Rynek i ratuszTekst

Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Zwolenników teorii spiskowych i autorów literatury popularnej od dawna już pociąga koncepcja, wedle której to masoneria, jako działająca w ukryciu sieć, stała tak naprawdę za amerykańską rewolucją. Być może z tego właśnie powodu wątpliwości w tym względzie żywi też część szanowanych historyków. Z całą pewnością nie powinniśmy jednak wyolbrzymiać jednolitości w łonie kolonialnej masonerii. W bostońskich lożach znaleźli się też i lojaliści, tacy choćby jak Benjamin Hallowell, komisarz celny, czy jego brat Robert (obaj należeli do loży św. Jana). Lojalistami było także co najmniej sześciu członków loży św. Andrzeja. Z drugiej strony, nie sposób przejść do porządku dziennego nad koncentracją rewolucyjnych przywódców w tej ostatniej. Pośród jej członków odnajdujemy nie tylko Warrena czy Revere’a, ale również Isaiaha Thomasa, wydawcę gazet „Massachusetts Spy” oraz „New England Almanac”, Williama Palfreya, sekretarza Synów Wolności, czy Thomasa Craftsa z Lojalnej Dziewiątki[32]. Powołana przez „dawnych” wielka loża stworzyła w czasie wojen o niepodległość aż 19 nowych podległych sobie lóż; sama tylko loża św. Andrzeja przyjęła 30 nowych członków w 1777 roku, 25 w 1778 i 41 w kolejnych dwóch latach. Na jednej z uroczystych kolacji w czerwcu 1782 roku loża ta gościła bostońskich radnych oraz francuskiego konsula przy Faneuil Hall[33]. Trzynaście lat później, 4 lipca 1795 roku, ubrany w masońskie szaty Paul Revere położył z kolei kamień węgielny pod budowę Siedziby Zgromadzenia Massachusetts. Revere zaapelował wówczas do słuchaczy, by „żyli zgodnie z wytycznymi Cyrkla jako Dobrzy Obywatele” po to, aby pokazać „światu i ludziom (…) że chcemy dorównać do pewnego poziomu, że kiedy już nadejdzie nasz czas, zostaniemy przyjęci do Świątyni, w której króluje Cisza i Pokój”. Zaledwie kilka dni wcześniej pewien duchowny powiedział Revere’owi i jego urzędnikom, że masoni są „Synami ROZUMU, UCZNIAMI MĄDROŚCI i BRACTWEM Człowieczeństwa”[34]. Jest to doskonała ilustracja harmonii, jaka panowała w tamtym czasie między masonerią a przynajmniej częścią duchowieństwa dopiero konstytuującej się republiki. Dobrym przykładem duchownego i wolnomularza w jednym był wielebny William Bentley, zamieszkały w Salem kapłan Kościoła kongregacjonalistycznego. W 1800 roku Bentley przybył z wizytą do Bostonu, by wziąć udział w uroczystościach upamiętniających śmierć Jerzego Waszyngtona i wykorzystał tę okazję do spotkania przy kolacji z tutejszymi masonami: Revere’em i Isaiahem Thomasem[35].

Zaledwie trzydzieści lat później atmosfera zmieniła się już diametralnie. Jedną z konsekwencji „Wielkiego przebudzenia” religijnego w Nowej Anglii był wybuch nastrojów zaciekle antymasońskich, co skutkowało nagłym spadkiem nowych inicjacji w loży św. Andrzeja i jej pokrewnych[36]. I właśnie tutaj znajdujemy kolejne wyjaśnienie późniejszego deprecjonowania roli wolnomularstwa w amerykańskiej rewolucji: po prostu nie był to jeden z tych elementów mitu założycielskiego republiki, o których dziewiętnastowieczni Amerykanie życzyli sobie pamiętać.

Istnieją mimo to bardzo silne poszlaki przemawiające za dostrzeżeniem i docenieniem tej roli. Benjamin Franklin był nie tylko wielkim mistrzem loży w Filadelfii, ale też wydawcą (w 1734 roku) pierwszej amerykańskiej edycji Konstytucji… Andersona. Z kolei Jerzy Waszyngton nie tylko przystąpił do Loży nr 4 we Fredericksburgu w Virginii, zaledwie jako dwudziestolatek, ale został też w 1783 roku mistrzem nowo utworzonej Loży nr 22 w Alexandrii.

