Taniec na gruzachTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Jako mała dziewczynka Nina nie chodziła do żłobka. Jej mama Janina uważała, że to jej zadaniem, a nie obcych opiekunek, jest wychowywanie córki.

– A pamięta pani któryś z prezentów od taty?

– Gdy miałam kilka lat, tatuś pewnego dnia przyszedł z wielkim pudełkiem, które postawił obok mnie. Powiedział, że ma dla mnie niespodziankę. Do dzisiaj pamiętam swoją radość z lalki. Była niewiele mniejsza ode mnie, ale, proszę sobie wyobrazić, że były to czasy przedwojenne, a ona potrafiła sama chodzić! Nie wiem, ile pieniędzy wydał na nią mój tatuś, ale prezent z pewnością nie należał do najtańszych.

– Mogę więc stwierdzić, że była pani rozpieszczana?

– Byłam. Przez pewien czas byłam najmłodszym dzieckiem w naszej rodzinie, później na świecie pojawił się nasz najmłodszy brat Edmund. Pamiętam też scenę pogrzebu małej dziewczynki. To była moja siostra. Trumienka miała niewielkie rozmiary. Nie znam niestety więcej szczegółów, ale wyjątkowo mocno zapadło mi w pamięć, że moja mamusia płakała. Zbyt mała byłam, żeby wiedzieć, co się dzieje. Wracając do bycia rozpieszczoną: byłam dziewczynką, więc moi bracia troskliwie się mną opiekowali, siostry zresztą też. Moje rodzeństwo było dla mnie wzorem. Wychodzono wtedy z założenia, że starsi wiedzą lepiej, tak że grzecznie ich słuchałam. Mama starała się nam przekazać takie wartości jak wzajemny szacunek do siebie. Nigdy się ze sobą nie kłóciliśmy ani nawet się nie sprzeczaliśmy. Żyliśmy w zgodzie, miłości i wielkiej przyjaźni i tak nam zostało już do końca. Rodzina stanowi dla mnie ogromną wartość.

– Co jeszcze pamięta pani ze swojego rodzinnego domu z czasów przedwojennych?

– Mojej mamie regularnie pomagała ciocia Eleonora, która zajmowała się nami, gdy mamusia szła do zakładu taty. Pamiętam też, że uwielbialiśmy wszyscy spędzać razem wieczory. A jak muzykowaliśmy! Moi bracia Edmund i Józio grali na pianinie oraz skrzypcach. Moja siostra Romana śpiewała. Nasz dom tętnił życiem, był pełen ludzi, wypełniał go radosny gwar. Skończyło się to w jednej chwili, nasze szczęście obrócono w pył. Wojna zniszczyła życie setkom tysięcy, milionom ludzi, ale ja mówię teraz ze swojej perspektywy. Gdyby nie wojenne wydarzenia, byłabym dziś innym człowiekiem, inną Niną…

– Jakim człowiekiem byłaby dziś pani?

– Bez tych wszystkich blizn. Ich nie widać na moim ciele, ale ja je mam tu, w środku. One się już nigdy nie zagoją. I choćby nie wiem jakie szczęście spotkało człowieka, zawsze będą. O wojnie się nie zapomina. Wspomnienia przychodzą co jakiś czas, w momentach, w których się ich nie spodziewasz. Są w twoim życiu nieproszonym gościem, którego nie wiesz, jak wyrzucić. Ja nie wiem, a bardzo bym chciała.

Widzę, że jej oczy zachodzą łzami. Lawiruję, staram się szybko zmienić temat na przyjemniejszy, taki, który przywróci uśmiech na jej twarzy. Ma w nim coś takiego, że gotów jesteś uchylić jej nieba.

– Na czym polegała pani wyjątkowa relacja ze starszym bratem Józiem?

Udało się, wrócił.

– Byliśmy do siebie bardzo podobni. I chodzi tu zarówno o względy psychiki, jak i fizyczności. Chociaż ja uważam, że Józio był dużo ładniejszy ode mnie. Miał niezwykle szlachetne rysy twarzy, był też szczupły, wysoki… Tak go będę pamiętać już do końca swoich dni. Czyli niedługo, bo mam dziewięćdziesiąt sześć lat, więc jestem już na finiszu. Zaraz wszystko się skończy, na tym polega przecież życie. Chyba nawet nie chciałabym żyć wiecznie, bo wokół ciebie odchodzą inni, a ty dalej jesteś. Życie bez bliskich traci sens.

