Rynek i ratuszTekst

Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

7

Rozmaitość sieci

Gdyby struktury wszystkich sieci społecznościowych były takie same, żylibyśmy w zupełnie innym świecie. Na przykład świat, w którym węzły byłyby ze sobą połączone całkowicie przypadkowo – tak że liczba krawędzi przypadających na jeden węzeł układałaby się w normalnych okolicznościach według krzywej dzwonowej – miałby wprawdzie pewne cechy „małego świata”, ale nie wyglądałby wcale jak świat, który dobrze znamy[13*]. Dzieje się tak dlatego, że bardzo wiele sieci istniejących w rzeczywistości posiada rozkład zgodny z zasadą Pareta, to jest mają one więcej węzłów z bardzo dużą liczbą krawędzi i więcej węzłów z bardzo niewieloma krawędziami niż w typowej sieci przypadkowej. Jest to pewna wariacja na temat prawidłowości określonej przez socjologa Roberta K. Mertona mianem „teorematu Mateusza”, od fragmentu Ewangelii według św. Mateusza: „Każdemu bowiem, kto ma, będzie dane i obfitować będzie, a temu, kto nie ma, zostanie zabrane i to, co ma”[14*]. W nauce jeden sukces prowadzi do kolejnego sukcesu: temu, kto był już nagradzany, „będą dane” kolejne nagrody i wyróżnienia. Podobne zjawisko wydaje się zachodzić w odniesieniu do powodzenia i bogactwa, jakie zdobywają sobie słynni ludzie[1]. Ta sama prawidłowość dotyczy też sieci. Wiele z nich, zwłaszcza tych wielkich, rozwija się w ten sposób, że przy węzłach przybywa nowych krawędzi proporcjonalnie do liczby tych, które już się tam znajdowały (można powiedzieć, że nowe krawędzie zyskują te będące w lepszej „kondycji”). Owa ekspansja odbywa się zatem na zasadzie tak zwanego uprzywilejowanego przyłączania (preferential attachment). Odkrycia tego dokonali fizycy Albert-László Barabási i Réka Albert, którzy jako pierwsi zasugerowali, że w świecie rzeczywistym większość sieci może podlegać silnym (potęgowym) prawom rozkładu albo też – inaczej rzecz ujmując – może mieć charakter „bezskalowy”[15*]. W miarę jak tego rodzaju sieci ewoluują, kilka wybranych węzłów staje się „łącznikami” dysponującymi znacznie większą liczbą krawędzi od pozostałych[2]. Nie brak doprawdy przykładów tego rodzaju sieci, poczynając od zarządów firm z listy Fortune 1000 przez cytowania w poważnych czasopismach naukowych aż po linki do i od stron internetowych[3]. Jak stwierdził Barabási: „Istnieje pewna hierarchia połączeń, która utrzymuje spoistość tych sieci. Najpierw jest gęsto połączony węzeł, po którym następuje kilka węzłów połączonych ze sobą już nieco luźniej, a wreszcie mamy dziesiątki jeszcze mniejszych węzłów. Nie ma tu żadnego centralnego węzła, który tkwiłby niczym pająk pośrodku sieci, kontrolując i monitorując każde połączenie i każdy węzeł. Nie istnieje przeto żaden pojedynczy węzeł, którego usunięcie mogłoby doprowadzić do rozpadu całej sieci. Sieć bezskalowa to sieć pajęcza bez pająka”[4].

W najbardziej skrajnym przypadku (z kategorii „zwycięzca bierze wszystko”) węzeł będący w najlepszej „kondycji” skupia wokół siebie wszystkie albo prawie wszystkie połączenia. Częściej spotyka się jednak model „dobra kondycja pozwala się bogacić”, w którym „za gęsto połączonym węzłem [znajduje się] w bezpośredniej bliskości kilka kolejnych mniej połączonych, a za nimi są dziesiątki jeszcze mniejszych węzłów”[5]. Można też spotkać inne, pośrednie modele struktur sieciowych, na przykład sieci przyjaźni wśród amerykańskich nastolatków nie są ani przypadkowe, ani bezskalowe[6].