Podczas swojego pierwszego zaprzysiężenia na prezydenta w dniu 30 kwietnia 1789 roku Waszyngton, wypowiadając słowa urzędowej przysięgi, trzymał w ręku Biblię Loży Masońskiej św. Jana nr 1 z Nowego Jorku. Nad poprawnością ceremonii czuwał Robert Livingston, kanclerz Nowego Jorku (najwyższy urzędnik sądowy tego stanu), a zarazem również mason, i to nie byle jaki, bo wielki mistrz Wielkiej Loży w Nowym Jorku. W 1794 roku Waszyngton pozował artyście Williamowi Josephowi Williamsowi, który namalował go odzianego w uroczysty strój wolnomularski. Był to ten sam strój, który prezydent przywdział rok wcześniej, by położyć kamień węgielny pod budowę gmachu Kapitolu[37]. W całym folklorze związanym z amerykańską rewolucją na uwagę równie wielką jak wyprawa Paula Revere’a zasługuje właśnie ów ubiór Jerzego Waszyngtona, gdyż wydaje się mocno wątpliwe, by któremukolwiek z tych dwóch mężczyzn udało się osiągnąć to, co osiągnęli, bez przynależności do bractwa masońskiego. Późniejsi historycy podawali wprawdzie w wątpliwość masońskie korzenie ikonografii Wielkiej Pieczęci Stanów Zjednoczonych, rozsławionej na cały świat po jej umieszczeniu na banknocie jednodolarowym z 1935 roku[38]. A przecież widniejące na rewersie pieczęci wszystkowidzące Oko Opatrzności górujące nad niedokończoną piramidą bardzo przypomina podobne oko spoglądające na nas z fartucha Waszyngtona, który odnajdujemy na dziewiętnastowiecznych litografiach, ukazujących pierwszego prezydenta w swoim oficjalnym stroju wolnomularza (zob. wklejka, il. 12).

Osiemnastowieczne rewolucje naukowe, filozoficzne i polityczne były mocno powiązane, ponieważ rozprzestrzeniające je sieci również się ze sobą przeplatały. Sprawcy rewolucji amerykańskiej byli ludźmi licznych talentów. Mimo że sytuowali się na peryferiach sieci europejskich, które odpowiadały za rewolucję naukową i filozoficzną tej epoki – co nie przeszkodziło im nieśmiało naśladować brytyjskie formy stowarzyszania się, takie choćby jak loże masońskie – pod względem politycznym ojcowie założyciele okazali się najbardziej innowacyjnymi ludźmi swoich czasów. W wielu aspektach konstytucja, która wyłoniła się z ich dyskusji i rozważań toczonych w latach osiemdziesiątych XVIII stulecia, miała na celu zinstytucjonalizowanie antyhierarchicznego porządku politycznego. W pełni świadomi losu, jaki spotkał dotychczasowe eksperymenty z wprowadzaniem republiki, czy to w świecie starożytnym, czy we wczesnonowożytnej Europie, ojcowie założyciele opracowali system, który oznaczał jednocześnie rozdzielność i decentralizację władzy, co w poważny sposób ograniczało uprawnienia wykonawcze ich wybieranego prezydenta. W pierwszym ze swoich esejów z cyklu The Federalist Papers (Komentarze federalisty) Alexander Hamilton jasno zdefiniował podstawowe zagrożenie, jakie stało przed świeżo narodzonymi Stanami Zjednoczonymi: „Niebezpieczne ambicje częściej czają się za bałamutną maską gorliwości na rzecz dobra ludu aniżeli za pozornie groźnym zamiłowaniem do twardych i skutecznych rządów. Historia przekona nas kiedyś, że – jak się okazuje – ta pierwsza z dróg w znacznie pewniejszy sposób wiedzie do wprowadzania despotyzmu niż ta druga, spośród zaś wszystkich tych ludzi, którzy obalali swobody republik, największa część zaczynała swoje kariery od służalczych umizgów wobec ludu; rozpoczynali jako demagodzy, a kończyli jako tyrani”[39].

Do tego samego tematu Hamilton powrócił w roku 1795. „Wystarczy tylko przyjrzeć się historii narodów – napisał wówczas – by dostrzec, że każdy kraj, w każdym momencie, narażony jest na działalność ludzi, którzy – powodowani niezdrową ambicją – nie cofną się przed niczym, co w ich przeświadczeniu dopomoże im w awansie i potwierdzaniu własnej ważności (…) również w republikach wszelkiej maści demagodzy, przymilni czy buntowniczy, czczą jedynie swojego idola – władzę – niezależnie od tego, gdzie się ona znajduje (…) i handlują słabościami, przywarami, niedoskonałościami czy uprzedzeniami” swojego ludu[40].

