Z krwi i kości

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

DOJRZEWANIE

DOJRZEWANIE

Otóż nie ulega wątpliwości, że dzieci nie należy wychowywać dla ich rozrywki, bo nauka nie jest dla nich zabawą, lecz jest połączona z przykrością.1

1 Arystoteles, Polityka, księga 8, część 5, przeł. L. Piotrowicz. [wróć]

ROZDZIAŁ SZÓSTY

Codziennie, przez trzy kolejne dni, Fallon odwiedzała miejsce, które zaczęła nazywać krainą duszków. Bezskutecznie próbowała stosować sztuczki magiczne na sowie. Uciekała się i do przekupstwa, i zastraszania, i wreszcie do czegoś, co jej mama nazywała psychologią odwróconą.

I tak nie chcę tego twojego głupiego jabłka.

A ptak po prostu siedział, strzegąc owocu, który zwisał kusząco z wysokiej gałęzi.

Pływała w stawie, więc przynajmniej czuła się czysta. Małe duszki przyzwyczaiły się do jej obecności i podlatywały, by tańczyć lub muskać wodę, gdy się kąpała.

Nie mogła jednak przekonać żadnego z nich, żeby pomogły jej zdobyć jabłko.

Pod koniec pierwszego tygodnia pobytu siedziała na trawie i suszyła włosy, przyglądając się upartej, niewzruszonej sowie.

Nie wolno jej było wspiąć się na drzewo, ale co, jeżeli znajdzie się na górze bez wspinaczki? Ćwiczyła – z dala od czujnego oka Mallicka – i chociaż nie wychodziło jej to najlepiej, siłą woli zdołała unieść się na ponad pół metra.

Oszacowała, że dosięgnięcie owocu wymagałoby lewitowania na wysokości trzech metrów. Do tego musiała się liczyć z dużym ostrym dziobem oraz szponami. Zatem będzie musiała ćwiczyć, aż zdoła się wznieść wysoko i działać szybko.

Teraz równie mocno chciała mieć łazienkę, co dla zasady przechytrzyć sowę.

– Minął pierwszy tydzień, zostały jeszcze sto trzy tygodnie do końca – powiedziała na głos, gdy splatała włosy w warkocz.

Ciągle się jeszcze nie rozpakowała. Powiedziała sobie, że może wyjechać rano, a po niecałych dwóch dniach jazdy z powrotem znajdzie się w domu.

Lekcje, wykłady i ćwiczenia nie przeszkadzały jej tak bardzo, jak się tego spodziewała. Niektóre okazały się ciekawe, nawet jeśli odbierały jej czas wolny, gdyż Mallick dołożył trening fizyczny.

Nadal nie miała w ręku miecza.

Mimo że nie rozumiała, w jaki sposób umiejętność zachowania równowagi w staniu na jednej ręce albo żonglowanie kulami światła miałyby jej pomóc ocalić ten cholerny świat, lubiła się uczyć. Nie miała nic przeciw dowiadywaniu się o ludziach, którzy według Mallicka byli jej przodkami. Lubiła rzucanie zaklęć.

Wszystko jednak trwało tak długo i ciągle trzeba było powtarzać. Nie potrafiła sobie wyobrazić, że przez trzy tygodnie wciąż będzie to robiła to samo. Albo że nie będzie miała z kim rozmawiać z wyjątkiem Mallicka.

Pomyślała, że spróbuje balansować na jednej ręce na wodzie. O, to byłoby naprawdę interesujące. Jeżeli zdoła połączyć dwa żywioły, wodę i powietrze, utrzyma się na jednej ręce na powierzchni wody.

Nawet Mallick będzie pod wrażeniem.

Postanowiła ćwiczyć lewitowanie w swoim pokoju oraz utrzymywanie równowagi tu, w krainie duszków. Kiedy opanuje te umiejętności, wykorzysta je jako środek nacisku do tego, żeby zacząć się uczyć szermierki.

