziła zgięcie łokcia. – Przeczesują miasta. Szukają odpornych takich jak ty i ja, biorą ich na testy. Bez względu na to, czy ci odporni chcą być im poddawani.

– Skąd wiesz?

Uśmiechnęła się blado i wsunęła igłę tak, żeby prawie nie poczuł ukłucia.

– Lekarze rozmawiają z lekarzami. Mam koleżankę na stażu w Chicago. Miałam. Chyba już zmarła.

Kiedy głos się jej załamał, siedziała przez chwilę, wciągając powietrze i wypuszczając je, póki się nie uspokoiła.

– Przyjechali w skafandrach ochronnych i przetestowali pracowników. Ona ich nie przeszła, ale wzięli tych, którzy przeszli. Trzy dni temu. Jej brat pracował w szpitalu Sibley w Waszyngtonie. Przejęli tę placówkę. Utworzyli coś na kształt wspólnych oddziałów specjalnych. Centrum Kontroli Chorób, Narodowy Instytutu Zdrowia, Światowa Organizacja Zdrowia. Przenieśli chorych do innych szpitali. Zostawili kilku na obserwacji, poddają ich testom. Odporni przechodzą kwarantannę. Wojskową kwarantannę. Jej brat zdołał się wydostać i skontaktować z nią. A ona ostrzegła mnie.

– Słuchałem wiadomości, kiedy mogłem. – Kiedy był je w stanie znieść. – O niczym takim nie słyszałem.

– Jeżeli ktokolwiek w mediach o tym wie, to trzyma to w tajemnicy. Albo też jest przetrzymywany. Takie są moje domysły. – Zakorkowała i opisała pobraną od niego krew, po czym na malutkiej kropce po ukłuciu położyła gazik i zakleiła go plasterkiem.

Usiadła i spojrzała mu w oczy.

– Healy też jest odporny.

– Nie wiem, kto to.

– No tak, skąd. Nasz laborant – dobry. Prowadzi własne testy. Przeprowadziliśmy ich wiele na zarażonych, poczynając od MacLeoda. Ale my, czy raczej on prowadzi je teraz na odpornych. Póki może.

Rachel rozejrzała się po pomieszczeniu jak osoba, która właśnie wypłynęła na powierzchnię głębokiego basenu.

– Jesteśmy małym szpitalem na Brooklynie, ale dotrą do nas. Jeżeli ktokolwiek natknie się na mój raport wstępny, dotrą do nas szybciej, niż się spodziewamy, a ja zostanę poddana kwarantannie i stanę się obiektem badań. Ty też – dodała, po czym przycisnęła palce do zmęczonych oczu. – Powinieneś trzymać się jak najdalej od tego miejsca.

– Przyszedłem się pożegnać.

– Słusznie. Nie robimy nic dobrego. Ty przywożąc zarażonych, a ja próbując ich leczyć. Współczynnik umieralności zakażonych wynosi sto procent. Sto procent.

Zakryła twarz dłońmi i potrząsnęła przecząco głową, gdy dotknął jej ramienia.

– Chwila – wymamrotała i zanim odsunęła dłonie, wypuściła powietrze. Jej ciemnobrązowe oczy lśniły blaskiem, ale nie płakała.

– Całe życie chciałam być lekarką. Nigdy nie marzyłam o zostaniu księżniczką, baletnicą, piosenkarką czy słynną aktorką. Tylko medycyna. I to medycyna ratunkowa. Jesteś przy ludziach, kiedy są chorzy i przerażeni, kiedy cierpią. Pomagasz im. A teraz? Moje działania nic nie dają.

– Rzeczywiście. – Poczuł, jak wokół niego zamyka się ciemność. – Nic nie dają.

 

– Może twoja krew coś da. Może Healy wpadnie na jakiś trop. Szanse są niewielkie, ale może. A ja będę robić, co mogę, póki mogę. Powinieneś iść. – Położyła rękę na jego dłoni. – Znajdź bezpieczne miejsce. Nie wracaj tu.

Spojrzał na jej rękę. Wiedział, że jest silna, kompetentna.

– Durzyłem się w tobie.

– Wiem. – Uśmiechnęła się, kiedy podniósł na nią wzrok. – Trochę szkoda, że żadne z nas nic z tym nie zrobiło. Ja – z różnych względów – unikałam angażowania się. Jaka jest twoja wymówka?

– Nie potrafiłem zebrać się na odwagę.