To, że amerykański system działał tak sprawnie, wprawiało w zdumienie gości z Europy, w tym zwłaszcza tych z Francji, gdzie republika utworzona w 1792 roku przetrwała dokładnie dwanaście lat. Francuski pisarz społeczny i polityczny Alexis de Tocqueville witalność, z jaką zrzeszali się Amerykanie, w połączeniu ze zdecentralizowaną naturą systemu federalnego, uznawał za kluczowe elementy składające się na sukces tej nowej demokracji. I rzeczywiście było rzeczą niezwykłą, że taki system mógł w ogóle powstać w koloniach zamieszkanych przez religijnych uchodźców z kraju, który swój eksperyment z republiką porzucił jeszcze w 1660 roku. Jak zanotował Tocqueville, „podczas gdy w starej ojczyźnie hierarchia społeczna wciąż jeszcze dzieliła ludzi w sposób bezwzględny, kolonia stawała się niepowtarzalnym przykładem jednolitego społeczeństwa”[41]. I właśnie ten szczególnie egalitarny charakter kolonialnego społeczeństwa umożliwił zaistnienie nadzwyczaj gęstej sieci obywatelskich stowarzyszeń, które – jak argumentował Tocqueville – okazały się kluczem do sukcesu amerykańskiego eksperymentu. Kraj, który opisywał on w Księdze II, rozdziałach 5 i 6 swojej pracy O demokracji w Ameryce, można by bez zbytniej przesady określić mianem pierwszego usieciowionego ustroju politycznego. „Ameryka jest krajem – oświadczał de Tocqueville – w którym najlepiej wykorzystano ideę stowarzyszeń i w którym najpełniej zastosowano ten potężny środek działania.

Oprócz stałych stowarzyszeń, powołanych do życia przez prawo pod nazwą gmin, miast oraz hrabstw, istnieje mnogość innych, które swe istnienie i rozwój zawdzięczają woli jednostek.

Mieszkaniec Stanów Zjednoczonych od dzieciństwa uczy się, że w walce ze złem i życiowymi przeciwnościami należy liczyć przede wszystkim na siebie. Na władze publiczne patrzy nieufnie, odwołując się do nich tylko wtedy, gdy musi (…). W Stanach Zjednoczonych stowarzyszenia służą obronie bezpieczeństwa publicznego, rozwijaniu handlu i przemysłu, rozkwitowi moralności i religii. Nie ma bowiem takiej rzeczy, której wola ludzka nie byłaby zdolna osiągnąć przez dobrowolne działania jednostek połączonych we wspólnym wysiłku”[42].

Tocqueville postrzegał amerykańskie stowarzyszenia polityczne jako niezbędną przeciwwagę dla groźby tyranii na trwałe wpisanej w naturę nowożytnej demokracji – nawet jeśli chodzić by miało jedynie o tyranię większości. A zarazem zauważał, że największa siła amerykańskiego systemu tkwiła w jego stowarzyszeniach o charakterze niepolitycznym: „Niezależnie od wieku, pozycji i poziomu umysłowego Amerykanie nieustannie się stowarzyszają. Mają nie tylko towarzystwa handlowe i przemysłowe, do których należą wszyscy, ale również mnóstwo innych: istnieją stowarzyszenia religijne i moralne, stowarzyszenia o poważnym i błahym charakterze, stowarzyszenia zajmujące się ogólnymi i bardzo szczegółowymi sprawami, stowarzyszenia wielkie i małe. Amerykanie stowarzyszają się w celu organizowania zabaw, tworzenia seminariów, budowania zajazdów, wznoszenia kościołów, rozpowszechniania książek, wysyłania misjonarzy na antypody. W ten właśnie sposób zakłada się w Ameryce szpitale, więzienia, szkoły. Amerykanie stowarzyszają się także po to, by głosić jakąś prawdę lub przez dostarczenie przykładu rozwijać w społeczeństwie jakieś uczucia”[43].

 

Kontrast pomiędzy amerykańskimi strukturami politycznymi i społecznymi a tymi, które wykształciły się w jego rodzinnej Francji, naprawdę fascynował Tocqueville’a. Zadawał on sobie pytanie: dlaczego tamtejsza rewolucja – choć nastąpiła w jednym z najważniejszych ośrodków oświecenia – doprowadziła do rezultatów tak rozczarowująco odmiennych?