W sieci przypadkowej, jak wykazali to już dawno temu Erdös i Rényi, każdy węzeł ma w przybliżeniu taką samą liczbę połączeń jak inne węzły. Najlepszym przykładem takiej struktury z rzeczywistego świata byłby może ogólnokrajowy amerykański system autostradowy, w którym każde główne miasto dysponuje z grubsza taką samą liczbą autostrad łączących je z innymi miastami. Z kolei dobrym przykładem sieci bezskalowej byłby amerykański model ruchu powietrznego, w którym duża liczba niewielkich lotnisk łączy się z mniejszą liczbą lotnisk średniej wielkości, a te z kolei mają połączenia z kilkoma wielkimi i ruchliwymi portami lotniczymi. Inne sieci są często nawet bardziej scentralizowane, co niekoniecznie musi oznaczać, że są bezskalowe.

Jedną z dróg prowadzących do zrozumienia tragedii, jaka rozgrywa się na kartach Hamleta Szekspira, jest nakreślenie sieci zależności między bohaterami tej sztuki, która wykaże, że Hamlet i jego stryj Klaudiusz mają zdecydowanie największą centralność stopnia (to jest największą liczbę krawędzi, zob. ilustracja 7).

Przyjrzyjmy się teraz rozmaitym sposobom, w jakie dana sieć może się różnić od wersji przypadkowej (zob. ilustracja 8). Sieci mogą być skrajnie deterministyczne i wysoce nieprzypadkowe, jak struktura kryształu albo kratownica, w których każdy węzeł ma tę samą liczbę krawędzi (w lewym dolnym rogu). Mogą być również modułowe – oznacza to, że da się je podzielić na pewną liczbę osobnych skupisk, które jednak są ze sobą połączone kilkoma spajającymi je krawędziami (w prawym dolnym rogu). Wreszcie mogą być heterogenne – każdy ich węzeł znacznie różni się wtedy od pozostałych pod względem centralności – jak choćby bezskalowe sieci charakterystyczne dla społeczności internetowych (w lewym górnym rogu). Niektóre sieci są zarówno hierarchiczne, jak i modułowe; mowa tu choćby o złożonych systemach genetycznych regulujących metabolizm, w których pewne podsystemy znajdują się pod kontrolą innych (w prawym górnym rogu)[7].

7. Sieć prosta, lecz tragiczna: Hamlet Szekspira. Hamlet góruje tu pod względem centralności stopnia (16, w porównaniu do 13 u Klaudiusza). „Strefa śmierci” w sztuce obejmuje bohaterów połączonych zarówno z Hamletem, jak i z Klaudiuszem.

Plik w większej rozdzielczości do zobaczenia tutaj.

8. Rozmaitość sieci (BS: bezskalowe; ER: Erdös–Rényi, tj. przypadkowe).

Plik w większej rozdzielczości do zobaczenia tutaj.