Wracając do Józia. Zawdzięczam mu bardzo wiele, a w zasadzie wszystko. Mój braciszek poświęcał mi bardzo dużo czasu, uwagi i cierpliwości. Wiele godzin spędził ze mną, gdy za punkt honoru postawił sobie, że nauczy mnie czytać i pisać. Miałam wtedy z pięć, może sześć lat. Szybko pojęłam litery, bo czas z bratem traktowałam jak zabawę. Poza tym chciałam mu zaimponować i chciałam oczywiście, żeby był ze mnie dumny. Uwielbiałam z nim przebywać i jestem mu ogromnie wdzięczna, bo przecież mógł wtedy robić to, co jego koledzy, a on wolał swój czas poświęcić mnie. To tylko umacniało tę wyjątkową więź między nami. Wiedziałam, że zawsze mogę na niego liczyć, że mogę przyjść do niego z każdym problemem, poprosić o radę, że usłyszę od niego pochwałę. Ale gdy nabroiłam, umiał mnie zganić. Robił to w wyjątkowy sposób, bo dzięki Józiowi poczucie winy nie miało charakteru biczowania się. On mnie tego nauczył. W każdym razie nauka czytania z Józiem przyczyniła się do tego, że od dziecka pokochałam książki. Wręcz zaczytywałam się we wszystkim, co tylko mogłam dostać.


Rodzina Nowaków należała do tradycyjnych katolickich rodzin, w których religia była ważnym elementem dnia codziennego. Janina Nowak często słuchała się rad księdza, którego radziła się w wielu sprawach i życiowych wyborach. Każde z jej dzieci poszło do komunii świętej. Za każdym razem był to dla nich niezwykle ważny dzień. Na zdjęciu Nina stoi pośrodku swoich sióstr: Romany i Eleonory.

Nie chodziłam jeszcze wtedy do szkoły, gdy mój tatuś zauważył, że siedzę w kuchni i czytam gazetę. Spojrzał na mnie, zaśmiał się i zapytał, co robię. Gdy odpowiedziałam, co było zgodne z prawdą, że czytam, tatuś zaśmiał się jeszcze głośniej i stwierdził, że skoro potrafię czytać, to chętnie posłucha, o czym donosi dzisiejsza prasa. Przeczytanie na głos artykułu nie stanowiło dla mnie najmniejszego problemu. Na twarzy taty pojawiło się zaskoczenie, bo słowa, które wypowiadałam, nie mogły być wymysłem kilkulatki. Szybko zabrał ode mnie gazetę, żeby sprawdzić, czy nie kłamię. Wtedy zdziwił się jeszcze bardziej. Treść artykułu zgadzała się z wypowiedzianymi słowami. Był w szoku, i to dużym!

– Pochwalił panią?

– Mało tego! Po rozmowie z mamą uzgodnili, że skoro tak dobrze czytam, może jest to najwyższy czas, żebym zasiliła szeregi uczniów podstawówki. Tatuś umówił spotkanie z dyrektorem pobliskiej szkoły. Na rozmowę poszłam razem z nim. Mój egzamin wstępny polegał na tym, że dostałam nieznany mi wcześniej tekst i musiałam odczytać go na głos. Poszło mi jak z płatka. I w ten oto sposób stałam się najmłodszą uczennicą w klasie. Początkowo Józio i ja nie przyznawaliśmy się rodzicom do mojej umiejętności, bo uznaliśmy, że to jest nasz sekret, którym nie będziemy dzielić się z nikim. Tworzyliśmy swój mikroświat, do którego nikt poza naszą dwójką nie miał wstępu. Czasami pozwalaliśmy któremuś z naszego rodzeństwa wejść do niego, ale najlepiej było nam, gdy byliśmy w nim sami.

– Odnalazła się pani w szkole?

– Skończył się dla mnie okres całkowitej beztroski. Była to duża zmiana, ale miałam o tyle łatwiej, że gdy Józio poszedł już do szkoły, każdego dnia opowiadał mi o tym, co nauczycielka mówiła na lekcjach i czego nowego się dzisiaj nauczył. Był dla mnie wzorem do naśladowania i nigdy nie chciałam go zawieść, więc słuchałam uważnie wszystkiego, co mi przekazywał. Rozpierała mnie duma, że mam takiego brata. Wiele rzeczy podczas swoich lekcji pamiętałam z jego opowieści. Ale to nie polski ani przyroda stały się dla mnie ważne. Już od samego początku mojej edukacji spodobały mi się zajęcia z gimnastyki oraz tańców ludowych. To był dla mnie kompletnie inny świat, do którego dopiero teraz miałam dostęp. Wcześniej go po prostu nie znałam, więc nie miałam szans, żeby go odkryć. Czułam wtedy, że w tańcu jest coś, co sprawia, że jestem szczęśliwa, że świat nagle się zmienia, nabiera kolorów, które są w dodatku wyjątkowo intensywne. Świat wydaje się piękniejszy, niż jest. Znikają szarości… Nic tak nie sprawiało mi przyjemności. Nauczycielka wychowania fizycznego również zauważyła, że wyróżniam się spośród innych uczniów. Nie wiem, czy chodziło w moim przypadku bardziej o talent, czy zapał do uczenia się nowych choreografii.


