List w butelce

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
List w butelce
LIST W BUTELCE
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 72,90  58,32 
LIST W BUTELCE
LIST W BUTELCE
Audiobook
Czyta Filip Kosior
37,90  18,95 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Już swoje zrobiłem – poinformował ją krótko mężczyzna, z którym umówiła się pewnego razu na randkę. I to był koniec ich znajomości.

Przyznawała się przed sobą, że tęskni za fizyczną bliskością, kochaniem, przytulaniem się i ufaniem komuś. Od rozwodu z Davidem nie była z żadnym mężczyzną. Nadarzały się okazje – znalezienie kogoś do łóżka nie było trudne dla atrakcyjnej kobiety – ale po prostu nie leżało w jej stylu. Nie tak została wychowana i nie miała zamiaru się zmieniać. Seks był zbyt ważny, by uprawiać go z byle kim. W życiu spała tylko z dwoma mężczyznami – oczywiście z Davidem i Chrisem – pierwszym chłopakiem. Dla paru minut przyjemności nie zamierzała dopisywać kolejnych imion do tej listy.

Dlatego podczas wakacji na Cape Cod, samotna i bez mężczyzny, chciała zrobić coś wyłącznie dla siebie. Przeczytać kilka książek, poleżeć z wyciągniętymi nogami i wypić w spokoju kieliszek wina bez migoczącego ekranu telewizora za plecami, napisać listy do przyjaciół, od których nie dostała od jakiegoś czasu żadnych wieści. Późno chodzić spać, za dużo jeść, biegać wcześnie rano, zanim pojawią się ci, którzy mogliby zepsuć przyjemność. Chciała ponownie doświadczyć wolności, choćby na krótko.

Chciała również w tym tygodniu zrobić zakupy. Nie w domach towarowych JCPenney czy Sears lub w miejscach, w których reklamowano buty Nike czy podkoszulki Chicago Bulls, ale w małych sklepikach, które Kevin uważał za nieciekawe. Chciała przymierzyć nowe sukienki lub kupić takie, które podkreślałyby jej figurę tylko po to, by poczuła, że nadal żyje. Może nawet pójdzie do fryzjera. Nie zmieniała uczesania od lat i znużył ją własny wygląd. Gdyby jakiś miły pan zaprosił ją w tym tygodniu na kolację, może by mu nie odmówiła, tylko dlatego, by mieć pretekst do włożenia nowych rzeczy.

Ze świeżym optymizmem rozejrzała się, by sprawdzić, czy mężczyzna z podwiniętymi dżinsami jeszcze stoi, ale zniknął równie cicho, jak się pojawił. Sama też już była gotowa iść. Stopy zesztywniały w zimnej wodzie. Z trudem usiadła, żeby włożyć buty. Nie miała przy sobie ręcznika, zawahała się przez chwilę, czy wciągnąć skarpetki, potem doszła do wniosku, że nie musi. Była na wakacjach nad morzem. Nie ma potrzeby nosić ani butów, ani skarpetek.

Niosła je w ręce, gdy ruszyła w kierunku domu. Szła blisko wody i nagle zauważyła duży kamień zakopany do połowy w piasku, kilka cali od miejsca, gdzie wczesnym rankiem docierała fala przypływu. Dziwne – pomyślała – wydawał się nie na swoim miejscu.

Kiedy podeszła bliżej, spostrzegła coś dziwnego w wyglądzie kamienia. Był zbyt gładki i podłużny. Gdy znalazła się jeszcze bliżej, zdała sobie sprawę, że to w ogóle nie jest kamień. Była to butelka, prawdopodobnie pozostawiona przez bezmyślnego turystę lub miejscowego nastolatka, który przyszedł nocą na plażę. Zerknęła przez ramię i spostrzegła kosz na śmieci przyczepiony do wieżyczki ratownika. Postanowiła zrobić dobry uczynek. Kiedy sięgnęła po butelkę, ze zdziwieniem spostrzegła, że jest zakorkowana. Podniosła ją i spojrzała pod światło. Zobaczyła w środku owinięty sznurkiem list.

Przez chwilę poczuła przyśpieszone bicie serca, ponieważ wróciły wspomnienia. Kiedy miała osiem lat i spędzała wakacje z rodzicami na Florydzie, wraz z inną dziewczynką wysłały morzem list, ale nigdy nie dostały odpowiedzi. List był prosty, zwyczajny, dziecinny. Po powrocie do domu przez kilka tygodni biegała do skrzynki pocztowej, mając nadzieję, że ktoś znalazł butelkę i odpowiedział na list. Kiedy odpowiedź nie nadeszła, poczuła rozczarowanie, potem wspomnienie zbladło i wreszcie zniknęło. Teraz starała się odtworzyć okoliczności towarzyszące temu wydarzeniu. Kto był z nią wtedy? Dziewczynka w jej wieku… Tracy?… Nie… Stacey?… Tak… Stacey! Miała na imię Stacey! Blondynka… Przyjechała z dziadkami na lato i… Tu pamięć zawiodła i Theresa, mimo wysiłków, już nic nie mogła sobie przypomnieć.

