Taniec na gruzachTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Wizytówka Niny Novak. Drugi człon nazwiska „de Rojas Cabot” należy do jej męża.

ROZDZIAŁ TRZECI


Giselle to spektakl, któremu Nina poświęciła wiele uwagi i przygotowań. W 1955 roku Novak wyjechała do Kalifornii, gdzie mieszkała Bronisława Niżyńska, która kształciła młodą Janinę w Warszawie. Ich współpraca nad choreografią nie odbywała się wyłącznie w sali treningowej. Niżyńska przygotowała specjalną fachową literaturę, z którą Novak musiała się zapoznać.

Jest lato. Upalne, leniwe czerwcowe popołudnie. Stoję przed domem, który na pewien czas stanie się miejscem moich spotkań z Novak. Zastygłem w bezruchu. Biorę haust powietrza. Wydech. Wdech. Wydech. Siostrzenica Novak od progu uśmiecha się na mój widok i zaprasza do domu, otwierając drzwi na oścież.

– Nina czeka na ciebie w ogrodzie. Już odpoczęła po podróży i jest gotowa do pracy.

– A cieszy się w ogóle na ten pomysł o książce?

Zagajam, próbując odgadnąć, czy rzeczywiście jest tak, jak mnie poinformowała, a jeśli nie, to na co mam się szykować, bo trudno mi uwierzyć, że wszystko idzie jak z płatka. Bo niby czemu pierwsza primabalerina Ameryki chciałaby spędzać piękne dni lata razem ze mną?

– Sam zaraz się o tym przekonasz.

Już ją widzę. Stoi tyłem do drzwi, które prowadzą na taras i do ogrodu. Przygląda się kwiatom na pergoli. Jest bardzo szczupła, sprawia wrażenie kruchej jak z porcelany. Moją uwagę zwracają jej ciemne włosy. Nie zdążyłem przygotować powitalnej formułki, gdy niespodziewanie odwraca się do mnie z lekkością. Tak. Porusza się z lekkością, jakiej do tej pory nie dane mi było zobaczyć u nikogo. Wydawać by się mogło, że ma to wyćwiczone, że każdego dnia w sali baletowej szlifowała ten ruch przed lustrem. Bo ludzie normalnie nie mają w sobie tyle gracji. Et voilà! Stoję właśnie przed kobietą, która zawładnęła moimi myślami. Cliché.

Nina się uśmiecha i podchodzi do mnie powoli i z niezwykłą gracją. Ona pływa w powietrzu, a nie chodzi. Unosi się nad ziemią, a ma przecież dziewięćdziesiąt sześć lat. Jestem skonfundowany, bo stoję z otwartymi ustami i nie wiem, co powiedzieć. Mam pustkę w głowie. W gardle sucho, język stanął mi kołkiem. To jest właśnie ta chwila! Ten moment! Poznaję kogoś, kto zaprzątał moją głowę przez ostatnie kilka tygodni. Kogoś, kogo sobie wyobrażałem.

Jej spojrzenie jest przenikliwe, ale z twarzy nie da się wyczytać, co myśli ani w jakim jest nastroju. Uścisk jej dłoni jest mocny, zdecydowany, nie współgra z tą lekkością ruchów, kontrastuje. Jest kompletnie różny od tego, czego się spodziewałem.

– Czuję się zaszczycony, że mogę panią poznać.

Dukam tak jakoś nieudolnie. Ten moment miał mieć więcej dostojeństwa. Jednak przechyla głowę, gdy przygląda się komuś z ciekawością. I jej sylwetka jest prosta jak struna.

– Mnie również jest niezmiernie miło. Zapraszam.