Już jako dziesięciolatka Nina została wybrana, żeby występować na scenie Teatru Narodowego obok największych sław.

Nauczycielka poprosiła, żebym przy najbliższej okazji przyszła do szkoły z rodzicami, bo koniecznie musi z nimi porozmawiać. Wiedziałam, że nie chce naskarżyć na mnie albo opowiedzieć o moim złym zachowaniu, bo raczej należałam do uczennic spokojnych i lubianych przez rówieśników. Może nie byłam wzorową uczennicą, ale z pewnością nie miałam na koncie żadnych szkolnych przewinień, za które należała mi się nagana lub kara. Szłam więc z mamą do szkoły z czystym sumieniem. Pani od wychowania fizycznego już na samym początku nie szczędziła komplementów pod moim adresem. Uśmiechała się do mamy, wychwalała mnie, że rzadko kiedy można spotkać tak giętkie dziecko, które wcześniej nie trenowało gimnastyki artystycznej. Rzeczywiście, dopiero w szkole zdałam sobie sprawę z tego, że inne dzieci nie potrafią ot, tak zrobić mostka czy szpagatu. A mnie to przyszło z dużą łatwością, zupełnie bez wysiłku.

– Zasugerowała, że powinna pani pójść do szkoły baletowej?

– W trakcie rozmowy nauczycielka poprosiła mamę, żeby nie marnowała mojego czasu, zapału i talentu. Namawiała również, aby mamusia nie zastanawiała się nawet minuty i zapisała mnie do szkoły baletowej, w której pod okiem pedagogów na światowym poziomie zdobędę umiejętności taneczne. Wtedy warszawska szkoła baletowa była placówką nader elitarną, w której kształcili wybitni choreografowie. Ich metody nauczania zdobywały szerokie uznanie środowiska tanecznego.

– Mama od razu przystała na ten pomysł?

 

– Targały nią sprzeczne emocje. Z jednej strony zdawała sobie sprawę, że skoro usłyszała taką opinię od nauczyciela, nie powinna jej lekceważyć. Z drugiej nie do końca pasowała jej wizja córki, która poświęca się sztuce. Artystki nie kojarzyły się z niczym dobrym, miały raczej marną reputację, więc stąd brały się ogromne wątpliwości mojej mamusi, która wywodziła się z szanowanego rodu Orlińskich. Poczuła zgrzyt między swoją rodziną a wizją mojej przyszłości.

– A pani jak podeszła do perspektywy uczenia się baletu?

– Oczami wyobraźni widziałam siebie tańczącą na scenie. Wywijającą piruet za piruetem. Na sam koniec kłaniałam się wszystkim, a publiczność nagradzała mnie gromkimi brawami i wstawała z miejsc. Oczywiście, moje wyobrażenie o balecie miało się nijak do rzeczywistości, którą później skonfrontowałam z marzeniami. Ze szkoły szłyśmy z mamą pieszo do domu. W trakcie spaceru nieśmiało zadałam mamie pytanie, czy zgodzi się, żebym chodziła na lekcje tańca. Mama nic mi nie odpowiedziała, co oznaczało, że wcale nie jest takie pewne, że zostanę baletnicą. I w ten sposób piruety w moich wyobrażeniach stały się jakieś mniej udane, brawa wydawały się cichsze, a publiczność wyglądała na mniej entuzjastyczną. Tego wieczoru, gdy leżałam w łóżku i zasypiałam, modliłam się po cichu, żeby mamusia zgodziła się na propozycję nauczycielki i uznała, że taniec to wspaniały pomysł na moją przyszłość. Gdy następnego ranka zapytałam mamę, czy już podjęła decyzję, spotkałam się wyłącznie z jej przenikliwym spojrzeniem. Już zrozumiałam, że modlitwa to za mało. Wiedziałam, że krzyki, piski i płacz nie pomogą, więc musiałam czekać, aż mama pójdzie po rozum do głowy, bo zobaczy, jaka to moja wielka pasja. Musiało upłynąć jednak wiele czasu, żeby mamusia wreszcie stwierdziła, że powołaniem jej córki jest taniec. Mój brat Edmund też wykazywał duże zdolności taneczne. W jego przypadku rodzice nie wahali się długo, bo już przetarłam szlaki w szkole baletowej i okazało się, że nie taki diabeł straszny, jak go malują.