Widzimy teraz wyraźnie, że nie dość, że hierarchia nie jest strukturą opozycyjną wobec sieci, to jeszcze jest wręcz specyficznym rodzajem sieci. Jak pokazuje wykres zamieszczony na ilustracji 9, krawędzie w „idealnej” sieci hierarchicznej układają się w bardzo regularny wzór, podobny nieco do odwróconego drzewa (czy raczej do jego korzeni). Aby skonstruować sieć hierarchiczną, należy zacząć od węzła u samego szczytu, a następnie dodać pewną liczbę węzłów podporządkowanych. Konsekwentnie każdy z węzłów podporządkowanych otrzymuje kolejno taką samą liczbę węzłów niższego szczebla, i tak dalej, i tak dalej. Kluczowe jest dodawanie węzłów zawsze w dół, bez łączenia ich poziomo. Sieci konstruowane w ten sposób mają pewne specyficzne cechy. Po pierwsze, brak w nich cykliczności, to jest nie istnieje żadna ścieżka, która prowadziłaby od dowolnego węzła z powrotem do niego samego. Pomiędzy dwoma dowolnymi węzłami mamy tylko jedno połączenie, co zapobiega jakimkolwiek niejasnościom w zakresie podległości czy komunikacji. Ale co naprawdę ważne, największą centralność pośrednictwa i bliskości posiada zawsze najwyższy węzeł – oznacza to, że cały system zaprojektowany jest w taki sposób, by zapewnić temu właśnie węzłowi maksymalną zdolność zarówno do pozyskiwania, jak i do kontrolowania informacji. Jak zobaczymy, niewielu strukturom hierarchicznym udaje się osiągnąć aż tak totalną kontrolę nad przepływem informacji, choć Związek Sowiecki za czasów Stalina był już o krok od tego celu. W praktyce większość organizacji ma charakter jedynie częściowo hierarchiczny, zupełnie jak pewne „kooperatywne hierarchie” występujące w świecie naturalnym[8]. Mimo to w sensie logicznym warto postrzegać hierarchie w stanie czystym jako swego rodzaju opozycję do stanu „przypadkowości”, gdyż dążą one do wykluczenia nieograniczonego łączenia się wszystkich ze wszystkimi, tak charakterystycznego dla sieci, a już zwłaszcza eliminują tworzenie odrębnych i niezależnych skupisk.

9. Hierarchia: specyficzny rodzaj sieci. W przykładzie pokazanym powyżej węzeł u szczytu ma największą centralność pośrednictwa i bliskości. Inne węzły mogą komunikować się z większością pozostałych jedynie za pośrednictwem tego jednego nadrzędnego węzła.

Zaprezentowanych tu różnych odmian sieci nie należy w żadnym razie postrzegać jako kategorii zamkniętych i statycznych. Sieci rzadko powstają raz na zawsze i pozostają niezmienione przez dłuższy czas. Wielkie sieci to złożone systemy, dysponujące „właściwościami kształtowania się” – to jest tendencją do tworzenia wciąż nowych struktur, wzorów i właściwości, co przejawia się następującymi jeden po drugim „okresami przejściowymi”, których nadejścia i przebiegu nie sposób przewidzieć. Jak zobaczymy, sieć z pozoru przypadkowa może przekształcić się z zadziwiającą prędkością w strukturę hierarchiczną. Liczba etapów, która dzieli rewolucyjne masy od państwa totalitarnego, bywa – jak wykazała to już nie raz historia – zaskakująco niewielka. Na tej samej zasadzie również pozornie sztywne i niewzruszone struktury porządku hierarchicznego mogą zdumiewająco szybko ulec dezintegracji[9]. Dla żadnego badacza sieci nie jest to zaskoczeniem. Wiemy już dziś, że przypadkowe dodanie choćby bardzo niewielkiej liczby nowych krawędzi może diametralnie zmniejszyć współczynnik przeciętnego oddalenia między węzłami. Na wykresie zamieszczonym na ilustracji 9 nie musi się pojawić specjalnie wiele nowych krawędzi, by podważona została nieomal monopolistyczna pozycja nadrzędnego węzła w zakresie komunikacji. To wszystko pomaga zrozumieć, dlaczego wszyscy władcy i cesarze w historii tak bardzo zaprzątali sobie głowy spiskami. Kabały, kamaryle, komórki, kliki, koterie: te i im podobne terminy miały niezmiennie mroczne konotacje na dworze każdego monarchy. Dzierżący hierarchiczną władzę od zawsze niejasno przeczuwali, że wszelkie tendencje do fraternizowania się pośród ich poddanych mogą stanowić preludium do pałacowego przewrotu.

 

8

Kiedy sieci się spotykają

Ostatnim już wyzwaniem teoretycznym – a przy tym najważniejszym z punktu widzenia historyka – jest zgłębienie, w jaki sposób różne sieci wchodzą we wzajemne interakcje. Politolog John Padgett z zespołem zaproponowali tutaj zastosowanie analogii z dziedziny biochemii, ponieważ ich zdaniem zarówno innowacyjność, jak i inwencja na poziomie organizacyjnym są rezultatem interakcji pomiędzy sieciami, która przybiera trzy podstawowe formy: „transpozycji”, „refunkcjonalności” i „katalizacji”[1]. Pozostawiona sama sobie silna i prężna sieć społeczna będzie miała tendencję do opierania się zmianom w swoich regułach funkcjonowania i protokołach komunikacji. Dopiero wówczas, gdy taka sieć społeczna wraz ze swoimi wzorami zachowań zostanie przetransponowana z jednego kontekstu, by uzyskać refunkcjonalność w innym, może dojść w jej obrębie do innowacyjności, a nawet inwencji[2].