Głos też ma zdecydowany. Podobnie jak ruch ręką, którą wskazuje moje miejsce. Idę za jej gestem i siadam przy stole. Rozłożone są na nim fotografie i kartki papieru, ich treść poznam za chwilę. Gdyby to był serial, w tym momencie byłoby cięcie, a pierwszy odcinek właśnie by się skończył. Ale nasze spotkanie będzie miało dzisiaj ciąg dalszy. Siedzimy przez chwilę w kompletnej ciszy i przyglądamy się sobie. Mijają sekundy i minuty. Ta cisza nie sprawia dyskomfortu, wręcz przeciwnie. Rozmowę zaczynamy po dłuższej chwili, wymieniamy kilka zdań o pogodzie. Później przechodzimy do podróży Niny z Filadelfii do Warszawy. Nie skarży się na zmęczenie. Podkreśla, że jest wypoczęta, bo lot minął jej szybko i komfortowo. Tak pomału chodzimy dookoła siebie. Ona z gracją. Ja lekko zgarbiony. Widzę po niej, że też stara się mnie wyczuć. Tylko że ja już nie chcę się wyczuwać, ale przejść do sedna. Mianowicie chciałbym wiedzieć o niej dużo więcej, a w zasadzie wszystko. To potrwa, zabierze mi dużo czasu. Jestem na to gotowy. Za chwilę jednak stanie się coś, na co gotowy wcale nie jestem i czego się nie spodziewam. Bo zanim poznam śmiech Niny Novak, już na samym początku zobaczę coś, czego się kompletnie nie spodziewam: jej łzy. I rozpacz. Rozdzierającą, wwiercającą się w trzewia i rozrywającą je na strzępy, których nie da się później złożyć w całość.

Los postanawia już na samym początku wystawić na próbę naszą dopiero co zadzierzgniętą znajomość. Gdy z wyściełanego wspomnieniami Niny stołu sięgam po pierwszą lepszą pożółkłą kopertę, na jej twarzy widać zaciekawienie. Przygląda się uważnie skrawkowi papieru, jakby próbowała odnaleźć w pamięci, którego fragmentu życia jest to zwiastun.

– Pani Nino, to list!

– List?

Znowu przekrzywia głowę w oczekiwaniu na ciąg dalszy, a w jej oczach pojawiają się błysk i radość.

– Fantastycznie! A od kogo?

– Zatytułowany jest „Wiersz od brata Józia”. Rok 1937. Rozpoczyna się tak: „Siedząc przy biurku wracam do przeszłości/ I zdaje mi się, że minęły wieki”…

Widzę, że coś jest nie tak. Pani Novak odwraca wzrok. Patrzy przed siebie. Wstrzymuje oddech, a po jej twarzy płyną łzy. Tyle że to nie są łzy, które zwiastują rozczulenie i to, że zaraz wybuchnie perlistym śmiechem, aby po chwili opowiadać nakręcona jak katarynka o tym, w jakich okolicznościach otrzymała ten list. Ona na mnie nie patrzy. A cały czas patrzyła. Teraz omija mnie wzrokiem, jakbym sprawił jej przykrość. Jakbym dokonał rzeczy haniebnej. Jakbym zadał jej cios prosto w serce. Jakby nie mogła patrzeć na swojego oprawcę. I tak siedzimy w ciszy. Nic nie mówimy. Nastaje chwila, która jest bardziej niż niezręczna. Nie wiem, czy powinienem coś zrobić. Czy powinienem wstać, dojść do niej i ją przytulić. Czy powinienem złapać ją za dłoń, którą nerwowo gładzi nienagannie wyprasowane czarne spodnie. Czy powinienem zignorować ten emocjonalny wybuch i poczekać, aż wszystko wróci na właściwe tory. Nie znamy się jeszcze i taki gest wydaje mi się nazbyt zuchwały. Ja popełniłem bolesne faux pas. Ale to nie było zaplanowane. Ja tego nie chciałem.

– Pani Nino, ja przepraszam panią bardzo…

Przerywa mi w pół słowa. Ale dalej nic nie mówi. Wystarczył jeden gest dłonią, żebym zamarł, przestał, trzymał język za zębami. Żebym się zamknął.


List, który najmłodszy z rodzeństwa Nowaków Edmund znalazł w ruinach ich domu na ulicy Sosnowej w Warszawie, trafił do rąk Niny dopiero w latach sześćdziesiątych w trakcie jej pierwszej wizyty w powojennej Polsce. Do dziś jest to dla Novak najważniejsza pamiątka z jej przeszłości, którą zawsze nosi przy sobie. W chwilach zwątpienia czyta słowa, które jej ukochany brat Józio napisał dla niej, gdy nastoletnia Janina wraz z baletem reprezentacyjnym udała się w podróż po europejskich scenach baletowych Francji i Anglii.

