Pudło

Tekst
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Pudło
Pudło
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 68,80  55,04 
Pudło
Audio
Pudło
Audiobook
Czyta Monika Kwiatkowska
36,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

To jego sposób na lawirowanie w warunkach więziennych. Nie chodzi, nie upomina się, nie kłóci. – A musi pani wiedzieć, że tu pierdoły urastają do takiej rangi, że trudno uwierzyć. Afery są z takich pierdół, idą tu bójki o takie pierdoły. Wychowawcy muszą potem kombinować, robić jakieś przerzutki. Chory świat.

Damian

W więzieniu początek nie zdarza się raz. Zmiana celi, oddziału, jednostki, nowe twarze, nowi funkcjonariusze, nowe porządki. Damian nie jest świeżakiem w Iławie, ale właśnie debiutuje na nowym oddziale. Jest postawnym, rudym brodaczem, pokrytym tatuażami, również więziennymi: kropka pod lewym okiem oznacza grypsującego, a kreska-kropka-kreska na nadgarstku to przerwa w życiorysie, czyli symbol odsiadki.

– Jaka będzie cela? – W jego głosie słychać napięcie, nerwowo ociera pot z czoła, przestępuje z nogi na nogę.

– Mieszana. – Wychowawca siedzi za biurkiem, zaczyna przeglądać dokumenty, które Damian ze sobą przyniósł.

– No to mamy problem, panie wychowawco, nie mogę mieszkać z grypsującymi.

– Nie ma wyboru, Damian. Nie ma wyboru. Ale mam tu twoją teczkę, możemy sobie pogadać. O, samochody. Same fajne samochody, Damian!

– No tak wyszło.

– No nie, Damian?! „Osadzony odmówił uczestnictwa w programie Bezpieczne Drogi”. Samochodziarz?

– A nawet tego nie pamiętam, to chyba na początku było.

– Negatywna ocena. Co to było w tym dwa tysiące siedemnastym? W zdarzeniu uczestniczyłeś.

– Bójka pod celą.

– W celi, Damian, w celi – przekłada wychowawca z grypsery na polski.

– Ale potem był spokój.

– Teraz też będzie spokój, co? Co się stało, że na kolegę poszedłeś?

– To on na mnie poszedł, broniłem się.

– Z akt to ty krystalicznie nie wyglądasz. Podoba mi się, że chodzisz do szkoły. Nie pracujesz?

– Nie, bo chodzę do szkoły.

– Ale to nie jest żaden problem połączyć, Damian, wielu tak robi. Dam ci czas do jutra na przemyślenie.

– To ja się zastanowię.

– Widzisz, Damian, jak chcesz, to potrafisz. Jeszcze twój wywiad zobaczę. Ile ci zostało do końca szkoły?

– Pół roku, ale będę drugi kurs działał, już rozmawiałem z dyrektorem.

– Damian, czy ty kredyt też wyłudziłeś?

– Nie, nigdy.

– Bo masz 286. – Wychowawca dopytuje o numer, pod którym w kodeksie karnym kryje się oszustwo.

– A to leasingi, większość samochodów w leasingach była.

– Wiesz, że ty byś nawet nie siedział, gdybyś się z kuratorem kontaktował?

– Wiem. Jakieś osiem miesięcy miałbym chyba.

– Damian, jakie ty masz wykształcenie z wolności?

– Zawodowe.

– Zawód jaki?

– Stolarz. Chociaż ze szkół to wszystkie zwiedzałem, liceum też.

– Człowiek orkiestra. Ale nie pokończyłeś?

– Areszt był na trzeciej klasie, jakoś tak wyszło.

– Damian, powiem ci tak: dam cię do celi mieszanej, ale to jest dobra cela, wydająca – zachęca wychowawca. Chodzi mu o prace przy wydawaniu posiłków: jasny znak, że choć grypsera, to współpracuje.

Brodacz wie, że nie wygra, ale próbuje.

– Naprawdę nic się nie da z tym zrobić?

– Mam dwie cele do wyboru, druga też wydająca, ale tam byś siedział jeden na dwóch grypsujących.

– Jeszcze gorzej.

– Wcale nie. Jednego na pewno znasz ze szkoły. Teraz z nimi był starszy człowiek, biegali przy nim. Nie był grypsujący. On idzie w transport, gdyby nie szedł, toby miejsca nie zwolnił.

– A ta druga?

– Pięć osób. Grypsujący, niegrypsujący, ze szkoły pewnie znasz. Nie stawaj okoniem. Nie wiesz, nie znasz, a się stawiasz. Po co te problemy? Z tobą, Damian, da się rozmawiać i tego się trzymajmy, rozmawiajmy. Spróbuj. Ja cię muszę trochę poobserwować.

– No wiadomo.

