Początek

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

ROZDZIAŁ TRZECI

Do końca pierwszego tygodnia stycznia liczba zgonów przekroczyła milion. Światowa Organizacja Zdrowia ogłosiła pandemię rozprzestrzeniającą się z niespotykaną prędkością. Centra kontroli i prewencji chorób poinfomowały, że to nowy szczep ptasiej grypy, który przenosi się między ludźmi.

Nikt nie był w stanie wytłumaczyć, dlaczego przebadane ptaki nie miały żadnych objawów zakażenia. Żaden kurczak, indyk, gęś, przepiórka czy bażant – skonfiskowany lub schwytany w promieniu stu kilometrów od farmy MacLeodów – nie okazał się zakażony.

Jednak ludzie – rodzina MacLeodów w Szkocji, ich sąsiedzi, okoliczni farmerzy – wszyscy zmarli.

Ten szczegół WHO, centra kontroli i narodowe instytuty zdrowia trzymały w ścisłej tajemnicy.

Wskutek przepychanek o dostęp do szczepionek ich sprzedaż szwankowała, odbywała się jakimiś dziwnymi kanałami. Opóźnienia w dostawie wzniecały bunty, szaber, przemoc.

Wszelako nie miało to znaczenia, gdyż szczepionki okazały się równie nieskuteczne, co fałszywe leki, które szybko pojawiły się w internecie.

Przywódcy państw na całym świecie wzywali do zachowania spokoju i porządku, obiecywali pomoc i prawili o powziętych strategiach politycznych.

Zamknięto szkoły, niezliczone firmy zawiesiły działalność, ponieważ odradzano kontaktowania się z ludźmi. Wzrosła sprzedaż masek chirurgicznych, rękawiczek, leków przeciwgrypowych bez recepty i na receptę, środków przeczyszczających i dezynfekcyjnych.

Bezskutecznie. Tony Parsoni mógłby im o tym opowiedzieć, niestety zmarł w tym samym szpitalnym łóżku, co jego teściowa siedemdziesiąt dwie godziny wcześniej.

Plastikowe zasłony, lateksowe rękawiczki, maseczki chirurgiczne? Wirus kpił z tego wszystkiego i na potęgę się rozprzestrzeniał.

W drugim tygodniu nowego roku liczba ofiar śmiertelnych przekroczyła dziesięć milionów i nic nie wskazywało na wyhamowanie epidemii. Choć nie podano informacji o jego chorobie, a śmierć trzymano w sekrecie przez niemal dwa dni, to wskutek zarażenia zmarł również prezydent Stanów Zjednoczonych.

Głowy państwa padały jak kostki domina. Mimo stosowania nadzwyczajnych środków ostrożności okazali się równie podatni na pandemię, co bezdomni, katolicy, ateiści, księża i grzesznicy.

W fali, która przetoczyła się przez Waszyngton w trzecim tygodniu rozprzestrzeniania się apokalipsy, ponad sześćdziesiąt procent członków Kongresu albo padło trupem, albo właśnie umierało, wraz z przeszło miliardem innych ludzi na świecie.

Ponieważ kraj znalazł się w stanie chaosu, wróciły obawy o ataki terrorystyczne. Jednak terroryści umierali tak, jak inni.

Tereny miejskie zamieniły się w strefy działań wojennych, a rzednące siły policyjne podjęły walkę przeciw tym ocalałym, którzy schyłek ludzkości traktowali jak okazję do rozlewu krwi i przemocy. Albo zysku.

Zaroiło się od plotek o dziwnych tańczących ognikach, o ludziach obdarzonych dziwnymi zdolnościami, leczących oparzenia bez żadnych maści i dla rozgrzewki rozpalających ogień w beczkach bez paliwa. Niektórzy zapalali je dla samej przyjemności wpatrywania się w płomień. Inni twierdzili, że widzieli jakąś kobietę, która przeszła przez ścianę, jeszcze inni przysięgali, że widzieli mężczyznę podnoszącego samochód jedną ręką tudzież tańczącego szkocką gigę pół metra nad ziemią.