Spróbowała wyciągnąć korek, spodziewając się niemal, że to będzie ta sama butelka, którą kiedyś wrzuciła do wody, choć wiedziała, że to niemożliwe. Pewnie wysłało ją inne dziecko, a jeśli prosiło o odpowiedź, ona na pewno ją wyśle. Może wraz z małym podarunkiem i pocztówkami z Cape Cod.

Korek był głęboko wciśnięty, palce się ślizgały, gdy próbowała go wyciągnąć. Nie mogła go dobrze złapać. Wbiła krótkie paznokcie w widoczny fragment korka i powoli obróciła butelkę. Nic. Chwyciła drugą ręką i spróbowała jeszcze raz. Zacisnęła mocniej palce, włożyła butelkę między uda dla większego oporu i gdy już miała zrezygnować, korek drgnął. Z nową energią znowu zmieniła rękę… ścisnęła, obróciła butelkę bardzo powoli… korek był coraz bardziej widoczny… nagle wysunął się bez trudu do końca.

Odwróciła butelkę do góry nogami i ze zdziwieniem stwierdziła, że list niemal natychmiast wypadł. Pochyliła się, żeby go podnieść i zauważyła, że był ciasno zwinięty. Dlatego wysunął się tak łatwo.

Ostrożnie odwinęła sznurek i gdy rozłożyła list, rzucił się jej w oczy papier. Nie była to dziecięca papeteria, lecz drogi papier, gruby i solidny, z sylwetką płynącego żaglowca wytłoczoną w prawym górnym rogu. Papier był pomarszczony, wyglądał na stary, jakby przebywał w wodzie od stu lat.

Wstrzymała oddech. Może rzeczywiście był stary? Słyszała historie o butelkach wyrzucanych po stu latach na brzeg, może właśnie tak było w tym wypadku. Może znalazła prawdziwy skarb. Gdy spojrzała na pismo, zrozumiała, że się pomyliła. W górnym lewym rogu była data.

Dwudziesty drugi lipca 1997

Ponad trzy tygodnie temu.

Trzy tygodnie? Tylko tyle?

List był długi. Zajmował obie strony kartki i nie zauważyła, by jego autor oczekiwał odpowiedzi. Nigdzie nie było adresu ani numeru telefonu, ale sądziła, że dane mogły kryć się w treści listu.

Poczuła dreszcz emocji. Właśnie wtedy we wschodzącym słońcu Nowej Anglii po raz pierwszy przeczytała list, który miał odmienić jej życie.

Dwudziesty drugi lipca 1997

Moja najdroższa Catherine!

Tęsknię za Tobą, ukochana, tak jak zawsze, ale dzisiaj było mi bardzo ciężko, bo ocean śpiewał o naszym wspólnym życiu. Niemal czuję Twą obecność obok siebie i zapach dzikich kwiatów, które zawsze przypominały mi Ciebie. W tej chwili nic nie sprawia mi przyjemności. Coraz rzadziej mnie odwiedzasz i czasem mam wrażenie, jakby największa część mnie powoli odchodziła.

Mimo to próbuję. Nocą, gdy jestem sam, wzywam Cię, a w chwili gdy mój ból wydaje mi się największy, wciąż znajdujesz drogę, by do mnie wrócić. Zeszłej nocy we śnie zobaczyłem Cię na molo niedaleko Wrightsville Beach. Wiatr rozwiewa Twoje włosy, a w oczach odbija się światło zachodzącego słońca. Uderza mnie Twój widok. Opierasz się o reling. Jesteś piękna. Gdy Cię widzę, myślę, że takiego piękna nie zobaczę w nikim innym. Powoli zaczynam iść w Twoją stronę, a kiedy odwracasz się do mnie, spostrzegam, że inni też na Ciebie patrzą. „Znasz ją?” – pytają z zazdrością w głosie, a gdy uśmiechasz się do mnie, po prostu mówię im prawdę. „Lepiej niż własne serce”.

Zatrzymuję się przy Tobie i biorę Cię w ramiona. Za tą chwilą tęsknię najbardziej. Po to właśnie żyję, a kiedy odpowiadasz uściskiem, zatracam się wtedy i znowu odzyskuję spokój.

Unoszę dłoń i delikatnie dotykam Twojego policzka. Pochylasz głowę i zamykasz oczy. Moja dłoń jest twarda, a twoja skóra miękka i zastanawiam się przez chwilę, czy nie odsuniesz się ode mnie, ale Ty tego nie robisz. Nigdy nie odsunęłaś się ode mnie, właśnie w takich chwilach wiem, po co żyję.