ROZDZIAŁ PIĄTY


Nina Novak: – Nigdy nie zapomnę mojej pierwszej roli, którą dostałam po zaangażowaniu mnie do Ballet Russe de Monte Carlo. We wrześniu 1948 roku ruszyliśmy całą naszą kompanią na zachodnie wybrzeże Stanów Zjednoczonych, gdzie prezentowaliśmy Dziadka do orzechów. Miałam tylko przechadzać się po scenie. Był to dla mnie cios jako artystki, która jeszcze kilka lat temu dostawała angaż do ważnych partii. Wiedziałam jednak, że muszę uzbroić się w cierpliwość i przyjdzie moment, gdy będę mogła zaprezentować swoje możliwości.

Nie wierzyła własnym uszom, gdy barczysta nauczycielka wychowania fizycznego wygłosiła mowę na temat zdolności i predyspozycji jej córki. „Jak to?! Jasia ma być artystką?” – to chyba najgorsze, co los miałby przeznaczyć jej skarbowi. Janina wiedziała co prawda, że nauczycielka może mieć sporo racji, bo sama nieraz uważnie przyglądała się córce. Jej ruchy były bardzo delikatne, spokojne, mocno odróżniały Janinkę od szkolnych koleżanek. Również jej fizjonomia zwracała uwagę, bo nogi, ręce oraz szyja były szczupłe i długie. W ogóle dziewczynka była chuda i gdy raz znajoma Janiny zażartowała, że jej córka wygląda jak patyczak i żeby Nowakowa nie oszczędzała tak na jedzeniu, ta się mocno obruszyła i przysięgła sama przed sobą, że jest to ostatni raz, gdy z nią rozmawia. „Nikt nie będzie w ten sposób wypowiadać się o moich dzieciach” – zasyczała przez zęby Nowakowa, a słowa wrednej znajomej wracały do niej jak bumerang.

Tego samego wieczora Janina po raz kolejny nie spuszczała swojej córki z oczu i przyglądała się jej, żeby sprawdzić, czy aby na pewno jest z nią wszystko w porządku. Ale było. Jasia była dzieckiem, o jakim większość matek mogła tylko śnić. Zawsze w dobrym humorze, roześmiana, chętna do pomocy w domu, posłuszna, a przy tym lekko zadziorna. I potrafiąca postawić na swoim, ale nie tak jak inne dzieci, że rzucała się w spazmach, krzycząc i płacząc. Robiła to w inteligentniejszy sposób. Ta kompilacja cech charakteru jej córki rozczulała matkę, tak że słowa nauczycielki, żeby zrobić z Nowakówny artystkę, bardzo ją zaniepokoiły. „I tak dać moją córcię na zmarnowanie? I pozwolić, żeby mężczyźni myśleli, że jest panią lekkich obyczajów?” – Janina prowadziła zażartą dysputę sama ze sobą, w której pytania znacznie przewyższały liczbę odpowiedzi.

– Co powinnam zrobić? Przecież widzę, jak bardzo zapaliła się do tego pomysłu. Aż jej oczy rozbłysły. Dobrze jednak, żeby miała fach w ręku lub pracowała w zawodzie, który będzie spotykał się z szacunkiem i zagwarantuje jej dobre życie.


Nina poszła do szkoły podstawowej rok wcześniej niż wszystkie dzieci dlatego, że potrafiła płynnie czytać. Była przeciętną uczennicą, która cieszyła się sympatią swoich rówieśników.

Janina biła się z myślami, bo sytuacja wydawała się patowa. Żadne rozwiązanie nie było idealne. Matka miała świadomość, że dokonując niewłaściwego wyboru, albo zmarnuje swojemu dziecku życie przystaniem na jego prośby, albo spowoduje, że córka zaprzepaści szansę, która pojawiła się na jej życiowym horyzoncie. Oczywiście Nowakowa miała nadzieję, że gdyby posłać Janinkę do baletu, ta czułaby się spełniona, a co za tym idzie, miałaby ogromną motywację i osiągnęłaby duży sukces jako tancerka. Na razie Nowakowa nie widziała szansy na podjęcie odpowiedniej decyzji. Toczyła z sobą bój, bo kilka razy doszło już do sytuacji, kiedy skłonna była przystać na nalegania i błagania swojej córki. Pat. Ta sytuacja była dla niej jednym wielkim problemem, a Nowakowa nie lubiła problemów i uciekała od nich, jak tylko najdalej można było.

