Z krwi i kości

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Na farmie, na której się urodziła, Fallon Swift nauczyła się, jak sadzić, pielęgnować rośliny i w końcu zbierać plony, jak traktować ziemię. Nauczyła się, jak cicho niczym cień poruszać się po polach i lasach, jak polować i łowić ryby. Jak szanować zwierzynę łowną, jak nie brać więcej niż potrzeba i nie brać niczego dla zachcianki.

Nauczyła się oporządzać to, co zebrała lub upolowała, w kuchni matki lub nad ogniem obozowiska. Nauczyła się, że jedzenie jest czymś więcej niż tylko jajkami świeżo wyjętymi z kurnika lub dobrze upieczonym na ruszcie pstrągiem. Jedzenie oznaczało przetrwanie.

Nauczyła się też szyć – choć nie lubiła siedzieć w bezruchu. Nauczyła się garbować skórę, aczkolwiek nie było to najprzyjemniejsze, i potrafiła, kiedy nie miała innego wyboru, prząść. Ubrania jednak nie były tylko czymś, co się nosiło. Chroniły ciało, jak broń.

Tę szanowała i od wczesnego dziecięctwa nauczyła się ją czyścić i odpowiednio składać, podobnie jak to, jak ostrzyć nóż i zakładać cięciwę na łuk.

Nauczyła się wielu rzeczy: jak budować za pomocą młotka i piły, jak utrzymywać w dobrym stanie ogrodzenie, jak reperować stary dom, który kochała równie mocno co lasy.

Porządne ogrodzenie, solidna ściana, dach, który chronił przed deszczem dawały coś więcej niż szczęśliwy dom. Oznaczały też przetrwanie.

I mimo że częściej po prostu wiedziała, jak coś zrobić, nauczyła się magii. Jak zapalać ogień samym oddechem, jak wyznaczać krąg, jak leczyć niewielką ranę światłem, które w niej płonęło, jak patrzeć, jak widzieć.

Nauczyła się tego wszystkiego, mimo że po prostu wiedziała, że magia jest czymś więcej aniżeli darem, który należało cenić, rzemiosłem, które należało doskonalić, bronią, której należało używać z wielką ostrożnością.

Dla niej magia była – i będzie – przetrwaniem.

Nawet mając jedzenie, schronienie, ubrania i broń, a nawet magię, nie wszyscy przetrwali. I nie wszyscy przetrwają w nadchodzących czasach.

Nauczyła się również tego, jak wyglądał świat, który istniał przed jej urodzeniem. Pełen ludzi, ogromnych miast z niebotycznymi domami, w których ci ludzie żyli i pracowali. W tamtym świecie swobodnie podróżowali po niebie i morzu, po drogach i szynach. Niektórzy nawet latali w kosmos i na księżyc.

Jej matka mieszkała niegdyś w wielkim mieście – w Nowym Jorku. Fallon wiedziała z opowieści, z książek, które pochłaniała, że było to miejsce pełne ludzi i zgiełku, światła i ciemności.

Dla niej było to cudowne miejsce, które poprzysięgła sobie kiedyś zobaczyć. Często je sobie wyobrażała nocą, gdy nie mogąc zasnąć, leżała i wpatrywała się w duszki fruwające za oknem.

W tamtym świecie toczyły się wojny i tak samo jak teraz panoszyły się nietolerancja i okrucieństwo. Znała te dawne wojny z książek i opowieści. O toczących się obecnie wojnach dowiadywała się od gości, którzy zatrzymywali się na farmie.

Jej ojciec był niegdyś żołnierzem. Nauczył ją walczyć – za pomocą rąk, nóg, umysłu. Nauczył, jak czytać i sporządzać mapy. Wyobrażała sobie, że pewnego dnia będzie z nich korzystać w podróżach, w które – o czym od zawsze wiedziała – kiedyś się wybierze.

Nie przywiązała się, tak jak jej rodzice, do świata, który istniał, nim apokalipsa zabiła miliardy ludzi. Wielu wspominało, jak te potężne miasta ogarnęły ogień, szaleństwo, ciemna magia. Okrucieństwo i chciwość ludzi nadal kłębiły się w umysłach i krwi tych, którzy to przeżyli.

