Taniec na gruzachTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

ROZDZIAŁ PIERWSZY


Nina Novak urodziła się w Warszawie 23 marca 1923 roku w rodzinie, która niezwiązana była z warszawskim światem artystycznym międzywojnia. Była piątym dzieckiem Nowaków, które od najmłodszych lat wykazywało zamiłowanie do muzyki i tańców.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Dużo jest prawdy w stwierdzeniu, że o życiu można powiedzieć wszystko. No, prawie wszystko. Że jest nieprzewidywalne. Że bywa usłane różami. Że czasami uwielbia płatać nam figle, a przez to, że jest przewrotne i ma nieobliczalną stronę, nigdy nie można być niczego pewnym. A jeśli jesteś pewny, to za chwilę zostaniesz wyprowadzony z błędu poprzez tępy cios obuchem w głowę i owa pewność zniknie szybciej, niż się pojawiła.

Że planujesz iść życiową ścieżką prosto, a niespodziewanie musisz skręcić w lewo albo zawrócić i zacząć swoją podróż od punktu wyjścia. Że jest zwodnicze. Że nie istnieje złota zasada, którą należy się kierować, by sprawić, że będzie udane. Że bywa nudne, ale zdarzają się sytuacje, że chwilowo nabiera zawrotnego tempa, aby ponownie w najmniej oczekiwanym momencie stać się nijakie i wrócić do stanu pierwotnego. Takie właśnie jest życie. Złożone z wielu elementów i mające wiele sprzecznych cech, które choć powinny się wykluczać, to tak się nie dzieje. Paradoks.

Jednego z pewnością nie można powiedzieć o życiu: że jest sprawiedliwe. Brzmi jak utarty frazes, okrągłe zdanie wypowiadane przez życiowego frustrata, który swoją dziecinną naiwność zamienił na twardy osąd rzeczywistości. A może to nie frustrat, tylko człowiek trzeźwo patrzący na rzeczywistość może być autorem tego spostrzeżenia? Niemniej zdanie, że życie pozbawione jest sprawiedliwości, udaje prawdę objawioną. A ja zawsze się z tych prawd nabijam. Bo to brzmi tak błaho. Na wskroś pusto. Bez głębszego znaczenia. Życie nie jest sprawiedliwe. Aż chce się skwitować to wszystko krótkim, ale jakże trafnym w tym kontekście cytatem z mistrza Szekspira: „Słowa, słowa, słowa”. I na tym moglibyśmy skończyć te deliberacje. Do zobaczenia. Miło było, ale się skończyło. Do widzenia, do jutra.

Ale nie. Nie w jej przypadku. Bo losy primabaleriny Niny Novak mijały się ukradkiem ze sprawiedliwością. I nadal mijają. Wręcz obchodzą ją szerokim łukiem. Niby przez przypadek, a jednak specjalnie. Jakby z masochistyczną przyjemnością przyglądając się przy tym, ile jeszcze jest w stanie udźwignąć. Czy Nina załamie się w momencie, gdy czara goryczy się przeleje? Czy popadnie w marazm? A może w obłęd? Bo ile można doświadczać zagrywek, które nie są fair? Już wiem, że wiele. Może nie tyle dowiem się o tym od razu, ile utwierdzę się w tym przekonaniu dopiero za kilka miesięcy, ale tak… Pani Novak spotkała się ze wszystkim, czego można w życiu doświadczyć, poza ową sprawiedliwością.

Potwierdzenia tej tezy nie trzeba daleko szukać. Zagłębiając się w świat Niny Novak, poznając jej życiową historię, przemierzając z nią krok w krok drogę, którą pokonała, idąc w całkowite nieznane, na próżno możemy szukać sprawiedliwości. Mimo że odniosła wielki sukces na całym świecie, a oczy największych, najwybitniejszych, najbardziej znanych i lubianych skierowane były na nią, w swoim rodzinnym kraju mało kto miał okazję – czy może warto użyć słów takich jak przyjemność lub zaszczyt – poznać jej taneczne dokonania, zobaczyć artystyczne wcielenia czy być świadkiem tego, jak zatraca się w muzyce, wykonując fouetté w Jeziorze łabędzim, którym zawojowała sceny na całym świecie.