– Co mam robić?

Pytanie, które zadała sobie na głos Janina, wyrwało ją z plątaniny myśli, ponieważ zorientowała się, że mówi sama do siebie. Po chwili zauważyła również, że jej mąż Józef stoi w drzwiach i przygląda jej się z zaciekawieniem.

– Coś cię trapi…

W jego oczach Janina zobaczyła jednocześnie troskę i strach.

– Masz rację, trapi.

– A zdradzisz swojemu mężowi, co cię gryzie?

– Nie wiem, co powinniśmy zrobić. Jasia tak bardzo marzy o balecie, ale wydaje mi się, że to nie jest zajęcie dla niej. Nie chcę, żebyśmy podjęli złą decyzję. A przecież czuję i widzę, że ona jedynie o tym marzy. Aż się rwie na samo słowo „taniec”. Józiu, co robić?

– To może powinniśmy pozwolić jej na balet?

– A jeśli to nie jest słuszna droga?

– A jeśli jest?

– A jeśli nie jest?

– Żono moja jedyna, zawsze gdy masz problem, zwracasz się do Boga. Może i tym razem powinnaś…

– Już wiem!

– Już wiesz?

– Wiem, co powinnam zrobić! Jutro skoro świt pójdę do kościoła i zapytam o radę księdza proboszcza. On najlepiej będzie wiedział, czy powinniśmy pozwolić Jasi na te tańce. Bo jeśli kapłan stwierdzi, że to zawód niegodny, trzeba będzie go posłuchać.

Józef nie sprzeciwiał się pomysłowi żony, bo wielokrotnie odnajdywała rozwiązania swoich problemów w parafii. Rozmowa z księdzem była dla Janiny ukojeniem i rozganiała czarne myśli. Ksiądz potrafił rozwiać wszelkie wątpliwości, był wszak wysłannikiem Boga. Nowakowi od razu przypomniała się sytuacja sprzed lat. To było jeszcze przed urodzeniem się Janinki. Ich starsza córka Romana mogła mieć około piętnastu lat. Nie pamiętał dokładnie ile, ale była już dojrzałą panienką. Niestety, pech chciał, że jej oczy toczyła poważna choroba, na którą warszawscy lekarze ani felczerzy nie potrafili znaleźć remedium. Romana z dnia na dzień widziała coraz gorzej. Żadne lekarstwa, napary ziołowe ani okłady nie działały. Nowakowie spędzili wiele godzin w szpitalach i poradniach, ale za każdym razem widzieli tylko rozłożone ręce. Janina i Józef z tej bezsilności płakali i załamywali nad córką ręce. Nie wyobrażali sobie, że ich dziecko za kilka chwil nie będzie już mogło podziwiać wschodów i zachodów słońca, zobaczyć błękitu nieba, przyglądać się jaskółkom zwiastującym burzę czy niespokojnej tafli morza z pieniącymi się bałwanami. Janina podjęła ostatni, wręcz ostateczny krok w heroicznej walce o wzrok Romany i nie zastanawiając się zbyt długo, postanowiła udać się razem z nią na pielgrzymkę do Częstochowy. Nowakowa słyszała od zaprzyjaźnionych parafian, że modlitwy odmawiane przed obrazem Matki Boskiej Częstochowskiej mają wielką moc i słyszano o ludziach, którzy ozdrowieli na Jasnej Górze.

Szły pieszo niejeden dzień i niejedną noc, od czasu do czasu pukając po drodze do gospodarzy z prośbą o ugoszczenie matki z chorą córką. Niektórzy ochoczo zapraszali je do swoich domostw, inni zbywali, obawiając się, że to oszustki chcące ich okraść. Te przeciwności nie zniechęcały jednak Nowakowej, a zatrzaskiwane przed nosem drzwi tylko pobudzały do dalszej walki. Czuła, że musi wygrać, bo miała jeden, bardzo konkretny cel: sprawić, żeby Romana odzyskała wzrok. Po ponad tygodniu, gdy wreszcie dotarły do celu, Janina poczuła w sercu ogromną ulgę na widok cudownego obrazu. Przez kilka godzin razem z Romaną klęczały i nieprzerwanie prosiły, żeby Maryja pomogła dziewczynie odzyskać wzrok. Janina, przyglądając się obrazowi, odniosła wrażenie, że Matka Boska uśmiechnęła się do niej na ułamek sekundy. Dała jej znać, że wszystko będzie dobrze. Gdy już wieczorem udały się w drogę powrotną, Nowakowej szło się łatwiej, bo wstąpiła w nią wielka nadzieja, że problemy córki zostaną zażegnane. Przekraczając granicę Warszawy, Romana widziała już znacznie lepiej.