Żałowała, że nie pomyślała o utrzymywaniu równowagi na wodzie wcześniej, ponieważ zużyła już większość wolnego czasu na ten dzień.

– Jutro – wymruczała.

Nie wyczuła ani nie usłyszała niczego, dopóki nie było prawie za późno. Okręciła się w mig i ujrzała wyglądającego zza drzewa chłopaka, który kierował już ku niej łuk z naciągniętą strzałą.

Gdy wyrzucała dłonie w obronie, zorientowała się, że łucznik celuje nie w nią, lecz w sowę.

Nie myślała – czuła. Oburzenie, lęk o kogoś innego. I to wrażenie sprawiło, że wtem wystrzeliła trzy metry w górę i wyciągnęła rękę, żeby odbić strzałę. Ostry czubek drasnął jej dłoń, po czym strzała poleciała w inną stronę i wbiła się w sąsiednie drzewo. Wstrząs bólu i zaskoczenie, że uniosła się na tak dużą wysokość, przerwały działanie instynktu. Spadła na dół z siłą, która zaparła jej dech w piersiach.

– Oszalałaś? – Kipiąc furią, chłopak z opadającymi na ramiona złotaworudymi włosami o oczach barwy wiosennych liści doskoczył do niej. – Mogłem cię zabić.

– Dlaczego chciałeś zabić sowę? Nikt nie je sów.

– Krwawisz. Pokaż, jak bardzo.

– To nic poważnego. – Piekło, jakby przypalał ją ogień, ale odtrąciła jego dłoń. – Nie miałeś powodu, żeby tu strzelać z łuku, a już na pewno nie do sowy.

– Mieszkam tu. – Odgarnął za prawe ucho grzywę włosów z pojedynczym cienkim warkoczykiem. – Tak jakby. I nie strzelałem do sowy.

– Jak to nie?!

– Nie. Taibhse jest bogiem tej polanki. Nigdy nie zrobiłbym mu krzywdy. Celowałem w jabłko. Chciałaś je przecież zdobyć, czyż nie?

– A co cię to obchodzi?

– A nie może? Miałabyś teraz jabłko, gdybyś nie zepsuła strzału, a ja byłbym tym, który przechytrzył Taibhse. To głęboka rana. Ale Mallick będzie miał balsam uzdrawiający. To wielki czarodziej. Jesteś jego uczennicą.

– I potrafię o siebie zadbać.

– Jak sobie chcesz. – Wyciągnął szmatkę i cisnął jej. – Przynajmniej to owiń.

Zirytowana owinęła materiałem rozcięcie, złożyła dłonie i mocno je ścisnęła, po czym szarpnięciem zerwała zakrwawioną szmatkę i odrzuciła do chłopaka.

Rana się w okamgnieniu zasklepiła i zaczęła goić.

– Nawet jeżeli celowałeś w jabłko, mogłeś chybić i trafić sowę.

Zadarł brodę.

– Ja nie chybiam.

– Teraz chybiłeś.

– Przeszkodziłaś mi. – Wzruszył ramionami. – Mówią, że jesteś Jedyną, jakąś wielką wojowniczką, czarownicą, Zbawczynią. Phi, wyglądasz mi na zwykłą dziewczynę.

Nie był od niej wiele starszy, najwyżej rok, dwa. Wyższy owszem, ale niewiele starszy. Najeżyła się, że ktoś w jej wieku z takim lekceważeniem określa ją mianem dziewczyny.

– Gdybym była zwykłą dziewczyną, twoja strzała nie tkwiłaby teraz w tamtym drzewie.

W równym stopniu duma, co i moc sprawiły, że machnęła ręką, wyrywając strzałę i każąc się jej unosić, aż spadła u podnóża drzewa, na którym siedział ptak.

Chciała, żeby spadła pod nogi chłopaka, ale i tak wyszło dość dobrze.

– Nieźle. – Podszedł, żeby podnieść strzałę, podczas gdy sowa patrzyła na niego z zimną pogardą.