Polska nie chciała dać szansy Ninie Novak stać się dobrem narodowym. I nadal tkwi w tym stanie: nie chce. W całej karierze Novak dwukrotnie po 1945 roku zachwyciła polską publiczność, żeby już za chwilę odczuć na własnej skórze naszą niechęć i jednocześnie pragnienie, żeby nas zostawiła w spokoju i wróciła do siebie. Tam skąd przyszła. Problem jednak polega na tym, że ona jest nasza, polska. Jasia, a nie żadna Nina.

A może nie chodzi tu o niechęć, lecz nieumiejętność zmierzenia się z wielkością Novak? Bo czasem wyjątkowość jednostki sprawia, że czujemy się przytłoczeni, rodzi się w nas tym samym niechęć, która przeradza się w zazdrość udającą obojętność. A może to jest perwersyjna chęć pokazania komuś, gdzie jest jego miejsce? Najgorsze, co można zrobić w stosunku do artysty, to wykazać się względem niego obojętnością. A my aż otulamy nią Novak. I nie jest to czcze gadanie. Dowód? Dlaczego więc tak się stało, że uczniowie kończą lekcje historii tańca w polskich szkołach baletowych, nie wiedząc, kim była primabalerina Nina Novak? Że tancerki klasyczne nie widziały ani jednego baletu z jej udziałem? Że wielki olejny portret Niny Novak namalowany przez Jana Machnowskiego został złożony w archiwum Teatru Wielkiego i nigdy nie zdobił korytarza żadnego z pięter, tylko zbiera kurz, leżąc w piwnicznym schowku? Nie wiem.

Dużo jest pytań, a tak mało odpowiedzi. A ta niewiedza mnie aż boli. Naprawdę nie mam pojęcia, jakie są przyczyny tej amnezji w baletowym świecie. I chyba nie chcę wiedzieć. Byłoby to bez sensu. Chociaż nie można, nie powinno się godzić na zasadę „co było, a nie jest, nie pisze się w rejestr”. Bo Nina była w Polsce. Przed drugą wojną światową warszawski świat artystyczny padł przed nią na kolana i okrzyknął ją genialnym dzieckiem sceny baletowej, a po wojnie kompletnie o niej zapomniał. Błąd. Ona cały czas jest. Tyle że na drugim końcu świata. Żyje. Tańczy. Uczy. Zachwyca się życiem. Zbiera oklaski. „Ladies and gentlemen, please welcome Miss Novak!” Owacja na stojąco. Publiczność skanduje jej imię. I tu właśnie wracamy do kwestii sprawiedliwości. A w sumie jej braku. Świat ją kocha, a my nie. My nawet o niej nie wiemy.


Ballet Russe de Monte Carlo należał do najbardziej popularnych kompanii baletowych w Stanach Zjednoczonych. Cały zespół tancerzy podróżował po USA, gdzie wystawiano najznamienitsze i najwybitniejsze spektakle baletowe.

Gdy przez zupełny przypadek dowiedziałem się o jej istnieniu, od razu wpisałem do wyszukiwarki internetowej jej imię i nazwisko. N I N A. Spacja. N O W A K. Enter i… zdziwienie. Artykułów poświęconych primabalerinie jest jak na lekarstwo. Trzy wywiady, jedna audycja, kilka czarno-białych zdjęć, znacznie mniej w kolorze, i po sprawie. Informacja o tym, że odeszła w Wenezueli w wieku dziewięćdziesięciu dwóch lat. Po dwóch latach zdementowano tę plotkę i podkreślono, że Novak żyje w Caracas i cieszy się dobrym zdrowiem, ma dziewięćdziesiąt cztery lata. Według tych danych dziś ma dziewięćdziesiąt sześć. Rocznik 1923. Dziwne to wszystko, bo przecież uwielbiamy chełpić się tym, że ktoś odniósł spektakularny sukces za granicami naszego kraju. Ale nie nią. Nią się nie chełpimy. Udajemy, że nie istnieje, milczymy, a gdy niespodziewanie pada pytanie o jej postać, wzruszamy ramionami, odwracamy wzrok i zmieniamy rozmowę na pierwszy lepszy temat. Dlaczego? Nie wiem. Ale ta cisza aż wwierca się mi w umysł, bo mimo że próbuję dowiedzieć się o niej choć skrawka informacji, moje starania idą na marne.


