Taniec na gruzachTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

ROZDZIAŁ SZÓSTY


Nina Novak: – Balet to niezwykle wymagająca dziedzina sztuki. Ci, którzy chcą się jej poświęcić, powinni zdawać sobie sprawę, że uczysz się z każdej, nawet najmniejszej, roli. Trzeba za każdym razem wkładać we wszystko serce. Inaczej nie ma to sensu.

Już na progu Teatru Wielkiego małą Janinę przechodził dreszcz. Ale nie był to na szczęście dreszcz, który pojawia się w trakcie gorączki czy gdy lodowaty podmuch powietrza muska kark i powoduje jednocześnie gęsią skórkę. Nowakówna czuła podniecenie, wręcz ekstazę, gdy znajdowała się w teatralnym foyer. I wtedy puszczała wodze wyobraźni. Widziała siebie jako dwudziestoletnią primabalerinę. Ubraną skromnie i z klasą, bo tancerka musi prezentować się godnie. Ma na sobie sukienkę w kwiaty i płaskie buty. Szybko pędzi do garderoby, bo za chwilę przemieni się na scenie w białego łabędzia. Jej szkolna koleżanka Bittnerówna jest w zespole tanecznym, ale nie jest główną gwiazdą przedstawienia. W kostiumie scenicznym wchodzi na scenę i wraz z rozbrzmiewającą muzyką graną przez orkiestrę zatraca się w tańcu. Udają jej się nawet te figury, które trudno jest opanować do perfekcji najwybitniejszym tancerkom.

Bez dwóch zdań dla Janiny teatr miał w sobie magię i czuła, że to jest właśnie miejsce, w którym spełnią się jej największe marzenia. W którym czuje się bezpiecznie. W którym czuje się na swoim miejscu. W którym jest szczęśliwa. W którym czuje się jak w domu.

Po kilku tygodniach pracy w teatrze Jasia czuła, że każdego ranka staje przed trudnym życiowym wyborem. Wielokrotnie, zamiast jeść śniadanie w spokoju, w głowie toczyła zawziętą walkę. Ta walka była bardziej niż zawzięta. Przybierała wymiar bitwy na śmierć i życie. Wraz z ostatnim kęsem kanapki jej dylematy wcale się nie rozwiązywały, przeciwnie: konflikt tragiczny rósł w zaskakującym tempie.

Właśnie w Warszawie odbywał się niezwykle prestiżowy międzynarodowy konkurs baletowy, w którym brali udział najlepsi. Mała Janina, idąc pieszo przez ogród Saski, minąwszy wcześniej starsze panie, które prowadziły stragany z mydłem i powidłem, walczyła ze sobą, czy tym razem iść do szkoły na lekcje, czy może po raz ostatni – bo tak przekonywała samą siebie – pozwoli sobie na labę i zamiast w szkolnej ławie zasiądzie na widowni w teatrze. Nie mogła oprzeć się tej pokusie, mimo że walczyła z sobą. Na noże. W głębi duszy wiedziała, że robi źle, bo bez zgody matki i ojca pozwala sobie na krnąbrne zachowanie, na co nigdy wcześniej by sobie nie pozwoliła. Ale tu chodziło o taniec. O jej największą pasję. O jej życiową miłość, bez której życie przestawało mieć głębszy sens.

„Będziesz tego żałować. I zapłacisz wysoką cenę za to, że zachowujesz się tak niegodziwie” – próby podejmowane przez samą siebie, żeby tego dnia pójść do szkoły, po raz kolejny spełzły na niczym. Janina już na samo wyobrażenie tych niesamowitych foutté, tych piruetów, których już sam widok przyprawiał o zawrót głowy, zamiast do szkoły dziwnym trafem skręcała w stronę opery.

„To już ostatni raz. Obiecuję, ostatni. I od jutra znowu będę chodzić grzecznie do szkoły”. Kiedy zajmowała miejsce na widowni, strach mieszał się z podnieceniem. Janina wiedziała, że tylko kwestią czasu jest to, że szkoła zawiadomi rodziców o jej nieobecnościach. I nie myliła się. Bo jej kłamstwo miało bardzo krótkie nogi.