– Słuchaj, chciałem ci tylko wyświadczyć przysługę. Od paru dni próbujesz zdobyć to jabłko. – Szmatką wytarł jej krew ze strzały, którą wsunął później do kołczanu.

– To nie twoja… Skąd wiesz? – Ogarnęło ją przerażenie, natychmiastowe i bardzo kobiece. – Szpiegowałeś mnie.

Miał dość przyzwoitości, żeby zrobić zakłopotaną minę, czubki jego uszu mocno się zaróżowiły.

– Nie nazwałbym tego szpiegowaniem. Po prostu zauważyłem, że tu przychodzisz. Nikt z zewnątrz nie wie o tym miejscu i nikt, kto nie jest od nas, nie może tu wejść. Więc kiedy się okazało, że ty jesteś w stanie to zrobić i tu przychodzisz, chciałem zobaczyć, po co to robisz.

– Jesteś, jesteś… – Szukała gorączkowo w pamięci. Słyszała to określenie w jakimś filmie. – Tom Podglądacz.

– Jestem Mick. Mój ojciec ma na imię Thomas, ale ja nie znam żadnego Toma.

– To takie określenie.

– Co oznacza?

– Kogoś, kto szpieguje.

– To nie moja wina, że zdjęłaś ubrania, zresztą i tak jesteś chuda. A ja chciałem ci oddać przysługę. Zostawiłaś nam ciasteczka.

Jej oczy się zwęziły.

– Ach, to ty jesteś tą osobą, która zostawia różne rzeczy przed domem?

– Jedną z nas. To hołd i nie oczekujemy ani nie potrzebujemy zapłaty. Zostawienie ciastek było miłe, zresztą były smaczne. Ojciec powiada, że jeżeli za życzliwość odpłaca się życzliwością, to jest jej więcej.

– Założę się, że twój ojciec nie chciałby wiedzieć, że mnie podglądałeś. – Podeszła do swego konia. – Nie rób tego więcej. Dowiem się o tym. – Wskoczyła na Grace. – I nie strzelaj do sowy ani do jabłka. Tak nie należy robić. To nie w porządku.

Spojrzała na niego z góry, na tyle po królewsku, na ile zdołała, wiedząc, że widział ją nago.

– Doceniamy hołd, więc dziękuję tobie, twojemu ojcu i pozostałym. A teraz idź się skradać gdzieś indziej.

Przynagliła Grace do kłusu.

– Przyjedziesz tu jutro?! – zawołał za nią.

Westchnęła, pomyślała – chłopcy… – i go zignorowała.

Kiedy zbliżała się do skraju polany, usłyszała trzepot skrzydeł. Ściągnęła wodze konia i spojrzała w górę. Wybałuszyła oczy z podziwem, gdy zobaczyła pikującego Taibhse z jabłkiem trzymanym za ogonek w dziobie.

Jakiś instynkt – Mallick określiłby to zewem krwi – kazał jej podnieść rękę. Była jeszcze bardziej oszołomiona, kiedy sowa sfrunęła i usiadła na niej, jakby to była gałąź.

Poczuła jej ciężar – znaczny – ale żadnego bólu od szponów. Wpatrywały się w nią okrągłe złote oczy ptaka i poczuła, jak z wolna formuje się łącząca ich więź.

Mallick wyszedł z domu i przyglądał się, jak jedzie ku niemu, jedną ręką trzymając wodze, na drugiej wioząc wspaniałą sowę.

Czyż tego nie wyśnił? Czyż tego nie widział? Sowa, duch-bóg, łowca, będzie odtąd do niej należał. Przeszło mu przez głowę, że ptak jest z nią tak samo nierozerwalnie związany jak on.

– Znalazłam jabłko. Nie skrzywdziłam sowy. Nazywa się Taibhse.

– Tak, wiem.