Jest upał, siedzimy pośród różnobarwnych kwiatów. Czuć ich woń, pachną jak wata cukrowa. Ktoś, kto znalaz­ł­­by się w tym entourage’u, zamknąłby oczy i wystawiłby twarz, łapiąc promienie słońca. Napawałby się tą chwilą. Ale nie my. Między nami narasta dyskomfort, który z czasem przeradza się w ból. Ten dysonans przeraża, a sytuacja staje się nie do zniesienia. W tym momencie każde rozwiązanie wydaje się bez sensu i na próżno kierować się logiką, czy nawet jej szukać. Nina po chwili zasłania twarz dłońmi, bezgłośnie przysłania usta. Jej palce są szczupłe i długie. „Idealne ręce do gry na pianinie” – próbuję się ratować dziwnymi myślami, odwrócić swoją uwagę od nieumiejętności zachowania się w trudnej sytuacji. Eskapizm, który również z góry skazany jest na porażkę. Nawet odciągając myśli w ten sposób, dalej czuję, że grunt usuwa mi się spod nóg. Zaraz runę w przepaść. I szloch. Cichy szloch jest kontrastem z tym pięknym popołudniem. Jest jego ścieżką dźwiękową.

– Ja nie mogę… Nie dam rady…

Tembr głosu Niny to mieszanka bólu, cierpienia, męki, katuszy…

– Ten list…

Bierze głośno oddech, który ma ją uspokoić i choć na chwilę ukoić skołatane nerwy. Sprawić, że rozedrgane ciało przestanie drgać, a łamiący się głos już nie będzie się łamać. Kolejny wdech. Wydech. Wdech. Wydech. Wdech… Krótka chwila wydaje się trwać wieczność.

– Proszę czytać dalej.

– Mam czytać dalej?

Pytam szeptem, bo nie wierzę w to, co słyszę.

– Tak. Jestem pewna.

Nakazuje dość kategorycznie.

– Ale na pewno?

– Na pewno. W życiu trzeba się mierzyć ze słabościami, nawet jeśli walka nie będzie należeć do łatwych czy pozornie wydaje nam się przegrana. Gdyby wierzyć w taki tok myślenia, nikt na świecie nie osiągnąłby niczego. Słabości rodzą w nas wszystkich strach, a to jest największa siła, która może powstrzymać nas przed działaniem. Nie ma niczego silniejszego. I nigdy nie możemy pozwolić na to, żeby strach nas obezwładniał albo dyktował nam nasze kolejne kroki. Nigdy! Ten list to tylko epizod, wycinek tego, co w całym życiu musiałam przejść. Zawsze wychodziłam z założenia, że trzeba się mierzyć z trudnymi chwilami, demonami przeszłości, a ja jestem gotowa. Życie nauczyło mnie, żeby być gotowym do walki w każdej minucie, a nawet sekundzie. I być przygotowanym na to, że każdy koszmar kiedyś się kończy, tak jak i najpiękniejsza bajka. Bo w życiu wszystko ma swój kres. Złota reguła życia. Tylko ludzie o niej zapominają, a może nie chcą o niej pamiętać. Proszę więc czytać dalej, mocno zacisnę pięści…

Dość kategorycznie brzmiała jej prośba, która poprzedzona była monologiem na temat ulotności życia, więc nie pozostaje mi nic innego, jak przystać na jej żądanie.

 

– „…Gdy dając wyraz braterskiej miłości,

Żegnałaś wszystkich, jadąc w świat daleki.

Czyż mogłem sądzić, że po tej rozłące

Wleję do serca smutek i tęsknotę.

Że gdy nad Tobą błyśnie w chwale słońce

Będę samotnie rozmyślał o tym,

jak jestem szczęśliwy, czytając Twe listy

i to co dziennik na swych szpaltach niesie.

Co Ci zwiastuje sławy blask świetlisty,

że odnosisz sukces po sukcesie.

Mimo że wielka dzieli nas dziś droga

i że nie sposób zamienić nam słowa.