– Wywiad nie jest zły, ty już masz troszeczkę tej kary odbytej. Złe emocje poszły, wiek robi swoje, trzydziecha na karku. Mnie te wasze subkultury nie interesują. Wszyscy są równi, ja podziału nie akceptowałem i nie będę akceptował.

– Ja tak samo myślę.

– Mnie interesuje, czy z kimś się da rozmawiać, czy chce pracować, czy chce być na półotwartym. Mam nadzieję, że ty się zastanowisz i jutro przyjdziesz i powiesz: wychowawco, ja chcę do pracy.

– No może, jakby się dało do sprzątania korytarzy…

– No, u nas się akurat nie da sprzątania korytarzy, ale coś znajdziemy. Warunki masz, żeby coś ponosić, różne rzeczy możesz robić. No dobra, Damian, jakieś pytania?

– Nie.

– To cela 13.

Kolejny oddział, kolejna cela, kolejny wychowawca, funkcjonariusze, współosadzeni. Kolejny raz opowiedział przestępczy życiorys, kolejny raz wyklepał odpowiedzi na te same pytania. Nie szukał krzesła, nie przeszkadzało mu, że tylko on stoi, ani to, że jeszcze ktoś tego słuchał.

*

– Widzę pani zakłopotanie. Chodzimy po tym kryminale, waha się pani, czy tu można wejść, gdzie stanąć, kogo o co zapytać. Gdzie się pani nie ruszy: kraty, sama pani nie przejdzie, ktoś musi wpuścić. Tu telefon zabierają, do torebki zaglądają, ktoś przeszukuje.

Do listy więziennych niedogodności wymienianych przez psycholożkę z Zakładu Karnego w Iławie dodałabym jej przenikliwe spojrzenie. Mówi o sobie „psycholog”. W innej pracy może i byłaby psycholożką, w więzieniu takie kobiece słowa są źle widziane – tłumaczy. Jako psycholog oczekuje szacunku, na który nie mogłaby liczyć psycholożka (a ode mnie oczekuje zrozumienia, kiedy przy autoryzacji swoich wypowiedzi prosi o ukrycie imienia i nazwiska).

– Swoje emocje może pani pomnożyć razy dziesięć i to będzie mniej więcej to, co czują osadzeni, kiedy są tu po raz pierwszy. Oni często potem nie pamiętają, jak ta pierwsza cela wyglądała, nie wiedzą, czy dostali wszystko, co powinni, czy nie. Są pochłonięci świadomością, że są w odosobnieniu.

Za murami więzienia można się znaleźć na trzy sposoby.

Sposób pierwszy: tymczasowe aresztowanie do sprawy na wniosek prokuratora. Chodzi o to, żeby odizolować domniemanego sprawcę od otoczenia, współuczestników, ofiary. Dlatego trafia do aresztu. Jeśli potrzebuje pomocy psychologa, dostaje wsparcie.

Sposób drugi: osoba z wyrokiem stawia się sama lub jest przywożona przez policję do odbycia kary.

Sposób trzeci: osadzony z innego więzienia ma na przykład sprawę w sądzie w Iławie i w związku z postępowaniem musi się tu zatrzymać.

Gdy pytam więźniów o znane im zakłady karne, często okazuje się, że w ramach jednego wyroku poznali ich kilka, czasem zatrzymując się tylko na kilka dni. Samochody Służby Więziennej robią rocznie nawet kilkanaście milionów kilometrów.

Psycholożka z Zakładu Karnego w Iławie pracę w Służbie Więziennej zaczęła od aresztu. Mówi, że nigdy wcześniej nie widziała tylu płaczących mężczyzn. Opowiada: – Praca psychologa w areszcie jest najczęściej interwencyjna, słuchamy i wspieramy: „Rozumiem, że pan się znalazł w trudnej sytuacji”. Jeśli płacze, mówię: „Widzę, że pan płacze, smuci się pan”. Wtedy czasem pojawia się złość: „A co mam robić?!”. To są wszystko naturalne emocje, ci ludzie mają prawo tak się czuć, mogą się czuć na przykład pokrzywdzeni i potraktowani niesprawiedliwie. W areszcie buchają emocje, jest ich bardzo dużo. Złość jest naturalna, ale pod złością zawsze coś jest: obawa, lęk, wyrzuty sumienia.

[2] Motta kolejnych rozdziałów to przepisy zawarte w kodeksie karnym wykonawczym.

Sprawy wiary

Art. 73. § 1. W zakładzie karnym utrzymuje się dyscyplinę i porządek w celu zapewnienia bezpieczeństwa i realizacji zadań kary pozbawienia wolności, w tym ochrony społeczeństwa przed przestępczością.