Jestem tutaj, by Cię kochać, trzymać w ramionach, chronić. Jestem tutaj, by uczyć się od Ciebie i otrzymywać Twą miłość. Jestem tutaj, bo nie ma innego miejsca, w którym miałbym być.

Ale wtedy, jak zawsze, gdy stoimy blisko siebie, zaczyna się zbierać mgła. Ta mgła ściele się daleko na horyzoncie. Ogarnia mnie lęk, gdy nadchodzi. Powoli pełznie, zakrywa świat wokół nas, otacza, jakby chciała zapobiec naszej ucieczce. Jak tocząca się chmura zasłania wszystko, zamyka, aż zostajemy tylko we dwoje.

Czuję, jak krtań się zaciska, z oczu płyną mi łzy, bo wiem, że musisz odejść. Prześladuje mnie spojrzenie, którym mnie obrzucasz. Czuję Twój smutek i własną samotność, a ból w moim sercu, uciszony na krótką chwilę, teraz staje się jeszcze silniejszy, gdy wysuwasz się z moich objęć. Rozkładasz ramiona i wstępujesz w mgłę, bo tam jest Twoje miejsce, lecz nie moje. Pragnę iść za Tobą, ale kręcisz głową, ponieważ oboje wiemy, że to niemożliwe.

Patrzę z rozdartym sercem, jak powoli znikasz. Próbuję zapamiętać wszystko dokładnie, próbuję zapamiętać Ciebie. Wkrótce, zbyt szybko, Twój wizerunek znika, mgła odsuwa się gdzieś daleko i stoję sam na molo. Nie obchodzi mnie, co sobie pomyślą inni, pochylam głowę i płaczę, płaczę, płaczę.

Garrett

Rozdział 2

– Płakałaś? – spytała Deanna, gdy Theresa weszła na ganek, niosąc butelkę i list. W pośpiechu zapomniała wyrzucić butelkę.

Theresa poczuła się zawstydzona i otarła oczy. Przyjaciółka odłożyła gazetę i wstała z krzesła. Odkąd Theresa ją pamiętała, miała nadwagę, a mimo to poruszała się zwinnie. Ominęła stolik i podeszła, patrząc na nią z troską.

– Dobrze się czujesz? Co stało się na plaży? Coś sobie zrobiłaś? – sięgnęła po dłoń Theresy i ujęła ją w swoją.

Theresa pokręciła głową.

– Nie, nic się nie stało. Tylko znalazłam ten list… Nie wiem, jak go przeczytałam, nie mogłam się opanować.

– List? Jaki list? Jesteś pewna, że dobrze się czujesz? – zadając pytania, Deanna energicznie machała ręką.

– Nic mi nie jest, naprawdę. List był w butelce. Znalazłam ją na plaży. Kiedy otworzyłam i przeczytałam… – Zamilkła.

– Och, to dobrze. Przez chwilę myślałam, że stało się coś złego, że ktoś cię zaatakował lub coś podobnego.

 

Theresa odgarnęła kosmyk włosów z twarzy i uśmiechnęła się, widząc zatroskanie na twarzy przyjaciółki.

– Nie, po prostu wzruszył mnie list. Wiem, że to głupie. Nie powinnam tak ulegać emocjom. Przepraszam, że cię przestraszyłam.

– To nic – odparła Deanna, wzruszając ramionami. – Nie masz za co przepraszać. Cieszę się, że nic ci się nie stało. – Zawahała się na chwilę. – Mówiłaś, że płakałaś z powodu listu? Dlaczego? Co w nim wyczytałaś?

Theresa otarła oczy, podała list Deannie i podeszła do kutego żelaznego stolika. Czuła się trochę zażenowana, że płakała, i starała się teraz opanować.

Deanna powoli przeczytała list. Skończyła i uniosła głowę. Spojrzała na Theresę. W oczach miała łzy.

– To takie… piękne – odezwała się w końcu Deanna. – Najbardziej wzruszający list, jaki w życiu czytałam.

– Też tak pomyślałam.

– Znalazłaś go na plaży? Kiedy biegałaś?

Theresa kiwnęła głową.

– Nie wiem, jak to się stało, że butelka znalazła się na brzegu. Zatoka jest oddzielona od reszty oceanu. Poza tym nigdy nie słyszałam o Wrightsville Beach.

– Ja też, ale wydaje mi się, że fale wyrzuciły butelkę zaledwie wczoraj. Prawie ją ominęłam, nim zauważyłam, co to jest.

Deanna przesunęła palcem po kartce i umilkła.

– Zastanawiam się, kim jest i dlaczego wrzucił list do butelki?

– Nie wiem.

– Nie jesteś ciekawa?