Gdy popołudniem przyszła baletnica przekroczyła próg mieszkania, odniosła wrażenie, że to będzie właśnie ten dzień, kiedy wszystko się wyda. Mimo to zachowywała pozory i grzecznie przywitała się z matką. Ta tylko rzuciła w stronę córki spojrzenie, które było bardziej niż karcące, i ostrzegła ją, że gdy Nowak wróci z pracy do domu, zajmie się nią, bo jej zachowanie było bardziej niż naganne. Znała ten ton głosu. Padł na nią blady strach.

– Oberwie ci się, moja panno. Oj, oberwie. – Nowakowa pokiwała głową. – Niech tylko ojciec wejdzie do domu. Nie spodziewaliśmy się po tobie aż takiego zachowania.

– Wiem. I bardzo mamę przepraszam.

– Mnie nie przepraszaj.

– Ale należy się to mamie.

– Przyjdzie ojciec, przed nim się będziesz tłumaczyć. A teraz daj mi już spokój i przemyśl swoje zachowanie.

Janina wiedziała, że dyskutowanie nie ma sensu, bo nie miała żadnych racjonalnych argumentów, które usprawiedliwiłyby jej poczynania. I gdy tylko usłyszała szmer w korytarzu, co było jednoznaczne z tym, że ojciec już pojawił się w domu, a drzwi wejściowe zamknęły się z łoskotem, wzięła głęboki oddech i oczekiwała najgorszego. Kary. Poczucie, że na nią zasługuje, rosło w niej wprost proporcjonalnie do wstydu. Bo oszukała tych, których kochała najbardziej. A tak się nie robi. Nie tego uczyli ją rodzice.

– No ładnie, pani Nino. Niby grzeczna i ułożona dziewczynka, a takie niecne wybryki.

Na jej twarzy widzę powagę przetykaną radością. Jakby zastanawiała się, czy się nie roześmiać, czy może nadać wspomnianej sytuacji bardziej poważny wymiar. Wybrała drugą możliwość.

– Rzeczywiście, dopuściłam się zachowania, które przez całe moje dotychczasowe życie bardzo potępiałam, bo nie istnieją rzeczy ważniejsze niż szczerość. I to dotyczy każdego aspektu: życia zawodowego, rodziny czy samego siebie. Szczerość z samym sobą jest raczej najtrudniejsza do osiągnięcia. Gdy przyznamy się do naszych błędów i słabości przed sobą, przyznanie się do nich przed innymi nie będzie stanowić problemu. Tylko to wymaga dużej odwagi. I siły. Jednak pozwalając sobie jako dziecko na takie zachowanie, już wtedy wiedziałam, że istnieje prawdopodobieństwo, że poniosę srogą karę, a konsekwencje mogą mnie zaskoczyć. Do tej pory nie sprawiałam moim rodzicom kłopotów i problemów wychowawczych, bo to nie leżało w mojej naturze, żeby buntować się czy zejść na manowce, szukając przygód. Oj, nie… Ja byłam grzeczna do szpiku kości. I nie było to spowodowane wyjątkowym rygorem, jaki panował w moim rodzinnym domu, lecz wewnętrzną potrzebą, żeby być dla rodziców powodem do dumy. Nie można mylić tego z chorą ambicją. Byłam ambitna, ale nie chorobliwie. Takie stawianie na szali swojego dobrego imienia wynikało z mojej pasji. Z poczucia, że taniec będzie moim przeznaczeniem. Będzie moim pokarmem dla ciała i duszy. Bo tak było. Zwariowałam na punkcie tańca. Zakochałam się. I to moje wariactwo i zakochanie trwa od tamtej pory. Potrafiłam wyobrazić sobie swoje życie bez wszystkiego, ale nie bez tańca.

– Ale jak sama pani przyznaje, nawet pasja może nieść ze sobą opłakane skutki. Pani tata wrócił do domu i jak zareagował na to, że jego córka to kłamczucha?