Kiedy obejmowała umysłem przyszłe dni, wiedziała, że będzie w nich jeszcze więcej ognia, krwi i śmierci. I wiedziała, że stanie się to z jej udziałem. Nocami często, nie mogąc zasnąć, przytulała do piersi misia, dar od człowieka, którego nigdy nie poznała.

Gdy te wizje przyszłych dni zbytnio jej ciążyły, czasami wymykała się z domu, podczas gdy jej rodzice i rodzeństwo spali, by posiedzieć w otoczeniu migoczących niczym świetliki duszków. By powdychać zapach ziemi, plonów, zwierząt.

Częściej jednak spała spokojnym, niewinnym snem dziecka mającego dobrych, kochających rodziców oraz trzech irytujących braciszków, snem zdrowego dziecka z żywym umysłem i walecznym ciałem.

Czasami śniła o ojcu, człowieku, z którym jej matka żyła niegdyś w Nowym Jorku, człowieku, którego kiedyś kochała. Wiedziała, że ten mężczyzna zginął po to, by ona mogła przeżyć.

Urodził się pisarzem, przywódcą, wielkim bohaterem. Nosiła jego nazwisko, tak samo jak nosiła nazwisko mężczyzny, który sprowadził ją na świat i który później ją wychowywał i uczył. Fallon od Maxa Fallona, jej biologicznego ojca. Swift od Simona Swifta, jej rzeczywistego taty.

Dwa nazwiska, oba równie ważne. Tak samo jak jej matka nosiła dwie obrączki, po jednej od każdego mężczyzny, którego kochała.

I choć Fallon kochała swego tatę tak głęboko i szczerze, jak tylko dziecko potrafi, zastanawiała się nad człowiekiem, po którym odziedziczyła kolor oczu i włosów i który, wraz z matką, przekazał jej moce w momencie poczęcia.

Z zapałem czytała jego książki – wszystkie były darem – i przyglądała się uważnie jego zdjęciom umieszczonym na ich odwrocie.

Pewnego razu, gdy miała zaledwie sześć lat, zwinęła się w fotelu w bibliotece z jedną z książek Maxa Fallona. Mimo że nie rozumiała wszystkich słów, podobała się jej opowieść o czarodzieju używającym magii i mądrości, żeby zwalczać siły zła.

Kiedy do biblioteki wszedł wtedy jej tata, w poczuciu winy usiłowała ukryć książkę. Nie miał mocy magicznych, był za to bardzo mądry.

Podniósł ją wraz z książką i posadził sobie na kolanach. Uwielbiała to, jak pachniał farmą – ziemią, zwierzętami, wszystkim, co rośnie.

Czasami żałowała, że nie ma takich oczu jak on, które mieniły się zielenią i złotem. Tak myśląc, odczuwała wyrzuty sumienia z powodu Maxa.

– To dobra książka – zauważył.

– Czytałeś ją?

– Pewnie. Moja mama naprawdę lubiła czytać. To dlatego obaj z tatą urządziliśmy jej bibliotekę. Nie musisz niczego przede mną ukrywać, kochanie. Niczego.

– Bo jesteś moim tatusiem. – To powiedziawszy, odwróciła się do niego i przycisnęła twarz do jego serca. Stuk, stuk, stuk. – Ty jesteś moim tatusiem.

– Jestem twoim tatusiem. Ale nie miałbym na to szansy, gdyby nie Max Fallon. – Obrócił książkę, żeby oboje mogli spojrzeć na zdjęcie ciemnowłosego, przystojnego mężczyzny o mocnym spojrzeniu szarych oczu. – Nie miałbym mojej najpiękniejszej dziewczynki, gdyby on nie kochał twojej mamy, a ona nie kochała jego. Gdyby cię nie powołali do życia. Gdyby nie kochał jej i ciebie tak mocno, gdyby nie był tak odważny, by oddać życie w twojej obronie. Jestem mu naprawdę wdzięczny, Fallon. Wszystko mu zawdzięczam.

– Mama cię kocha, tatusiu.

– Tak. Jestem szczęściarzem. Kocha mnie i kocha ciebie, i Colina, i Travisa.

– I nowego dzidziusia, który się urodzi.

– Tak.

– To nie jest dziewczynka. – Powiedziała to z wielkim, smutnym westchnieniem.

– Naprawdę?

– Znowu ma w brzuszku chłopca. Dlaczego nie może mi zrobić siostry? Dlaczego zawsze robi mi braci?

Usłyszała śmiech w jego piersi, gdy ją przytulił.