Theresa była bardzo ciekawa. Przeczytała list po raz drugi, a potem trzeci. Jak by to było – zastanawiała się – gdyby ją ktoś tak kochał?

– Trochę. Co z tego? Nigdy się nie dowiemy.

– Co masz zamiar z tym zrobić?

– Chyba zatrzymam. Jeszcze się nad tym nie zastanawiałam.

– Hm – mruknęła Deanna z tajemniczym uśmiechem i spytała: – Jak ci się biegało?

Theresa małymi łykami popijała sok.

– Dobrze. Słońce było niezwykłe tuż po wschodzie, jakby cały świat świecił.

– Kręciło ci się w głowie z braku tlenu. To wpływ biegania.

Theresa uśmiechnęła się z rozbawieniem.

– Rozumiem, że nie pobiegasz ze mną w tym tygodniu.

Deanna wyciągnęła rękę po filiżankę kawy i spojrzała na przyjaciółkę z powątpiewaniem.

– W żadnym wypadku. Gimnastykę ograniczam do czyszczenia dywanów w każdy weekend. Wyobrażasz sobie mnie, jak pocę się i dyszę? Pewnie dostałabym ataku serca.

– Bieg doskonale odświeża, jak już się przyzwyczaisz.

– Być może tak jest, ale nie jestem młoda i chuda jak ty. Pamiętam, że ostatni raz biegłam, kiedy byłam dzieckiem i pies sąsiadów uciekł im z podwórka. Biegłam tak szybko, że o mało co nie zlałam się w majtki.

Theresa wybuchnęła śmiechem.

– Jakie mamy plany na dziś?

– Myślałam, że mogłybyśmy pojechać po zakupy i zjeść lunch w miasteczku. Co o tym sądzisz?

– Miałam nadzieję, że to zaproponujesz.

Rozmawiały przez chwilę, dokąd mogłyby pójść. Potem Deanna wstała i weszła do mieszkania po następną filiżankę kawy. Theresa odprowadziła ją wzrokiem.

Deanna miała pięćdziesiąt osiem lat, okrągłą twarz i siwiejące włosy. Obcinała je krótko, ubierała się bez zbytniej próżności i była zdaniem Theresy najlepszą osobą, jaką znała. Interesowały ją muzyka i sztuka. W redakcji często było słychać muzykę – Mozarta i Beethovena – która dochodziła z jej gabinetu i mieszała się z odgłosami charakterystycznymi dla sali pełnej dziennikarzy. Żyła w świecie optymizmu i pogody. Podziwiali ją i uwielbiali wszyscy znajomi.

Deanna wróciła do stolika, usiadła i popatrzyła na zatokę.

– Czyż nie jest to najpiękniejsze miejsce na ziemi?

– Jest. Cieszę się, że mnie zaprosiłaś.

– Tego ci było trzeba. Zostałabyś zupełnie sama.

– Mówisz jak moja mama.

– Uważam to za komplement.

Deanna wyciągnęła rękę i wzięła list. Raz jeszcze przeczytała go i uniosła brwi, ale nic nie powiedziała. Theresie wydawało się, że list wywołał jakieś wspomnienie.

– O co chodzi?

– Zastanawiałam się… – zaczęła spokojnie.

– Nad czym?

– Kiedy weszłam do mieszkania, zaczęłam myśleć o liście. Zastanawiałam się, czy nie powinniśmy o tym napisać w tym tygodniu.

– O czym mówisz?

Deanna pochyliła się nad stołem.

– Właśnie powiedziałam. Uważam, że powinniśmy w tym tygodniu zamieścić list. Jestem pewna, że wiele osób z chęcią go przeczyta. Jest naprawdę niezwykły. Od czasu do czasu ludzie potrzebują przeczytać coś tak wzruszającego. Potrafię sobie wyobrazić setki kobiet wycinające list z gazety i przyklejające do lodówki, aby mężowie zobaczyli go po powrocie z pracy.

– Nawet nie wiemy, kim jest autor. Nie sądzisz, że najpierw powinniśmy uzyskać jego zgodę?

– Właśnie o to chodzi. Nie możemy. Porozmawiam z prawnikiem, ale jestem pewna, że to zgodne z prawem. Nie podamy ich prawdziwych imion i dopóki nie przypiszemy sobie autorstwa i nie będziemy chcieli się dowiedzieć, skąd pochodzi list, nie powinno być kłopotów.

– Wiem, że prawdopodobnie byłoby to legalne, ale nie jestem przekonana czy właściwe. To bardzo osobisty list. Nie jestem pewna, czy powinno się go rozpowszechniać, żeby wszyscy go przeczytali.

– To zwykłe ludzkie sprawy, Thereso. Czytelnicy uwielbiają takie rzeczy. Poza tym w tym liście nie ma nic zawstydzającego. To piękny list. Pamiętaj, że ten Garrett wysłał go w butelce. Musiał wiedzieć, że fale wyrzucą go gdzieś na brzeg.