IV

Przywrócenie hierarchii

21

Czerwone i czarne

Bohater powieści Stendhala Czerwone i czarne (1830) Julien Sorel, uświadamiając sobie ograniczone możliwości awansu we Francji za czasów odrestaurowanej monarchii Burbonów, postanawia zrobić karierę jako duchowny. Syn zwykłego cieśli wolałby jednak podążać ścieżką „kariery otwartej na talent”, charakterystyczną dla merytokratycznego systemu z czasów Napoleona Bonapartego. Sorel kończy źle, padając ofiarą własnych podbojów miłosnych, ale przede wszystkim sztywnej hierarchii społecznej panującej w epoce Restauracji. Wydaje się wszakże, że Stendhal skłonny jest przymknąć oko na porywczą naturę swojego bohatera, a w znacznie większym stopniu potępia snobizm Francji Burbonów. Jedna z licznych w książce maksym (z których wiele Stendhal sam wymyślił) brzmi: „Istnieje tylko jeden tytuł arystokratyczny, mianowicie k s i ą ż ę; margrabia jest śmieszny; na słowo k s i ą ż ę wszystko odwraca głowę”. Inna z kolei głosi: „Praca! talent! zasługi! ba! przede wszystkim trzeba należeć do jakiejś koterii”. Jest wreszcie i taki ustęp: „Człapiąc na koniu, prefekt dumał: czemu nie miałbym zostać ministrem, prezydentem gabinetu, księciem? (…) Tym sposobem zakuję nowatorów w łańcuchy…”[1].

Podjęta przez Burbonów próba przywrócenia hierarchii z czasów ancien régime’u okazała się krótkotrwała. W 1830 roku kolejna francuska rewolucja obaliła rządy Karola X. A w wyniku trzeciej rewolucji, która wybuchła osiemnaście lat później, taki sam los spotkał jego sukcesora z linii orleańskiej Ludwika Filipa. Wreszcie w 1870 roku, w następstwie najazdu niemieckiego i jeszcze jednej rewolucji, zakończyło się panowanie cesarza Napoleona III, co utorowało drogę do wprowadzenia trzeciej i najdłużej obowiązującej (jak dotąd) z pięciu francuskich konstytucji republikańskich. Fascynacja tym właśnie okresem historii Europy bierze się w dużej mierze właśnie z tego, że każda kolejna próba przywrócenia porządku monarchicznego okazywała się wówczas chwilowa i nieskuteczna. Generalnie jednak wiek XIX był tym czasem, kiedy to powoli, ale nieubłaganie rewolucyjne zrywy – które zaistniały dzięki wprowadzeniu prasy drukarskiej – zaczęto okiełznywać i zaprzęgać w nowe struktury władzy. Pytanie brzmi: skoro nie poprzez restaurację Burbonów, w takim razie jak?

Oparte na sieciach rewolucje – reformacja, rewolucja naukowa i oświecenie – głęboko odmieniły cywilizację Zachodu. Z kolei rewolucje polityczne, dokonujące się nie tylko w Stanach Zjednoczonych i we Francji, ale również w wielu innych krajach obu Ameryk i Europy, przyniosły obietnicę nadejścia nowej epoki demokratycznej, opartej na ideałach powszechnego braterstwa wyznawanego już wcześniej przez masonerię i w ekstatyczny sposób wychwalanego w Schillerowskiej Odzie do radości. Obietnica ta pozostała jednak niespełniona. Aby zrozumieć, dlaczego sieci ostatecznie utraciły przewagę, a odzyskały ją na powrót hierarchie, musimy raz jeszcze uświadomić sobie nieadekwatność przeciwstawiania ich sobie jako całkowicie odmiennych. Nawet w ściśle uwarstwionej Francji z lat dwudziestych XIX wieku istniały elementy o charakterze wyraźnie sieciowym. Ponadto, jak już widzieliśmy, większość sieci ma pod pewnymi względami naturę hierarchiczną, choćby z tego powodu, że niektóre ich węzły są położone bardziej centralnie od pozostałych. Z kolei hierarchie można zdefiniować jako specyficzne odmiany sieci, w których przepływy informacji albo zasobów są ograniczone do pewnych krawędzi po to, by maksymalnie wykorzystać centralność węzła zarządzającego. I właśnie to tak bardzo frustrowało Juliena Sorela we Francji rządzonej przez Burbonów: istniało w niej tak niewiele dróg awansu po szczeblach drabiny społecznej, że musiał polegać zbyt mocno na garstce wpływowych ludzi. Głównym lejtmotywem powieści Stendhala jest układ, który teoria sieci określa mianem niemożliwej triady. Aby zdobyć serce córki swojego arystokratycznego pracodawcy, Matyldy de Mole, Sorel udaje uczucie do wdowy, madame de Fervaques. Ale choć Sorel zabiega o względy obu tych kobiet, nie są one w stanie zmówić się przeciwko niemu. A kiedy poprzednia kochanka, madame de Rênal, donosi nań ojcu Matyldy, Sorel usiłuje ją zamordować. Po tym, jak wtrącono go do więzienia, odwiedzają go – osobno – zarówno Matylda, jak i madame de Rênal. Pisząc o powieści Stendhala w 1961 roku, krytyk literacki René Girard użył określenia „mimetyczne pożądanie”. Matylda pożąda bowiem Sorela dopiero wówczas, kiedy zdaje sobie sprawę, że jest on jednocześnie obiektem pożądania innej kobiety.