– Właściwie to akurat moje zadanie. Chyba tak to już jest. – Pogładził jej długie, czarne włosy. – I chyba oznacza to, że nadal będziesz musiała być moją ulubioną dziewczynką. Czy powiedziałaś mamie, że to chłopiec?

– Ona nie chce tego wiedzieć. Lubi się zastanawiać.

– To ja też jej nic nie powiem. – Simon pocałował ją w czubek głowy. – To będzie nasza tajemnica.

– Tatusiu?

– Hmm?

– Nie mogę przeczytać wszystkich słów. Niektóre są za trudne.

– A co powiesz na to, żebym przeczytał ci pierwszy rozdział, zanim wrócimy do obowiązków?

Przesunął ją, żeby mogła się zwinąć w kłębek, po czym otworzył książkę i przewrócił strony, by zacząć od pierwszej.

Wiedziała, że Król czarodziej był pierwszą powieścią Maxa Fallona – a być może jakaś jej część wiedziała. Zapamiętała jednak na zawsze, że tę książkę czytał jej rzeczywisty tata, rozdział po rozdziale, co wieczór przed pójściem spać.

* * *

I tak się właśnie uczyła. O dobroci od taty, o wspaniałomyślności od mamy. Uczyła się o miłości, świetle oraz szacunku od domu, rodziny i życia, które było jej dane.

Uczyła się o wojnie, cierpieniach i smutku od podróżnych, często rannych, którzy przyjeżdżali na farmę lub do pobliskiej wsi.

Pobierała też lekcje polityki, uważała je jednak za denerwujące, gdyż ludzie za dużo mówili, a za mało robili. A do czego przydają się politycy, skoro pogłoski mówiły, że rząd – jakież to było dla niej niejasne określenie! – zaczął się odbudowywać w trzecim roku po wybuchu epidemii, żeby znowu upaść przed końcem piątego?

Teraz, w dwunastym roku, stolica Stanów Zjednoczonych – które nie wydawały się Fallon zjednoczone ani wtedy, ani teraz – pozostawała strefą działań wojennych. Odłamy Najeźdźców, grupy Mrocznych Niesamowitych i wierni kultowi Wojowników Czystości walczyli o władzę, o ziemię, o zapach krwi. Wyglądało na to, że stoją naprzeciw siebie i przeciw tym, którzy starali się rządzić.

Mimo że Fallon pragnęła pokoju, chciała budować, hodować, to rozumiała konieczność starań o ochronę i obronę. Nieraz widziała, jak jej tata zbroi się i opuszcza farmę, by pomóc chronić sąsiada lub w obronie wsi. Nieraz widywała jego oczy, kiedy wracał, i wiedziała, że polała się krew, że doszło do utraty życia.

Została wychowana tak, żeby walczyć i bronić, podobnie jak jej bracia. Nawet kiedy farma pławiła się w letnim słońcu, kiedy zbiory dojrzewały, a ciężkie owoce wyginały gałęzie gotowe do zerwania, kiedy w lasach było pełno zwierzyny, to poza polami i wzgórzami toczyły się bitwy na śmierć i życie.

 

A jej czas, jej dzieciństwo, o czym wiedziała, zmierzało ku końcowi i niemal słyszała odliczanie.

Była Jedyną.

W te dni, kiedy bracia ją dręczyli – dlaczego u diabła musiała mieć braci? – kiedy jej matka absolutnie niczego nie rozumiała, a ojciec oczekiwał o wiele za dużo, chciała, by ten czas, który jej pozostał do końca dzieciństwa, upływał szybciej.

Innym razem wpadała w złość. Dlaczego nie ma wyboru? Żadnego wyboru? Chciała przecież polować i łowić ryby, jeździć konno, biegać po lasach z psami. Nawet z braćmi. I często opłakiwała kogoś, kim to coś poza nią, poza jej rodzicami, żądało, żeby się stała. Opłakiwała myśl pozostawienia rodziny, porzucenia domu.

Wyrosła na wysoką i silną, a światło w niej płonęło jasnym płomieniem. Myśl o trzynastych urodzinach napełniała ją grozą.

Zamartwiała się tym – jak zresztą wszystkim, co było niesprawiedliwe w jej świecie i świecie zewnętrznym – kiedy pomagała mamie przygotować wieczorny posiłek.