– A wie pani, że ten podział na gitów i frajerów, który my tu mamy, jest charakterystyczny dla naszej części Polski? Na południu, w Krakowie czy Tarnowie, nie pyta się nowych osadzonych o stosunek do grypserki, ale o preferencje klubowe, Wisła czy Cracovia – opowiada kierownik penitencjarny z jednego z zakładów karnych na Mazowszu. – Te preferencje bierze się pod uwagę przy umieszczaniu w celi, chociaż według przepisów powinniśmy kierować się wiekiem osadzonych i na przykład tym, czy palą.

W czasie pierwszych 48 godzin odbywania kary osadzony musi dwukrotnie odpowiedzieć na pytania dotyczące nieformalnych struktur subkultury więziennej: czy uczestniczy, czy chciałby, jak postrzega. Pierwszy raz jest pytany o to w czasie wywiadu środowiskowego, drugi raz podczas rozmowy wstępnej z wychowawcą lub psychologiem. Odpowiedzi zostają zanotowane, z czasem będą aktualizowane, jeśli osadzony zmieni zdanie lub pracownicy uzyskają dodatkowe informacje: czy ten grypsujący jest szeregowy, czy znaczący, czy pełni funkcję przywódczą.

– Jeśli przychodzi małolat, taki czasem nawet siedemnastolatek sądzony jak dorosły, i mówi, że jest grypsujący, to ja go pytam – bo bywam złośliwy – czy on się grypsowania nauczył na boisku, czy na balkonie. A on wtedy mówi przeważnie, że ma kolegów i od nich wszystko wie. Dla nas to jest trudna sprawa, bo z założenia mamy na celu odwodzenie od uczestnictwa, ale też musimy brać to pod uwagę przy obsadzaniu cel. Generalnie niewskazane jest umieszczenie kogoś takiego tylko z grypsującymi.

Kierownik penitencjarny nakreśla mi zasady więziennej logistyki: jeśli mamy celę pięcioosobową i dwóch gitów na trzech frajerów, to jest w porządku, każdy ma swoje towarzystwo. Dodatkowo przy celi powyżej czterech osób bywają już dwa stoliki i nie ma problemu z tym, że grypsujący nie zje przy jednym stole z frajerem, więc frajerzy będą jedli na łóżkach. Dwóch grypsujących na czterech frajerów czy dwóch na dwóch nawet – to przeważnie działa. Problem jest z celami trzyosobowymi. W takim Opolu Lubelskim są tylko trójki i jedynki. Z trójkami jest problem: jeśli cela mieszana, to zawsze dwóch do jednego. Ani samotny frajer, ani samotny grypsujący w takim układzie to nie jest dobre rozwiązanie.

 

Pytanie o przynależność to wciąż jedno z pierwszych, które pada, kiedy osadzony wchodzi do celi, szczególnie mieszanej. Wtedy trzeba się zadeklarować.

– Zdarza się też, że to środowisko kogoś odrzuca, bo ten ktoś na przykład się pruje, czyli donosi. Trzymamy wtedy solówki, czyli osoby grypsujące, które nie mogą mieszkać z innymi grypsującymi.

Kiedyś, żeby móc należeć, trzeba było mieć odpowiednie więzienne doświadczenie, dobrą opinię w środowisku, odpowiedni paragraf. Damscy bokserzy, drobne złodziejaszki, przestępcy seksualni nie mieli szans. Teraz, jak mówi funkcjonariusz, decydują pieniądze, więc nawet artykuł 197 z dwójką czy trójką, jakieś gwałty zbiorowe, mogą grypsować, jeśli ich na to stać.

– Kiedyś chodziło o lojalność i zasady, teraz pieniądz o wszystkim decyduje, powiem pani. Zdarza się, że ktoś przychodzi i mówi: wie pan, ja mam pięćdziesiąt lat, grypsuję od dwudziestu, ale teraz to już nie jest grypsowanie. Pan mi tam zmieni w papierach.

Edward

O grypsujących pytam każdego, z kim rozmawiam. Zawsze słyszę, że to prehistoria. Że są jeszcze takie dinozaury, że mają te swoje zasady, ale nikomu nie przeszkadzają. Jak chcą jeść osobno – niech jedzą. Ręki nie podadzą? Nie muszą.

Sprawdzam więzienne statystyki:

W 2017 roku odnotowano 43 „drastyczne przejawy podkultury więziennej”, zaangażowanych uczestników: 122, w tym dwa przypadki gwałtu. Pozostałe 41 – znęcanie się.

W 2018 roku: 42 „drastyczne przejawy podkultury więziennej”. Zaangażowanych uczestników: 117, w tym 1 gwałt i 41 przypadków znęcania się.