– Nasz błąd. Teraz już za późno. – Odsunęła dłoń, wstała i wzięła stojak z próbkami. – Zaniosę je Healy’emu i zastąpię jego asystentkę, został w dziale sam. Trzymaj się, Jonah.

Przyglądał się jej, jak odchodziła. Pomyślał, że nie ma nadziei. Nie widział w niej niczego takiego. Siła owszem, ale iskierka nadziei zgasła. Zrozumiałe.

Odwinął rękaw i włożył kurtkę. Nie chciał wracać przez oddział ratunkowy, przedzierać się przez tę całą śmierć, ale wiedział, że to pomoże mu skonkretyzować podjętą decyzję.

Zignorował krzyki, wymioty, okropny rzężący kaszel i wyszedł na zewnątrz. Sądził, że wcieli swój plan w życie wewnątrz budynku. Gdyby miał jaja, zrobiłby to nawet w kostnicy. Ułatwiłby wszystkim robotę. Tyle że nie potrafił tego zrobić.

Tutaj, przy drzwiach na oddział ratunkowy? Do cholery, oni tam mają wystarczająco dużo na głowie. W ambulansie? To wydawało się lepszym pomysłem.

Za kierownicą czy z tyłu? Za kierownicą czy z tyłu? Dlaczego tak trudno mu wybrać?

Sam akt? Żaden problem. Miał do czynienia z wystarczającą liczbą samobójstw i prób samobójczych, żeby wiedzieć, jaki sposób będzie najlepszy. Stary pistolet ojca.

Włożyć lufę do ust, pociągnąć za spust. Po sprawie.

Po prostu nie mógł dalej żyć, widząc wokół siebie tyle śmierci. Pozbawionej nadziei, nieuniknionej śmierci. Nie mógł nadal patrzeć na twarze sąsiadów, współpracowników, rodziny i widzieć w nich śmierć.

Nie mógł dalej zamykać się w ciemności, żeby przestać ją widzieć. Nie mógł nadal słyszeć krzyków, strzelaniny, błagań o pomoc, szalonego śmiechu.

W końcu depresja i rozpacz zmienią się w szaleństwo. A on bał się, naprawdę się bał, że to szaleństwo uczyni z niego kolejną z bestii polujących na innych i siejących jeszcze więcej śmierci.

Lepiej to skończyć, po prostu skończyć i odejść w ciszę.

Sięgnął do kieszeni i poczuł uspokajający kształt pistoletu. Ruszył w stronę ambulansu, zadowolony, że miał okazję zobaczyć Rachel, pomóc jej, pożegnać się. Zastanawiał się, co też Healy znajdzie w jego krwi. Coś skażonego tą potworną zdolnością?

Przeklęta krew.

Skręcił na dźwięk klaksonu, ale szedł dalej, nawet kiedy minivan z piskiem opon zahamował i wtoczył się na krawężnik. Więcej zgonów w tym domu śmierci, pomyślał i zgarbił się, słysząc wołanie o ratunek.

Na to nie ma ratunku.

– Proszę, proszę! Potrzebuję pomocy!

Obiecał sobie, że już dość śmierci. Nie będzie więcej patrzył na śmierć.

– Dzieci się rodzą. Proszę mi pomóc

Nie mógł się powstrzymać i odwrócił się. Zobaczył kobietę, która z trudem wysiadała z jaskrawoczerwonego vana, podtrzymując ciążowy brzuch.

– Potrzebuję lekarza. Zaczęłam rodzić. Moje dzieci…

Widział nie śmierć, ale życie. Trzy życia. Trzy jasne iskry.

Pocieszając się, że zdąży się zabić później, podszedł do niej.

– Który tydzień?

– Trzydzieści cztery tygodnie, pięć dni. Bliźnięta. Mam bliźnięta.

– To odpowiedni czas na dwupak. – Objął ją ramieniem.

– Pan jest lekarzem?

– Nie, ratownikiem medycznym. Nie zabiorę pani przez oddział ratunkowy. Pełno tam zakażonych.

– Chyba jestem odporna. Wszyscy pozostali… Ale dzieci. One żyją. Nie są chore.

Słysząc strach w jej słowach, starał się nadać głosowi uspokajające brzmienie.

– Będzie dobrze, proszę się nie martwić. Pójdziemy do tych drzwi tutaj. Zaprowadzę panią na położnictwo. Sprowadzę lekarza.