– Dziś w nocy będzie burza, czuję to. – Nim wzięła się za gotowanie, Lana zebrała szybkim ruchem karmelowe włosy i spięła je na czubku głowy. – Ale wieczór będzie idealny, żeby zjeść na dworze – dodała. – Odcedź te kartofle, które podgotowałam.

Dziewczynka nadąsała się nad kuchenką.

– A dlaczego to zawsze ty musisz gotować?

Matka delikatnie zakołysała miską z pokrywką. W środku marynowały się świeże plastry papryki zerwanej w ogrodzie.

– Przecież tata dziś grilluje – przypomniała córce.

– Tak, ale ty najpierw wszystko zrobiłaś. – Fallon wrzuciła kawałki ziemniaków do cedzaka w zlewie. – Dlaczego tata albo Colin, albo Travis nie zrobili wszystkiego?

– Pomagają, tak samo jak ty. Ethan też – uczy się. Ale rozumiem sens twojego pytania i już ci odpowiadam: ja lubię gotować. Lubię przygotowywać jedzenie, zwłaszcza dla swojej rodziny.

– A co, jeżeli ja tego nie lubię? – Fallon obróciła się na pięcie, z pociemniałymi jak burzowe chmury oczami i z buntowniczym grymasem niezadowolenia. – Co, jeżeli ja po prostu nie chcę gotować? Dlaczego muszę robić rzeczy, na które nie mam ochoty?

– Ponieważ wszyscy musimy je robić. Na szczęście dla ciebie w przyszłym tygodniu z pomagania w kuchni przechodzisz do sprzątania. Dopraw, proszę, te ziemniaki na grill. Już posiekałam zioła.

– Świetnie, doskonale. – Wiedziała, co ma robić. Oliwa, zioła, sól, pieprz.

Tak samo jak wiedziała, że mają oliwę i przyprawy, ponieważ jej matka i wiedźma z sąsiedniej farmy znalazły półtora hektara ziemi i rzuciły czar zmieniający ją w tropiki. Posadziły tam drzewa oliwne, pieprz czarny, kawę, bananowce, figi i daktyle.

Jej tata pracował z innymi, żeby zbudować prasy do wytłaczania oliwy oraz suszarki do owoców.

Wszyscy pracowali razem, wszyscy korzystali. Wiedziała o tym.

A jednak.

– Może pójdziesz, zaniesiesz to tacie i powiesz mu, żeby już zaczął przyrządzać kurczaka? – zapytała Lana.

Fallon w paskudnym humorze wypadła z domu. Gdy Lana przyglądała się córce, jej przypominające błękit letniego nieba oczy zaszły mgłą. Pomyślała, że zbliża się więcej niż jedna burza.

Zasiedli przy wielkim stole, który zbudował jej tata. Jedli na kolorowych talerzach, obok leżały jasnoniebieskie serwetki i stały w dzbanuszkach polne kwiatki.

Mama uważała, że stół powinien być ładnie nakryty. Pozwoliła Ethanowi zapalić oddechem świeczki, gdyż zawsze go to śmieszyło. Fallon klapnęła obok braciszka. Nie uważała go za tak dokuczliwego jak Colina czy Travisa.

Ale w końcu ma dopiero sześć lat, pomyślała. Jeszcze taki będzie.

Simon tymczasem, z czupryną kasztanowych włosów rozjaśnionych słońcem, zajął swoje miejsce i uśmiechnął się do Lany.

– Wygląda pięknie, kochanie.

Kobieta uniosła kieliszek wina zrobionego z własnych winogron.

– Dzięki mistrzowi grilla. Jesteśmy wdzięczni – dodała, zerkając na córkę – za samodzielnie wyhodowane i przygotowane jedzenie. Mamy nadzieję, że nadejdzie dzień, w którym nikt nie będzie głodny.

– Ja jestem głodny teraz! – oznajmił Colin.

– To bądź wdzięczny, że masz na stole jedzenie. – Lana położyła mu na talerzu pałkę z kurczaka, jego ulubioną część.

– Pomogłem tacie przy grillu – ciągnął, nakładając sobie ziemniaki, warzywa i kolbę dopiero co obłuszczonej kukurydzy. – Więc nie powinienem musieć zmywać.

– To nie przejdzie, synu – rzekł Simon, po czym nałożył jedzenie Travisowi, Lana zaś Ethanowi.