W porządkach hierarchicznych sieci są z reguły prostsze, czasami tylko dlatego, że ludzie na szczycie piramidy świadomie stosują zasadę „dziel i rządź”, a czasami, ponieważ w porządku hierarchicznym liczy się tak naprawdę niewielka liczba kluczowych węzłów. Usiłując przywrócić ład polityczny w Europie po wstrząsach wywołanych przez rewolucję francuską i wojny napoleońskie, przywódcy państw i mężowie stanu, którzy zebrali się na kongresie wiedeńskim w 1815 roku, stworzyli inny rodzaj prostej sieci: „pentarchię” pięciu wielkich mocarstw. Z samej swojej natury miała ona skończoną liczbę możliwości dojścia do porozumienia, a jej sukces oparty był w dużej mierze właśnie na tej strukturalnej prostocie. Z góry przyjęto zatem założenie, że z punktu widzenia równowagi sił większość państw europejskich nie miała znaczenia, równowaga ta zależała bowiem od stosunków między Austrią, Wielką Brytanią, Francją, Prusami i Rosją, i tylko między tą piątką (zob. wklejka, il. 13).

Przywrócenie porządku hierarchicznego w XIX wieku w żaden sposób nie unicestwiło intelektualnych, komercyjnych i politycznych sieci, które stworzono na przestrzeni poprzednich trzystu lat. Te w dalszym ciągu istniały. A rzeczywistość religijna w świecie protestanckim stawała się nawet bardziej ożywiona i napięta, co było skutkiem całego szeregu „przebudzeń” i „odrodzeń”. Rewolucję przemysłową – pod wieloma względami najbardziej radykalną z nich wszystkich – można by z kolei bez trudu przyrównać do innych rewolucji z XVIII wieku, jako że i ona była wynikiem działań sieci innowatorów, z których część odebrała wykształcenie w rozmaitych dziedzinach wiedzy, a część była poszukującymi samoukami. I nawet jeśli masoneria mocno podupadła po 1800 roku, jej naczelny cel propagowania i zinstytucjonalizowania koncepcji braterstwa ludzi został przejęty przez mnóstwo nowych ruchów, i to nie tylko takich jak związki zawodowe, ale również przez wiele organizacji nacjonalistycznych, w tym zwłaszcza stowarzyszenia studenckie w Niemczech. Różnica polegała na tym, że hierarchie królewskie, arystokratyczne i kościelne zyskiwały coraz większą sprawność w przejmowaniu wszystkich tych sieci, wykorzystywaniu ich kreatywności i energii, a wreszcie naginaniu ich do swojej woli.

22

Od tłumu do tyranii

Nie wszyscy byli równie przenikliwi jak Edmund Burke, który szybko zdał sobie sprawę, że rewolucja francuska będzie o wiele bardziej krwawa od amerykańskiej. A różnica ta stała się jeszcze wyraźniej widoczna, kiedy nadszedł czas Wielkiego Terroru. Próba zastąpienia autorytetu Ludwika XVI „wolą ludu” doprowadziła do wybuchu bratobójczych walk na skalę, jakiej nie oglądano we Francji od czasów rzezi hugenotów w noc św. Bartłomieja z 1572 roku (zob. wklejka, il. 8). Można przyjąć, że owa rewolucyjna przemoc rozpoczęła się 21 kwietnia 1789 roku od zamieszek na przedmieściu Saint-Antoine, gdzie wojska królewskie zabiły około trzystu demonstrantów, którzy zgromadzili się, aby okazać poparcie dla samozwańczego Zgromadzenia Narodowego. Trzy miesiące później doszło do bardziej znanych wypadków, w których trakcie zginęła jakaś setka ludzi wystrzelanych przez żołnierzy broniących Bastylii. Tym razem sytuacja zmieniła się jednak o tyle, że część żołnierzy królewskich przeszła na stronę rewolucyjnego tłumu. Po ścięciu komendanta garnizonu Jacques’a de Flesselles’a nastąpiła eskalacja przemocy, która odtąd już tylko narastała wraz z kolejnymi egzekucjami, takimi jak publiczne powieszenie i rozczłonkowanie urzędników Foulona de Doué i jego zięcia Bertiera de Sauvigny na Place de Grève w dniu 22 lipca (głowę tego pierwszego i serce drugiego nadziano następnie na tyki i obnoszono po ulicach).