– Ja… Aaa… skurcz! – Złapała go w pasie, wbiła palce niczym szpony i ze świstem wciągnęła powietrze.

– Proszę oddychać powoli i spokojnie.

– Sam oddychaj powoli i spokojnie – warknęła, dysząc. – Przepraszam.

– Nie ma problemu. Co ile się pojawiają?

– Nie mogłam mierzyć, kiedy już prowadziłam. Zanim wyszłam z domu, były co trzy minuty. Dojazd tu zajął mi, bo ja wiem, jakieś dziesięć minut. Nie wiedziałam, co robić.

Weszli do środka. Poprowadził ją do wind.

– Jak masz na imię?

– Katie.

– Jestem Jonah. Gotowa na bliźnięta, Katie?

Podniosła ogromne zielone oczy, a potem opuściła głowę na jego pierś i zaszlochała.

– Już dobrze, już dobrze. Wszystko będzie dobrze.

Sprowadzić dzieci na ten mroczny świat pełen śmierci? O tym nie pomyślał. Przysiągł sobie, żeby nie wybiegać myślą dalej niż na oddział położniczy.

– Odeszły ci już wody?

Pokręciła przecząco głową.

Drzwi windy otwarły się na pustą recepcję. Panowała tu ta sama cisza, w której każdy dźwięk odbijał się echem. Zdał sobie sprawę, że nikt jej nie pomoże.

Zaprowadził Katie na oddział – puste pokoje, żadnych pacjentów, zero personelu. Czy już nikt nie rodzi dzieci?

Wprowadził ją do jednej z sal porodowych.

– Najlepsza na oddziale – oznajmił, starając się, by jego głos brzmiał pogodnie. – Zdejmiemy ci płaszcz, położymy na łóżku.

– Kto jest twoim lekarzem prowadzącym?

– Nie żyje. To nie ma już znaczenia.

– Zdejmijmy ci buty. – Zanim kucnął i ściągnął jej buty, wcisnął guzik przyzywający pielęgniarkę.

Nie zawracał sobie głowy koszulą szpitalną. Nie wiedział, gdzie ją znaleźć, i nie chciał tracić czasu na szukanie. I tak była ubrana w sukienkę.

– Gotowe. – Pomógł jej się ułożyć, uświadamiając sobie jednocześnie, aż znowu wbiła mu palce w ramię. Ponownie wcisnął guzik przyzywający pielęgniarkę.

– Czy oni wszyscy pomarli? – spytała, gdy skurcz minął. – I lekarze, i pielęgniarki?

– Nie, właśnie rozmawiałem z lekarką na dole, moją koleżanką, zanim wyszedłem, a ty podjechałaś. Sprawdzę, czy nie ma którejś z położnych.

– Boże, nie, nie zostawiaj mnie.

– Nie zostawię. Przysięgam, nie zostawię cię samej. Pójdę poszukać jakiejś pielęgniarki albo położnej i przyniosę dwa inkubatory. Czas porodu mieści się w normie – zauważył – ale to jednak wcześniaki.

– Usiłowałam dociągnąć do trzydziestu sześciu tygodni. Starałam się, jednak…

– Hej! – Wziął ją za rękę i poczekał, aż na niego spojrzy załzawionymi oczami. – Dzieciaki mają już prawie trzydzieści pięć tygodni. Doskonała robota. Daj mi dwie minuty, dobrze? Nie przyj, Katie. Jeśli będzie kolejny skurcz, oddychaj powoli i spokojnie. Nie przyj.

– Pośpiesz się. Proszę.

– Obiecuję.

Wyszedł, a potem rzucił się biegiem.

Nie znał tego skrzydła, był w nim tylko kilka razy, i to nie dalej niż na stanowisku pielęgniarek. W łóżeczkach za szklaną szybą zobaczył trójkę noworodków i ten widok dodał mu otuchy. Ktoś musi być na tym piętrze. Ktoś musi zajmować się tymi dziećmi.

Pchnął podwójne drzwi i wszedł do sali operacyjnej. Lekarz – oby – w kitlu i w rękawiczkach trzymał skalpel. Obok stała pielęgniarka. Na stole operacyjnym leżała ciężarna kobieta z zamkniętymi oczami.

– Mam kobietę, która rodzi bliźnięta.

– A ja próbuję uratować życie tej kobiety i jej dziecka. Wynocha!

– Potrzebuję… Ona potrzebuje lekarza.