Imię i nazwisko Niny Novak zawsze pojawiało się na afiszu reklamującym spektakl, bo było gwarantem, że ludzie chętniej kupią bilet, żeby zobaczyć wyjątkowe umiejętności taneczne tancerki, która nie tylko zachwycała swoim talentem, ale i urodą.

Próbuję wydobyć z meandrów świata tanecznego jakieś szczątki informacji, które naprowadzą mnie na jej postać. Pozwolą dowiedzieć się, kim jest spektakularnie piękna kobieta ze zdjęć, która uwodzi spojrzeniem i ma w sobie eteryczność, zmysłowość, niezwykłą ulotność. Przypomina hollywoodzkie gwiazdy lat pięćdziesiątych. Piękna. Ona jest po prostu piękna.

Czuję się zahipnotyzowany. Czuję się onieśmielony. Czuję się oczarowany. Czuję, że chcę zgłębić tajemnicę Niny. Czuję, że muszę. Tylko jak? I tak sobie idę po omacku. I się potykam. Powoli stawiam kroki. Noga za nogą. Raz, dwa, trzy… Znowu ślepa uliczka.

– No była taka…

– A! Słyszałam o niej, ale nie widziałam nigdy, jak tańczyła.

– Jeśli mam się wypowiadać, poproszę listę pytań, muszę się przygotować.

Bo nie mam żadnej wiedzy na jej temat.

– Nie uczyli nas o niej wcale a wcale.

– Ona gdzieś wyjechała po wojnie, ale nie wiem, co się z nią działo.

– Nie mam czasu, przepraszam.

– To jakaś przeszłość. Teraz to się w balecie dzieje, może warto rozmawiać o teraźniejszości?

– To ona jeszcze żyje?


Rodzice Niny Novak opierali się namowom nauczycielki wychowania fizycznego ze szkoły podstawowej swojej córki, żeby posłać ją do szkoły baletowej. Zdaniem Janiny Nowak zawód tancerki był równoznaczny z najstarszym zawodem świata, czyli prostytucją. W końcu dała się przekonać zaprzyjaźnionemu księdzu, że nie jest to zły pomysł, aby jej dziecko szlifowało umiejętności w szkole baletowej.

Wstyd mi za was. Kilka lat temu pojawiła się informacja, że nie ma jej wśród nas. Ktoś miał czelność uśmiercić ją za życia. Ale to i tak nie sprawiło, że na jej ojczystej ziemi pojawiło się zainteresowanie Niną Novak, nie wykazano chęci przybliżenia innym postaci, którą była. Którą jest. Tyle udało mi się dowiedzieć. Niewiele. Ale to błądzenie ma w sobie coś, co mnie pociąga.

 

Proporcjonalnie do mojej ciekawości rosną wątpliwości. Może rzeczywiście nie ma sensu grzebać w przeszłości, skoro spotykam się z takim oporem materii? Może. Ale przy tym wszystkim jestem jeszcze bardziej zaintrygowany. Bo tam coś było. I to znacznie więcej, niż mi się początkowo wydaje. Łapię się na tym, że w ciągu dnia kilka razy moje myśli krążą wokół Novak. Daję sobie ostatnią szansę i piszę do mojego znajomego. Niegdyś wielkiej gwiazdy sceny baletowej w Lyonie. Michała Kostrzewskiego, znanego światu bardziej jako Misza Kostrzewski. Jeśli tym razem znowu natrafię na mur, dam sobie spokój. Bo już więcej nie jestem w stanie zrobić. A zrobiłem już dużo. Niektóre starania, mimo wielkiej chęci, idą na marne. Życie.


Gdy Nina przeszła egzaminy do szkoły baletowej, komisja egzaminacyjna była pod wrażeniem jej słuchu muzycznego, wyczucia rytmu oraz niezwykłej giętkości. Przyszła uczennica musiała czekać jeszcze dwa lata, zanim mogła rozpocząć naukę. Była za młoda, żeby uczęszczać do szkoły baletowej.

Wystukuję na klawiaturze telefonu szybkie pytanie do Miszy.

– Kojarzysz kogoś takiego jak Nina Novak?

Wysłane. Dostarczone. Przeczytane.

Na ekranie widzę, że za chwilę uzyskam odpowiedź. Tak się też dzieje.

– Jak mogę jej nie kojarzyć? To jedna z najważniejszych postaci w historii polskiego baletu.