– Tatuś nawet nie zdążył dać mi reprymendy ani przedyskutować ze mną mojego zachowania. Czułam, że należy mi się kara, więc pokornie wzięłam pas do ręki i podeszłam do taty, przygotowana na najgorsze. Nigdy wcześniej nie dostałam lania od rodziców, ale przed wojną była to popularna metoda wychowawcza, mająca na celu wybicie z głowy dziecku oszustw czy niegodziwych czynów. Gdy wyciągnęłam w jego stronę rękę, zobaczyłam na twarzy taty zaskoczenie. Ojciec nie wiedział, jak ma się zachować, bo nie spodziewał się, że aż tak pokornie się zachowam. Ja naprawdę miałam w sobie poczucie winy, które mnie przytłaczało. Tata poprosił, żebym odłożyła pas, i zaprosił mnie na pogadankę. Usiadł naprzeciwko mnie i wytłumaczył, że rozumie moją fascynację i bardzo cieszy się z tego, że taniec sprawia mi ogromną radość, ale doradził, żebym w przyszłości trzy razy się zastanowiła, czy warto dopuszczać się kłamstwa wobec osób, które się kocha i które się szanuje. Ten jego stoicki spokój w głosie był dla mnie gorszy od fizycznego bólu, który mógł mi zadać batami. Doskonale zdawałam sobie sprawę, że postąpiłam gorzej niż źle. Poczułam palący wstyd, który towarzyszył mi jeszcze przez kilka dni, ale rodzice nie dali mi już więcej do zrozumienia, że są na mnie źli. Niemniej muszę przyznać, że to, co odczuwałam w każdej sekundzie spędzonej w teatrze na wagarach, było warte tego wstydu.

Nigdy ponownie nie pozwoliłam sobie na krnąbrność. Choć musiałam pewnego razu zrobić wszystko, żeby postawić na swoim. Musiałam zawalczyć o swoje marzenia, a miałam silnych przeciwników w postaci rodzicieli. Jednak jak już powiedziałam: cel uświęca środki. Tylko są granice, których się nie przekracza. Ale ja wtedy byłam bardzo blisko, żeby zrobić wszystko, co w mojej mocy, i postawić na swoim.

– O czym pani teraz mówi?

– O roku, w którym w Warszawie pojawiła się jedna z najwybitniejszych Polek w światowym balecie, czyli Bronisława Niżyńska. Był 1937, a jej celem było zbudowanie kompanii, która miała udać się w trasę do Londynu oraz Paryża. Zespół wybrany przez Niżyńską miał reprezentować nasz kraj na arenie międzynarodowej. Miałam na tyle szczęścia, że w trakcie przesłuchań znalazłam się w zaszczytnym gronie Polskiego Baletu Reprezentacyjnego.

Kokietuje. Dlatego wezmę ją pod włos.

– Szczęścia, powiada pani?

Jej oczy są niczym węgielki, które zapalają się znienacka. Udaje, że nie słyszy, więc powtarzam pytanie.

– Miała pani po prostu szczęście? Ot, tak, zwykłe szczęście?

Zaraz udowodni, że potrafi odpowiedzieć szczerze do bólu.

– Może użyłam złego słowa. Nie miałam na myśli głupiego szczęścia czy trafu. Niżyńska dostrzegła we mnie talent. Wielki talent, co podkreśliła kilkakrotnie, wskazując moją osobę. Na taką odpowiedź pan liczył?

Właśnie na taką. Szczerą do granic możliwości.

– Gdy tylko się okazało, że Bronisława Niżyńska przyjeżdża do Warszawy, a jej zadaniem będzie stworzyć pierwszy w historii Polski Balet Reprezentacyjny, poczułam, że chcę się stać jego częścią. Marzyłam o tym i jeszcze chętniej ćwiczyłam piruety. Musiałam być bardzo dobra, żeby znaleźć się wśród tancerzy, którzy będą z godnością reprezentować nasz kraj na europejskich scenach. Moja ciężka praca się opłaciła. Zresztą ciężka praca zawsze się opłaca. Fakt, że Niżyńska spośród wielu dziewcząt wybrała właśnie mnie, był dla mnie czymś znacznie większym niż namaszczenie. Bo Bronisława Niżyńska była kimś znacznie większym niż autorytet w świecie tańca. Geniusz, wybitna jednostka, prawdziwa prekursorka baletowej rzeczywistości, bogini… Należała do nauczycieli, którzy nie głaskali po głowie i nie przebierali w słowach. Jednym zdaniem potrafiła zmieść człowieka z powierzchni i doprowadzić do łez. Zdradziła mi wiele sekretów, jeżeli chodzi o taniec. Najważniejszym był ten, jak powinno się ustawić kręgosłup do tańca. Otworzyła mi głowę, bo jej sekret jest dość prosty, ale odgrywa znaczącą rolę dla tancerza. Wiedzą, którą posiad­łam u Niżyńskiej, dzielę się ze swoimi uczniami do dziś.