Theresa pokręciła głową.

– Nie wiem, Deanna.

– Pomyśl o tym. Prześpij się z tym, jeśli musisz. Uważam, że to świetny pomysł.

*

Theresa myślała o liście, rozbierając się i wchodząc pod prysznic. O mężczyźnie, który go napisał – o Garretcie, jeśli rzeczywiście tak się nazywał. A kim, jeśli istniała, była Catherine? Oczywiście kochanką lub żoną, ale już jej nie było przy nim. Czy umarła, czy zrobiła coś, co ich rozdzieliło? Dlaczego list włożono do butelki i wrzucono do oceanu? To wszystko było takie dziwne. Nagle przyszło jej do głowy, że list może nie mieć po prostu żadnego znaczenia. Jego autorem mógł być ktoś, kto chciał napisać list miłosny, ale nie miał do kogo. Mógł go wysłać ktoś, kogo niezdrowo podniecało zmuszanie do płaczu samotnych kobiet na dalekich plażach. Po chwili doszła do wniosku, że wszystkie te rozwiązania są mało prawdopodobne. List wyraźnie powstał z potrzeby serca. I pomyśleć, że napisał go mężczyzna! Nigdy nie otrzymała listu choćby podobnego do tego z butelki. Zawsze wzruszające wyznania przychodziły na kartkach pocztowych. David nigdy nie lubił pisać, tak jak ci wszyscy, z którymi się spotykała. Jaki jest ten mężczyzna? Czy rzeczywiście taki czuły, jak sugeruje list?

Namydliła i wypłukała włosy, a pytania uciekły z głowy, gdy chłodna woda spływała po jej ciele. Umyła resztę ciała myjką i mydłem nawilżającym, spędziła pod prysznicem więcej czasu, niż musiała, aż wreszcie wyszła z kabiny.

Wycierając się, obejrzała się w lustrze. Nieźle jak na trzydzieści sześć lat i dorastającego syna – stwierdziła w duchu. Zawsze miała małe piersi i chociaż bardzo ją to martwiło, gdy była młodsza, teraz była zadowolona, bo nie zaczęły obwisać jak u innych kobiet w jej wieku. Miała płaski brzuch, nogi długie i smukłe po latach ćwiczeń. Kurze łapki w kącikach oczu nie były jeszcze zbyt widoczne, chociaż to nie miało dla niej żadnego znaczenia. Tego ranka była zadowolona ze swojego wyglądu, wakacjom przypisała tę niezwykłą dla niej akceptację siebie.

Po nałożeniu delikatnego makijażu ubrała się w beżowe szorty, białą bluzkę bez rękawów i brązowe sandały. Wiedziała, że za godzinę będzie parno i upalnie, a chciała się czuć swobodnie, spacerując po Provincetown. Wyjrzała przez okno w łazience. Zauważyła, że słońce wzeszło jeszcze wyżej. Postanowiła posmarować się kremem z filtrem ochronnym. Jeśli tego nie zrobi, narazi się na oparzenie i zepsuje sobie pobyt nad morzem.

Na zewnątrz, na ganku, Deanna postawiła na stole śniadanie: melona i grejpfruta oraz przypieczone rogaliki. Usiadła i posmarowała rogaliki serkiem z niską zawartością tłuszczu. Znowu była na diecie. Rozmawiały dłuższą chwilę. Brian poszedł na golfa, jak robił to codziennie przez cały tydzień. Musiał wychodzić wcześnie rano, ponieważ brał leki, które, jak powiedziała Deanna, robiły straszne rzeczy ze skórą, jeśli za długo przebywał na słońcu.

Brian i Deanna spędzili ze sobą trzydzieści sześć lat. Pokochali się w college’u, pobrali latem po dyplomie. W tym samym czasie Brian przyjął posadę w firmie audytorskiej w centrum Bostonu, a osiem lat później został w niej wspólnikiem. Kupili wygodny dom w Brookline, gdzie mieszkali samotnie przez ostatnie dwadzieścia osiem lat.

Chcieli mieć dzieci, jednak przez pierwsze sześć lat małżeństwa Deanna nie zaszła w ciążę. Poszli do ginekologa i okazało się, że Deanna ma niedrożne jajowody. Przez kilka lat zabiegali o możliwość adoptowania dziecka, ale lista oczekujących zdawała się nie mieć końca. Wreszcie stracili nadzieję. Potem, jak kiedyś Deanna zwierzyła się Theresie, nadeszły mroczne lata ich małżeństwa, które omal się nie rozpadło. Jednak ich przywiązanie do siebie, choć doznało wstrząsu, przetrwało. Deanna wróciła do pracy, by wypełnić pustkę w życiu. Zaczynała w „Boston Times”, w czasach gdy kobiety rzadko pracowały w gazetach. Stopniowo wspinała się po szczeblach kariery. Przed dziesięciu laty została redaktorem naczelnym i zaczęła brać pod swoje opiekuńcze skrzydła młode dziennikarki. Theresa była jej pierwszą uczennicą.