Myślę o Tobie, modlę się do Boga

byś powróciła szybko, cała, zdrowa!!!”.


Starszy o dwa lata Józio był ukochanym bratem Niny. To dzięki niemu nauczyła się czytać, gdy miała sześć lat. Chłopak przez całe życie stanowił dla niej wzór i był najlepszym przyjacielem. Jego śmierć w Auschwitz po dziś dzień ma duży wpływ na życie Niny.

Przez cały czas, kiedy czytałem, Nina miała zamknięte oczy. Dopiero wraz z ostatnimi słowami wiersza na jej twarzy pojawił się uśmiech. Nie, to nie jest uśmiech, to wręcz błogość przywołana rymowanką napisaną specjalnie dla niej.

– Kim jest Józio?

– Raczej był – poprawia mnie Nina. – Był. Chociaż może powinnam mówić „jest”. Bo on cały czas żyje w moim sercu, w moich wspomnieniach… Jest częścią mnie, już na zawsze. Józio to mój brat. Starszy brat. Ukochany brat. Skąd on przeczuwał, że ja, czternastoletnia dziewczyna, osiągnę kiedyś sukces… Skąd? Nie mógł tego wiedzieć…

Nina patrzy przed siebie, jakby gdzieś w oddali szukała odpowiedzi na to pytanie. Tylko te poszukiwania są na próżno.

– Józio zginął w Auschwitz. Ten list otrzymałam długo po wojnie. Odnalazł go w ruinach zbombardowanego domu mój drugi brat, ale zanim wiadomość trafiła do adresata, czyli do mnie, minęły dekady. Dla mnie to nie jest tylko list, lecz coś znacznie ważniejszego: mój talizman. Najważniejsza rzecz, którą zawsze mam przy sobie i po którą przez całe życie sięgałam, gdy dopadały mnie wątpliwości, obawy czy problemy… Wracałam i dalej wracam do niego na okrągło., bo wątpliwości nie kończą się z wiekiem. Pewnie nigdy się nie kończą. Józio był wyjątkowy. Dlaczego to akurat jego zabili Niemcy? Do dzisiaj tego nie rozumiem i już nie zrozumiem nigdy. Nawet nie chcę, nie potrzebuję tej wiedzy, bo ona nie sprawi, że ktoś tak dla mnie ważny pojawi się na nowo w moim życiu. Choćbym tego chciała najmocniej na świecie i byłabym gotowa oddać wszystko, co mam.


Nina do dziś nie wie, z jakiego powodu Niemcy aresztowali jej brata i osadzili go w KL Auschwitz-Birkenau. Jego obozowe losy nie są dokładnie znane, ponieważ w trakcie likwidacji obozu w 1944 roku władze zniszczyły większość dokumentacji. Wiadomo jedynie tyle, że Józia przewieziono z Warszawy do KL Auschwitz 1 marca 1941 roku.


W obozie Józefa Nowaka oznaczono numerem 9681 jako więźnia politycznego. Ślad po Józiu urywa się 19 września 1941 roku. W książce szpitala obozowego zanotowano, że był pacjentem i odwiedził stację RTG. Dalsze losy chłopaka nie są znane.

Nina bierze głęboki wdech, ale nie czeka na moje pytanie. Zresztą ja teraz nie mam pytań.