– Powiedziałem wynocha. Ja jestem lekarzem. Jedynym, jaki tu został, i jestem cholernie zajęty. Siostro!

– Proszę iść! – Nakazała, kiedy doktor zrobił nacięcie.

– Proszę wezwać pagerem doktor Hopman. Tylko tyle. Proszę ją wezwać.

Jonah wypadł biegiem, wziął dwa inkubatory i zawiózł je do sali. Katie akurat miała skurcz.

– Oddychaj, oddychaj. Podłączę je, żeby były gotowe.

– Lekarz… – zdołała wybełkotać.

Włączył inkubatory, zrzucił kurtkę i podwinął rękawy.

– Ty, ja i bliźnięta. Damy radę.

– O Boże, o Boże. Odbierałeś kiedykolwiek poród?

– Tak, kilka razy.

– Odpowiedziałbyś tak, nawet gdybyś nie odbierał żadnego.

– Odbierałem nawet wcześniaka. To moja pierwsza ciąża mnoga, ale hej, jeżeli mogę odebrać jedno, to mogę i dwa. Umyję ręce i włożę rękawiczki. A potem zobaczymy, na jakim etapie jest poród, dobrze?

– Nie mam wyboru. – Wpatrywała się w sufit tak samo jak wtedy, kiedy umierała jej matka. – Jeżeli coś pójdzie nie tak, obiecaj mi, że się nimi zajmiesz. Zaopiekujesz się moimi dziećmi.

– Wszystko pójdzie dobrze, a ja się nimi zajmę. I tobą. Słowo honoru. – Zrobił znak krzyża na sercu i wszedł do łazienki wyszorować ręce.

– Jak zamierzasz je nazwać?! – zawołał.

– Dziewczynka Antonia. Mój mąż… bardzo chciał mieć córeczkę. Zanim dowiedzieliśmy się, że to bliźnięta, miał nadzieję, że urodzi się dziewczynka. Chłopiec będzie miał na imię Duncan, na cześć mojego ojca.

– Ładnie. Dobre, mocne imiona. – Włożył rękawiczki i wziął głęboki oddech. – Jedna dziewczynka, jeden chłopiec. Lepiej być nie mogło.

– On tu zmarł. Mój Tony. Moi rodzice też i mój brat. Cztery osoby, które kochałam, zmarły w tym szpitalu, nie wiedziałam, gdzie indziej mogłabym pojechać.

– Przykro mi. Ale twoje dzieci nie umrą i ty też nie. Zdejmij majtki. Muszę zobaczyć, jak to tam wygląda.

– Nie będę udawała cnotki.

– Musisz nieco unieść miednicę.

– Miednicę… – prychnęła. – Tyłek!

– No, raczej przodek.

Uśmiechnął się, kiedy się zaśmiała.

– Zabawny jesteś.

– Powinnaś wysłuchać całego mojego numeru, jestem urodzonym komikiem. Dobrze, muszę się z tobą bliżej zaznajomić i wiem, że to mało przyjemne. Kontroluj oddech.

Wsunął palce w pochwę, żeby sprawdzić rozwarcie. Starała się głęboko oddychać.

– Mamy pełne rozwarcie, Katie. Przeproszę Antonię, kiedy pojawi się na świecie. Dotknąłem jej główki.

– Duncan. On jest pierwszy. Jego główki?

– Owszem. I Bogu dzięki, że to jego główka, a nie pupa.

– Chyba idzie.

– Zaczynamy. Już naprawdę blisko. Zaraz… no i proszę. Wody odeszły.

– Och, jak boli. Jezus Maria, jak to boli!

– Wiem.

– Nic nie wiesz. Jesteś facetem. – Odwróciła głowę i zamknąwszy oczy, wolno wypuściła powietrze. – Podczas porodu mieliśmy słuchać Adele. Chcieliśmy, żeby były z nami nasze mamy. Obie zmarły. On też już nie żyje. I ojciec. I mój brat, a także brat Tony’ego i jego siostra. Dzieci mają tylko mnie.

– Wychodzi główka Duncana, Katie. Widzę jego główkę. Ma włoski. Ciemne. Chcesz lusterko?

Załkała, zakryła oczy i wyciągnęła dłoń, żeby poczekał.

– Kochałam Tony’ego. Moich rodziców, mojego brata, jego rodzinę. Moją rodzinę. Wszyscy odeszli. Dzieci. Z rodziny zostały mi tylko dzieci. A im zostałam tylko ja. – Wytarła oczy. – Poproszę lusterko. Chcę zobaczyć, jak się rodzą.