Colin zakręcił pałką w powietrzu, zanim wbił w nią zęby. Miał oczy po ojcu, orzechowe, złoto-zielonkawe. Jego włosy, o kilka odcieni ciemniejsze niż matki, zdążyły pojaśnieć na letnim słońcu. Jak zwykle sterczały niesfornie i nie dawały się uczesać.

– Zebrałem kukurydzę – obwieścił tryumfalnie.

Travis, który już miarowo jadł, trącił Colina łokciem.

– Razem ją zebraliśmy.

– Nieistotne.

Istotne – poprawił go Simon. – Nieistotne, ale to akurat jest istotne.

– Zebrałem większość kukurydzy. To powinno mieć znaczenie.

– Zamiast martwić się o talerze, które pozmywasz, może powinieneś jeść kukurydzę – zaproponowała Lana, pomagając najmłodszemu chłopcu posmarować kolbę masłem.

– W wolnym społeczeństwie każdy ma głos – odparował bez namysłu.

– Szkoda, że w takim nie żyjemy. – Simon dał Colinowi kuksańca pod żebro, na co chłopak wyszczerzył zęby w uśmiechu.

– Kukurydza jest pyszna! – zawołał Ethan, który choć niedawno stracił kilka mlecznych zębów, z entuzjazmem wgryzł się w kolbę. Miał błękitne oczy po matce, jej śliczne blond włosy i najpogodniejsze na świecie usposobienie.

– Może będę kandydował na prezydenta – kontynuował Colin, który nie dawał się łatwo zniechęcać. – Będę prezydentem Farmy i Kooperatywy Rodziny Swiftów. A potem wsi. Nazwę ją Colinville i nigdy więcej nie będę zmywał.

– Nikt by na ciebie nie głosował – zachichotał Travis, który mógłby uchodzić za bliźniaka Colina.

– Ja na ciebie zagłosuję, Colin! – wtrącił Ethan.

– A co, jeżeli ja też będę kandydował na prezydenta? – spytał Ethana Travis.

– To zagłosuję na was obu. I na Fallon.

– Mnie w to nie mieszaj – powiedziała siostra, rozgrzebując jedzenie widelcem.

– Możesz głosować tylko na jedną osobę – zwrócił mu uwagę Travis.

– Dlaczego?

– Dlatego.

– To głupia odpowiedź.

– Cała ta rozmowa jest głupia. – Fallon machnęła ze zniecierpliwieniem ręką. – Nie możesz być prezydentem, nawet gdyby istniała jakakolwiek struktura rządowa, bo nie jesteś wystarczająco dorosły ani wystarczająco mądry.

– Jestem tak samo mądry jak ty – odciął się Colin. – I będę starszy. Mogę zostać prezydentem, jeśli zechcę. W ogóle mogę być, kim zechcę.

– W marzeniach – dodał złośliwie Travis.

Dostał pod stołem kopniaka, którego natychmiast oddał.

– Prezydent jest przywódcą, a przywódca przewodzi – nie ustępował Colin.

Kiedy Fallon zerwała się na równe nogi, Simon zaczął coś mówić, żeby uciąć tę dyskusję, lecz dostrzegł wzrok Lany.

– Nic nie wiesz o byciu przywódcą! – wybuchnęła dziewczyna.

– A ty nie wiesz nic o niczym – odparował Colin.

– Wiem, że przywódca nie nazywa miejscowości na swoją cześć – fuknęła Fallon. – Wiem, że musi być odpowiedzialny za swoich ludzi, dbać o to, żeby mieli jedzenie i schronienie, decydować, kto idzie na wojnę, kto żyje i umiera. Wiem, że przywódca musi walczyć i może nawet zabijać.

Gdy się tak złościła, wokół niej groźnie rozjarzyło się czerwone światło.

– Przywódca to ktoś – ciągnęła – do kogo wszyscy zwracają się w poszukiwaniu odpowiedzi, nawet gdy on ich nie ma. Ktoś, kogo wszyscy obwiniają, gdy sprawy przybierają kiepski obrót. Przywódca to ktoś, kto musi odwalić brudną robotę, nawet jeśli są to cholerne talerze.

To powiedziawszy, ruszyła stanowczym krokiem do domu, ciągnąc za sobą groźne światło. Trzasnęła drzwiami.

– Dlaczego ona zaczyna zachowywać się jak wstrętny bachor? – zapytał stanowczym tonem Colin. – Dlaczego zaczyna być taka podła?