 

W okresie międzywojnia tancerki, nawet te klasyczne, nie cieszyły się dobrą opinią. Ich praca dla wielu była równoznaczna z zawodem prostytutki. Na zdjęciu Bronisława Niżyńska.

Spotkanie z Bronisławą należało do tych, które zapamiętuje się na całe życie, a jedne zajęcia potrafiły zmienić kąt patrzenia na taniec i nakierować tancerkę na rzeczy, które teoretycznie wydawały się drobnostką, ale w rzeczywistości miały kluczowe znaczenie. Jej pochlebna opinia sprawiła, że skakałam ze szczęścia, z poczucia, że jestem wyjątkowa. Sama bogini tańca – sama Niżyńska! – zwróciła na mnie uwagę.

– Wraca pani do domu i oznajmia rodzicom, że Bronisława Niżyńska wybrała panią, żeby razem z innymi tancerzami odbyć tournée po dwóch europejskich stolicach. Jaka jest reakcja rodziców?

– Mamusia i tatuś nie byli optymistycznie nastawieni do słów Niżyńskiej. Sytuacja zrobiła się o tyle trudniejsza, że wybranie mnie do Baletu Reprezentacyjnego wiązało się z wyjazdami, i to zagranicznymi. Tournée miałoby się odbywać w Londynie i Paryżu. Nigdy wcześniej nie byłam za granicą. Moi rodzice zresztą też nie, więc naturalne było, że pojawił się w nich lęk. Byłam nastolatką, młodą dziewczyną, może naiwną, może beztroską. W moich rodzicach pojawiły się strach i niepewność. Widzieli, że balet jest moim przeznaczeniem, moją pasją. Całym moim światem. Szczególnie tata był przeciwny temu, żebym wyjechała. Mama jakoś pokazała, że jest przychylniej nastawiona do tych zagranicznych wojaży. Próby dyskusji i przekonania taty do moich racji nie miały najmniejszego sensu. „Nigdzie nie pojedziesz!” – słowa, które usłyszałam z jego ust, brzmiały kategorycznie. Przez chwilę myślałam, że będę musiała pożegnać się ze swoimi marzeniami. Nie mogłam tak łatwo odpuścić, poddać się i machnąć ręką. Taka okazja, żeby zobaczyć świat i odwiedzić miejsca, o których śnili wszyscy, mogła się już nigdy nie powtórzyć. Zastanawiałam się, co powinnam zrobić, żeby mój tatuś zrozumiał, że nie pozwalając mi wyjechać z Bronisławą Niżyńską, popełnia duży błąd. W końcu znalazłam sposób, żeby przekonać go do swoich racji i osiągnąć cel. Czego nie robi się w imię marzeń, prawda?

– Brzmi poważnie. Co więc zrobiła pani, żeby przekonać tatę?

– Tonący brzytwy się chwyta. A ja chwyciłam za szantaż. Postanowiłam, że postawię krzesło na środku pokoju i na nim usiądę. Zapowiedziałam tacie, że do momentu, aż nie zmieni swojego zdania i nie pozwoli mi wyjechać razem z grupą tancerzy, nie wstanę z krzesła. Była to próba sił. Wielki sprawdzian tego, kto przeciągnie linę na swoją stronę.

– To krnąbrność?

– Determinacja. Proszę sobie wyobrazić, że na krześ­le spędziłam dwa dni. Nie wstawałam z niego nawet w nocy. Dwa bite dni w jednej pozycji. Już po kilku godzinach zrobiło się niewygodnie, ale siedziałam. Zaparłam się. Tatuś stwierdził, że skoro aż tak bardzo zależy mi na wyjeździe, że gotowa jestem spać w siedzącej pozycji, zlitował się nade mną. Oficjalna zgoda padła z jego ust. Dziś wspominam to ze śmiechem, ale wtedy wiedziałam, że jeżeli nie uzyskam zgody od rodziców, mój świat za moment rozsypie się w drobny mak. Tak bardzo chciałam być częścią Baletu Reprezentacyjnego, że gotowa byłam na wszelkie poświęcenia. Moi rodzice byli kochanymi, mądrymi ludźmi, jednak ciężko jest zrozumieć kogoś, kto gotów jest zrobić wszystko dla swojej pasji. Bo jeżeli nie jesteś gotów na poświęcenia w imię swoich marzeń, znaczy to nic innego jak to, że to nie są twoje marzenia. Dla marzeń powinieneś być w stanie wyrzec się wszystkiego i ja byłam. Dla tańca zrobiłabym wszystko, co w mojej mocy, żeby zrealizować najskrytsze pragnienia.