W tym samym momencie, w którym za broń chwycił paryski tłum, fala niepokojów przetoczyła się też przez francuską prowincję. Z obawy przed spiskiem szlachty mającym zapewnić jej powrót do władzy przy wykorzystaniu tajemniczych oddziałów brigands (bandytów) chłopi w całej Francji wywołali tego lata falę przemocy, która przeszła do historii pod nazwą La Grande Peur – Wielkiej Trwogi. Początkowo ograniczano się jedynie do palenia feudalnych rejestrów i plądrowania pałacowych piwniczek z winem, ale skala i czas trwania tego ruchu wskazywały, że był on czymś więcej niż tylko tradycyjnym chłopskim buntem znanym tu jako jacquerie. Trudno wyjaśnić zwłaszcza zaraźliwą wręcz szybkość, z jaką rozprzestrzeniała się Wielka Trwoga, zważywszy na stosunkowo słabo rozwiniętą sieć komunikacyjną na ówczesnej francuskiej prowincji – stanowi to zresztą kolejną ilustrację tezy, że plotki mogą stać się wiralami bez konieczności korzystania z wyszukanych technik informacyjnych[1]. Ale w porównaniu z tym, co dopiero miało nastąpić, Wielka Trwoga nie była specjalnie krwawa. Choć zastraszano i poniżano w jej trakcie wielu właścicieli ziemskich, to życie straciło wówczas zaledwie trzech ludzi: szlachetnie urodzony deputowany do Stanów Generalnych, urzędnik podejrzewany o zawłaszczanie żywności (w Ballon, na północ od Le Mans), a także pewien oficer marynarki (w Le Pouzin, na północ od Awinionu). Warto za to odnotować prawdziwą epidemię palenia zamków i pałaców. W ciągu niecałych dwóch tygodni, między 27 lipca a 9 sierpnia, w samej tylko prowincji Dauphiné w południowo-wschodniej Francji spłonęło do szczętu aż dziewięć chateaux, a osiemdziesiąt kolejnych zostało mocno uszkodzonych[2].

Nie ma doprawdy większego sensu rozwodzić się nad licznymi masakrami, do których doszło w okresie rewolucji jeszcze przed czasem Wielkiego Terroru z lat 1793–1794, dlatego ograniczymy się do przywołania tylko najważniejszych z nich. A były to: marsz kobiet i ich szturm na królewski Pałac w Wersalu w październiku 1789 roku, wystrzelanie przez Gwardię Narodową tłumów zgromadzonych na Champ de Mars w lipcu 1791 roku, wrześniowe masakry w 1792 roku (kiedy to sankiuloci szturmowali paryskie więzienia, mordując setki osadzonych w nich ludzi), wojna z kontrrewolucjonistami w Wandei (1793–1796), nie zapominając o wyjątkowo krwawej rewolcie niewolników w kolonii Saint-Domingue (Haiti). Chodzi o to, że – w odróżnieniu od rozwoju wypadków w brytyjskich koloniach w Ameryce, za to zgodnie z przebiegiem większości innych późniejszych rewolucji – insurekcja prowadziła nieubłaganie do anarchii, ta zaś kończyła się tyranią, czyli dokładnie tak, jak przewidują to klasyczne modele politologiczne. Podczas gdy amerykańscy koloniści wykształcili wcześniej swoje własne sieci stowarzyszeń obywatelskich, z których zresztą w naturalny i bezpośredni sposób wyrosły zarówno amerykańska rewolucja, jak i same Stany Zjednoczone, zbuntowane tłumy we Francji podlegały prawom zupełnie innej struktury. Komitet Bezpieczeństwa Powszechnego był jakąś próbą narzucenia porządku w sytuacji krwawego chaosu, do którego doprowadził rozwścieczony tłum – les canailles (nędznicy, podli)[3]. Tyle że żadne wysiłki podejmowane czy to przez jakobinów, czy przez ich następców z Dyrektoriatu nie okazały się wystarczające do wprowadzenia stabilizacji ani w samej stolicy, ani na terenie reszty kraju. Kolejne makabryczne przypadki masowych morderstw, takich choćby jak celowe utopienie tysięcy ludzi w Nantes, świadczyły o niemal całkowitym załamaniu się porządku społecznego i politycznego, porównywalnym może do najgorszych okrucieństw dokonywanych podczas rewolucji w świecie arabskim w czasach nam współczesnych. W imię fałszywej utopii i tym razem do głosu doszli najgorsi sadyści.