Oczy Ethana wezbrały łzami.

– Czy Fallon jest na nas wściekła? – zwrócił się do matki.

– Nie, kochanie, jest po prostu wściekła. Pozwolimy jej spędzić trochę czasu w samotności, dobrze? – Spojrzała na Simona. – Chcę pobyć trochę sama. Ona cię przeprosi, Colin.

Chłopak tylko wzruszył ramionami.

– Mogę być prezydentem, jeśli zechcę. Fallon nie rządzi światem.

Kobieta poczuła ukłucie w sercu.

– A czy wspominałam, że na deser jest placek z brzoskwiniami? – Wiedziała, że ciasto niezawodnie poprawi chłopakom nastrój. – Oczywiście tylko dla tych, którzy zjedzą wszystko, co mają na talerzu.

– Znam dobry sposób na spalenie tego ciasta. – Dostrajając się do Lany, Simon wrócił do posiłku. – Co powiecie na meczyk koszykówki?

Od kiedy zrobił miniboisko do koszykówki koło stodoły, ten sport stał się ulubioną rozrywką chłopców.

– Chcę być w twojej drużynie, tatusiu! – zawołał Ethan.

Simon uśmiechnął się do niego szeroko i puścił oko.

– Zmieciemy ich z boiska, mistrzu.

– Nie ma mowy. – Colin rzucił się do talerza. – Travis i ja was zniszczymy.

Travis spojrzał na mamę i przez chwilę nie odwracał od niej oczu.

Lana pomyślała, że on wie. Tak samo jak Colin, chociaż gniew i uraza to blokują.

Ich siostra nie rządziła światem, ale nosiła na barkach jego ciężar.

* * *

Złość Fallon przygasła w fali łez rozżalenia. Rzuciła się na łóżko, żeby się wypłakać – to samo, które zrobił jej tata, odtwarzając model, jaki zobaczyła w starym czasopiśmie. W końcu łzy obeschły, pozostawiając lekki ból głowy i nadąsanie.

To było niesprawiedliwe, pomyślała, wszystko było niesprawiedliwe. I Colin zaczął. Zawsze zaczynał coś swoimi wielkimi, głupimi pomysłami. Pewnie dlatego, że nie miał żadnej magii. I dlatego, że był zazdrosny. Może sobie wziąć jej magię i odejść z jakimś obcym człowiekiem, żeby nauczyć się, jak zostać zbawcą tego całego, głupiego świata.

Ona tylko chciała być normalna. Jak dziewczyny we wsi na innych farmach. Jak każdy.

Przez otwarte okno dobiegły ją krzyki i śmiech, ale usiłowała je zignorować. W końcu jednak wstała i wyjrzała.

Niebo nadal było niebieskie w ten długi dzień zbliżającego się ku końcowi lata, ale tak samo jak jej matka wyczuwała nadchodzącą burzę.

Zobaczyła tatę – szedł w stronę stodoły, niosąc najmłodszego syna na barana. Starsi chłopcy już ścigali się po asfalcie w butach do koszykówki, które Simon gdzieś wyszperał.

Nie chciała się uśmiechać, gdy tata podebrał Colinowi piłkę i podał ją do góry Ethanowi, po czym podszedł do kosza, żeby dzieciak mógł wrzucić piłkę przez obręcz.

Nie chciała się uśmiechać.

Starsi chłopcy wyglądali jak tata, Ethan jak mama.

A ona wyglądała jak mężczyzna na okładce książki.

Samo to często bolało ją bardziej, niż sądziła, że wytrzyma.

Usłyszała ciche pukanie do drzwi, po czym do środka weszła mama.

– Pomyślałam, że możesz być głodna – powiedziała. – Ledwie tknęłaś kolację.

Przez nadąsanie zaczął z wolna przebijać wstyd. Fallon tylko pokręciła przecząco głową.

– Później.

Kobieta odstawiła talerz na toaletkę zrobioną przez Simona.

– Wiesz, jak to podgrzać, gdy poczujesz głód.

Fallon znowu pokręciła głową, ale tym razem z oczu popłynęły jej łzy. Lana bez słowa podeszła do niej i ją przytuliła.

– Przepraszam.

– Wiem.

– Wszystko zepsułam.

– Nieprawda.

– Chciałam…

Kobieta pocałowała Fallon w policzek.