Loty komercyjne zawieszono w drugim tygodniu trwania pandemii. Uczyniono to w nadziei zatrzymania lub spowolnienia rozprzestrzeniania się choroby. Większość, która zdołała uciec przed tymi obostrzeniami i opuściła swoje domy i miasta, a nawet kraje, zmarła gdzie indziej.

Inni postanowili przeczekać epidemię, gromadząc zapasy w domach i mieszkaniach – a nawet biurach – zamykając drzwi i okna, często stawiając nieopodal uzbrojonych strażników.

Ci najprzezorniejsi mieli ten komfort, że umarli we własnych łóżkach.

Ci, którzy się zamknęli i żyli, słuchali coraz rzadszych relacji medialnych, licząc na cud.

W trzecim tygodniu wiadomości były równie cenne, co diamenty – i o wiele rzadsze.

Arlys Reid nie wierzyła w cuda, ale uważała, że obywatele mają prawo do informacji. Z prezenterki późnowieczornych wiadomości w Ohio, gdzie zajmowała się głównie doniesieniami z farm i czasami robiła relacje z miejscowych targów oraz festiwali, awansowała na reporterkę przygotowującą zapchajdziury w miejscowym dodatku nowojorskiego oddziału. Zyskała popularność, choć nie miała wielu okazji do mocnych, poważnych tematów.

Miała trzydzieści dwa lata i nadal marzyła o dostaniu się do serwisów ogólnokrajowych. Nie spodziewała się, że trafi tam z braku innych kandydatów. Gwiazda programu Evening Spotlight, spokojny i stateczny głos, który od dwudziestu lat przeprowadzał widzów przez światowe kryzysy, zniknął przed końcem pierwszego tygodnia pandemii. Kolejni w porządku dziobania zastępcy umierali, odlatywali lub, jak w przypadku jej bezpośredniej poprzedniczki, przechodzili załamanie nerwowe na wizji.

Każdego ranka zaraz po przebudzeniu – w niemal pustym, kilkupiętrowym budynku położonym parę przecznic od studia – Arlys robiła bilans.

Nie ma gorączki, nie ma mdłości, nie ma skurczy, nie ma kaszlu, nie ma urojeń. Nie ma także – choć nie wierzyła plotkom – nadzwyczajnych zdolności.

Przyrządziła śniadanie ze skromnych zapasów. Zazwyczaj składało się ono z samych płatków zbożowych, gdyż mleko stało się prawie niedostępne. Dostępne było tylko mleko w proszku, pod warunkiem że się je znosiło. A ona nie znosiła.

Ubrała się, jakby miała biegać; przekonała się, że bieganie może być konieczne, nawet w biały dzień, na dystansie kilku przecznic. Zarzuciła na ramię torbę, w której trzymała nieduży pistolet znaleziony na ulicy. Zamknęła drzwi na klucz i wyszła z budynku.

Po drodze, jeżeli czuła się stosunkowo bezpieczna, robiła zdjęcia telefonem. Zawsze było coś do uwiecznienia. Kolejne ciało, kolejny spalony samochód, kolejna wybita witryna sklepowa. Jeśli nie było, kroczyła w swoim stałym tempie.

Była w dobrej formie – zawsze się o to starała – i w razie potrzeby mogła puścić się biegiem. Na ogół rankami na ulicach panowała upiorna cisza. Pustkę wypełniały tylko porzucone lub rozbite samochody. Ci, którzy przemierzali je nocami, szukając krwi, o wschodzie słońca wpełzali do swoich nor niczym wampiry.

Wchodziła bocznymi drzwiami; Tim z ochrony dał jej na szczęście pełen zestaw kluczy i kart magnetycznych, zanim zniknął. Zawsze wchodziła schodami, mieli kilka poważnych awarii prądu. Wejście na piąte piętro pomagało jej nadrobić brak siłowni, w której niegdyś spędzała wiele godzin.

Cisza panująca w całym budynku i echo jej kroków już przestały ją niepokoić. W kafeterii i bufecie nadal była kawa. Zanim nastawiła dzbanek, zmieliła więcej ziaren do plastikowej torebki, którą miała w torbie. Brała tylko jednodniową porcję – w końcu nie ona jedna wciąż przychodziła do pracy i potrzebowała czegoś, co by ją postawiło na nogi.