– On nic nikomu nie zrobił złego. Nawet nie mógł tego zrobić. Ta wojna zniszczyła wszystko: nasz dom i naszą rodzinę. Wojna była niczym brzytwa, której ostrze przecięło nasze więzi, takie przecież mocne. Zburzyła to, co było naszym fundamentem: rodzinę. Tylko to przecinanie nie było natychmiastowe, od razu, było powolne. Do dziś się zastanawiam, jak wyglądałoby moje życie, gdyby nie wojenny koszmar, w którym przyszło mi żyć. Nikomu się to nie należało, a już z pewnością nie dzieciom. A ja nie byłam nikim innym, tylko dzieckiem otoczonym wyjątkową dozą miłości. Miłość przepełniała nasz dom i dawała nam wszystkim siłę, ale wojna ją odbierała stopniowo. Była chorobą wyniszczającą nas wszystkich. I nie było sensu szukać w panice remedium na tę sytuację. Wszyscy czuliśmy tę niemoc. Miłość została nią przepełniona. I beznadzieją, znojem, trudami. Nie ma chyba w życiu gorszego uczucia niż bezsilność i świadomość, że cokolwiek się zrobi, na jakiekolwiek kroki się człowiek odważy, wszystko okaże się zgubne, bez większego sensu. Tyle że my próbowaliśmy iść przez te wojenne korytarze. Ledwo. Czasami brakowało nam już tchu. Czasami brakowało nam sił. Czasami trafialiśmy do zaułka, z którego nie było wyjścia. I musieliśmy na ślepo szukać dziury, przez którą mogliśmy uciec. Jak jakieś szczury. Byłabym dzisiaj kompletnie innym człowiekiem i moje losy potoczyłyby się zupełnie inaczej. To na pewno.

– A trudna była pani życiowa ścieżka?

– Z pewnością mogę powiedzieć, że miejscami była wyboista.

– Czyli trudna.

– Potknęłam się niejeden raz, przewróciłam też. Za każdym razem wstałam, otrzepałam się i szłam dalej.

Nina uśmiecha się na myśl, co za chwilę padnie z jej ust.

– I zawsze szłam wyprostowana.

– Wyprostowana?

– Tak. Jestem tancerką klasyczną, więc mam to we krwi, że nigdy nie patrzę pod nogi, ale przed siebie. Ot, taka postawa. Również wobec życia.

Przełamaliśmy pierwsze lody. Trudności jednak pojawią się przed nami jeszcze nie raz, nie dwa. Życie Novak okaże się pasmem z trudem podejmowanych decyzji. Czasami heroicznych.


Dla Niny wizyta w obozie KL Auschwitz była wielkim przeżyciem. Nina Novak: – Wojna jest doświadczeniem, którego człowiek nie jest w stanie zapomnieć. Ona we mnie cały czas jest, mimo że minęło od niej siedemdziesiąt pięć lat.


W 2017 roku Nina Novak obchodziła pięćdziesięciolecie swojej pracy jako pedagoga.


Jej dokonania artystyczne spotykają się z wielkim uznaniem władz państwowych Wenezueli.


Ballet Clásico de Caracas jest szkołą baletową, którą założyła Nina Novak. Od 1991 roku jest jej dyrektorem.

ROZDZIAŁ CZWARTY


W polskich dokumentach Nina Novak figuruje jako Janina. Gdy była dzieckiem, cała rodzina zwracała się do niej zdrobnieniem „Jasia”. – Nawet dziś, gdy myślę o swoim dzieciństwie, czuję się Jasią. Niną stałam się na potrzeby mojej zagranicznej kariery – stwierdza primabalerina.

Był piątek, 23 marca 1923 roku. Tego dnia na świecie nie działo się nic wyjątkowego ani tym bardziej spektakularnego, nic nie było zaplanowane. No, do momentu, aż pojawiła się ona. Słońce nad Warszawą wzeszło o 5.43, żeby zajść o 18.03. Dzień był długi, bo trwał ponad dwanaście godzin. W powietrzu można było wyczuć, że to już kolejny, dokładniej trzeci, dzień kalendarzowej wiosny, bo śniegi dawno stopniały i nie został po zaspach najmniejszy ślad, a natura, nawet jeśli powoli, to ochoczo, budziła się na nowo do życia. W domu Nowaków od samego rana czuć było lekko nerwową atmosferę. Janina Nowakowa, choć urodziła już czwórkę dzieci, więc można powiedzieć o niej, że była doświadczoną rodzicielką, bała się, że nie jest już najmłodsza i z porodem może być różnie. Usłyszała od sąsiadki historię jej siostry, która była dokładnie w jej wieku. Poród okazał się męczarnią i zarówno dla niej, jak i jej dziecka zakończył się tragicznie. Nowakowa, usłyszawszy tę opowieść, pomodliła się w intencji zmarłych. Szybko jednak zapomniała o słowach znajomej, bo całą swoją uwagę skupiła na rzeczach dla niej najistotniejszych – domu. Sprzątała, gotowała, wychowywała dzieci. Spełniała się w roli matki i żony. Ciąża nie dokuczała jej przez całe dziewięć miesięcy, poza lekkimi bólami w krzyżu i obrzękiem kostek. Janina co rusz czuła, że dziecko kopie i okręca się dookoła. „Chyba jakąś tancerkę urodzę, bo takie piruety wywija” – czasem żartowała.