Ustawiał je tak długo, póki nie kiwnęła głową. Przeprowadził ją przez skurcze parte, a potem przez sam poród.

Nie mówiła już o stracie, lecz parła, jakby była wojowniczką w bitwie.

Pierwszy przyszedł na świat ciemnooki Duncan. Krzyczał i wymachiwał rączkami. Jego matka uśmiechnęła się i wyciągnęła ręce.

– Dobry kolor skóry i znakomite płuca. – Jonah wytarł dziecko z mazi płodowej i położył je na piersiach Katie. – Odcinam pępowinę.

– Jest piękny. Idealny. Prawda?

– Zaraz go zważymy i położymy do inkubatora. Wygląda idealnie.

– On… On szuka piersi!

– Cóż, prawdziwy chłopak.

– W książkach pisali, zwłaszcza w przypadku wcześniaków… Przyssał się! Jest głodny. I… O Boże. Teraz ona. Idzie!

– Antonia nie chce zostać w tyle. Odłożę go do inkubatora.

– Nie, potrzymam go. Jest głodny. Muszę przeć!

– Dobrze, tylko porządnie. Możesz mocniej.

– Staram się!

– Dobrze, tak trzymaj. Rozluźnij się, rozluźnij, oddychaj. I jeszcze raz. Mocno, porządnie. Spójrz w lusterko, Katie. Przyj!

Wciągnęła ze świstem powietrze i wypuściła z długim, zawodzącym jękiem. Jonah chwycił główkę, obrócił ramionka i Antonia wysunęła się na jego dłonie.

– I już jest.

– Nie płacze, ona nie płacze. Co z nią?

– Daj jej sekundę. – Jonah oczyścił nos i usta, przetarł ciałko. – No dawaj, Antonia. Wiemy, że nie jesteś beksą, ale mama chce cię usłyszeć. Po prostu się nie śpieszy. Nic jej nie jest. Widzę w niej światło, nie ciemność. Widzę życie, nie śmierć.

 

– O czym ty…

– I już. – Jonah uśmiechnął się szeroko, gdy mała wydała z siebie wysoki jęk, jakby była urażona i lekko poirytowana. – Już robi się różowa. Chciała się zorientować w sytuacji. Prawdziwa piękność, szanowna mamo.

Katie przytuliła ją.

– Spójrz na tę małą słodką główkę.

– Owszem, jej brat zgarnął wszystkie włosy. Daj jej trochę czasu, przegoni go. Przecinam pępowiny. Jeżeli Duncan już skończył jeść, to chciałbym go umyć, zważyć i sprawdzić kilka rzeczy. Ciebie czeka jeszcze urodzenie łożyska.

– Pójdzie już chyba łatwiej niż z bliźniętami.

Jonah wziął Duncana na ręce, starannie go obejrzał, osłuchał, sprawdził odruchy i zważył.

– Dwa i osiem dziesiątych kilograma. Nieźle, nawet gdyby był jedynakiem i urodził się o czasie. Dobra robota, Katie.

– Zobacz, ona mi się przygląda. Wiem, że to nie może być prawda, ale wygląda, jakby na mnie patrzyła. Jakby mnie znała.

– Pewnie, że cię zna. – Patrząc na trzymane w rękach dziecko, Jonah poczuł… triumf i spokojną, niezachwianą miłość.

– Chcę włożyć Duncana do inkubatora na trochę. Daj mi też swoją dziewczynkę. Pójdę poszukać czegoś zimnego do picia – powiedział do Katie, gdy mył Antonię. – Może też coś do jedzenia. A twoja dziewczynka waży dwa i trzy dziesiąte kilograma. Pięknie.

– Skurcz.

– Okej, niech wszystko wyjdzie. Ładnie i elegancko. Mam tu miskę. Wypchnij je, mistrzyni.

Kiedy poród się skończył, Katie leżała bez słowa, a Jonah wytarł pot z jej twarzy. Chwyciła go za rękę.

– Powiedziałeś, że widzisz życie, a nie śmierć. Światło, nie ciemność. A kiedy to zrobiłeś, kiedy to powiedziałeś… wyglądałeś inaczej. Widziałam w twojej twarzy coś innego.