Czasami Mała Fred – entuzjastycznie nastawiona stażystka, która tak jak Arlys codziennie stawiała się do pracy w stacji telewizyjnej – uzupełniała zapasy. Arlys nigdy nie pytała, skąd ten niewysoki, pełen wigoru rudzielec bierze kawę ziarnistą, pudełka batonów czy wafelków.

Po prostu cieszyła się, że może z tego korzystać.

Dziś napełniła termos kawą i wybrała roladki śmietankowe w czekoladzie.

Jedno i drugie zaniosła do newsroomu. Mogłaby zająć jakiś gabinet – było ich teraz pełno – wolała jednak przestrzeń redakcji informacyjnej.

Pstryknęła przełącznik świateł i powiodła wzrokiem po lampach, które migając, zapalały się nad pustymi biurkami, po wygaszonych ekranach i niepracujących komputerach.

Usiłowała nie martwić się dniem, w którym włączy przełącznik i nic się nie stanie.

Jak zawsze usiadła przy wybranym biurku, zacisnęła kciuki i włączyła komputer. Wi-Fi w jej budynku przestało działać dwa tygodnie wcześniej, ale w stacji ciągle był internet.

Działał co prawda bardzo wolno i często się zawieszał, ale był. Kliknęła ikonkę połączenia z internetem, nalała kawę i oparła się wygodnie – nadal zaciskając kciuki.

– I tak przetrwamy kolejny dzień – powiedziała do siebie półgłosem, gdy pojawiło się połączenie.

Uruchomiła program pocztowy, upiła łyk kawy i poczekała, aż na ekranie wyświetli się jej konto. Parę razy dziennie sprawdzała, czy nie ma wiadomości od rodziców, brata i znajomych w Ohio. Od ponad tygodnia nie udało się jej do nich dodzwonić ani wysłać esemesa. Kiedy ostatni raz rozmawiała z rodzicami, matka poinformowała ją, że wszyscy czują się dobrze. Jednak jej głos wydawał się zachrypnięty i słaby.

A potem nastała cisza. Nikt nie odbierał telefonów, nie odpowiadał na esemesy ani maile.

Wysłała kolejny zbiorczy mail.

Skontaktujcie się ze mną, proszę. Sprawdzam pocztę kilka razy dziennie. Możecie zadzwonić na moją komórkę, nadal działa. Muszę wiedzieć, co u was. Dajcie znać, co z wami i gdzie jesteście. Zaczynam się naprawdę martwić.

Melly, jeżeli to czytasz, to błagam, sprawdź, co u moich rodziców. Mam nadzieję, że ty i twoja rodzina jesteście zdrowi. Arlys

Nacisnęła „wyślij”, a ponieważ nie mogła już nic więcej zrobić, odsunęła od siebie złe myśli i zabrała się do pracy.

Otworzyła strony „New York Timesa” i „Washington Post”. Doniesienia były coraz rzadsze, ale nadal dawało się w nich znaleźć jakąś treść.

Były sekretarz stanu – obecnie prezydent, kolejny z jego następców – brał udział w telekonferencji z sekretarzem zdrowia i opieki społecznej, obecnym szefem Centrum Kontroli Chorób (poprzedni zmarł dziewiątego dnia pandemii) oraz nowo mianowaną szefową WHO. Elizabeth Morrelli zastąpiła Carlsona Tracka, którego też powalił wirus. Pytania dotyczące szczegółów śmierci doktora Tracka pozostały bez odpowiedzi.

 

Arlys odnotowała, że Morrelli wydała oświadczenie, w którym stwierdziła, że dzięki ogólnoświatowym staraniom nowa szczepionka zwalczająca H5N1-X powinna trafić do sprzedaży w ciągu tygodnia.

– Dziwne – wymamrotała – Track powiedział dokładnie to samo dziesięć dni temu. Brednia w hermetycznie zamkniętym bunkrze nadal jest brednią.