To był dla Janiny kolejny dowód, że niebiosa mają wielką siłę. I to one, a w zasadzie ich wysłannik pod postacią księdza, pomogą jej podjąć kluczową decyzję w życiu Janinki.

– Pani Nino, miała pani sześć lat, gdy pani mama poszła po poradę do duchownego. Co powiedział ksiądz, gdy odwiedziła go ze swoim dylematem?

– Słowa księdza to kolejny dowód na to, że trzeba ufać swojej wierze i temu, co dyktuje ci serce. Duchowny doradził mojej mamie, że skoro mam w sobie zapał do tańca i jest to moje marzenie, mama powinna przystać na moje błagania. Bo gdyby Bóg nie chciał, żebym oddała się tańcowi, nie obdarzałby mnie talentem i chęciami. Trzeba iść za ciosem. Mamusia, słysząc takie słowa od osoby, którą szanowała i podziwiała, wyzbyła się wszystkich obaw związanych z tańcem i z tym, że sprowadzi mnie on na złą drogę. Bo prawda jest taka, że taniec nieraz w życiu mnie uratował, nadając mu sens. Oczywiście miało to swoją cenę: podporządkowane baletowi życiowe wybory i rezygnację z niektórych marzeń. Ale w życiu zawsze jest coś za coś. Ten, kto wierzy, że można mieć w życiu wszystko, nie jest głupcem, ale jest naiwny. Życie to sztuka chodzenia na kompromisy, tylko że to godzenie się na niedogodności. W swoim życiu wielokrotnie musiałam stanąć na rozstaju dróg i wybrać, czy idę w prawo, czy idę w lewo. W życiu nie idzie się prosto, to byłoby za łatwe. Nie warto również chodzić na skróty. Wydaje nam się, że pójdziemy krótszą drogą, a zazwyczaj okazuje się, że musieliśmy włożyć w to więcej energii i przejść znacznie więcej, niż zakładaliśmy. Ja nigdy nie szłam na skróty, choć czasem zastanawiałam się, czy nie lepiej byłoby osiągnąć coś szybciej. Jaka to byłaby oszczędność czasu! Ale na wszystko jest w życiu miejsce i pora. Wiem, co mówię, sama doświadczyłam tego, czym jest podpieranie ścian i czekanie na swoją kolej czy swoją szansę. Życie to w dużej mierze czekanie. A wyczekany sukces smakuje wyjątkowo pysznie.

– Ale można powiedzieć, że jednak wcześniej wszystko szło zgodnie z planem. Pani mama w końcu zgodziła się, aby poszła pani do szkoły baletowej.

– Mamusia się zgodziła, ale jeszcze nie wszystko było przesądzone, bo kolejnym etapem na drodze do moich marzeń były egzaminy przed specjalną komisją. Nie należały one do najłatwiejszych, ponieważ tu nie tylko sprawdzano talent, ale i predyspozycje fizyczne, czy dana kandydatka nadaje się na tancerkę. Zasady były bardzo restrykcyjne. Miałam wówczas osiem lat. Egzaminatorzy bardzo uważnie przyglądali się mojemu ciału. Mierzyli moje nogi oraz ręce. Przyglądali się bacznie temu, jak obracam głowę. Sprawdzali, ile ważę. Kazali wirować tak długo, aż zakręciło mi się w głowie. Gdybym wówczas runęła na ziemię, nie przeszłabym egzaminów i mogłabym pożegnać się ze swoimi marzeniami. Raz na zawsze.

– Czuła pani szczęście, gdy oznajmiono, że dostała się pani do szkoły baletowej?