To kompletny wyciąg ze statystyk, nie koncentruję się na gwałtach, nie szukam znęcania, nie zależy mi na eksploatacji stereotypowych patologii więziennych. Takie są rubryki oficjalnego raportu Służby Więziennej, innych opcji tabelka nie przewiduje. Liczby prowokują wyobraźnię: jak organizowane i przeprowadzone są te „drastyczne przejawy podkultury więziennej”, skoro wyraźnie są to wydarzenia grupowe, a nie starcia jeden na jednego? Czy „zaangażowany uczestnik” to tylko napastnik, czy ofiara też? Czy faktycznie w te zdarzenia są zaangażowani jedynie grypsujący, czy frajerom nie zdarzają się takie sytuacje? Znajomy funkcjonariusz obrazowo, choć anonimowo, proponuje scenariusz: ktoś komuś podpadł. Wcale nie jest powiedziane, że frajer gitowi, w dzisiejszych rozwydrzonych czasach stara wiara nie jest dominującą siłą. Konieczny jest jednak przedstawiciel podkultury, żeby zdarzenie trafiło do tej tabelki, no i niezbędny jest konflikt. Skonfliktowane strony spotykają się na spacerze, żeby sprawę rozwiązać szybko i skutecznie, napastnik ma ze sobą pięciu kolegów. I tak się pojawia w tabelce jedno zdarzenie zakwalifikowane pod znęcanie, bo przecież nie gwałt, i siedmiu uczestników, bo napastnik, ofiara i pięciu kolegów, prosta matematyka.

Na szczęście poznaję Edwarda.

Jeśli w więzieniu można być eleganckim, zadbanym mężczyzną – Edward taki jest. Czarne polo, szpakowata fryzura muśnięta żelem, wąsik. Nonszalancki, szarmancki, uroczy. O grypsowaniu mówi „wiara” lub „przynależność”.

– To było bardzo dawno temu, pani jeszcze malutka była. – Kłamstewko oczywiste, acz miłe, Edward od lat nie rozmawiał z kobietą, która nie byłaby pracownikiem więzienia, dba więc o takie detale. – Czasy były inne, inne było odbywanie wyroku, inni skazani, inni funkcjonariusze. – W jego głosie słyszę smutek.

Edward jest w więzieniu od dwudziestu lat. Wcześniej jako zawodowy kierowca miewał tylko kontakty z drogówką, co najwyżej.

– Stało się, jak się stało. Człowiek prowadzi normalne życie rodzinne i raptownie spada na samo dno. Morderstwo, najgorszy artykuł, 148. Wiadomo, jak to jest traktowane po drugiej stronie. Sam to potępiam, ciężko się z tym żyje. Kara to kara, ale tu… – Stuka się zamaszyście w klatkę piersiową. – To jest cały czas. I nie jest lekkie. Gorsze niż bicie.

Opowiada, że kiedy trafił za kraty, bicie było na porządku dziennym. Wiedział, jak się zachować, zapewnia. Nie miał kryminalnych doświadczeń, ale miał kolegów i sąsiadów z epizodami. Chociaż o szczegółach pobytu w więzieniu nie wypadało wówczas rozmawiać, wiadomo było, kto się za kratami zachowywał niestosownie i należy mu się za to odtrącenie również na wolności.

– Tak jak każda instytucja ma jakieś swoje tajemnice, tak i my mieliśmy swoje. Teraz jest inaczej, podobno cała bajera jest w Internecie – wzdycha tak ciężko, że nie mam serca, żeby mu powiedzieć, że to prawda. Grypserski słownik przeczytać może każdy.

Zakaz opowiadania o doświadczeniach więziennych to pierwszy z wielu, o których powie mi Edward. Przy okazji po raz kolejny zapyta, czy mogę napisać o nim tak, żeby nikt go nie rozpoznał. Czasy już niby nie te, ale o wizerunek trzeba dbać do końca.

Najważniejsza zasada: nie można okazać strachu.

– Jeśli ktoś chce tu normalnie funkcjonować, nie wylądować na dnie, to trzeba pokazać, że jest się silnym. Przynajmniej wizualnie. Każdy jeden, który nie jest psychopatą albo wyrachowanym przestępcą, będzie czuł strach. Nie ma takiego, żeby na początku się nie bał.

Nie tylko strach przed więzieniem trzeba było zamaskować. Emocje związane z popełnionym przestępstwem też nie były dobrze postrzegane.

– Ja za coś przykrego bardzo siedzę, za osobę, która dużo dla mnie znaczyła. Naprawdę ciężko z tym funkcjonować, ale trzeba przynajmniej stwarzać pozory. Wypadłbym na mięczaka, a taki nie miał prawa funkcjonować w tym środowisku. I to nie ja jeden tak funkcjonowałem. Większość się tak zachowywała. Byli tacy, co nie umieli się powstrzymać, nieraz szloch było słychać. Wyśmiewany był taki, odsuwany na bok.