Jak zobaczymy, Padgett posłużył się tą teorią, by wyjaśnić zmiany w gospodarczej i społecznej strukturze Florencji w dobie Medyceuszy, kiedy to do polityki miasta włączone zostały kooperatywy bankierskie. Ma ona jednak niezaprzeczalnie o wiele szersze zastosowanie. Sieci okazują się ważne nie tylko jako mechanizmy przekazywania nowych idei, ale również jako ich źródła. Nie wszystkie sieci są wszakże w równym stopniu zdolne do generowania zmiany; wręcz przeciwnie, niektóre gęste i ciasno skupione sieci mają nawet tendencję do opierania się wszelkim przeobrażeniom. Za to punkt styczności między różnymi sieciami może łatwo stać się miejscem, w którym pojawia się jakaś nowa jakość[3]. Pytanie brzmi: jaka jest natura takiego punktu styczności? Sieci potrafią się spotykać i mieszać ze sobą w sposób przyjazny, ale mogą też atakować jedna drugą, jak to się działo wówczas, gdy wywiad sowiecki z powodzeniem penetrował elitarne sieci studenckie na Uniwersytecie w Cambridge w latach trzydziestych XX wieku (więcej na ten temat w dalszej części książki). W wypadku takich nieprzyjaznych starć o ich wyniku decydują względne siły i słabości rywalizujących ze sobą sieci. Jaka jest ich zdolność przystosowania się i odporność na wpływy zewnętrzne? Jak bardzo podatne są one na zarażenie potencjalnie wywrotowymi ideami? W jakim stopniu zależą od jednego albo kilku „superwęzłów”, których zniszczenie albo przejęcie może znacząco zagrozić stabilności całej sieci? Barabási i jego koledzy przeprowadzali symulowane ataki na sieci bezskalowe, w wyniku czego odkryli, że mogą one przetrzymać utratę dużej części węzłów, a nawet pojedynczego superwęzła. Ale już zmasowany atak na kilka takich superwęzłów jednocześnie może doprowadzić do całkowitego rozpadu sieci[4]. Dodatkowo, co brzmi jeszcze bardziej dramatycznie, dowolną sieć bezskalową można z dużą łatwością doprowadzić do upadku za pomocą zaraźliwego wirusa zaprogramowanego na niszczenie węzłów[5].