– To było coś więcej niż szczęście. Czułam się bardziej niż uskrzydlona. Obiecałam mamusi i tatusiowi, że naukę polskiego czy matematyki będę traktować równie poważnie, jak naukę tańca. Oczywiście, różnie z tym było, bo to jednak taniec był moim przeznaczeniem, a ja byłam przeznaczona tańcowi. Miałam w życiu ogromne szczęście, bo rzadko kiedy zdarza się odnaleźć swoją życiową pasję w tak młodym wieku. Na egzaminy do szkoły baletowej musiałam czekać dwa lata, bo przyjmowano dopiero ośmiolatków. Moja mama liczyła, że jeszcze kilkakrotnie zmienię swoje zainteresowania, co było normalne u dzieci. Ale ja byłam nieustępliwa, im więcej czasu mijało, tym mocniej chciałam wejść w świat tańca. Dokładnie wiedziałam, czego chcę. Ja nie chciałam tańca, ja go pragnęłam. Moja mamusia chyba to zrozumiała, dopiero gdy jedna z naszych sąsiadek powiedziała jej, aby któregoś razu poszła za mną nad rzekę. Mieliśmy letni domek w Miedzeszynie i zawsze na okres wakacji wyjeżdżaliśmy na letnisko. Dowiedziałam się o tym już długo po fakcie, ale moja mama zakradała się i zza drzew oglądała, jak sama tworzę choreografię i układy taneczne. Tańcząc nad rzeką, czułam się jak prawdziwa tancerka. Nie zdawałam sobie wtedy jeszcze sprawy, że nauka w szkole baletowej będzie pasmem wyrzeczeń. Ale za tym poświęceniem szedł sukces. Bo bez potu czy bólu w tańcu nie odniesiesz niczego. Taniec to zajęcie dla ludzi gotowych na wszystko. Trzeba zdać sobie z tego sprawę od razu, bo inaczej można się gorzko rozczarować.

 

– Pani się rozczarowała?

– Nigdy w trakcie nauki nie towarzyszyło mi to uczucie. Bardziej musiałam się przystosować. Nauczyć, że czasem trzeba zagryźć zęby, nie odzywać się i robić wszystko to, co każe nauczyciel. Bez zbędnego jęczenia, narzekania, marudzenia… Bo to, że będziesz malkontentem, który sprzeciwia się słowom mistrza, nic nie da, nie sprawi, że bat nad tobą się skróci. Nic z tych rzeczy! Taniec może wydawać się wyłącznie pięknym zajęciem. Mało kto zdaje sobie sprawę, że idą za nim godziny harówki, pokrzykiwań z ust nauczycieli, ostrych słów krytyki, które bolą bardziej niż ciało po tygodniach szlifowania choreografii. Niż baty wymierzane w twoje plecy czy łydki jako kara za złe ruchy. Ktoś może uznać, że praca tancerki to masochizm. To jest masochizm, ale i pewnego rodzaju uzależnienie. Nic innego nie liczy się poza pasją, którą wypełniona jesteś od stóp do głów. I gotowością do wyrzeczeń, bez tego nie ma sensu przekraczać progu sali treningowej. Jeśli ktoś zadałby mi pytanie, czy gotowa byłabym zrezygnować ze wszystkiego, żeby móc tańczyć, odpowiedziałabym, że tak. Każdy, kto chce wejść w świat baletu, powinien sam sobie zadać to pytanie. Jeśli się wahasz, nie decyduj się na taniec, bo nie ma to sensu.

– Pani życie obfitowało w wyrzeczenia?

– Było ich więcej, niż komukolwiek może się wydawać.

Nina, mówiąc to, mruży oczy, jakby w zakamarkach swojej pamięci liczyła chwile, w których musiała zrezygnować z przyjemności, marzeń, ludzi, momentów szaleństwa, zapomnienia. Nagle sama wyrywa się z zamyślenia.

– Ja miałam w życiu dużo szczęścia, bo szkoła baletowa była dla mnie jak dom. Dom, w którym mogę pozwolić sobie na same przyjemności. Taniec był… Źle! Taniec nieprzerwanie jest moją przyjemnością, i to od prawie dziewięćdziesięciu lat. Nic tego nigdy nie zmieni.

– Pani dość szybko spotkała się z wielkim uznaniem. Rzadko kiedy zdarzają się takie sytuacje, gdy dziecko, uczennica szkoły, otrzymuje szansę wystąpienia na prawdziwej scenie w profesjonalnym przedstawieniu. Nie mylę się, pani Nino, prawda?

Znowu na jej twarzy pojawia się promienny uśmiech, który już miałem okazję ujrzeć. I znowu mruży oczy, choć nie razi jej słońce.