 

Człowiek, który przywrócił w końcu ład we Francji (choć w pozostałej części Europy dokonał już czegoś wręcz przeciwnego), dysponował mocami niemalże nadnaturalnymi. Już sam fakt, że Napoleon Bonaparte mógł wyrwać się z korsykańskiej nicości i dochrapać dowództwa nad artylerią rewolucyjnej armii włoskiej – awans ten uzyskał notabene w szczytowym okresie Wielkiego Terroru – możliwy był tylko ze względu na upadek systemu arystokratycznego, gdyż przed 1789 rokiem taka ścieżka kariery byłaby dla człowieka z niższych warstw społecznych całkowicie zamknięta. Podobnie jak Stendhalowski Julien Sorel Bonaparte był ambitnym kobieciarzem, ale w odróżnieniu od Sorela udało mu się połączyć brak skrupułów z dobrym wyczuciem chwili. Naprawdę niezwykłe jest wszak to, jak zdołał wykorzystać dany mu czas – i to niemal dosłownie każdą jego minutę. W dobie chaosu w górę idą zazwyczaj ludzie instynktownie i śmiało biorący sprawy w swoje ręce. „Jestem wielce niezadowolony ze sposobu, w jaki przeprowadzono załadunek szesnastu elementów [działa]” – pisał Bonaparte, akurat świeżo awansowany brygadier, w jednym z ośmiuset listów bądź meldunków, które wyszły spod jego pióra w ciągu zaledwie dziewięciu miesięcy 1796 roku. „Jestem zaskoczony, że tak bardzo ociąga się Pan z wykonywaniem rozkazów – sztorcował swojego chef de bataillon. – Zawsze trzeba Panu powtarzać to samo po trzy razy”. Pośród spraw, które zaprzątały jego uwagę, były kwestie o znaczeniu strategicznym – to właśnie w tym czasie opracował swój plan inwazji na Włochy – ale i zupełne drobiazgi (jak uwięzienie jakiegoś kaprala z Antibes, który oddalił się z jednostki bez przepustki, albo ustalenie dokładnej lokalizacji doboszy na placu apelowym)[4].

Dzisiaj Napoleon bez wątpienia zyskałby miano pracoholika. Pracował po szesnaście godzin dziennie, dzień w dzień. W samym tylko kwietniu 1807 roku – a był to miesiąc wyjątkowo spokojny jak na okres jego rządów – spłodził aż 443 listy. Napoleon nie pisał ich już wtedy sam, lecz dyktował całą korespondencję – z wyjątkiem listów miłosnych. „Pomysły umykają najszybciej – miał kiedyś powiedzieć – a wtedy można się pożegnać z listami i wersami!” Zdarzyło mu się raz, bez zaglądania do notatek, podyktować swojemu ministrowi spraw wewnętrznych 517 kolejnych paragrafów ustanawiających regulamin nowej akademii wojskowej w Fontainebleau[5]. Podczas posiłków z reguły nie spędzał przy stole więcej niż dziesięć minut, chyba że chodziło o obiady spożywane z rodziną w niedzielne wieczory – wówczas mógł na nie poświęcić nawet do pół godziny. A kiedy już kończył posiłek, odskakiwał gwałtownie od stołu, „jak gdyby właśnie poraził go prąd”[6]. Jak zapamiętał jeden z jego wiecznie zajętych sekretarzy, Napoleon miał zwyczaj sypiać „w kilku krótkich drzemkach, przerywanych o dowolnej porze, i to zarówno w dzień, jak i w nocy”[7]. Z równą werwą i determinacją odbywał też podróże. W lipcu 1807 roku przejechał powozem z Tilsit w Prusach Wschodnich[27*] do Saint-Cloud, co zajęło mu równo sto godzin nieprzerwanej jazdy, bo żeby jak najszybciej dotrzeć do celu, zakazał jakichkolwiek postojów. A po tym jak już się zjawił na miejscu wczesnym rankiem, natychmiast zwołał posiedzenie ministrów[8]. Jakieś dwa lata później wybrał się też konno z Valladolid w Hiszpanii do Paryża, „jednocześnie okładając batem konia swojego adiutanta i popędzając ostrogami własnego”. W ten sposób w zaledwie sześć dni przebył dystans blisko tysiąca kilometrów[9]. Również kiedy szedł piechotą, robił to tak energicznie, że inni z trudem za nim nadążali. Nie tracił czasu nawet w kąpieli czy podczas golenia: ktoś zawsze musiał być pod ręką, by czytać mu wówczas najświeższe gazety, w tym tłumaczenia z nieodmiennie wrogo nastawionej prasy brytyjskiej[10]. To właśnie dzięki połączeniu tej niespożytej energii z zamiłowaniem do szczegółów Napoleon był w stanie zakończyć okres anarchii wywołanej przez rewolucję francuską. Skodyfikowano prawo, zreformowano system monetarny, a państwu przywrócono zdolność kredytową. Ale obok tych kluczowych kwestii zajmowano się też ogromem innych, najdrobniejszych nawet spraw: liczbą służących przysługujących oficerom w razie inwazji na Anglię, krojem mundurów dla irlandzkich buntowników skłonnych przyłączyć się do sprawy francuskiej, problemami kaprala Bernaudat z trzynastej linii, bo trzeba było coś zrobić, żeby zaczął mniej pić, czy ustaleniem tożsamości maszynisty teatralnego, który złamał rękę śpiewaczce mademoiselle Aubry w paryskiej Operze[11].