Jaka ja byłam przeszczęśliwa, że usłyszałam z ust taty oficjalną zgodę na wyjazd z Niżyńską! Nie potrafiłam ukryć, że sprawił mi ogromną radość. Obiecałam: będę na siebie uważać i mogą być pewni, że nic złego się nie stanie. Mnie nawet nie chodziło głównie o to, żeby zobaczyć Paryż czy Londyn. Sam fakt, że obcowałam z kimś pokroju Niżyńskiej, był wielkim wyróżnieniem i ogromną szansą. Bo jeżeli mamy się czegoś uczyć, to od najlepszych. A Bronisława Niżyńska należała do elity świata baletowego, chociaż nie do końca została doceniona za życia. Być może fakt, że jej starszy brat, Wacław Niżyński, był ikoną świata baletowego, wcale nie okazał się aż tak pomocny, jak mogłoby się to wydawać. Poniekąd żyła w jego cieniu.

Bronisława jeszcze umocniła we mnie przekonanie, że jeśli na poważnie myślę o balecie, muszę zaprzedać mu całą siebie. I ciało, i duszę. Taniec wymaga ofiar. Nic nie można robić na pół gwizdka. Albo oddajesz całą siebie, albo możesz schować pointy i porzucić marzenia o balecie. Tancerką nie jest się tylko na scenie, jest się nią każdego dnia. W każdej sekundzie. I nie możesz o tym zapomnieć. Ja nie zapominałam.

– Brzmi trochę, jakby mówiła pani o podpisaniu paktu z diabłem. Albo wszystko, albo nic.

– Może brzmi to dość przerażająco, ale tak właśnie jest. Po co decydować się na taniec, jeśli nie chcesz dać z siebie wszystkiego. Jeśli nie jesteś gotowa na to, żeby mimo bólu, mimo łez, potu, ostrych słów, które bolą bardziej niż cięgi, stanąć w sali ćwiczeń, daruj sobie taniec. Za każdym razem, gdy wchodziłam na zajęcia, mimo że nie miałam przed sobą publiczności, musiałam pokonać swoje bariery i zatańczyć najlepiej, jak tylko potrafię. Szybko zdałam sobie sprawę, że w balecie nigdy nie nadejdzie moment, w którym można powiedzieć, że potrafi się już wszystko, i nie potrzeba poświęcać jeszcze więcej czasu oraz wkładać jeszcze więcej energii w ćwiczenia. Taniec to niekończąca się praca nad sobą, nie tylko fizyczna, ale i psychiczna. Doskonale weryfikuje twoją wewnętrzną siłę.

– Pani była silna od zawsze?

– Musiałam tę siłę zbudować w sobie. Oczywiście fakt, że moje myśli były zajęte w głównej mierze baletem, sprawiał, że odnajdowałam w sobie duże pokłady siły do działania. Słyszałam od nauczycieli ostre słowa, kąśliwe uwagi, druzgocącą krytykę… Balet to nie świat, w którym ktoś poklepie cię po plecach i powie: „Odpocznij sobie. Usiądź i już nic nie rób, bo dałaś dziś z siebie wystarczająco dużo”. Skoro dziś dałaś z siebie wszystko, jutro spróbuj dać jeszcze więcej. W sali musisz być gotowa usłyszeć wbijające w podłogę oceny. Weryfikatorem tego, czy dajesz z siebie wystarczająco dużo, jest publiczność i jej reakcja. Ludzi zasiadających na widowni nie da się oszukać. Brawa są najlepszym lekarstwem na ból, którego zaznało się w sali prób. Bardzo uzależniającym…

Wyobrażam sobie, że po spektaklu musiała kłaniać się z wyjątkową klasą. Jej ukłon oddający szacunek publiczności i podziękowanie za najznamienitszą nagrodę, jaką są owacje, musiał sam w sobie być niczym dopracowana w najmniejszym szczególe choreografia. To niesamowite, że niektóre osoby mają w sobie naturalną klasę, której nie da się wyuczyć, wypracować czy wyćwiczyć. Gdy pytam Ninę, czy ma, może nawet krótkie, nagranie swojego tańca, okazuje się, że nie. To wielka szkoda. Mogę wyobrażać sobie jedynie, jak się kłania do odgłosu braw. Musiała to być naprawdę wyjątkowa chwila. Chwila, której już nigdy nie zobaczę…

– Powróćmy do pani europejskiego tournée z panią Bronisławą Niżyńską. W Paryżu pani mentorka zdobywa ważną nagrodę i następnie z Francji przenosicie się do Londynu.