Przebiegła wzrokiem po tekście o grupie ludzi gromadzących żywność, wodę i inne zapasy w szkole podstawowej w Queens. Strzelali do osób, które usiłowały się do nich dostać. Zginęło pięć osób, w tym kobieta z dziesięciomiesięcznym dzieckiem na ręku.

Po przeciwnej stronie tego szaleństwa jakiś podmiejski kościół w stanie Maryland wydawał koce, racje żywnościowe, świece, baterie i inne artykuły pierwszej potrzeby.

Mnożyły się doniesienia o morderstwach, samobójstwach, gwałtach, okaleczeniach. Ale była też garstka informacji o bohaterskich zachowaniach i zwyczajnej życzliwości.

Oczywiście, pojawiały się obłąkańcze relacje o ludziach twierdzących, jakoby widzieli latające istoty o świecących skrzydłach. Albo mężczyznę przebijającego innego mężczyznę płonącymi strzałami wystrzeliwanymi z palców.

Czytywała doniesienia o wojskowych, którzy transportowali ponoć odpornych ochotników do zabezpieczonych placówek w celu przeprowadzenia testów. Ciekawiło ją, gdzie mogą się znajdować te placówki. Były jeszcze doniesienia o kwarantannach całych społeczności, o masowych pogrzebach, blokadach i o bombie zapalającej rzuconej na trawnik Białego Domu.

Fanatyczny kaznodzieja, wielebny Jeremiah White, twierdził, że pandemia to gniew Boży skierowany przeciwko bezbożnemu światu. Ogłosił, że cnotliwi przetrwają tylko wówczas, gdy pokonają nikczemnych.

– Oni chodzą między nami – nawoływał – ale nie są tacy jak my. Są z piekła rodem i trzeba ich zagnać z powrotem do ognia!

Arlys robiła notatki i sprawdzała inne strony. Przeglądając doniesienia, pomyślała, że coraz więcej osób przechodzi na ciemną stronę. Zerknęła na zegarek i połączyła się przez Skype’a ze źródłem, któremu ufała.

Kiedy pojawił się na ekranie, wyszczerzył do niej radośnie zęby. Białe włosy sterczały mu we wszystkich kierunkach wokół głupkowatej, ale sympatycznej twarzy.

– Cześć, Chuck.

– Cześć, anielska Arlys! Nadal w formie?

– Owszem, a ty jak?

– Zdrowy, bogaty i mądry. Jakieś straty?

– Jeszcze nie wiem, nikogo dziś rano nie widziałam. Bob Barrett nadal się nie pokazuje, Lorainne Marsh wczoraj się załamała.

– No, widziałem.

– Przejmę jej popołudniowe wiadomości, bo nie wydaje mi się, żeby wróciła. Nadal mamy trochę ludzi. Carol siedzi w reżyserce, a Jim Clayton od jakichś dziesięciu dni codziennie przychodzi do pracy. To dość surrealistyczna sytuacja, gdy dyrektor programowy zastąpuje oświetleniowca czy kogo tam akurat trzeba. A Mała Fred nadal uzupełnia bufet, pisze teksty, robi za gońca i czasami pojawia się na antenie.

– Słodka jest. Mogłabyś mnie z nią umówić.

– Z przyjemnością. Daj mi tylko adres i natychmiast ci ją przywiozę.

Znowu rozciągnął usta tak, jakby miał twarz z gumy.

– Chciałbym, ale ściany mają uszy. Cholerne powietrze ma uszy. Twój miły haker z sąsiedztwa jak każdy superbohater potrzebuje swojej jaskini.

– Batman nie był miły, był błyskotliwym psychopatą. A Spider-Man nie miał jaskini.

– Kolejny powód, żeby być twoim wielbicielem. – Zachichotał. – Przeszkolisz mnie z superbohaterów. Co dziś dobrego wyczytałaś?

– Doniesienie o nagiej kobiecie, która w SoHo jeździła na jednorożcu.

– Jezu, chciałbym zobaczyć nagą kobietę, nawet na jednorożcu. Trochę już tu tkwię.

– Ja się dla ciebie nie rozbiorę, Chuck. Nawet za te przekazywane mi informacje.