Ale po co jedna sieć miałaby atakować jakąś inną, zamiast żyć z nią w przyjaźni, tworząc z nią połączenia? Odpowiedź brzmi: większość ataków na sieci społecznościowe nie jest wcale inicjowana przez inne sieci, ale jest zlecana, a przynajmniej umożliwiana przez struktury hierarchiczne. Dobry przykład to ingerencja Rosjan w amerykańskie wybory z 2016 roku. Według wywiadu USA (o czym była już wcześniej mowa) nastąpiła ona za wiedzą i zgodą samego prezydenta Putina, jednego z najbardziej niepodzielnie rządzących autokratów w całym współczesnym świecie. W dodatku kampania ta nie została wymierzona wyłącznie w komitet wyborczy Partii Demokratycznej, ale przeniknęła też do całego kompleksu medialnego funkcjonującego w Stanach Zjednoczonych. Jest to doskonała ilustracja fundamentalnej różnicy między sieciami a hierarchiami. Z powodu swojej stosunkowo zdecentralizowanej struktury, jak również ze względu na odwoływanie się do skupisk i słabych więzi, a wreszcie z uwagi na zdolność do adaptacji i ewoluowania, sieci przejawiają tendencję do większej kreatywności niż hierarchie. W ujęciu historycznym, jak wkrótce to zobaczymy, innowacje przychodziły raczej ze strony sieci, a rzadziej od struktur hierarchicznych. Problem polega na tym, że sieci nie da się tak łatwo zaprząc do realizacji wspólnego celu, „co wymaga koncentracji środków w przestrzeni i czasie za pośrednictwem dużych organizacji, takich jak armie, aparaty biurokratyczne, wielkie fabryki czy pionowo ustrukturyzowane korporacje”[6]. Owszem, sieci celują w spontanicznej kreatywności, ale nie ma ona charakteru strategicznego. Drugiej wojny światowej nie dałoby się wygrać za ich pomocą, choć oczywiście rozmaite świetnie rozwinięte sieci (np. skupiające fizyków atomowych czy kryptografów) odegrały w zwycięstwie aliantów bardzo ważną rolę. Problem zresztą nie tylko w tym, bo dodatkowo sieci są w równym stopniu skłonne rozprzestrzeniać i dobre, i złe idee. Jeśli chodzi o „zaraźliwość” społeczną, czyli powodowanie swoistych „lawin” idei, mogą przekazywać z dużą prędkością rozmaite życiowe mądrości, ale też rozsiewać fale paniki – tak samo łatwo udaje im się zaszczepić swoim użytkownikom nieszkodliwą manię fotografowania kociaków, co spowodować wybuch szaleństwa palenia czarownic na stosach.

Faktem jest, że współczesne sieci zaprojektowane są lepiej niż system połączeń energetycznych w USA w latach dziewięćdziesiątych XX wieku, który był tak niestabilny, że pojedyncza awaria na jakiejś peryferyjnej linii przesyłowej w zachodnim Oregonie mogła doprowadzić do wyłączenia setek kolejnych linii i przekaźników. Wiemy już jednak, że nawet najbardziej prężna sieć może stać się dysfunkcjonalna, w miarę jak będzie rosła i ewoluowała. Dobrym przykładem są tu tłumy i opóźnienia na głównych lotniskach amerykańskich, będące rezultatem rywalizowania linii lotniczych o dostęp do tych wielkich portów, co jednak skutkuje ich systematycznym zapychaniem się[7]. Pomijając już nawet możliwy atak na Internet, nie ma żadnych wątpliwości, że zmasowane uderzenie w amerykańską infrastrukturę energetyczną i transportową miałoby katastrofalne skutki dla jej spoistości. Jak zauważyła Amy Zegart, Stany Zjednoczone są zarazem najpotężniejszym i najbardziej bezbronnym aktorem w teatrze cyberwojny. Przestrzega ona: „Cyberzagrożenia jutra mogą obejmować obezwładnianie samochodów, którymi jeździmy, i samolotów, którymi latamy; mogą prowadzić do odcięcia dostaw prądu i wody dla miast na terenie całego kraju przez okresy kilku dni, tygodni, a nawet i dłuższe; mogą unieszkodliwiać naszą infrastrukturę militarną, a nawet zwracać naszą własną broń przeciwko nam samym”[8]. Mimo to Stany Zjednoczone „wydają się nie przyjmować do wiadomości podstawowych faktów na temat nowych cybertechnologii ani też naszej podatności na nie, nie mówiąc już o podejmowaniu niezbędnych środków w celu rozpoznania przyszłych ataków, zapobiegania im i obrony przed nimi”[9]. W maju 2017 roku epidemia spowodowana przez złośliwe „oprogramowanie szantażujące” WannaCry, które zakaziło setki tysięcy komputerów w stu pięćdziesięciu krajach przez zakodowanie ich twardych dysków tak, że można je było na powrót odkodować, jedynie płacąc określony „okup” w bitcoinach, wykazała bezbronność wobec takich bezprawnych ataków nie tylko państw europejskich, ale również – jak na ironię – Rosji.