Deanna poszła na górę wziąć prysznic. Theresa przejrzała pobieżnie gazetę i spojrzała na zegarek. Wstała i podeszła do telefonu. Wykręciła numer Davida. W Kalifornii było jeszcze wcześnie, około siódmej, ale wiedziała, że cała rodzina już wstała. Kevin natomiast zawsze budził się o świcie. Krążyła przez chwilę, zanim po kilku dzwonkach Annette podniosła słuchawkę. Usłyszała grający telewizor i płacz dziecka.

– Cześć! Mówi Theresa. Jest w pobliżu Kevin?

– Och, cześć! Oczywiście, że jest. Poczekaj chwilkę. Słuchawka stuknęła o blat. Theresa usłyszała, jak Annette woła:

– Kevin, do ciebie. Dzwoni Theresa.

To, że nie nazwała jej mamą, zabolało bardziej, niż się spodziewała, ale nie miała czasu, aby się tym dręczyć. Kevin zadyszany podniósł słuchawkę.

– Cześć, mamo! Jak się masz? Jak tam wakacje?

Mówił dziecinnym, cienkim głosikiem, ale Theresa wiedziała, że to tylko kwestia czasu, a się zmieni. Na dźwięk jego głosu poczuła się samotna.

– Jest pięknie, ale przyjechałam dopiero wczoraj wieczorem. Jeszcze nic nie robiłam. Trochę biegałam dziś rano.

– Dużo ludzi było na plaży?

– Nie, ale widziałam kilka osób idących nad morze, gdy kończyłam bieg. Kiedy wyruszacie z tatą?

– Za dwa dni. Urlop zaczyna mu się w poniedziałek, wtedy wyjedziemy. Teraz szykuje się do pracy, bo musi coś zrobić, żeby móc spokojnie wyjechać. Chcesz z nim porozmawiać?

– Nie, nie muszę. Zadzwoniłam, bo chciałam ci życzyć dobrej zabawy.

– Będzie świetnie. Widziałem reklamówkę tej wyprawy rzeką. Niektóre z bystrzyn wyglądają naprawdę fantastycznie.

– Uważaj na siebie.

– Mamo, nie jestem dzieckiem.

– Wiem. Tylko obiecaj to staroświeckiej matce.

– Dobrze, obiecuję. Cały czas będę miał na sobie kamizelkę ratunkową. – Zawahał się chwilę. – Wiesz, nie będziemy mieli telefonu, więc do mojego powrotu nie usłyszymy się.

– Domyślałam się tego. Powinieneś mieć niezłą zabawę.

– Będzie super. Żałuję, że nie możesz z nami pojechać. Byłoby świetnie.

Zamknęła na chwilę oczy. Tej sztuczki nauczył ją psychoterapeuta. Za każdym razem, gdy Kevin wspomniał o byciu razem we troje, starała się pilnować, aby nie powiedzieć czegoś, czego później mogłaby żałować. Jej głos zabrzmiał na tyle optymistycznie, na ile było ją stać.

– Powinieneś spędzić trochę czasu tylko z twoim tatą. Wiem, że bardzo za tobą tęsknił. Macie trochę do nadrobienia i cieszył się na tę wyprawę równie długo jak ty. – Nie było to takie trudne – pomyślała.

– Powiedział ci to?

– Tak, kilkakrotnie.

Kevin umilkł.

– Będę za tobą tęsknił, mamo. Czy mogę do ciebie zadzwonić zaraz po powrocie, by opowiedzieć ci o wyprawie?

– Oczywiście. Możesz do mnie zadzwonić, kiedy zechcesz. Chcę usłyszeć o wszystkim. Kocham cię, Kevinie.

– Ja ciebie też, mamo.

Odłożyła słuchawkę, czując jednocześnie radość i smutek, jak zwykle, gdy rozmawiała przez telefon z Kevinem, wtedy kiedy był u Davida.

– Kto to był? – spytała Deanna za jej plecami. Zeszła po schodach. Miała na sobie żółtą bluzkę w tygrysie paski, czerwone szorty, białe skarpetki i na nogach reeboki. Jej strój krzyczał: Jestem turystką! Theresa z trudem opanowała wybuch śmiechu.

 

– Rozmawiałam z Kevinem.

– Wszystko u niego w porządku?

Deanna otworzyła szafkę i dla uzupełnienia stroju wzięła aparat fotograficzny.

– Tak. Wyjeżdża za dwa dni.