– Był to rok 1938. Szalony czas, w którym dokładnie zapoznałam się z tym, jak wygląda życie tancerki. Spodobała mi się ta wizja: odwiedzam największe sceny świata, spotykam ludzi, których w Warszawie nie byłoby mi dane zobaczyć. Poznaję inną kulturę, inne obyczaje. Przed wojną świat nie był na wyciągnięcie ręki i nie stał przed młodymi ludźmi otworem, tak jak ma to miejsce dzisiaj. Bardzo ciężko pracowaliśmy i niestety nie zwiedziliśmy Paryża czy Londynu. Nie poznałam tych miejsc, ale sama myśl, że byłam w tak odległych zakątkach Europy, napawała mnie dumą. Chciałam tak żyć. Pragnęłam tego jeszcze bardziej niż dotychczas. Pamiętam radość mojego Józia, który mocno trzymał kciuki za moje powodzenie i na każdym kroku wspierał mnie dobrym słowem. Był moim dobrym duchem. Najlepszym przyjacielem, dla którego gotowa byłam zrobić wszystko. Do dzisiaj pamiętam szczęście, które dostrzegłam w jego oczach, w głosie, gdy dowiedział się, że Niżyńska wybrała właśnie mnie. Józio zawsze mi kibicował i trzymał za mnie kciuki. Niezwykle ważne jest mieć obok siebie człowieka, który tak bezgranicznie wierzy w ciebie, który nieważne, co się stanie, zawsze wesprze cię dobrym słowem.


Lato 1939 roku. Nina wróciła właśnie z Nowego Jorku, co wzbudzało zaciekawienie całej jej rodziny. Ciotki, wujkowie, kuzyni i kuzynki odwiedzali Nowaków, żeby posłuchać historii o podróży do Ameryki.

Nieszczęściem dla mnie była wiadomość, że Niżyńską wraz z powrotem baletu do Polski odwołano ze stanowiska. Była to dotkliwa strata dla nas wszystkich, ponieważ jej wiedza, wskazówki i osobowość miały na nas olbrzymi wpływ. Ona była urodzona do roli pedagoga. Niestety, spotkała się z niezrozumieniem, a tym samym dużą krytyką. Wielu wspaniałych artystów nie jest docenianych za życia. I z pewnością o Niżyńskiej tak właśnie można powiedzieć. Czasy, w których przyszło jej żyć, nie rozumiały jej. A to wielka szkoda…

– Kolejnym pani niewątpliwym osiągnięciem jako szesnastoletniej baletnicy był wyjazd wraz z całym zespołem baletowym do Nowego Jorku.

– Wiadomość, że wraz z baletem wystąpimy na Wystawie Światowej, która odbywała się wiosną 1939 roku w Nowym Jorku, była wydarzeniem, o którym dziewczęta w moim wieku mogły tylko śnić. Przecierałam oczy ze zdumienia, bo wyprawa za ocean do miejsca, o którym można było tylko usłyszeć czy przeczytać, wydawała się wręcz nierealna. Wtedy Stany Zjednoczone należały do miejsc nieosiągalnych dla zwykłych ludzi. A ja miałam szansę tego doświadczyć. Płynęliśmy długie dni na „Batorym”. Podróż minęła dość spokojnie, ale pamiętam, że starsze baletnice traktowały mnie i tancerzy w moim wieku raczej sceptycznie. Mimo że byłam już wtedy solistką, uważały mnie za dziecko. Nie byłam dla nich kompanem do rozmowy. Dla mnie nie miało to większego znaczenia, bo już sam fakt, że płynę do tak dalekiego kraju, i to z zespołem kierowanym przez Leona Wójcikowskiego, sprawiał, że kilka razy zastanawiałam się, czy to nie fikcja. Bajka, z której już za moment brutalnie się wybudzę. Ale to nie był sen. Wszystko działo się naprawdę. A ja już niebawem miałam stanąć na scenie w pawilonie polskim i przed milionami widzów zatańczyć swoje solówki. Ekscytacja mieszała się z tremą. Doskonale ją pamiętam.