Jej mąż Józef tego dnia postanowił zostać w domu na wszelki wypadek, gdyby Janina potrzebowała pomocy. Czuł się za nią odpowiedzialny, tak jak czuł się odpowiedzialny za swoje dzieci: Kazimierę, Romanę, Józia i Wincentego. Rodzina zawsze wiedziała, że może na niego liczyć. Udowodnił nie raz, że potrafi zachować zimną krew i nie boi się stanąć w szranki z kłopotami, które napotyka się w życiu. Tego dnia był gotów znieść wszelkie trudności, jakie mogły zwieńczyć ciążę. Jego żona Jasia, osoba o wyjątkowo głębokiej wierze, już od rana po cichu zmawiała różaniec, jednocześnie gładząc się po dużym brzuchu. Wiedziała, że to jest właśnie dzień, gdy jej rodzina po raz kolejny się powiększy, bo wszystko wskazywało na to, że kolejny potomek Nowaków już jest gotów zmierzyć się ze światem.

– A ty, Jasia, chciałabyś mieć syna czy córkę?

– To nie ma znaczenia. Ważne, żeby dziecko zdrowe było.

– Pewnie Józek to chłopaka by wolał. Ma już dwie córki i dwóch synów. Więc przewaga by się w domu przydała. Bo jak on z tymi babami wytrzyma. Ja to już bym dawno kręćka dostał z tyloma pod jednym dachem. A chłopak to i w domu pomoże, i jak podrośnie, to do roboty pójdzie. Józek mógłby poduczyć go w tych swoich interesach i byłby dziedzic jak znalazł.


Rodzice Niny Janina i Józef Nowakowie stworzyli dla swoich dzieci dom pełen ciepła. Wojna zniszczyła rodzinę Nowaków i sprawiła, że rozleciała się całkowicie.

Janina Nowakowa co jakiś czas musiała słuchać pytań o wymarzoną płeć dziecka i tyrad o wyższości posiadania syna nad wychowywaniem córki. Nic sobie jednak z tego nie robiła, bo czcze gadanie wpuszczała jednym uchem i równie szybko wypuszczała drugim. W przeddzień porodu po raz kolejny musiała odpowiedzieć na męczące ją pytanie sąsiadowi mieszkającemu na pierwszym piętrze kamienicy przy ulicy Grzybowskiej w Warszawie. Tym razem jednak była bliska, żeby odpyskować staremu kawalerowi. Miała już odpowiedź na końcu języka, że jej wścibski sąsiad kręćka to już dawno dostał, bo wścibia swój czerwony od nalewki wiś­niowej nos w nie swoje sprawy, i zamiast sprowadzać co wieczór kolejną koleżankę do domu, żony by sobie poszukał, bo najmłodszy to już nie jest. Ale że jedną z życiowych dewiz Nowakowej było to, żeby nie sprawiać nikomu przykrości, ugryzła się w język i obiecała sobie, że nie będzie wszczynać awantury, lepiej pomodli się w intencji sąsiada, żeby Pan Bóg łaskawie oddał mu piątą klepkę, którą ewidentnie zabrał mu kilka lat temu. Janina często modliła się, myśląc nie tylko o bliskich, ale i nawet o tych, których nie darzyła krztyną sympatii. Wszak jej mama przez całe dzieciństwo Janiny podkreś­lała, żeby „miłować swego bliźniego jak siebie samego”. I że nie ma przykazania większego od przykazania miłości. A skoro stwierdzenie to padało z ust samej dobrodziejki, trzeba było obdarzyć ją zaufaniem i wziąć sobie do serca każde jej słowo.

– Co by nie było, to Nowak i tak szczęśliwy będzie.