– Dałem się nieco ponieść chwili. – Zaczął się odsuwać, ale Katie ścisnęła go mocniej i spojrzała nań uważnie.

– W ciągu ostatnich tygodni widziałam różne rzeczy. Rzeczy, które nie mają sensu, rzeczy z książek i filmów fantasy. Jesteś jednym z nich? Jesteś z tych, których nazywają Niesamowitymi?

– Słuchaj, jesteś zmęczona, a ja muszę…

– Sprowadziłeś mojego syna i córkę na świat – przerwała mu. – Dałeś mi znów rodzinę. Dałeś mi… – Z jej oczu popłynęły łzy, a głos zadrżał. – Dałeś mi powód, by dalej żyć. Będę ci za to wdzięczna każdego dnia, do końca życia. Wdzięczna za każdym razem, ilekroć spojrzę na dzieci. Mam dzieci. Jeżeli mam je dzięki temu, że zostałeś obdarzony darem, że jesteś kimś wyjątkowym, to za to też ci dziękuję.

Jonahowi również zaszkliły się oczy. Złapał się na tym, że ściskał jej dłoń tak, jakby była to lina ratunkowa.

– Nie wiem, kim ani czym jestem. Nie wiem. Potrafię zobaczyć w kimś nadchodzącą śmierć albo chorobę. Widzę szczegóły końca i nie mogę tego powstrzymać.

– We mnie i moich dzieciach zobaczyłeś życie. Wiem, czym jesteś. Moim własnym cudem.

Musiał usiąść na łóżku, żeby się pozbierać.

– Planowałem się zabić.

– Nie. Nie, Jonah.

– Gdybyś przyjechała pięć minut później, byłbym martwy. Sądziłem, że już nie zdołam dłużej patrzeć na śmierć. A wtedy ty się zjawiłaś i zobaczyłem naraz tyle życia. Wygląda na to, że ty też jesteś moim cudem.

Katie rozluźniła się.

– Czy możesz mnie na chwilę przytulić?

– Jasne, że mogę.

Położyła mu głowę na ramieniu.

Usłyszeli szybkie, energiczne kroki oraz głos Rachel przywołującej go po imieniu.

– Tutaj! To lekarka – powiedział do Katie. – Lepiej późno niż wcale.

– Kto potrzebuje lekarza?

Rachel stanęła w drzwiach, spojrzała na niego, po czym dostrzegła inkubatory.

– No proszę. To twoja sprawka?

– Ona nieco pomogła – odparł Jonah.

– Wygląda mi to na doskonałą współpracę. Jestem doktor Hopman – zaczęła, ale Katie odwróciła głowę. – Katie? Katie Parsoni, prawda?

– Tak. Doktor Hopman. – Z oczu Katie popłynął nowy strumień łez. Wyciągnęła rękę, cały czas przytulając się do Jonaha. – Pani żyje.

– Owszem, pani, jak widzę, i pani dzieci również. Obejrzę was.

– Duncan: dwa i osiem – poinformował ją Jonah. – Antonia: dwa i trzy. Zapomniałem je zmierzyć.

– Zrobiłeś to, co najważniejsze. Jak się pani czuje, mamo? – spytała, podchodząc do Duncana.

– Zmęczona, głodna, wdzięczna, smutna, szczęśliwa. Czuję wszystko. Doktor Hopman była ze mną, kiedy zmarła moja mama. Opiekowała się nią. Moim tatą też.

– Jonah przywiózł ich do szpitala – powiedziała Rachel, zerkając na niego. – Ross i Angela MacLeodowie.

– MacLeod… – Przypomniał mu się rosół na kuchence. Pierwszy pacjent zero. – Zatoczyliśmy koło… – wyszeptał.

– Patrzymy na dwójkę zdrowych dzieci. – Rachel kucnęła i obejrzała łożyska oraz pępowiny. – Dobrze. Dobrze.

– Jak szybko będą mogły podróżować? – spytał Jonah.

– Muszę obejrzeć Katie i spróbuję znaleźć kogoś z pediatrii, żeby zbadał dzieci.

– Nic im nie jest, one też są zdrowe. Widzę to, tak samo jak widziałem, że jej matka nie jest zdrowa, kiedy ty zajmowałaś się jej tatą. Tak jak widziałem, że ty jesteś odporna. Miałem już tę intuicję, zanim… zanim się to wszystko zaczęło. Ale teraz to się nasiliło. Nie spodziewam się, że mi uwierzysz, jednak…

– Wierzę ci – odparła krótko Rachel. Potarła oczy. – Widziałam różne rzeczy, w które z początku nie wierzyłam, ale jeżeli widzisz ich wystarczająco dużo, to trzeba być idiotą, żeby nie zacząć w nie wierzyć. Byłabym też kiepską lekarką, gdybym nie zbadała kobiety, która dopiero co urodziła bliźnięta.