Edward od razu powiedział, że chce grypsować.

Było lato, koniec lat dziewięćdziesiątych. Grali przy blacie w karty. Czterech ich siedziało. „Petka”, czyli teoretycznie pierwszy raz karani. Teoretycznie, bo praktycznie byli już karani, ale ich wyroki uległy zatarciu. To byli tacy, co siedzieli w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych. Większość bez koszulek, na odsłoniętych ramionach prężyły się tatuaże, które Edward wciąż pamięta, jakby je widział dziś. – Przedstawiłem im, do czego chcę przynależeć. Powiedzieli mi, żebym siadał na taborecie przy oknie. I tak usiadłem bez słowa, a oni grali w karty jeszcze dwie godziny. Skończyli, jeden podszedł do mnie i musiałem się okazać… – Zamyśla się, szuka w pamięci zrozumiałych dla mnie słów. – To zaświadczenie, na jakiej podstawie zatrzymany, jaki zarzut. Pokazałem. No i pytania: skąd jestem, z jakiej dzielnicy. Tak się złożyło, że w tym czasie siedziało wielu chłopaków, których znałem, ale to mało znaczyło.

Po burcie, czyli przez okno, poszło kilka rozmów na temat Edwarda. Chwilę zajęło czekanie na opinię z wolności. Po dwóch tygodniach przyszła odpowiedź: może przynależeć. – Nie zrozumie pani tego – zastrzega, ale próbuje mi wytłumaczyć, jak życiem na wolności można zapracować na dobrą opinię w więzieniu. Nie chodzi o udział w bijatykach czy przestępcze sukcesy. Ważne są zasady, jakimi się człowiek kieruje, honor, lojalność. Praworządny obywatel też się może wykazać. Edward żył, jak trzeba, chociaż bez przemocy, a nawet z pogardą dla kradzieży.

– Tak się to odbyło. Potem nauki, szkolenie, co mogę, na co nie mogę sobie pozwolić… Ale identyfikacji na pewno żadnej nie będzie? – przerywa. – No dobrze. W tamtych latach to miało sens i zasadność. Nie miałem prawa prowokować funkcjonariusza lub niegrzecznie się do niego zwrócić, ale jeśli on się do mnie niegrzecznie zwracał – a faktycznie w tamtych czasach inaczej nie było – moim obowiązkiem było… naubliżać mu, pocisnąć z nim. Wtedy to miało sens, teraz to uległo troszkę wypaczeniu, bo inni są funkcjonariusze, inni osadzeni, inne relacje.

Wylicza kryminały, w których siedział: Lublin, Tarnów, Chełm, Krasnystaw.

– W Tarnowie było najgorzej, nie było tygodnia, żeby nas dwa lub trzy razy atanda nie pobiła – wspomina spotkania z uzbrojonym w hełmy i tarcze zespołem funkcjonariuszy gotowych do bezpośredniego starcia. Rozmawiamy w jednym z najmłodszych zakładów karnych w Polsce. W jego przestronnych, słonecznych wnętrzach trudno sobie wyobrazić sceny ze wspomnień Edwarda.

– Wszystko wcześniej to były stare kryminały. Tu przyjechałem w dwa tysiące trzynastym roku, zobaczyłem oddział i pomyślałem, że jestem w jakimś hotelu robotniczym. Pod celę wszedłem: łóżeczka, drabinka ładna, ładne ściany, podłoga ładna. Na starych pod celą połowy parkietu nie było, robactwo wychodziło.

Cela Edwarda została zaprojektowana zgodnie z wymogami europejskich przepisów. Precyzują one, jakie warunki bytowe należą się osadzonym, od metrażu przypadającego na osobę po humanitarne traktowanie i poszanowanie. Respektowania przepisów pilnuje monitoring i kontrole. Na ręce więziennictwu patrzy Rzecznik Praw Obywatelskich, komisje takie i inne, fundacje. Osadzonych nie napełnia już przerażeniem łomot biegnącej korytarzem atandy, nie doskwiera chłód, głód ani robactwo.

– Teraz jest na odwrót: pewna grupa skazanych źle się odzywa, prowokują ich, a potem się dziwią, że są jakieś dziwne sytuacje. Zwracam uwagę, załóżmy, takiemu młodemu narybkowi, który źle się odzywa do funkcjonariusza: „Nie prowokuj go, bo przez to, że ty się źle odzywasz, przyjdzie po ciebie atanda i ja ci będę musiał pomóc. Pomogę ci, ale ty poniesiesz tego konsekwencje w naszym gronie”. Nie rozumieją tego.

Tłumaczy: funkcjonariusze to są wrogowie, ale należy ich szanować, szczególnie jeśli oni zachowują się z szacunkiem. Kilka razy zdarzyły się bunty osadzonych, w których Edward odgrywał rolę negocjatora.