Janina nawet nie czekała na dalszy ciąg rozmowy. Tym krótkim stwierdzeniem zdusiła w zalążku rozmowę, odwróciła się na pięcie i powoli rozpoczęła wspinaczkę po stromych schodach kamienicy. Każdy ze stopni wydawał z siebie ciche skrzypnięcie, gdy kobieta z mozołem wchodziła na coraz to wyższe piętra. Raz nawet w szóstym miesiącu ciąży pomyślała, że jest już tak gruba i waży tyle, że nie zdziwiłaby się, gdyby któregoś dnia schody zawaliły się pod jej ciężarem. Ciąża z czasem trochę jej doskwierała, ale Janina nie skarżyła się na to nikomu. Skoro Bóg chciał, żeby jej rodzina się powiększyła, musiała się z tego cieszyć. Nie mogła popełnić grzechu i sprzeciwić się Stworzycielowi. Wierzyła, że On najlepiej wie, co jest dla niej ważne i dobre, bo jak do tej pory tylko ją nagradzał. Miała cudownego, kochającego męża, który w przeciwieństwie do mężów jej koleżanek nie zaglądał do kieliszka, dwie wspaniałe córki i synów ros­nących jak na drożdżach. Szczególnie dumna była z najmłodszego – Józia, był jej oczkiem w głowie. Do wielkiej miłości i matczynej czułości, którymi Janina darzyła chłopca, dołączyło jednak coś jeszcze. Początkowo sporadycznie, żeby z czasem towarzyszyć jej każdego dnia. Pojawiało się znienacka i w najmniej odpowiednich do tego momentach. Mianowicie od czasu do czasu Janinę nachodził strach o to, że Józiowi grozi duże niebezpieczeństwo, że w jego życiu wydarzy się coś strasznego, coś, co sprawi, że losy chłopca będą trudne. Że nie będzie jej dane cieszyć się jego uśmiechem do końca swoich dni. Że ktoś okrutny stanie na drodze Józia i zakłóci spokój całej rodziny. Że zburzy szczęście, które ona i jej Nowak budowali pieczołowicie każdego dnia.

 

Ten strach rodził się w niej w najmniej oczekiwanych momentach i bardzo często odnajdował ujście w snach. Janinie śniło się wówczas, że jest z synem na targu i niespodziewanie traci chłopca z oczu. Szuka go wszędzie, ale małego Józia nigdzie nie może znaleźć. Nowakowa nie mówiła głośno o swoich obawach, bo nie chciała nikogo niepokoić ani tym bardziej, żeby któryś z domowników uznał, że postradała zmysły. Mimo jej milczenia i przeżywania w samotności wewnętrznych katuszy, wszyscy z rodu Nowaków zauważali dziwny parasol ochronny, który kobieta rozpościerała nad chłopcem przez całe jego dzieciństwo i później lata młodzieńcze. Nie oznaczało to, że wyręczała Józia na każdym kroku. Starała się zawsze mieć na niego oko i wiedzę, co w danej chwili się z nim dzieje. Zakupy na bazarze natomiast robiła sama. Albo w asyście swoich dwóch córek, gdy te akurat miały wolne od szkoły czy innych obowiązków. „Strzeżonego Pan Bóg strzeże. Sama też dam sobie radę ze sprawunkami. Nogi i ręce mam jeszcze zdrowe. Dzięki Bogu!” – przekonywała samą siebie Janina, gdy po raz kolejny taszczyła siatki z włoszczyzną i mięsem przez warszawskie śródmieście. Do swojego strachu przyznawała się tylko przed Bogiem. Nie mogła zatajać przed Nim prawdy, bo czułaby, że robi coś wbrew swojej wierze. Każdego ranka i wieczora prosiła więc, żeby zrobił wszystko, aby chłopiec dożył szczęśliwej i późnej starości. Żeby wszystkie swoje dzieci traktować na równi, Janina modliła się również o dobrą przyszłość dla pozostałej trójki. Mimo że Stwórca uważnie słuchał Nowakowej i skrupulatnie spełniał jej prośby, w przypadku Józia postanowił lekko z niej zakpić. Dał jednak kobiecie kilkanaście lat, żeby mogła choć trochę nacieszyć się synem.