– Moją pierwszą dużą szansą był moment, gdy wyjątkowa postać postanowiła wrócić do Warszawy. Mowa o Janie Cieplińskim, wybitnym baletmistrzu i choreografie. Gdy Ciepliński został kierownikiem warszawskiej szkoły baletowej oraz choreografem Teatru Wielkiego, rozpoczął poszukiwania młodych talentów, a w ten sposób otworzył drzwi do wielkiej kariery niejednemu jeszcze wtedy nieznanemu tancerzowi. Wystawił wiele wybitnych dzieł. Do jednego z nich, a dokładnie do Aidy, potrzebował około dwudziestki dzieci, które odegrałyby role niewolników. Gdy przyszedł dzień przesłuchania, Ciepliński bardzo uważnie przyglądał się każdemu z nas. W trakcie występów oceniał, jak się ruszamy, jakie mamy wyczucie rytmu, patrzył na najmniejszy gest, mimikę, oczy. Od razu wskazał na mnie i oznajmił, że to właśnie ja stanę w centralnym punkcie tej sceny, a dookoła mnie – reszta dzieci. Czułam się wtedy niezwykle wyróżniona. Ciepliński był też serdecznym przyjacielem znanej tancerki Lody Halamy. Siostry Halama odegrały istotną rolę w moich późniejszych losach. To kolejny dowód na to, jak życie może nas zaskoczyć. Spotykasz kogoś, poznajesz, nic was w sumie nie łączy, a później taka osoba może okazać się twoim zbawieniem. Halamy były dla mnie… Gdyby nie one, może dziś nie siedziałabym tu z panem i nie opowiadałabym swoich życiowych przepraw.

Wiem, że będzie to temat szczegółowej rozmowy, ale to później, jeszcze nie dziś.

– Przyszedł dzień pierwszego spektaklu. Dzieci musiały być ucharakteryzowane na czarnoskórych. Bardzo mi się to podobało, bo chwila spędzona na malowaniu w charakteryzatorni była dla mnie dowodem na to, że jestem niczym starsi ode mnie artyści. Poza tym była to pierwsza praca, na której zarabiałam pieniądze. Dostawałam drobną sumę, która starczała raptem na słodycze. Kupowałam je po spektaklu w pobliskim sklepie. I wracałam do domu tramwajem, ale nie zmywałam wcześniej makijażu. Moja twarz była pokryta czarną farbą! Czułam wtedy potrzebę, żeby inni zobaczyli, że jestem artystką. Byłam dumna jak paw.

Zanosi się śmiechem. Robi to w tak dystyngowany sposób! Mało kto potrafi śmiać się z gracją. I nie wygląda to na wystudiowane emocje, ona jest nią po prostu naturalnie obdarzona.

– Oczywiście, jeśli któryś z zaciekawionych pasażerów tramwaju pytał mnie, dlaczego jestem cała umorusana czarną farbą, odpowiadałam, że chodzę do szkoły baletowej i gram w przedstawieniu w Teatrze Wielkim, a moja rola wymaga takiego makijażu. Naprawdę czułam się wtedy bardzo poważną artystką, gdy przyglądali mi się uważnie i mierzyli mnie wzrokiem.

Znów zanosi się śmiechem, wspominając swoje początki. Nagle emocje biorą górę i aż podskakuje na krześle.

– Opowiadam głupoty! To nie były po prostu słodycze. Ja do dziś pamiętam ten smak. Tak, to była chałwa. Chałwą smakowała moja pierwsza poważna rola w teatrze.

– Rodzice i cała rodzina byli z pani dumni?

– Przychodzili tłumnie na moje spektakle i widać było po nich, że rozpiera ich duma. Szczególnie zauważalne było to po mamie, tacie i Józiu, którzy nie opuszczali moich przedstawień, nawet jeśli nie do końca mieli czas. Tyle że pewnego razu doszło do sytuacji, która spowodowała, że moja dalsza przygoda ze szkołą baletową i pracą w teatrze stanęła pod dużym znakiem zapytania, wręcz zawisła na włosku. Byłam dzieckiem i jeszcze nie wiedziałam, że za wszystko w życiu przychodzi nam zapłacić. Każdy życiowy wybór kosztuje i gdy decydujemy się na jedno, nagle okazuje się, że nieświadomie musimy za to zapłacić. Czasami cena jest wyższa, czasami niższa. Ja dopuściłam się rzeczy haniebnej.

– Brzmi poważnie…

– Bo dla mnie było poważne. Dopuściłam się kłamstwa, a tego moi rodzice nie potrafili tolerować.