– Starałem się, żeby nikt za dużo nie stracił i każdy trochę ugrał.

To był może 2016 rok, jak cele mieszali. Był tym, który tłumaczył młodym, że nie tędy droga, że tylko się nabawią wyroków i wyjadą stąd w czerwonych wdziankach – dla niebezpiecznych – a i tak nic nie uzyskają. Takie teraz bunty, takie teraz myślenie.

Obecnie Edward nie widzi powodów do walki. Wspomina czasy, gdy więźniowie dostawali spleśniałe i zarobaczone jedzenie. Kiedy nie było środków czystości, a mycie dołka, czyli głębokiego talerza, polegało na jego dokładnym wycieraniu. Gdy inni osadzeni narzekają na tylko dwie rolki papieru toaletowego w miesiącu, Edward śmieje się, że tę drugą przecież dopiero niedawno dołożyli.

Grypsujący mieli obowiązek dbania o higienę własną i otoczenia, nawet gdy z cudem graniczyło zdobycie koniecznych do tego narzędzi. Inni szli w ich ślady, więc było czyściej niż teraz.

– W tamtych latach szacunek coś znaczył – wzdycha Edward i opowiada, że do więzienia zjechał, mając już trzydzieści sześć lat, nie był więc małolatem. Szacunek za kratami rozdzielany jest jednak według stażu odsiadki, a nie wieku. W efekcie w środowisko wprowadzał Edwarda ponad dekadę młodszy grypsujący, któremu i tak należał się respekt.

– Nieraz mnie to w środku gryzło, denerwowało, że ja muszę różnych jego uwag słuchać. Nieraz myślałem: co ty, gówniarzu, wiesz o życiu? Ale nic z tym zrobić nie mogłem. Bywało, że coś źle powiedziałem, bo niektóre słowa są zabronione, to ponosiłem tego konsekwencje, na przykład łatę drewnianą poczułem na sobie, żebym zapamiętał.

Nie wiem, które zabronione słowa zdarzyły się Edwardowi, bo łata go nauczyła tak skutecznie ich unikać, że po dwudziestu latach trudno nam się o tym rozmawia. Doczytuję później, że słowo „chłopiec” jest zakazane, że jak już padnie, odpowiedzieć trzeba frazą „Chłopcy to u szewca kołki strugają”. „Czerwony” można powiedzieć pogardliwie o kimś lub o czymś, ale jako nazwa koloru słowo pojawić się nie może. „Daj” jest zabronione bez względu na kontekst, bo w więzieniu „dawanie” kojarzy się tylko z jednym. Na cenzurowanym jest wszystko, co może łączyć się z homoseksualizmem. W Internecie to doczytuję, jak na złość Edwardowi.

Kiedyś grypsowało 70 procent osadzonych, teraz na 600 więźniów w tym zakładzie do subkultury należy może 70 osób – ostrożnie szacuje Edward, zastrzegając, że nie ze wszystkimi pawilonami ma kontakt. Zdarza się, że pojawiają się nowi, ale to głównie osoby penitencjarnie doświadczone, przenoszone z innego zakładu. Kandydatów do grupy jest niewielu, zresztą Edward nie ma najlepszego zdania o więziennej młodzieży.

– Teraz ci młodzi są zupełnie inni, bo zupełnie inaczej jest na wolności. Inny jest styl ubierania się, rozmowa jest inna, nie ma szacunku jeden do drugiego. Tak to się w ostatnich latach zmieniło, coś strasznego. Są rozbrykani. Jakby tak dostali od czasu do czasu, toby się może czasem zastanowili, dobrze by im to zrobiło. A tak, to wiedzą, że nic im nie grozi. Zamkną ich najwyżej do izolatki, gdzie będą leżeć całymi dniami. Ciężko jest teraz cokolwiek zrobić, żeby w tym więzieniu była harmonia. Jedno wielkie rozwydrzenie.

Tradycyjnie grypsujący mają obowiązek trzymać fason – odpowiedni styl życia, nienaganny wygląd. Dlatego Edward nosi się na czarno, schludnie, elegancko. No i nie bawi się w narkotyki, bo grypsującym nie wolno. Chociaż w dzisiejszych zepsutych czasach i grypsującym się zdarza.

 

Zapotrzebowanie osadzonych na używki Edward tłumaczy prosto: nie wszyscy sobie radzą z zamknięciem.

– Kiedyś samobójstw było więcej. Może ludzie nie dawali sobie wcześniej rady, nie wytrzymywali tego i dlatego się wieszali? Teraz jest tego mniej, bo inne ucieczki wybierają, ćpają.