– Nie wspięłam się na drzewo. Nie chciałam odebrać mu jabłka. To byłoby prawie jak kradzież. Ale, jak widzisz, znalazłam je i sowa może je wziąć z powrotem. Chcę mieć łazienkę, Mallicku, ale nie posunę się do kradzieży, żeby ją zdobyć.

– Wykonałaś pierwsze zadanie. Jabłko jest kolejnym symbolem, Fallon. Jest wielu takich, których oślepiłoby złoto i nie dostrzegliby prawdziwej nagrody. Zdobyłaś lojalność Taibhse, łowcy, strażnika, mędrca. Jest teraz twój, tak samo jak ty należysz do niego.

 

– Mo… mogę go zatrzymać? – wyjąkała.

– Dziewczyno, jego nie można zatrzymać ani mieć. Należycie do siebie nawzajem. Podnieś rękę i uwolnij go. Nie poleci daleko.

Kiedy uniosła rękę, Taibhse poszybował w górę i usiadł na wysokiej gałęzi. Gdy odłożył jabłko, ogonek przywarł do niej, jakby owoc tam rósł.

– Jest piękny i odważny. Jakie jest drugie zadanie?

– Omówimy je przy jedzeniu. Zajmij się koniem.

– Chcesz wiedzieć, jak zdobyłam jabłko?

– O tak. Przy obiedzie.

* * *

Tamtej nocy rozpakowała się i powiesiła dzwoneczki wietrzne Colina. Na parapecie postawiła mały słoik, do którego włożyła kwiatek od Ethana, obok umieściła książkę napisaną przez jej biologicznego ojca oraz zdjęcie z całą rodziną.

Wyglądając w mrok, poza taniec świecących duszków, dostrzegła cień polującej sowy.

Pomyślała, że jutro ona też zapoluje. Po obowiązkach, po lekcjach, ćwiczeniach i nauce razem z Grace będą jeździły po lasach, żeby wypełnić drugie zadanie Mallicka. Znajdzie złotą obrożę i noszącego ją wilka.

* * *

Kiedy śniła, inni polowali. Ich palce sondujące mrok poskrobały powierzchnię jej snów. To ona była celem ich polowania, jeszcze zanim się urodziła.

Rzucała się przez sen, a strach nakłaniał ją do tego, by odwróciła się od obrazów, od głosów będących tuż poza zasięgiem. Coś wołało w niej: biegnij daleko od nich, ukryj się, przetrwaj.

To, co chciała zobaczyć i usłyszeć, traciło ostrość i zamazywało się. Chciała wiedzieć, przeciw czemu ma walczyć.

Ujrzała krążące wrony i triumfujące morderstwo, które zapowiadało śmierć. Błyskawice, czerń śmierci, czerwień płomieni. Kamienny krąg unoszący się we mgle i mężczyzna, który przez nią brnie, by stanąć i spoglądać na wypaloną, zniszczoną ziemię w kole odwiecznego tańca.

Rękojeść miecza, który niósł, pobłyskiwała w pojedynczym promieniu księżycowego światła. Nagle odwrócił spojrzenie od kamienia i ciemna, intensywna zieleń przebiła się przez granice snu.

Oto pierwsza z siedmiu tarcz, zniszczona przez zdradę i czarną magię. Tutaj krew syna bogów została przelana i tutaj krew z naszej krwi została zatruta. Tak rozszalała się zaraza.

Teraz, Fallon Swift. Czekam. Czekamy. To czeka.

Podniósł miecz. Błyskawica uderzyła w śmiercionośny czubek i eksplodowała tak, że mężczyzna trzymał ostrze białego, oślepiającego płomienia.

Czy podniesiesz miecz i tarczę Jedynej? Czy odpowiesz na wezwanie? Czy przybędziesz? Czy będziesz?

Gdy wbił czubek miecza w ziemię, mgła zapłonęła. W kamiennym kręgu coś się zapieniło i zakotłowało.

Wybierz.

* * *

Podczas gdy ona śniła, podczas gdy inni polowali, jeszcze inni szykowali krwawą ofiarę.