– Wiem, ale nie zepsułaś. Przeprosisz swoich braci, ale teraz słyszysz, że są szczęśliwi. Nic nie zepsułaś.

– Nie wyglądam jak oni ani jak ty, ani jak tata.

Lana przesunęła dłonią po długich czarnych włosach spiętych w koński ogon, po czym odsunęła się, by popatrzeć w te znajome szare oczy.

– Opowiadałam ci o tej nocy, kiedy się urodziłaś. To zawsze była jedna z twoich ulubionych historii. – Mówiąc te słowa, poprowadziła Fallon do łóżka, na którym razem usiadły. – Nigdy nie opowiedziałam ci o nocy, której zostałaś poczęta.

– Ja… – Poczuła, że policzki ją pieką. Wiedziała, co oznacza poczęcie i jak się odbywa. – To… To dziwne.

– Masz niemal trzynaście lat, a nawet gdybyśmy o tym nigdy nie rozmawiały, to mieszkasz na farmie. Wiesz, skąd się biorą dzieci i jak się tam dostają.

 

– Ale to dziwne, kiedy chodzi o własną mamę.

– Nieco dziwne – przyznała Lana – więc będę ostrożna. Mieszkaliśmy w Chelsea. To dzielnica w Nowym Jorku. Uwielbiałam ją. Po drugiej stronie ulicy była urocza piekarenka, na rogu dobre delikatesy. W okolicy sklepy z ładnymi rzeczami, piękne stare budynki. Mieszkaliśmy w lofcie – ja wprowadziłam się do loftu Maxa. To też uwielbiałam. Na ulicę wychodziły wielkie okna. Można z nich było obserwować śpieszący się świat. Półki pełne książek. Kuchnia nie była tak duża ja ta tu w domu, ale nowocześnie urządzona. Często robiliśmy przyjęcia dla znajomych. Pracowałam w dobrej restauracji i planowałam, że któregoś dnia otworzę własną.

– Nikt nie gotuje tak dobrze jak ty.

– Nie mam teraz zbyt dużej konkurencji. – Lana objęła Fallon w pasie. – Wróciłam do domu z pracy, piliśmy wino, naprawdę pyszne wino, i kochaliśmy się. A potem, parę minut potem, coś we mnie po prostu eksplodowało. Tyle światła, tyle wspaniałości, tyle… Nie potrafię opisać tego uczucia, nawet teraz. Zaparło mi dech w piersiach w najpiękniejszy możliwy sposób. Max też to poczuł. Żartowaliśmy nawet z tego. Wziął świecę. Mój dar był tak niewielki, że nawet jej zapalenie nie zawsze mi wychodziło, a jeżeli, to po wielu staraniach.

– Naprawdę? Ale przecież ty…

– Zmieniłam się, Fallon. Otworzyłam się właśnie tamtej nocy. Zapaliłam świecę właściwie samą myślą. Ona we mnie wezbrała, ta nowa moc. Tak samo jak w Maxie, w nas wszystkich, którzy mieli w sobie magię. Ale u mnie to byłaś ty. Ten moment, ta eksplozja, ta wspaniałość, to światło to byłaś ty. Wtedy jeszcze o tym nie wiedziałam, musiało minąć wiele tygodni, ale to byłaś ty. Powstałaś we mnie tamtej nocy. Zrozumiałam, trochę mi pokazałaś, kiedy jeszcze byłaś we mnie, że jesteś szczególna nie tylko dla mnie, dla Maxa, dla Simona, ale dla wszystkich.

– Nie chcę odchodzić. – Fallon schowała twarz na ramieniu Lany. – Nie chcę być Jedyną.

– To odmów. To twój wybór, Fallon. To musi być twoja własna decyzja i nigdy nie pozwolę nikomu cię do tego zmusić. Twój tata nigdy na to pozwoli.

Fallon o tym wiedziała. Zawsze jej powtarzali, że to będzie jej decyzja. Ale…

– Nie będziesz mną rozczarowana? Nie będzie się mnie wstydzić?

– Nie. – Lana przyciągnęła dziewczynkę bliżej i objęła ją mocno. – Nie, nie, nigdy. – Ileż nocy wściekała się, ile nocy rozpaczała, że można prosić dziecko o coś takiego? To dziecko. Jej dziecko. – Jesteś moim sercem – pocieszała ją. – Każdego dnia napawasz mnie dumą. Jestem dumna z ciebie, z twojego umysłu, z twojego serca, z twojego światła. Boże, płonie tak mocno. I zabrałabym ci je bez wahania, żeby oszczędzić ci dokonywania takiego wyboru. Żebyś nie była zmuszona go podejmować.