Szukamy powodów tej ucieczki. Sugeruję wyrzuty sumienia, jednak Edward uświadamia mi naiwność takiej koncepcji. Zaznacza, że spotyka niewielu ludzi ze swojego artykułu, dla których przestępstwo mogłoby być największym ciężarem, więc nie ma pełnego obrazu.

– Jakieś kradzieże, wyłudzenia, handel narkotykami – przychodzą tu na luzie, weseli, rozbrykani. Kolegów tu szybko poznają, moment i się dogadują, bo w temacie ćpania zawsze dojdą do porozumienia. A wystarczyłoby, żeby się kordon ustawił po jednej i drugiej z pałami, a oni mieliby przez to przebiec, to by zmiękli, zmiękliby całkowicie. Nie daliby rady, prosiliby – nie bijcie!

Edwardowi pomaga praca. Pracuje od dwunastu lat. Najpierw w więziennej bibliotece, od dwóch lat w kuchni. Pierwsza praca była nieodpłatna, obecnie dostaje niewielką wypłatę. Nie tylko odciążył bliskich, ale może nawet pomóc: co miesiąc przesyła 100 zł, raz jednej, raz drugiej córce.

Powody odbywania kary uniemożliwiają Edwardowi pracę poza więzieniem. Po dziewiętnastu latach odsiadki zmieniła mu się grupa – z zamkniętej na półotwartą. Oznacza to, że może chodzić we własnych ubraniach, ale przez chwilę było to też jednoznaczne z pozwoleniem na krótkie, kontrolowane wyjścia za bramę.

– Na wyjściach zewnętrznych byłem z wychowawcą jakieś czternaście razy, ale były te incydenty w Warszawie: dwóch, co miało niepowrót, czyli oddalili się z miejsca pracy – wtedy została wstrzymana praca wolnościowa dla artykułu 148. Potem ten, co tak postąpił w Warszawie… ten, co swoją partnerkę i dziecko… Od tej pory zostały wstrzymane wyjścia tym, którzy nie mają jeszcze grup otwartych przepustkowych. Trzeba przebywać w obrębie murów. To też jest niedobre. Widzi pani, ja tutaj po dwudziestu latach czuję się jak ryba w wodzie, nie oszukujmy się. A po tamtej stronie? Nic nie wiem. Do głupiego urzędu pójdę, nie będę umiał nic załatwić. Powinno tak być, żeby się dało wdrożyć w życie wolnościowe. Odbyć wyrok i wyjść, jak ktoś nie ma zaplecza, nie ma rodziny? Ciężko mu przecież będzie.

Zostało mu 70 miesięcy – mówi precyzyjnie. Ma dokąd iść. Jest rodzina, dwie córki. Studia pokończyły, jedna dwóch wnuków mu urodziła. Nie odwiedzają ojca w więzieniu. Młodsza była raz, ale bardzo źle to zniosła. Te druty, mury, funkcjonariusze, to robi wrażenie. Druga próbowała, dowód zdała, ale się wycofała.

– Udane córki, na ludzi wyszły. Chociaż ja im przecież życie zmarnowałem – mówi.

Długi czas zajmował się origami. Z dumą wskazuje półki na ścianach pokoju spotkań, w którym rozmawiamy. Nad naszymi głowami precyzyjnie poskładane z papieru smoki, niektóre jak żywcem wyjęte z obchodów chińskiego Nowego Roku, inne podobne bardziej do dinozaurów. Mienią się wzorami i kolorami, bo zrobił je z opakowań po kawie i ciastkach.

Czytał też książki, ale już mu się znudziło. Teraz film czasem obejrzy. Zajęcia są tu różne, ale ostatnio na niczym nie był. Do psychologa czasem zajrzy, ale raczej na pogawędkę niż pracę nad problemami – nie jest nauczony, żeby rozmawiać. Znużony się czuje, zmęczony tym siedzeniem.

*

Najpiękniejsze są stare kryminały. Te przestrzenie, detale. Gwiaździsty układ korytarzy we Wrocławiu, ostre łuki w Raciborzu, Wołów, Kalisz piękny, chociaż nieczynny. Ulubiony? – Może Toruń? – zastanawia się Piotr Kochański, który od 1977 roku fotografuje polskie więzienia dla „Forum Służby Więziennej”. W dawnej redakcji tej gazety zdjęcie spektakularnej, ażurowej, okrągłej klatki schodowej z Torunia zajmowało całą ścianę, niemal dwa na dwa metry.

– Mam całą serię z Torunia. Jak zobaczyłem to pierwszy raz, to nie mogłem stamtąd wyjść. Ciągle planuję pojechać tam ze statywem, przygotowany, żeby z ręki nie robić.

Kiedy pytam go, jak opisałby więzienie komuś, kto go nigdy nie widział, mówi: – Pokażę ci Wronki.