Rzeczywistość wygląda tak, że faktycznie jest nam niezwykle trudno pojąć wszystkie implikacje olbrzymiego wzrostu sieci, jaki odbywa się obecnie. Na każdy artykuł wychwalający ich pozytywne skutki dla wzmacniania młodej i odzyskującej siły demokracji – jak w wypadku rewolucji w świecie arabskim z lat 2010–2012 – przypada inny, przestrzegający przed ich negatywnym wpływem przejawiającym się dopuszczaniem do głosu rozmaitych niebezpiecznych sił, na przykład politycznego islamu. Na każdą książkę prorokującą „osobliwość” polegającą na tym, że oto z Internetu wyłoni się jakiś „globalny mózg” czy też „planetarny superorganizm”[10], przypada inna, przewidująca nasz upadek i wyginięcie jako gatunku[11]. Anne-Marie Slaughter spodziewa się, że „Stany Zjednoczone i inne mocarstwa będą stopniowo dochodziły do złotego środka w dziedzinie kontroli nad sieciami: ani nazbyt skoncentrowanej, ani też nazbyt rozproszonej”, a zarazem wyczekuje pojawienia się „prostszego, szybszego i bardziej elastycznego systemu, który będzie działał tyleż na poziomie państw, co samych obywateli”[12]. Z kolei jeszcze przed wydarzeniami z pamiętnego 11 września 2001 roku Graham Allison szczerze wierzył, że Stany Zjednoczone zachowają swoją naturalną przewagę w świecie globalnych sieci[13]. Ale już Joshua Ramo zdradza o wiele mniejszy optymizm. „Prosta i niegdyś do wszystkich przemawiająca koncepcja, że połączenie oznacza wyzwolenie, jest z gruntu fałszywa – pisze. – Dziś połączyć się oznacza wniknąć w obszar potężnego i dynamicznego napięcia”. Powszechna wśród tradycyjnych przywódców nieumiejętność odnalezienia się w epoce sieciowej jest „powodem, dla którego [ich] legitymizacja (…) słabnie, przyczyną, dla której nasza wielka strategia jest niespójna, powodem, dla którego nasz wiek jest rzeczywiście rewolucyjny”. Jego zdaniem „fundamentalnym zagrożeniem dla amerykańskich interesów nie są ani Chiny, ani nawet Al-Kaida czy Iran. Jest nim ewolucja samej sieci”[14].

Pod jednym wszakże względem wydaje się panować pełen konsensus. Niewielu futurologów spodziewa się, by ustalone hierarchie – w tym zwłaszcza tradycyjne elity polityczne, ale również istniejące od dawna korporacje – miały w przyszłości radzić sobie jakoś szczególnie dobrze[15]. Wyjątkiem jest Francis Fukuyama, który argumentuje, że hierarchia zawsze musi ostatecznie uzyskać przewagę w tym sensie, że same sieci nie są w stanie zapewnić stabilnych instytucjonalnych ram dla rozwoju gospodarczego czy porządku politycznego. Jego zdaniem „struktura hierarchiczna (…) jest być może j e d y n y m sposobem, w jaki może się w ogóle zorganizować społeczeństwo charakteryzujące się niskim poziomem zaufania”[16]. Na przeciwnym biegunie sytuuje się z kolei obrazoburczy brytyjski działacz polityczny Dominic Cummings, który stawia hipotezę, że państwo przyszłości będzie musiało funkcjonować bardziej jak ludzki układ odpornościowy czy kolonia mrówek niż tradycyjnie pojmowane państwo – innymi słowy, bardziej jak sieć, dysponująca właściwościami samokształtowania się i zdolnością do samoorganizacji, bez odwoływania się do żadnych planów czy jakiegoś ośrodka centralnej koordynacji, a zamiast tego polegająca na probabilistycznym eksperymentowaniu, promowaniu sukcesu i odrzucaniu porażek, a wreszcie nabywaniu odporności, częściowo przez redundancję[17]. Możliwe jednak, że takie stanowisko nie docenia zarówno odporności starych hierarchii, jak i podatności na zagrożenia nowych sieci – nie wspominając już o ich potencjale powołania do życia zupełnie nowych struktur siłowych, których możliwości wydają się nawet większe od tych dobrze nam znanych z historii dwudziestowiecznych państw totalitarnych.