W miejscu, które przed apokalipsą było zamożnym przedmieściem w stanie Wirginia, grupa Wojowników Czystości założyła bazę wypadową. Blisko setka mężczyzn, kobiet i dzieci, które spłodzili, pochwycili lub poddali indoktrynacji, żyła w wielkich domach i urządzała cotygodniowe egzekucje publiczne.

Niektórzy, żarliwi wyznawcy, przestrzegali zasad ogłoszonych przez Jeremiaha White’a, założyciela sekty i samozwańczego przywódcę. Wszyscy Niesamowici, każdy, kto miał jakiekolwiek zdolności magiczne – albo ci, którzy z nimi sympatyzowali – pochodzili z piekła. A demony i tych, co wchodzili z nimi w konszachty, należało unicestwić.

Inni przyłączali się, nosili symbole sekty, gdyż cieszyła ich możliwość gwałcenia, torturowania, zabijania, a religijny zapał skąpany we krwi i nietolerancji dawał taką możliwość.

Sam White odwiedził obóz. Spędził dwa dni w jednym z wielkich domów, głosił porywające kazania o zemście swego wynaturzonego boga i miał zawiadywać procesem wieszania trójki więźniów.

Jednym z nich był elf, ledwie dwudziestoletni, raniony w bitwie na przedmieściach Waszyngtonu. Drugim kobieta, ponadsiedemdziesięcioletnia uzdrowicielka, która opatrywała rany elfa i innych – nawet tych, którzy przeklinali ją jako demona. Trzecim człowiek, zwykły człowiek, oskarżony o czary, gdyż chronił dziesięcioletnie dziecko przed biciem.

Przed egzekucją odbyły się tortury. White nazywał krzyki potępieńców sygnałem trąbek dla sprawiedliwych, a jego wyznawcy wiwatowali w czarnej fali nienawiści, która płynęła niczym zabójcze morze.

Założyciel sekty podróżował ze świtą ochroniarzy, strategów, pochlebców i żołnierzy. Niektórzy – jeśli byli wystarczająco lekkomyślni albo pijani – szeptali, że w tym orszaku są Mroczni Niesamowici.

Jednakże White wynagradzał wiernych sobie jedzeniem, niewolnikami, porywającymi kazaniami oraz obietnicą życia wiecznego, kiedy już zagrożenie demonami zostanie wytępione. Większość więc milczała.

Niedziele, Dni Pańskie, zaczynały się od praktyk religijnych. Wielebny Charles Booker, przed apokalipsą oszust, który specjalizował się, z różnym powodzeniem, w naciąganiu starszych osób na drobne naprawy domowe oraz zabezpieczenia przed kradzieżą, przewodził wiernym w modłach i odczytywaniu wersetów ze Starego Testamentu poświęconych bogu żądnemu krwi. Po nabożeństwie następowały ogłoszenia, prowadzone przez Kurta Rove’a, mianowanego przez White’a na kanclerza w nagrodę za udział w Masakrze Nowej Nadziei. Rove bazę prowadził żelazną ręką i rozkoszował się swoją pozycją, ale w niedziele szalał.

Z ochotą ogłaszał zmiany w prawie, na ogół arbitralne. Odczytywał zawiadomienia od White’a, raporty z innych baz i z bitw, wymieniające liczbę zabitych i pochwyconych – za co nagradzano go wiwatami na cześć przelanej krwi.

Obwieszczenia kończył wyczytywaniem nazwisk więźniów oraz tych, których komitet wybrał na niedzielną egzekucję.

Obecność na modłach, ogłoszeniach i niedzielnych egzekucjach była obowiązkowa. Zwolnieni z nich byli jedynie pełniący obowiązki strażników. Choroba stanowiła usprawiedliwienie absencji tylko wówczas, jeśli zezwolił na to rezydujący w bazie lekarz, któremu przed końcem starego świata cofnięto prawo wykonywania zawodu.