– Jesteśmy kumplami, Arlys. Kumple nie muszą się rozbierać.

– No to co nowego?

Uśmiech zniknął.

– Widziałaś dzisiejszy wynik?

– Tak. – Zarówno „Times”, jak i „Post” codziennie podawały aktualną liczbę ofiar. – Przekroczyliśmy miliard o pięć milionów, trzysta dwadzieścia dwa tysiące, czterysta szesnaście.

– To wersja dla mediów. Rzeczywista liczba to ponad dwa miliardy.

– Ponad dwa miliardy? – zdziwiła się. – Skąd to wiesz?

– Nie mogę tego zdradzić. Ale tak właśnie jest, Arlys. Ludzie umierają o wiele szybciej, niż zdradzają zawiadujący tą rzeźnią.

– Ale… O Jezu Chryste, Chuck, to prawie jedna trzecia ludzkości. Jedna trzecia ludzkości zginęła w ciągu kilku tygodni…? – Zrobiło się jej niedobrze, ale zanotowała tę liczbę. – I to nie licząc morderstw, samobójstw ani tych, którzy zginęli wskutek wypadków, pożarów, stratowania albo zimna.

– A będzie jeszcze gorzej. Saga o co chwilę zmieniających się prezydentach? Carnegie wyleciał.

– Jak to wyleciał?

– Nie żyje. – Chuck potarł nieufne jasnobieskie oczy na lekko piegowatej twarzy. – Około drugiej nad ranem zaprzysięgli nowego. Ponoć sekretarz rolnictwa – tych przed nią już zmiotła śmiercionośna apokalipsa. Tym, co teraz zostało z wolnego świata, zarządza pieprzona farmerka, wyobrażasz sobie? Jeżeli to puścisz w eter, ci cholerni faszyści runą do ciebie razem z drzwiami.

– Masz rację. Zniszczę komputer, tak jak mi kazałeś, jeżeli zdecyduję się to puścić. Rolnictwo. – Musiała przekartkować notes do listy, którą spisała. – Ósma w kolejce.

Arlys przekreśliła nazwisko przed sekretarz rolnictwa i spostrzegła, że wcześniej wykreśliła już po niej kilka osób. – Jeżeli nie przeżyje, to zostaje nam sekretarz edukacji, a po nim… nie ma już nikogo.

– Skarbie, rząd jest skończony. Nie tylko tu – wszędzie. To parszywy sposób na pozbycie się dyktatorów, ale zawsze jakiś sposób. Korea Północna, Rosja…

– Czekaj, Kim Dzong Un? Nie żyje? Kiedy?

– Dwa tygodnie temu. Twierdzą, że żyje, ale to nieprawda. Masz to jak w banku. Jeżeli jeszcze jakiś jest otwarty. Tylko że to nie jest najważniejsza sprawa, Arlys. Wirus zmutował. Carnegie – jednodniowy prezydent? No dobra, trzydniowy. Miał rany – pootwierały się na całym ciele i jego naturalnych otworach – zanim zaczęły się objawy apokalipsy. Mimo że szczelnie go zamknięto, strzeżono całą dobę, badano trzy razy dziennie.

– Jeżeli wirus zmutował…

– …to badania nad szczepionką trzeba zacząć od początku, a mamy dwa miliardy ofiar i cały czas dochodzą nowe. A teraz bomba. Nikt nie wie, co to jest. Wirus ptasiej grypy? Bzdura.

– Co ty opowiadasz? Przecież zidentyfikowano szczep. Pacjent zero…

– Bzdura, Arlys. Może ten koleś, co zmarł na Brooklynie, miał ptasią grypę. Ale apokalipsa to całkiem co innego. Ptaki nie chorują, nie są zakażone. Badali kurczaki i bażanty, i inne gatunki naszych pierzastych braci mniejszych i nic. A czworonogi? Zdrowe i w doskonałym stanie. Chorują tylko ludzie. Tylko my.

Poczuła ucisk w gardle, ale wydusiła z siebie pytanie.

– Broń biologiczna? Terroryzm?