– To dobrze. – Zawiesiła aparat na szyi. – Skoro to mamy z głowy, musimy zrobić jakieś zakupy. Powinnaś wyglądać jak zupełnie nowa kobieta.

*

Zakupy z Deanną były niezwykłym doświadczeniem.

W Provincetown spędziły poranek i wczesne popołudnie. Theresa zdążyła kupić trzy nowe zestawy i kostium kąpielowy, zanim Deanna zaciągnęła ją do sklepu z bielizną o wdzięcznej nazwie Słowik.

Deannę ogarnęło szaleństwo zakupów. Nie dla siebie oczywiście, lecz dla Theresy. Ściągała z wieszaka koronkowe przezroczyste majteczki i pasujący do nich biustonosz, potem podnosiła, żeby Theresa mogła je ocenić.

– To wygląda fantastycznie – mówiła. Albo: – Jeszcze nie masz nic w tym kolorze, prawda?

Oczywiście mówiła to, nie zważając na obecność innych, a Theresa nie mogła powstrzymać się od śmiechu. Podziwiała w przyjaciółce właśnie brak zahamowań. Nie obchodziło jej, co inni sobie pomyślą, a Theresa czasem żałowała, że nie jest do niej podobna.

Skorzystała z dwóch propozycji Deanny – w końcu była na wakacjach – i poszły dalej. W sklepie muzycznym przyjaciółka chciała kupić najnowszą płytę Harry’ego Connicka juniora.

– Jest świetny – wyjaśniła. Theresa wybrała płytę jazzową z wcześniejszymi nagraniami Johna Coltrane’a. Kiedy wróciły do domu, zastały Briana w saloniku. Czytał gazetę.

– Witajcie. Już zaczynałem się o was martwić. Jak wam minął dzień?

– Dobrze – odpowiedziała Deanna. – Zjadłyśmy lunch w Provincetown, potem poszłyśmy na zakupy. Jak ci się dzisiaj grało?

– Całkiem nieźle. Gdyby nie dodatkowe uderzenia na ostatnich dwóch dołkach, miałbym tylko osiemdziesiąt punktów.

– Czyli musisz jeszcze trochę więcej pograć.

Brian roześmiał się głośno.

– Nie masz nic przeciw temu?

– Oczywiście, że nie.

Brian uśmiechnął się i zaszeleścił gazetą. Był zadowolony, że będzie mógł spędzić w tym tygodniu więcej czasu na polu golfowym. Deanna rozpoznała sygnał, że Brian chce wrócić do czytania, i szepnęła Theresie do ucha:

– Uwierz mi na słowo. Pozwól mężczyźnie zagrać w golfa, a nigdy nic go nie zdenerwuje.

*

Theresa zostawiła ich samych na resztę popołudnia. Było jeszcze ciepło. Przebrała się w nowy kostium kąpielowy, wzięła ręcznik, małe składane krzesełko, magazyn „People” i poszła na plażę.

Przekartkowała nieuważnie „People”, przeczytała pobieżnie jakiś artykuł. Nie interesowało jej wcale to, co przydarzyło się bogatym i sławnym. Wokół siebie słyszała głośny śmiech dzieci bawiących się w wodzie i napełniających kubełki piaskiem. W pobliżu widziała dwóch małych chłopców i mężczyznę, prawdopodobnie ich ojca. Budowali tuż przy wodzie zamek z piasku. Szum fal uderzających o brzeg uspokajał. Odłożyła pismo, zamknęła oczy i wystawiła twarz na słońce.

Chciała się trochę opalić przed powrotem do pracy tylko po to, by sprawić wrażenie, że wzięła sobie trochę wolnego, aby absolutnie nic nie robić. Nawet w redakcji uważano ją za osobę żyjącą w ciągłym pośpiechu. Gdy nie pisała tekstu do cotygodniowej kolumny, przygotowywała coś do wydania niedzielnego albo szukała informacji w Internecie lub też przeglądała magazyny o wychowywaniu dzieci. Zaprenumerowano dla niej ważniejsze czasopisma przeznaczone dla rodziców oraz wszystkie pisemka dziecięce, a także kolorowe magazyny dla pracujących kobiet. Ściągnęła również pisma medyczne i regularnie czytała je w poszukiwaniu tematów, które nadawałyby się do poruszenia w jej gazecie.

Tematu kolumny nigdy nie dało się do końca przewidzieć, być może dlatego odniosła taki sukces. Czasami Theresa odpowiadała na nadesłane pytania, kiedy indziej podawała najnowsze dane dotyczące rozwoju dziecka i tłumaczyła, co oznaczały. Często pisała o radości wychowywania dzieci, opisywała też czyhające na rodziców pułapki. Wspominała o trudnościach samotnego macierzyństwa. Ten problem poruszał serce wielu bostońskich kobiet. Nieoczekiwanie dla siebie Theresa stała się na swój sposób znana. Zarówno widok własnego zdjęcia nad tekstem, jak i zaproszenia na prywatne przyjęcia nadal sprawiały jej zadowolenie, ale tak naprawdę wcale nie miała czasu, by się z tego cieszyć. Uważała swój lokalny rozgłos za jeszcze jeden element pracy – miły, ale właściwie bez znaczenia.