Ci, którzy się nie pojawiali, ryzykowali w razie donosu dwadzieścia cztery godziny w dybach ustawionych przed garażem na trzy samochody, który służył za więzienie.

Od czasu mianowania Rove’a na stanowisko kanclerza egzekucje odbywały się punktualnie o północy. Ani minutę wcześniej, ani później. „Eskorta” wyłoniona w drodze loterii prowadziła więźniów z garażu na zieleniec, na którym postawiono szubienicę. Każdy więzień miał wypalony na czole pentagram – typowy dla Rove’a gest, który White wpisał do polityki Wojowników Czystości. Włosy skazańców, wystrzyżone na krótko, często odsłaniały zakrwawioną skórę. Nie wolno im było nosić butów, mieli tylko zgrzebne ubranie z grubej tkaniny workowej uszyte przez niewolników.

Jeżeli więzień miał skrzydła, odcinano je. Wiedźmy cały czas od pochwycenia miały zakneblowane usta i zawiązane oczy, na wypadek gdyby próbowały rzucić urok lub wypowiedzieć zaklęcie.

W tę niedzielną noc, kiedy obrazy cieni i kształtów wciskały się do snów Fallon, a wrony krążyły nad szubienicą i zgromadzonymi, na stracenie prowadzono dwójkę z sześciorga więźniów.

Wiedźma, gwałcona, bita, z połamanymi wszystkimi palcami, starała się nie kuleć ani nie potknąć. Wiedziała, że jeżeli się przewróci, to ją skopią, a ból już ją złamał. Była gotowa na śmierć.

Obok niej, usiłując zachować odwagę, kroczył zmiennokształtny. Ledwie dwunastoletni trzymał głowę wysoko. Pobiegł, żeby odciągnąć pościg od swojego stada. Ocalił brata i pozostałych, więc teraz nieustannie napominał się, że nie umrze jak tchórz.

Potrafił zignorować drwiny i szyderstwa eskorty oraz ludzi idących wzdłuż ulicy. Musiał zignorować smutne, pozbawione nadziei oczy niewolników, inaczej poddałby się temu krzykowi, który słyszał w głowie.

Nie był gotów na śmierć. Ale nie będzie błagać o litość.

Miał policzek obtarty przez kamień. Natychmiastowy ból i zapach krwi sprawiły, że tkwiąca w nim puma wyprężyła się i spróbowała wydostać na zewnątrz. Powstrzymał ją. To plugastwo przenigdy nie ujrzy jego ducha.

Jeden z eskortujących krzyknął ostrzegawczo:

– Kamienowanie jest zabronione! Przestańcie albo spędzicie godzinę w dybach. – Pchnął chłopaka. – Ruszaj się, ty bękarcie demonów.

Tkwiąca w chłopcu puma warknęła cicho. Jej potężne przednie łapy napierały na sznur pętający mu ręce na plecach.

A potem zobaczył szubienicę, dwie pętle, tłum ludzi na jaskrawo oświetlonym trawniku. Pomyślał chłodno – czemu wcześniej młodość usiłowała zaprzeczać – że go zabiją. O północy go powieszą, a on będzie się dławił i wierzgał, podczas gdy zgromadzeni będą wiwatować.

Zabiją go, więc dlaczego ma umierać bez walki? Dlaczego miałby nie walczyć wszystkimi możliwymi środkami? I może uda mu się zabrać ze sobą kilku z nich.

Wciągnął głęboko nocne powietrze, pozwolił kotu rozciągnąć kości, mięśnie, skórę. Pomyślał, że wprawdzie go zabiją, ale nie złamią.

Gdy otworzył się na przemianę, gdy przyjął ją, jak sądził, po raz ostatni, z mroku wyleciała strzała.

Ten, który go pchnął, wydał coś w rodzaju chrząknięcia, po czym padł na ziemię. Szyderstwa zmieniły się w krzyki, gdy wyfrunęły kolejne strzały, a zgromadzeni się rozpierzchli.