– O tym się nic nie mówi. Nic, a możesz być pewna, że to sprawdzali. Cokolwiek to jest, nikt tego wcześniej nie widział. A te ochłapy ze szczytów władzy? Kłamią, uciekają się do tej bzdury o niewywoływaniu paniki. Pieprzyć to. Panika już wybuchła.

– Jeżeli nie mogą zidentyfikować wirusa, to nie opracują szczepionki.

– Bingo. – Chuck nakreślił w powietrzu parafkę na znak zaliczonej odpowiedzi. – Mają inny sposób, a ten nie budzi zaufania. Dochodzą mnie słuchy o wojskowych obławach, o wyciąganiu tych, którzy – jak dotąd – nie mają żadnych objawów, i zawożeniu ich do takich miejsc, jak Raven Rock w Fort Detrick. Ustawili posterunki kontrolne i przeczesują okolice, zamykają całe kwartały miasta. Jeżeli zamierzasz wyjechać z Nowego Jorku, złotko, to zrób to jak najszybciej.

– A kto będzie przekazywał wiadomości? – Jednak poczuła ścisk w żołądku. – I jak bym z tobą rozmawiała?

– Myślę, że mam czas, zanim po mnie przyjdą, no i mam jeszcze wyjście ewakuacyjne. Jeżeli to podasz, Arlys, to pamiętaj, żadnego chojraczenia, od razu bierz nogi za pas. Weź tyle zapasów, ile zdołasz unieść, i uciekaj z miasta. Żadnego opieprzania się.

Umilkł i znowu posłał jej ten swój uśmiech.

– A skoro o tym mowa. Dajesz, Frank!

Arlys zamknęła oczy i zaśmiała się lekko, kiedy usłyszała Sinatrę śpiewającego New York, New York.

– Owszem. Zatem ogłaszam wiadomości[2].

– Zdecydowanie mu się udało. Chudzielec z Hoboken. Hej, ja też jestem chudzielcem. Nieźle brzmi, prawda? Hoboken.

Nadal uśmiechał się szeroko, ale zaniepokoiło ją jego spojrzenie, skupione i poważne.

– Tak, robiłam tam jakiś materiał milion lat temu.

– Hoboken Sroboken. To nie Park Avenue, ale ich chłopak numer jeden zdecydowanie bywał w świecie. Na mnie już pora. Hakowałem do trzeciej nad ranem. A trzecia rano to późno nawet jak na mnie. Bądź sobą.

– Ty też, Chuck.

Zakończyła rozmowę i wyciągnęła mapę Hoboken.

– Park Avenue – mruknęła pod nosem. – No jest. Park Avenue numer jeden, może? Albo… Park Avenue krzyżuje się Pierwszą. Park i Pierwsza, trzecia nad ranem. O ile wydostanę się z Manhattanu.

Wstała i zaczęła przechadzać się po sali, starając się wchłonąć wszystko, co Chuck jej zdradził. Ślepo mu ufała – niemal wszystko, co do dzisiejszego ranka jej przekazał, potwierdziło się. A to, co nie potwierdziło się oficjalnie, trafiało do kategorii „doniesienia od anonimowych informatorów”.

Dwa miliardy nie żyją. Zmutowany wirus. Śmierć kolejnego prezydenta. Musiała zebrać trochę informacji na temat Sally MacBride – sekretarz rolnictwa, która według Chucka została nową prezydent Stanów Zjednoczonych. Będzie gotowa, jeżeli – i kiedy – ta zmiana u władzy zostanie ogłoszona.

Jeżeli teraz powie o tym na antenie, stacja z pewnością zaroi się od mundurowych albo od facetów ubranych na czarno. Zabiorą ją na przesłuchanie, może zamkną stację. W świecie takim jak kiedyś zaryzykowałaby przesłuchanie, dałaby się zaciągnąć do sądu, żeby chronić źródło. Ale teraz świat był całkiem inny.

Postanowiła, że w paśmie porannym będzie się trzymała oficjalnie zweryfikowanych doniesień oraz własnych obserwacji. A potem spisze tekst oparty na informacjach od Chucka. I będzie monitorowała internet – Mała Fred jej w tym pomoże. Jeżeli zdoła znaleźć jakieś inne źródło, nawet z niedostępnej dla wyszukiwarek sieci, ochroni siebie i Chucka. Oraz stację.