– Muszę się dowiedzieć, kiedy mogą zacząć podróżować. I kiedy ty będziesz gotowa jechać.

– A dokąd mam jechać?

– Jeszcze nie wiem, ale wiem, że jesteś odporna. Tak samo Katie i te dzieci. Mówiłaś, że robią naloty, zgarniają ludzi do obszarów poddanych kwarantannie, przeprowadzają na nich testy.

– Co? – Katie chwyciła go za ramię. – Oni? W sensie rząd? Zatrzymują ludzi, którzy nie są chorzy?

– Jonah… – westchnęła Rachel.

Pomyślał, że da sobie spokój z wciskaniem kitu. Koniec z rozpaczą.

– Katie ma prawo wiedzieć – powiedział stanowczo. – Musi myśleć o dzieciach. Ty jesteś lekarką. Są ludzie, którzy nie mają wirusa, a potrzebują lekarzy. Którzy potrzebują mądrych, elastycznych lekarzy. Oni będą próbowali zgarnąć ludzi takich jak ja, i choćby nie wiem co, nie dam z siebie zrobić królika doświadczalnego. – Umilkł. – To koło – podjął po chwili. – Krążyliśmy jak meteory: jej rodzice przyszli do mnie, ja do ciebie, ty do Katie, Katie do mnie. A teraz dzieci. To coś oznacza. Kiedy będą mogły podróżować? Kiedy będziesz mogła wyjechać?

Rachel spojrzała na dzieci, na cicho płaczącą kobietę, na mężczyznę, który nagle zrobił się twardy jak stal. Na jej twarzy malowało się znużenie.

– Może jutro, w zależności od tego, o jakiej podróży myślisz. Drogi są zablokowane.

– Mogę zdobyć łódź.

– Łódź?

– Patti… Razem jeździliśmy ambulansem – wyjaśnił Katie. – Ona miała łódź. Nie za dużą, ale się nada. Dotrzemy do łodzi, wsiądziemy do niej i przepłyniemy na drugą stronę rzeki. Po czym skierujemy się… tam, gdzie uznamy za stosowne. Będziemy trzymać się obszarów wiejskich w miarę możności. Nie jestem pewien, dopóki nie wydostaniemy się z Nowego Jorku. Nikt nie zrobi z tych dzieci królików doświadczalnych.

– Nikt nie tknie moich dzieci. – Łzy przestały płynąć, jakby zakręcono kurek. – Nikt. Możemy jechać już, teraz.

– Jutro – sprzeciwiła się Rachel, podnosząc rękę. – Zbadam panią i będziemy obserwować dzieci przez okrągłą dobę. Jeżeli nie będzie komplikacji, możemy wyjechać jutro. Potrzebujemy zapasów, pieluszek i ubrań, koców. Może będziemy potrzebować mleka w proszku.

– Duncan już ssał pierś.

– Poważnie? – Rachel się zaśmiała. – Kolejna dobra wiadomość. Tak czy inaczej potrzebujemy mnóstwa rzeczy. Pojadę i pozwolę im jechać, jeżeli nie okaże się, że muszą zostać w szpitalu. Kobiecie i jej noworodkom przydałby się lekarz. Chociaż Jonah prawdopodobnie poradzi sobie z resztą spraw. Pojadę, bo masz rację, Jonah. To? – Gestem wskazała całą ich piątkę. – To coś oznacza. I może wreszcie znowu zacznę się czuć jak lekarz.

Podeszła do łóżka.

– Idź i znajdź coś, co świeżo upieczona matka mogłaby zjeść. Może coś chłodnego do picia, na pewno woda. I czyste ubrania. Dla dzieci czapeczki i pieluszki dla wcześniaków. Zobaczymy, na ile jesteś zaradny, Jonah.

– No to załatwione. – Wstał. – Wrócę – zwrócił się do Katie.

– Wiem.

– No dobrze, Katie, zbadam cię.

– Doktor Hopman?

– Rachel. Proszę mi mówić Rachel, skoro będziemy razem podróżować.