Poród Janiny rozpoczął się przed południem. Przebiegł raz-dwa i bez żadnych komplikacji. Mógł trwać raptem ze dwie godziny. Mała dziewczynka, która po południu dołączyła do rodziny Nowaków, przyszła na świat szybciej niż reszta jej rodzeństwa. Jakby nie chciała sprawiać nikomu kłopotu. Nawet jej płacz nie trwał długo. Janina postanowiła, że mała Nowakówna odziedziczy imię po niej samej. Gdy Józio wrócił z ochronki do domu, rodzice od samego progu zawołali go z pokoju i pokazali małe zawiniątko leżące w kołysce.

– Józiu, zobacz.

Janina ze wzruszeniem zawołała syna, podnosząc dziewczynkę.

– To jest Janinka, twoja młodsza siostra. Od tej pory musisz się nią opiekować. Teraz jesteś już starszym bratem, a za tym idą nowe obowiązki – tłumaczyła chłopcu Nowakowa i widziała na jego twarzy zdziwienie, które co rusz przeradzało się w radość.

Chłopiec przypatrywał się swojej siostrze z dużą uwagą. Nigdy wcześniej nie widział z bliska tak małego człowieka. Jej perkaty nosek, duże oczy i ślicznie wykrojone usta przypominały mu ilustracje z książeczki z bajkami, którą jedna z ciotek podarowała mu bez okazji. A może były to święta Bożego Narodzenia? Nieważne. Ważne było natomiast to, że poważny ton mamy sprawił, że chłopiec wziął sobie do serca jej słowa. Wiedział, że od teraz musi troszczyć się o Janinkę i być przy niej zawsze, gdy ta będzie potrzebować pomocy.

Wieść o tym, że Nowakowi urodziła się córka, już tego samego dnia obiegła całą kamienicę. Sąsiadki i sąsiedzi co chwila pukali do ich drzwi i przychodzili złożyć gratulacje świeżo upieczonym rodzicom i życzyć im, żeby tak jak w przypadku starszych córek i „Janinka wyrosła na piękną pannę, za którą kawalerowie będą uganiać się od najwcześniejszych lat”. Nowakowa tylko kiwała z uśmiechem głową i pękając z dumy, wysłuchiwała ciepłych słów, które padały pod adresem jej córeczki. Oczywiście w myślach nie omieszkała dodać, że na kawalerów jeszcze przyjdzie czas.

– Pani Nino, jak wspomina pani swój dom rodzinny?

– Mój dom rodzinny był typowym przedwojennym domem, w którym to mężczyzna pracował i zarabiał na rodzinę, a kobieta zajmowała się wychowywaniem dzieci. Ten podział ról był naturalny i moja mama nie narzekała na to, że siedzi w domu i piastuje dzieci. Była szczęś­liwą kobietą, często się uśmiechała. Do dziś pamiętam, jak wówczas mrużyła oczy. Wyglądała pięknie. Zresztą przez całe moje życie wydawała mi się kobietą wyjątkowej urody. Otaczała nas ciepłem i miłością. Spełniała się w swojej roli, bo nigdy nie słyszałam, żeby narzekała czy wypominała mojemu tatusiowi to, że zamknął ją w domu. Nie byliśmy zamożni. Starczało nam jednak na skromne, ale całkiem przyzwoite życie. Mój tatuś Józef prowadził zakład krawiecki, chociaż można to bardziej określić sprzedażą galanterii. Nie miał jednego miejsca, w którym prowadził swój interes. Oczywiście blisko domu miał malutki zakład i gdy tylko była potrzeba, mamusia zakasywała rękawy i pomagała tacie, który dużo jeździł poza Warszawę, bo prowadził interesy w większości z Żydami. I choć sporo pracował, zawsze znajdował czas dla nas wszystkich. Widać było, że życie rodzinne sprawiało mu dużą przyjemność. Tatuś uwielbiał żartować i płatać figle. Uwielbiał również obdarowywać nas prezentami. Tak zwyczajnie, bez większej okazji, ale właśnie dzięki takim gestom nasze codzienne życie nabierało wyjątkowych barw. Barw, które pamiętam do dzisiaj.