Przy świszczących strzałach chłopiec zamienił się w pumę, która wysunęła się z więzów i stanęła na czterech łapach. Jej oczy złowrogo połyskiwały, gdy jednym susem wskoczyła w spanikowany tłum. Dostrzegła, jak jakiś mężczyzna – chłopak? – ściąga knebel i opaskę z Jan, wiedźmy, i bierze ją na ręce, zanim tamta upada.

Biegł wiedziony jednym celem, w jedno miejsce. To, które było jego więzieniem. Usłyszał strzelaninę, krzyki, tupot stóp. Wyczuł krew, wyczuł strach.

Chciał krwi, chciał strachu.

Kiedy jednak dotarł do więzienia, jego ofiara leżała na ziemi zakrwawiona i nieprzytomna. Nad leżącym stała dziewczyna, która się odwróciła i spojrzała mu w ślepia. Przesunęła się, żeby stanąć pomiędzy nim a tym, czego chciał najbardziej. Smakiem krwi w gardle.

– Został pokonany i teraz jest bezbronny. Może zdołasz minąć mnie i będziesz przy nim na tyle długo, żeby przegryźć mu gardło. Ale jeżeli to zrobisz, nigdy nie będziesz taki sam. Twój brat jest bezpieczny, Garretcie. Mamy Marshalla i pozostałych, są już bezpieczni.

Zadrżał i przeistoczył się w chłopca.

– Marshall? Wszyscy?

– Marshall i wszyscy. Cała ósemka. Teraz, z tobą, dziewiątka. Też jesteś bezpieczny. I musimy zabrać stąd wszystkich, których zdołamy. – Jonah! – zawołała w stronę garażu. – Mam chłopca. Tego zmiennokształtnego.

– Zabierz go na umówione miejsce. Mamy tu czwórkę i musimy ich stąd zabrać.

– Przyjęłam. Musisz… – Przerwała, kiedy Garrett zamachnął się – szponami pumy na chłopięcej dłoni – i przeorał prawą rękę strażnika.

– Bili nas, przypalali i łamali kości. Naznaczyli nas. I… on mnie zgwałcił. – Garrett zadygotał. – Teraz ja naznaczyłem jego.

– Okej. – Położyła dłoń na jego ramieniu i odciągnęła. – Musimy poruszać się szybko, zabrać ze sobą tak dużo przetrzymywanych tu ludzi, ile tylko zdołamy. Możesz biec? To niespełna pół kilometra.

– Dam radę.

Puściła się biegiem, więc nie miał wyjścia.

Miała na głowie burzę ciemnych loków, które sprawiały wrażenie, jakby eksplodowały jej z wstążki. Biegła chyżo, uważnie obserwując otoczenie. Wydawało mu się, że ma niebieskie oczy, ale trudno było stwierdzić to z całą pewnością, bo księżyc na przemian to chował się, to wyłaniał zza chmur.

Miała krótki miecz i kołczan oraz łuk.

– Czy to wystrzeliłaś tę strzałę?

– Którą?

– Tę pierwszą.

– Nie, mój brat. Rzucaliśmy monetą i on wygrał. Jestem Tonia. – Uśmiechając się szeroko, wyciągnęła rękę i narysowała palcem trzy kręgi światła. Garrett zobaczył tuż przed nimi podobnie pokazany odzew. A potem dostrzegł dwóch mężczyzn ze strzelbami koło ciężarówki.

– Przyprowadziłam brata Marshalla. Przyprowadziłam Garretta.

– Marshall będzie tej nocy bardzo szczęśliwy. Jesteś ranny, synu?

Mężczyzna wyglądał na naprawdę, naprawdę starego, ale trzymał strzelbę tak, jakby potrafił jej używać.

– Jestem cały.

– Nazywam się Bill, a to jest Eddie.

– Hej! Jak się masz, człowieku? Wskakuj do ciężarówki, to Joe nie będzie siedział sam.

 

– Kto?