– Najważniejsza?

– Tak.

– Mogę zadzwonić?

– Dzwoń.

Nawet nie czekał na grzecznościowe powitanie, od razu wystrzelił jak z karabinu.

– Gdy napisałeś do mnie o Ninie Novak, od razu przypomniało mi się nasze jedyne spotkanie. To był bodajże rok 1989. Po konkursie w Warnie. Siedzieliśmy na tarasie, a Novak poprosiła mnie o chwilę rozmowy. Zaproponowała, żebym dołączył do jej zespołu baletowego w Caracas. Propozycja zrobiła na mnie ogromne wrażenie, ale jeszcze większe wywarła na mnie ona sama. To było coś niesamowitego. Coś jak z innego świata. Jej sposób mówienia. Jej sposób gestykulacji. To, jak patrzyła, jak modulowała głos, jak siedziała. Nie mogłem oderwać od niej wzroku. Była jak mityczna postać. Dla mnie mityczna.

– Co masz na myśli?

– W trakcie nauki w szkole baletowej sporadycznie padały stwierdzenia w kierunku tancerek: „Zatańczyłaś to jak Novak” lub „To było bardzo w stylu Niny”. Nikt jednak z nauczycieli nie kwapił się do tego, żeby przedstawić nam jej postać, przybliżyć fragment świata baletowego, który na tamtą chwilę był dla nas niedostępny. Mnie bardzo interesowała historia baletu. I tego w Polsce, i na świecie. Często chodziłem do biblioteki i czytałem o Novak w obcojęzycznej literaturze. Nasza rodzima pozostała obojętna na jej dokonania, tym samym w polskich szkołach uczniowie nie mieli okazji dowiedzieć się, kim była. Novak założyła w Caracas jedną z lepszych szkół baletowych na świecie. Spod jej skrzydeł wyszło wielu doskonałych artystów. Gdy tańczyłem we francuskim balecie i dołączał do nas tancerz lub tancerka z Wenezueli, wiedzieliśmy, że to z pewnością wychowanek Novak. Jej uczniowie nie kryli, że jest nauczycielką bardzo wymagającą, ale ma w sobie człowieka. Tylko że zostawiała go przed drzwiami sali baletowej. I stawała się nim ponownie po wyjściu.

– Czemu nie przyjąłeś jej propozycji pracy?

– Bo Wenezuela wydawała mi się za daleko. Przyjąłem ofertę bliżej domu, z Europy. Zadzwoniłem do Novak, żeby ją przeprosić i jej podziękować. Była smutna, ale na pożegnanie szczerze życzyła mi powodzenia. Bardzo miło wspominam naszą rozmowę. Ona ma naprawdę niezwykłą klasę, taką, jakiej dzisiaj już nie spotyka się u ludzi.


Nina Novak: – Chciałabym móc przekazać swoje choreografie oraz wiedzę polskim uczniom szkoły baletowej. Pobierałam naukę u wybitnych pedagogów. Wójcikowski, Niżyńska… Oni byli wybitnymi jednostkami i pozostała mi po nich ogromna wiedza, której dziś nie przekazuje się dalej. A to duży błąd, że nikt nie korzysta z moich dokonań.

Słowa mojego przyjaciela tylko podsycają mój apetyt. Zrobiłem krok naprzód. Więc kolejne to wyłącznie kwestia czasu. Z natłoku myśli wyrywa mnie pytanie Miszy.

– A po co ty w ogóle mnie pytasz o Novak?

– Bo chcę napisać o niej książkę.

– A po co?

– Bo chyba jej się to należy. A poza tym inni powinni mieć szansę poznać kobietę, która osiągnęła tak oszałamiający sukces w USA. Ba! Nie tylko w Stanach, ale i na całym świecie.