Z przejęciem opisywałam w listach do rodziny swoje wrażenia. Z detalami przedstawiałam im, co właśnie dzieje się u mnie, co czuję, co myślę, czy jest mi dobrze… A było mi naprawdę cudownie. Już wtedy snułam plany, co wydarzy się w Polsce, gdy wrócę do domu. Kochałam nasz kraj, ale chciałam żyć na walizkach, jeżdżąc z przedstawieniami po świecie. Chciałam, żeby moim życiem rządził taneczny rwetes. Za każdym razem po skończonej trasie wracałam w marzeniach do Warszawy, bo tam mieścił się mój dom. Nie sądziłam, że tak bardzo moje marzenia skonfrontują się z tym, co zastanę w kraju. W życiu nie spodziewałam się aż takiego zwrotu akcji. Tego bólu, tego cierpienia, tego…

Widzę po wyrazie twarzy Novak, że wojenna trauma wróciła. Ona będzie się pojawiać wielokrotnie w trakcie naszych spotkań. Bo Nina Novak jest doskonałym dowodem na to, że nawet spełnienie swoich najskrytszych marzeń nie jest w stanie wymazać tego, co człowiek przeszedł w czasie wojny, bo te rany się nie goją. Nie ma na nie leku. Już teraz to wiem, obcując latem z Niną. Z pamięci nie da się wyciąć złych wspomnień. Nawet jeśli próbujesz na wszelkie sposoby.

 

– Pani Nino, na statku wśród pasażerów jest jedna osoba, która już za kilka lat odegra zasadniczą rolę w pani życiu…

– W życiu niesamowite jest właśnie to, że nigdy nie zdajesz sobie sprawy z tego, czy człowiek, którego mijasz akurat na ulicy, z którym rozmawiasz na błahy temat, z którym początkowo nic nie wskazuje, że będzie cię łączyć głębsza zażyłość, odegra w twoim życiu rolę kluczową. Tak właśnie było w przypadku moim i Soni Wójcikowskiej.

– Kim ona była?

– Sonia była córką Leona Wójcikowskiego z pierwszego małżeństwa. Jej matka mieszkała w Nowym Jorku, a Sonia, która spędziła w Polsce wiele czasu razem ze swoim tatą i jego drugą żoną, postanowiła wykorzystać nasz wyjazd, a więc wrócić do matki. Bardzo się polubiłyśmy i spędzałyśmy ze sobą długie godziny. Znalazłyśmy wspólny język. Sonia też ćwiczyła taniec. W życiu nie przeszło mi przez myśl, że za jakiś czas wyciągnie do mnie pomocną dłoń i w niezwykle trudnym dla mnie momencie okaże się poniekąd moim zbawieniem. Takich ludzi w moim życiu pojawi się kilkoro.

– Pokusiłaby się pani o stwierdzenie, że w życiu ma pani szczęście do ludzi?

– Chyba mogę tak powiedzieć. Na swojej drodze, która jest już bardzo długa, spotkałam cudowne osoby. Nie oznacza to jednak, że nie napotkałam ludzi, którzy pozostawiają wiele do życzenia, jeżeli chodzi o ich działania. Ale to właśnie jest ta różnorodność, która nadaje naszemu życiu wielowymiarowość. Trzeba mieć tylko umiejętność odcinania się od osób, które osłabiają naszą samoocenę, podkopują nas. Drugim sposobem jest ignorowanie ich. To w dużej mierze zależy od tego, co sami myślimy o sobie i czy jesteśmy w stanie uzbroić się w pancerz. Bo czasem taki pancerz może uratować nam życie, nie pozwolić dać się zniszczyć.

– Pani taki pancerz ma?

– Tak. Jest niezwykle gruby. Nie oznacza to, że jestem zhardziała i niewrażliwa na otaczający mnie świat. Potrafię w niektórych momentach ignorować ludzi i sytuacje, które mogłyby mnie zniszczyć lub wpłynąć na mnie negatywnie w inny sposób. Bo tak jak w życiu możemy przez przypadek spotkać prawdziwe anioły, co chwila będziemy natykać się też na złych ludzi. Takich, którzy mogą stać się dla nas zagrożeniem.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?