– Mój pies, nazywa się Joe. – Eddie otworzył tylną klapę. Wielki pies wstał z ociąganiem i dość sztywno, po czym pomachał ogonem.

– Muszę wracać.

Eddie skinął dziewczynie głową.

– Leć. Zajmiemy się nim. Macie wrócić w jednym kawałku, bo twoja mama skopie mi tyłek.

– Nie mogę na to pozwolić.

Gdy odbiegła, niemal natychmiast pochłonęła ją ciemność.

– Chodź, pomożemy ci tu wejść.

– Dam radę. – Garrett wspiął się na pakę, usiadł i kiedy pies się o niego oparł, był już na powrót tylko małym chłopcem. Objął zwierzę i wcisnął twarz w futro, tak żeby nikt nie widział jego łez.

Poderwał się, gdy usłyszał wybuchy, i zadrżał na widok ognia bijącego w niebo.

– Co to? Co się stało?! – zawołał.

– Dbamy o bezpieczeństwo – odparł Eddie, Bill zaś nachylił się i okrył chłopca kocem. – Nie chcesz chyba, żeby te dupki żołędne cię śledziły. Kradniesz im trochę pojazdów, a reszta… bum. A przynajmniej tyle, ile się da. Zrobicie z Joem trochę miejsca? Będziemy mieli więcej pasażerów.

Niektórzy biegli, tak jak on. Innych niesiono. Podjechała kolejna ciężarówka i mężczyzna za kierownicą wskazał gestem przed siebie.

Ludzie weszli na pakę podsadzani przez Eddiego albo Billa. Głównie dzieci, ale też kilka kobiet. Rozpoznał jedną czy dwie. Ile razy komuś przypominało się o karmieniu więźniów, niewolnicy przynosili pomyje, które nazywali jedzeniem.

Chłopiec obok niego, młodszy od najmłodszego w jego własnym stadzie, drżał z zimna.

– Proszę, podzielę się z tobą kocem. To jest Joe.

Usłyszał ryk silnika, zobaczył, że na siodełku motocykla za chłopakiem siedzi dziewczyna, z którą biegł. Miał równie ciemne włosy, ale nie tak kręcone.

Garrett zorientował się, że to właśnie on pomógł Jan.

Chłopak zatoczył pojazdem półkole i zatrzymał się.

– Zebraliśmy wszystkich, których zdołaliśmy. Niektórzy po prostu odbiegli, nie mieliśmy jak ich ścigać. Tamci będą zajęci gaszeniem pożarów, więc może tym, którzy uciekli się, uda się przetrwać.

– Jonah kazał się stąd zabierać! – zawołał Eddie i wskoczył za kierownicę.

– Dobrze, to my przodem, Flynn i Starr po bokach.

Po czym odjechał z rykiem silnika.

Eddie otworzył okno na pakę i podniósł głos, wjeżdżając do konwoju:

– Cześć wszystkim! Jestem Eddie i będę tej nocy waszym kierowcą. Rozsiądźcie się wygodnie, bo przed nami kawałek drogi. Macie tam wodę i koce. Bądźcie mili i się podzielcie.

Garrett przesunął się bliżej okienka.

– Kim jest ten chłopak na motocyklu? – spytał.

– To Duncan, brat bliźniak Toni. Nasz miejscowy piekielnik. Napij się wody i zdrzemnij, jeżeli chcesz. Będziemy jechali z godzinę, a jak dotrzemy, dostaniecie jedzenie i pomoc medyczną.

– Marshall tam jest? I wszyscy pozostali?

– Tak. – Eddie puścił kierownicę i nachylił się nieco, żeby sięgnąć ręką przez okienko i ścisnąć ramię Garretta. – Wszyscy tam na ciebie czekają, możesz się już wyluzować.

Ponieważ Garrett znów poczuł cisnące się do oczu łzy, mocno zamrugał.

– Dokąd jedziemy? Gdzie jest „tam”? – zapytał.

– Stary, jedziemy do Nowej Nadziei.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?