– To piękna misja. Ale naprawdę uważasz, że ma ona teraz jakiś sens? Że nie jest już ciut za późno? Bo jest już późno. Taniec to dość brutalna dziedzina sztuki. To nie jest malarstwo czy pisarstwo. Po tancerzu rzadko kiedy pozostaje dowód, że jego artystyczne dokonania rzeczywiście były czymś spektakularnym. Tańczysz i gdy schodzisz ze sceny, twoje dzieło jest już skończone, a za chwilę wszyscy o nim zapomną, żeby zrobić miejsce nowemu. Już jest za późno na przywracanie jej świetności. Nie masz żadnych dowodów. Spóźniłeś się. I to dużo…

Za późno? Nie. Nie jest za późno. Mylisz się. Ale nie ty jeden. Ponoć w życiu na nic nigdy nie jest za późno. A już tym bardziej na sprawiedliwość wobec Niny. Jestem krok bliżej rozwikłania tajemnicy, która stoi za półuśmiechem tancerki. Czuję, że tam coś jest. I jakoś polubiłem Ninę Novak, mimo że się jeszcze nie znamy.


Obecnie miejscem, które Nina Novak uważa za swój dom, jest Wenezuela, a dokładniej Caracas, gdzie działa jej własna szkoła baletowa. Cały kraj zna jej nazwisko i wie, kim jest Polka. Niestety, kilka lat temu w związku z napiętą sytuacją polityczną w kraju Novak po raz kolejny zmuszona była opuścić swój dom i przenieść się do bliskiej rodziny, która mieszka w Filadelfii. Nina Novak: – To dość trudne dla mnie, że musiałam opuścić miejsce, w którym żyłam i pracowałam. Niestety, bieda panująca w Wenezueli jest ogromna. Brakuje wszystkiego. Doszło nawet do kilku sytuacji, że zostałam napadnięta we własnym domu.

ROZDZIAŁ DRUGI


Choć Nina Novak na stałe wpisała się w historię światowego baletu, w Polsce nikt nie szczyci się jej osiągnięciami i sukcesami. Primabalerina nie ukrywa, że chciałaby zmienić tę sytuację i sprawić, żeby ludzie w Polsce o niej usłyszeli.

Świat jest mały. Podobno. Pojawia się we mnie nadzieja, że gdy zrobię własny eksperyment, który w latach sześćdziesiątych przeprowadził znany amerykański psycholog Stanley Milgram, uda mi się osiągnąć swój cel, jakim jest bezpośrednie dotarcie do Niny. Najpierw musi odbyć się jednak cała pośrednia procedura. Naukowiec twierdził, że wystarczy nam tylko sześć osób, żeby dotrzeć do każdego, o kim tylko zamarzymy. I to w każdym zakątku świata. Jemu się udało udowodnić, że teoria znana pod nazwą „sześć stopni oddalenia” sprawdza się w rzeczywistym świecie. Tak w skrócie będę szedł po nitce do kłębka. Nawet jeśli będzie ona splątana i pojawią się na niej supły. Rozwiążę je, a jeśli będzie trzeba – przetnę. Cel zawsze uświęca środki.

Pewnego wieczora nie mogę zasnąć i znowu o niej myślę. Jest druga w nocy, więc skoro mieszka na drugiej półkuli, u niej jest dopiero popołudnie. Ciekawi mnie, co teraz robi. Czy siedzi w słońcu, a może schroniła się w cieniu? Czy wspomina dawne dzieje? Czy w jej umyśle wciąż rozbrzmiewają oklaski rozkochanej publiczności? Czy pamięta, jakie niebo było nad Warszawą w dniu, gdy opuszczała Polskę? Czy brak obecności w jej rodzinnym kraju spowodował, że mówi z obco brzmiącym akcentem? Ciekawe, jaki ma głos. Czy przekrzywia głowę, gdy przygląda się komuś ze zdziwieniem? Siedzi w ciszy? Czy może w oddali słychać muzykę klasyczną, która stanowi tło jej dnia? Jaki ma śmiech? Ja się tego wszystkiego dowiem. Tylko potrzebuję jeszcze dużo czasu. I cierpliwości. Cierpliwość jest tu słowem kluczem do rozwikłania zagadki Niny. Myślę o niej per „Nina”, bo zdążyłem się już z nią zaprzyjaźnić w mojej głowie. Jesteśmy przyjaciółmi, mimo że jeszcze się nie znamy. Mimo że ona o tym jeszcze nie wie.

Wiem, od samego myślenia i gdybania nic więcej się nie uda. Mogę tak siedzieć i myśleć. Ale co z tego. Tu potrzebne jest konkretne działanie. Wysyłam więc e-maile i wiadomości do zaprzyjaźnionych dziennikarzy, licząc, że któryś z nich wie cokolwiek o osobie, która kompulsywnie zaprząta moje myśli. Cisza. Brak odbioru… Do czasu. Odpisuje mi mój znajomy, dziennikarz. Jego odpowiedź jest kolejną poszlaką w poszukiwaniach.