Oglądamy zabytkowy zegar na korytarzu, równie stary, ale pieczołowicie odnowiony dzwon, wronę ułożoną z kostki brukowej na dziedzińcu. Okalają ją przedwojenne zabudowania, typowe niemieckie budownictwo.

Jego zdjęcia więziennej architektury wiszą potem w dobrych miejscach, zdobią gabinety, czasem ukazują się jako albumy na kolejne jubileusze jednostek. Był już i kalendarz z najpiękniejszymi więzieniami – jak mówi fotograf – na świetnym papierze wydrukowany, zdjęcia można było wyciąć i spokojnie powiesić samodzielnie, jak ktoś jest wielbicielem więzień. Był i przewodnik po polskich więzieniach: jego zdjęcia, krótkie opisy, co za jednostka, czy zakład karny, czy areszt, ile osób może pomieścić. Na pniu się rozeszły, dlaczego dodruku nie było – nie wie.

Nowe zakłady karne też bywają atrakcyjne: w Suwałkach futurystyczny szklany korytarz, którym strażnik chodzi i spogląda na spacerniaki. Zwyżki w kształcie spodków w Opolu Lubelskim, też do kontroli terenu. Na ekranie jak w kalejdoskopie zmieniają się kolejne korytarze, przejścia, schody, elewacje usiane zakratowanymi oknami lub przesłonięte blindami, umajone drutem kolczastym mury. Między nimi zdjęcia cel i tu bez względu na wiek placówki wszystko wygląda podobnie. Wszędzie, gdzie się da, poupychane rzeczy osadzonych, na każdej dostępnej powierzchni suszy się pranie i pasiaste ręczniki z nadrukiem: ZK. Przepisy mówią o trzech metrach kwadratowych na osadzonego, nie w każdej jednostce takie przestrzenie są realne. – Bieda straszna w tych celach – mówię. Staram się namówić Piotra na podzielenie się przemyśleniami na temat ludzi tak żyjących. Siermięga – zgadza się ze mną w ocenie warunków w więzieniu, ale na temat osadzonych mówi niewiele. – Ja tych ludzi nie znam. Zdaję sobie sprawę z tego, że pewnie dziewięćdziesiąt dziewięć procent z nich ma coś na sumieniu. Co? Nie wiem, nie pytam. Współczucie budzą rodziny, te dzieci. Widzenia robią wrażenie. A jak patrzę na te mordy? Nie myślę: dobrze ci tak. Ale nie mam też szczególnego współczucia.

Współczuje czasem funkcjonariuszom, gdy patrzy na ich warunki pracy. Na oddziałowe na warszawskim Grochowie stłoczone w pomieszczeniu przypominającym kiosk. – Tam nie ma gdzie czajnika postawić, a one muszą papiery wypełniać – mówi.

Żal mu dzieci, które rodzą się i spędzają pierwsze chwile życia za kratami. Krzywaniec, Grudziądz. Pokazuje zdjęcie: cztery kobiety z wózkami, za nimi funkcjonariusz. Plac zabaw, piękna zieleń, za drzewami widać siatkę. Dziewczynka w różowym kapeluszu, chłopiec nad miską kaszki, kobieta w dresie huśta dziecko, inna poprawia czapeczkę jakiemuś maluchowi.

– To nie musi być nawet jej dziecko, one się tymi maluchami wspólnie zajmują – tłumaczy. Dodaje, że najtrudniej jest, kiedy fotografuje matki w Krzywańcu, a po kilku latach w Grudziądzu widzi znajome twarze.

Szkoda mu osadzonych, które czekają na jego zdjęcia. Zwykle wzbraniają się, kiedy widzą fotografa na oddziale, ale szybko się oswajają, proszą o grupowe, o zdjęcia z tą i z tamtą koleżanką. Tylko jak im je przekazać? Dostępu do poczty elektronicznej nie mają, możliwości dostarczenia wydruków nie ma fotograf, może wysłać pliki do wychowawcy, ale co on wtedy z nimi zrobi? Do rodzin nie chcą wysyłać zdjęć, wolałyby grypsy przekazywać, ale Piotr za bardzo lubi swoją pracę na takie układy.

Kolejne zdjęcia: duże męskie ręce skręcają kwiaty z bibuły. Dziergają ośmiorniczki z włóczki. Zbijają karmniki dla ptaków. Trzymają pędzle, książki, instrumenty muzyczne.

– Cuda robią te ręce, w których wcześniej był nóż czy siekiera. To są czasami niesamowicie zdolni ludzie. Kobiety robią aniołki przed świętami, robiłem z tego materiał. Pazury zrobione, w pazurach ten aniołek, a podwinięty rękaw ujawnia napis na przedramieniu „Zajebać wszystkich”. Takiego zdjęcia nikt mi nie puści, ale jak mam przejść obok, jak coś takiego widzę? Dla siebie robię.