– On umarł, żeby mnie ocalić. Mój biologiczny ojciec.

– Nie tylko z powodu tego, kim się możesz stać. Zrobił to, bo cię kochał. Fallon, ty i ja? Żadna kobieta nie ma tyle szczęścia, co my. Miłością obdarzyło nas dwóch cudownych mężczyzn, dwóch dzielnych ludzi. Bez względu na to, jaką decyzję podejmiesz, i ja, i oni zawsze będziemy cię kochać.

Fallon wciąż się przytulała – pocieszona, odprężona. A potem… Ostrożnie się odsunęła.

– Jest coś więcej – rzekła. – Czuję to. Wiem, że jest coś więcej, coś, czego mi nie powiedziałaś.

– Powiedziałam ci o Nowej Nadziei i o…

– Kim jest Eric?

Lana gwałtownie szarpnęła się do tyłu.

– Nie rób tego. Znasz zasady i wiesz, że nie wolno wpychać się do cudzego umysłu.

– Nie zrobiłam tego. Daję słowo. Po prostu to zobaczyłam. Poczułam to. Jest coś więcej – powiedziała Fallon, a jej głos teraz drżał. – Coś więcej, czego mi nie mówisz, ponieważ się martwisz. Boisz się o mnie, czuję, czuję to. Ale jeżeli nie mówisz mi wszystkiego, to skąd mam wiedzieć, co robić?

Lana wstała i podeszła do okna. Spojrzała na swoich synów, na mężczyznę, na dwa stare psy, Harper i Lee śpiące na słońcu. Na dwa młode psy biegające wokół chłopców. Na farmę, na dom, który uważała za skarb. Na życie, które stworzyła. Pomyślała z rozgoryczeniem, że ciemność zawsze napiera na światło.

Magia zawsze żądała zapłaty.

Ukrywała niektóre sprawy przed swoim dzieckiem, przed najjaśniejszym ze świateł, ponieważ się obawiała. Chciała, żeby jej rodzina była razem w domu. Bezpieczna.

– Nie mówiłam ci pewnych rzeczy, ponieważ poza wszystkim chciałam, żebyś odmówiła – odparła. – Powiedziałam ci o ataku z czasów, kiedy mieszkaliśmy w domu w górach.

– Dwie osoby z waszej grupy zwróciły się przeciwko wam. To byli Mroczni Niesamowici, ale nie wiedzieliście o tym, dopóki nie spróbowali was zabić. Mnie zabić. Ty i Max oraz pozostali walczyliście i sądziliście, że udało się wam ich pokonać.

– Tak, ale się myliliśmy.

– Zaatakowali was ponownie w Nowej Nadziei. Przyszli po mnie i żeby cię ocalić, żeby ocalić mnie, Max się poświęcił. Uciekałaś, tak jak ci kazał. Uciekałaś, ponieważ oni by wrócili, a ty musiałaś mnie chronić. Długo byłaś sama, a oni na ciebie polowali. Ale znalazłaś farmę, znalazłaś tatę.

Fallon wzięła głęboki oddech.

– Czy Eric był jednym z nich? Jednym z Mrocznych?

– Tak. On i kobieta, z którą był, kobieta, która moim zdaniem pomogła mu odwrócić się od światła. Chcieli mnie zabić, ciebie zabić. Zabili Maxa. Eric jest bratem Maxa.

– Jego bratem? – Jej ciało przeszył wstrząs. Bracia, pomyślała przerażona, jakkolwiek irytujący, są braćmi. Rodziną. – Mój wujek. Mój krewny.

– Eric postanowił zdradzić tę krew, postanowił zabić własnego brata. Wybrał ciemność.

– Wybrał ciemność – powtórzyła szeptem Fallon. Po kolejnym głębokim oddechu wyprostowała się. – Musisz mi wszystko opowiedzieć. Nie możesz niczego pominąć. Dobrze?

– Dobrze. – Lana przycisnęła palce do oczu. Już wiedziała, patrząc w te dobrze znane szare oczy, jakiego wyboru dokona jej dziecko. – Dobrze, wszystko ci opowiem.