Po godzinie w słońcu uświadomiła sobie, że jest jej gorąco, i powędrowała do wody. Weszła po biodra, a potem zanurzyła się cała w niewielkiej fali. Zachłysnęła się zimną wodą i z okrzykiem wysunęła głowę nad powierzchnię. Mężczyzna stojący obok zaśmiał się cicho.

– Orzeźwia, prawda? – spytał, a ona skinęła głową i skrzyżowała ramiona.

Był wysoki i miał ciemne włosy tej samej barwy co ona. Przez chwilę zastanawiała się, czy to początek flirtu. Jednak dzieci chlapiące się w pobliżu szybko rozwiały to złudzenie, wołając „Tato!”. Po kilku minutach chlapania się w wodzie wyszła i wróciła do krzesełka. Plaża pustoszała. Zebrała swoje rzeczy i ruszyła z powrotem.

W domu Brian oglądał golf w telewizji, Deanna czytała powieść ze zdjęciem młodego, przystojnego prawnika na okładce. Podniosła wzrok znad książki.

– Jak było na plaży?

– Świetnie. Słońce cudowne, ale woda zimna.

– Zupełnie nie rozumiem, jak można to znosić dłużej niż kilka minut.

Theresa powiesiła ręcznik na haczyku przy drzwiach. Rzuciła przez ramię:

– A jak książka?

Deanna obróciła książkę w rękach i zerknęła na okładkę.

– Fantastyczna. Przypomina Briana sprzed kilku lat.

– Co? – mruknął Brian, nie odrywając spojrzenia od telewizora.

– Nic, kochanie. Wspominam sobie. – Wróciła spojrzeniem do Theresy. W jej oczach pojawił się błysk.

– Masz ochotę na partyjkę remika?

Deanna uwielbiała grę w karty. Należała do dwóch klubów brydżowych, była prawdziwym mistrzem w tysiąca i zapisywała w notatniku każde zwycięstwo w samotnika. Z Theresą natomiast grała w remika, gdy tylko miały czas, ponieważ była to jedyna gra, w której Theresa miała szansę pokonać przyjaciółkę.

– Pewnie.

Deanna ochoczo założyła stronę w książce i wstała z fotela.

– Miałam nadzieję, że to powiesz. Karty są na stoliku na zewnątrz.

Theresa okręciła się ręcznikiem i zasiadła do stolika, przy którym jadły śniadanie. Deanna przyszła po chwili z dwiema puszkami dietetycznej coli i ulokowała się naprzeciw. Theresa wzięła karty, potasowała je i rozdała. Deanna zerknęła znad kart.

– Chyba się trochę opaliłaś. Słońce musiało nieźle przygrzewać.

Theresa układała karty.

– Było gorąco jak w piecu.

– Spotkałaś kogoś?

– Dlaczego pytasz?

– Mam po prostu nadzieję, że poznasz kogoś miłego.

– Ty jesteś miła.

– Wiesz, o co mi chodzi. Myślałam, że w tym tygodniu znajdziesz sobie mężczyznę. Takiego, którego widok sprawi, że zabraknie ci tchu.

Theresa spojrzała na nią ze zdumieniem.

– Skąd ci to przyszło do głowy?

– Może to przez słońce, ocean, wiatr. Nie wiem. Może to z powodu dodatkowego promieniowania wchłanianego przez mój mózg.

– Nie szukałam, Deanna.

– Nigdy?

– Nie bardzo.

– Aha.

– Nie rób z tego problemu. Od rozwodu nie upłynęło jeszcze dużo czasu.

Theresa położyła szóstkę karo, a Deanna pochwyciła ją i wyłożyła trójkę trefl. Przyjaciółka przemawiała do niej tym samym tonem, którego używała matka Theresy, gdy rozmawiały ze sobą na ten sam temat.

– To już prawie trzy lata. Nie masz kogoś, kogo przede mną ukrywasz?

– Nie.

– Nikogo?

Deanna wzięła kartę ze stosu i wyłożyła czwórkę kier.

– Nikogo. Nie chodzi tylko o mnie, przecież wiesz. Teraz naprawdę trudno kogoś poznać. Nie mam też zbyt dużo czasu na spotkania towarzyskie.

– Wiem o tym, naprawdę. Masz tyle do zaoferowania. Wierzę, że jest gdzieś ktoś przeznaczony specjalnie dla ciebie.