Dysponując tak nieprzebranymi pokładami wiary we własne siły i możliwości, Napoleon postanowił w końcu zabrać się do rządzenia nie tylko Francją, ale również całą Europą, tak jakby stanowiła ona jedną wielką armię, nad którą można objąć dowodzenie – i zapanować nad nią czystą siłą woli. Można powiedzieć, że pod wieloma względami był on ostatnim z oświeconych absolutystów, takim francuskim Fryderykiem Wielkim. A zarazem był też niezaprzeczalnie pierwszym z nowożytnych dyktatorów. Pod względem technologicznym nie istniały żadne zasadnicze różnice między armiami, którymi dowodzili Fryderyk i Napoleon. A jednak wszystko to, co czynił ten drugi, odbywało się na nieporównanie większą skalę[28*] i miało znacznie szybsze tempo. Dwaj wielcy teoretycy wojskowości owych czasów, Carl von Clausewitz i Antoine-Henri de Jomini, wyciągnęli z sukcesów Napoleona dość odmienne wnioski. W oczach Clausewitza geniusz Napoleona polegał na jego umiejętności szybkiej koncentracji swoich sił na środku ciężkości (Schwerpunkt) nieprzyjaciela po to, by można go było pokonać w jednej decydującej bitwie (Hauptschlacht). Dla Jominiego z kolei kluczowa była umiejętność czerpania korzyści z posiadania lepiej funkcjonujących wewnętrznych linii operacyjnych (lignes d’opérations). Uważał, że Napoleon stosuje dość standardowe zasady sztuki wojennej[12]. Clausewitz dostrzegał ponadto w stylu Napoleona pewną historyczną specyfikę związaną z tym, w jaki sposób wykorzystywał on ludowy nacjonalizm rozpętany przez rewolucję francuską[13]. W powieści Wojna i pokój, wydanej prawie pół wieku po śmierci Napoleona, wygnanego wcześniej na zapomnianą przez Boga i ludzi wyspę św. Heleny na południowym Atlantyku, Lew Tołstoj wyszydził jego imperialne pretensje. Jakże bowiem jeden człowiek mógłby sam z siebie wysyłać setki tysięcy ludzi z jednego krańca Europy (Francji) na drugi (do Rosji), a przy tym wprowadzać w życie niezliczonej rzeszy innych wielki zamęt? Tyle że przecież Napoleon właśnie tego dokonał. Problem leżał wszakże zupełnie gdzie indziej. Bez względu na to, jak bardzo starał się on przyodziać w oznaki prawowitej władzy, na przykład przywłaszczając sobie regalia i ikonografię władców egipskich, rzymskich i habsburskich, nigdy nie był w stanie osiągnąć jednej jedynej wartości, na której zawsze opierają się (i o którą zabiegają) wszystkie hierarchiczne systemy rządów: legitymizacji.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?