„Nina Novak to bardzo ładna historia. Jeśli cię to interesuje, to dam ci numer i do Niny, i do jej rodziny. Chcesz?”

Co? Słucham? Łatwo poszło. Dziwnie łatwo. Tak jakoś za łatwo. Myślałem, że będę potrzebować znacznie więcej osób, żeby poznać kobietę enigmę. Enigmę dla mnie, dla moich bliskich, dla ludzi, których każdego dnia mijam na ulicy, dla naszego kraju. Że oddalony jestem od Novak większą liczbą stopni niż sześć. A tu pokonałem tylko jeden i już prawie jestem u celu.

– Czy chcę do niej numer? – mruczę sam do siebie, odczytując na głos treść wiadomości.

Też pytanie. Pewnie, że chcę. Nie! Ja bardziej niż chcę. Ja o tym marzę. Ja tego pragnę. Pożądam. I w przypływie gwałtownego uderzenia endorfin do mojego mózgu, gdyby tylko Milgram żył, napisałbym do niego poprzez social media wiadomość. „Szanowny Panie Stanleyu, właśnie stworzyłem nową teorię »jeden stopień oddalenia«. Bo w życiu trzeba wierzyć w swoje marzenia. Wie Pan, prawo przyciągania. To naprawdę działa”. Gdyby… Nie żyje od 1984 roku, więc nie mam szans skonfrontować swojej teorii z jego. A szkoda.


Tradycją było to, że Nina Novak rozstawiała na toaletce w garderobie zdjęcia rodziny i obrazek Matki Boskiej. Nina Novak: – Przez całą swoją karierę zdjęcia bliskich miałam zawsze przy sobie. Dodawało mi to siły. Bo rodzina od zawsze jest dla mnie najważniejsza i nie wyobrażam sobie życia bez ludzi, których kocham.

Tej nocy nie mogę zasnąć. Moje myśli robią fouetté i przybierają inne baletowe figury. Bo moje myśli już nie tańczą w corps de ballet. One są solistą. Trochę jeszcze nieudolnym, ale rokującym. A może lepiej nazwać je aspirującym. Gdy zegar pokazuje dziesiątą rano, chwytam za telefon i dzwonię do siostrzenicy Niny, Urszuli. Telefon Niny nie odpowiedział. Po kilku sygnałach w słuchawce rozbrzmiewa cisza. Ale mnie to absolutnie nie zniechęca. Rozmowa z Ulą jest krótka i rzeczowa. Ustalamy dzień, godzinę i miejsce, które stanie się moim wiecem literackim. Wygrywam, bo po naszym jednym spotkaniu już wiem, że propozycja napisania o niej książki bardzo ją ucieszyła i Novak jest gotowa przyjechać do Polski, żeby spędzić ze mną trochę czasu i opowiedzieć o swoich życiowych zmaganiach.

Wie o moim istnieniu. Do momentu przyjazdu Niny nie rozmawiam z nią nawet przez sekundę. Wiem o niej ciut więcej, bo rodzina pieczołowicie kolekcjonowała artykuły o niej oraz zdjęcia. Moje mieszkanie przez chwilę staje się muzeum Novak. Wszędzie piętrzą się wycinki z gazet, jej korespondencja z Nowego Jorku oraz fotografie z pieczęcią opatrzoną dumnie brzmiącym napisem „Hollywood”. Łapię się na tym, że gdy je oglądam, uśmiecham się sam do siebie, żeby za chwilę poczuć się głupio. Może nie tyle głupio, ile pojawia się we mnie lekki wstyd.

Na spotkanie jadę z drżącym sercem, bo za chwilę może się okazać, że wcale a wcale nie przypadniemy sobie do gustu, że nie pojawi się między nami chemia, a co gorsza, może się okazać, że nasze spotkania będą dla nas gehenną, którą będziemy musieli przeżywać przez pewien czas. Bo wcale nie musi tak przecież być, że moje wyobrażenia na temat Novak znajdą odzwierciedlenie w rzeczywistości. Może być różnie. Albo wygrana na loterii, albo sromotna klęska. Życie to też ryzyko podejmowane na co dzień.