Wiedziała, że są ludzie, którzy liczą na jej programy – czerpią z nich wsparcie, nadzieję, dowiadują się prawdy, jakiej dla nich wyszukiwała.

Usiadła, dolała sobie kawy, napisała tekst, poprawiła tu i ówdzie i wydrukowała. Da go Fred, żeby wstawiła do promptera.

Jedną kopię wzięła z sobą do garderoby, zabrała żakiet i zajęła się makijażem oraz włosami. Może świat się kończy, ale ona jest profesjonalistką.

W studiu czekała już pełna wigoru rudowłosa Mała Fred, gawędząca z kamerzystą o smutnych oczach.

– Cześć, Arlys! Pracowałaś, nie chciałam więc wybijać cię z rytmu. Mam trochę jabłek i pomarańczy, są w bufecie.

– Skąd ty bierzesz te rzeczy?

– Och, trzeba wiedzieć, gdzie szukać.

– Cieszę się, że ty wiesz. Ustawisz mi tekst?

– Jasne. – Zniżyła głos. – Steve ma doła. Widział, jak jakiś dupek zastrzelił wczoraj wieczorem psa. Zanim tam dotarł, gość zniknął, a pies wyzionął ducha. Dlaczego ludzie muszą być tacy podli?

– Nie wiem. Ale są też tacy jak Steve, którzy rzucą się na pomoc psu.

– Prawda…? Może znajdę mu psa. Teraz jest tyle bezpańskich.

Zanim Arlys zdążyła coś powiedzieć, Mała Fred pobiegła już do promptera.

Arlys podeszła do stanowiska prezentera wiadomości i włożyła słuchawkę do ucha.

– Słychać mnie?

– Mamy cię, Arlys.

– Dzień dobry, Carol. Mam dziesięć minut poważnych wiadomości i dziesięć nieco luźniejszych. Mała Fred już je wstawia do promptera.

Rozmawiały o produkcji, dodały tekst, który napisali Carol i Jim, ustaliły, od czego zacząć, na czym skończyć – jednorożec trafił na końcówkę – i wyliczyły, że materiału starczy na pełne trzydzieści minut.

– Kiedy to się skończy, Arlys – odezwał się w jej uchu głos Jima – i świat znowu znormalnieje, no, stosunkowo przynajmniej znormalnieje, ty przy stanowisku gospodarza Evening Spotlight na pewno zostaniesz.

Pomyślała, że byłoby to niesamowite. Jak również to, czego się dowiedziała od Chucka. Nigdy nie zostanie wielką szychą.

 

– Trzymam cię za słowo.

– Daję ci uroczyste słowo honoru.

Fred położyła wydrukowany tekst i postawiła kubek z wodą.

– Dzięki. – Arlys zerknęła do lusterka, wygładziła ciemnobrązowe, ostrzyżone na długiego boba włosy i wyartykułowała kilka łamańców językowych, żeby się rozgrzać, kiedy zapaliło się światełko informujące, że za trzydzieści sekund wchodzi na antenę.

Dziesięć sekund przed emisją wyprostowała się, ściągając barki, na pięć sekund wcześniej zwróciła się do kamery i czekała, aż Steve da jej znak.

– Dzień dobry. Prosto z Nowego Jorku wita państwa Arlys Reid i zespół Morning Report. Obecnie Światowa Organizacja Zdrowia szacuje liczbę ofiar śmiertelnych H5N1-X na ponad miliard pięćset milionów. Wczoraj prezydent Carnegie odbył spotkanie z urzędnikami ze Światowej Organizacji Zdrowia oraz Centrum Kontroli Chorób, a także z szefami obu organizacji oraz naukowcami pracującymi całą dobę nad opracowaniem szczepionki, która pokona wirusa.

Kłamię, pomyślała, czytając dalej informacje. Kłamię, gdyż boję się powiedzieć prawdę.

Kłamię, gdyż się boję.