Rynek i ratuszTekst

Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Karta redakcyjna

Motto

Przedmowa. Historyk w sieciach

I. WPROWADZENIE: SIECI I HIERARCHIE

1. Tajemnica iluminatów

2. Nasz usieciowiony wiek

3. Gdziekolwiek spojrzeć, wszędzie sieci

4. Po co nam hierarchie

5. Od siedmiu mostów do sześciu stopni

6. Słabe więzi i wirale

7. Rozmaitość sieci

8. Kiedy sieci się spotykają

9. Siedem założeń

10. Iluminacja iluminatów

II. CESARZE I ZDOBYWCY

11. Krótka historia hierarchii

12. Pierwsza epoka usieciowienia

13. Sztuka robienia interesów w renesansie

14. Odkrywcy

15. Pizarro i Inkowie

16. Kiedy Gutenberg spotkał Lutra

III. LISTY I LOŻE

17. Gospodarcze konsekwencje reformacji

18. Handel ideami

19. Sieci oświecenia

20. Sieci rewolucji

IV. PRZYWRÓCENIE HIERARCHII

21. Czerwone i czarne

22. Od tłumu do tyranii

23. Przywrócony porządek

24. Dynastia sasko-koburska (Sachsen-Coburg-Gotha)

25. Ród Rothschildów

26. Sieci przemysłowe

27. Od pentarchii do hegemonii

V. RYCERZE OKRĄGŁEGO STOŁU

28. Życie w imperium

29. Imperium

30. Powstanie tajpingów

31. „Precz z Chińczykami!”

32. Związek Południowej Afryki

33. Apostołowie

34. Armagedon

VI. EPIDEMIE I FLECIŚCI

35. „Greenmantle”

36. Epidemia

37. Zasada wodzostwa

38. Upadek „złotej międzynarodówki”

39. Siatka szpiegowska Cambridge

40. Krótki związek w Związku Sowieckim

41. Ella w szkole poprawczej

VII. ZAWŁADNĄĆ DŻUNGLĄ

42. Długi pokój

43. Generał

44. Kryzys złożoności

45. Sieć władzy Henry’ego Kissingera

46. Marsz ku dolinie

47. Upadek imperium sowieckiego

48. Triumf człowieka z Davos

49. Jak złamano Bank Anglii

VIII. BIBLIOTEKA BABEL

50. 11 września 2001 roku

51. 15 września 2008 roku

52. Państwo administracyjne

53. Sieć 2.0

54. Ku rozpadowi

55. Rewolucje twitterowe

56. 9 listopada 2016 roku

IX. PODSUMOWANIE: W OBLICZU CYBERII

57. Metropolis

58. Awaria sieci

59. FANG, BAT i UE

60. Rynek i ratusz: kolejna odsłona

Aneks. Grafy sieci społecznych w dobie Nixona–Forda

Bibliografia

Spis ilustracji i zdjęć

Zdjęcia

Przypisy

Tytuł oryginału: THE SQUARE AND THE TOWER

Opieka redakcyjna: JOLANTA KORKUĆ, MAŁGORZATA GADOMSKA

Redakcja: ADAM JARZĘBSKI, WOJCIECH ADAMSKI

Korekta: EWA KOCHANOWICZ, URSZULA SROKOSZ-MARTIUK, ANETA TKACZYK

Projekt okładki i stron tytułowych: ROBERT KLEEMANN

Na pierwszej stronie okładki obraz Gerarda ter Borcha, Traktat westfalski (Traktat pokojowy z Münster) (1648) / Wikipedia

Redaktor techniczny: ROBERT GĘBUŚ

Skład i łamanie: Infomarket

Copyright © 2017, Niall Ferguson

All rights reserved

Copyright © for the Polish translation by Wydawnictwo Literackie, 2020

Copyright © for this edition by Wydawnictwo Literackie, 2020

Wydanie pierwsze

ISBN 978-83-08-07136-6

Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o.

ul. Długa 1, 31-147 Kraków

tel. (+48 12) 619 27 70

fax. (+48 12) 430 00 96

bezpłatna linia telefoniczna: 800 42 10 40

e-mail: ksiegarnia@wydawnictwoliterackie.pl Księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl

Konwersja: eLitera s.c.

Gdybym przerwał [milczenie], opuściłyby mnie siły,

ale zachowując spokój, trzymałem mego nieprzyjaciela

w niewidzialnej sieci.

George MacDonald

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Przedmowa

Historyk w sieciach

Żyjemy w świecie pełnym sieci, a przynajmniej taki właśnie komunikat wciąż do nas dociera. Samo słowo „sieć”, które weszło do powszechnego użycia dopiero pod koniec XIX wieku, dziś spotyka się właściwie wszędzie, odmieniane przez wszystkie przypadki. Ambitny młody człowiek zawsze znajdzie czas i ochotę, by zjawić się na kolejnej imprezie, niezależnie od tego, na jak późną porę ją zaplanowano, bo przecież nie może wypaść z obiegu. Z dwojga złego lepiej już, by zabrakło mu snu, niż miałoby jego samego zabraknąć w s i e c i[1*]. To samo słowo ma jednak zupełnie inne konotacje dla przedstawiciela starszego pokolenia, sytuującego się poza centrum wydarzeń. On żywi raczej podejrzenie, że sieci to jakieś złowrogie i potężne siły kontrolujące skrycie cały świat: może to być międzynarodowa finansjera, rząd czy w ogóle cała klasa polityczna, „system”, Żydzi, masoni albo iluminaci. Niemal wszystko, co publikuje się w tym właśnie duchu, to tak naprawdę bzdury, ale też wydaje się wysoce nieprawdopodobne, by owe teorie spiskowe jedną za drugą wymyślano i powtarzano, gdyby tego rodzaju sieci w ogóle nie istniały.

Problem z wyznawcami teorii spiskowych polega na tym, że sytuując się z założenia poza takimi sieciami i uznając je z definicji za coś złego, niezmiennie wykazują się niezrozumieniem zasad ich funkcjonowania i fałszywie je przedstawiają. W szczególności zaś wydają się z góry zakładać, że tego rodzaju elitarne sieci i powiązania skrycie i podstępnie przejmują kontrolę nad formalnymi strukturami władzy. Moje badania – ale także moje własne doświadczenia – sugerują, że w rzeczywistości wcale tak nie jest. Wręcz przeciwnie, nieformalne sieci mają zazwyczaj wysoce ambiwalentny stosunek do stanowionych instytucji, a czasami nawet przyjmują wobec nich postawę otwarcie wrogą. Z kolei zawodowi historycy jeszcze do niedawna z reguły w ogóle ignorowali albo przynajmniej pomniejszali rolę takich struktur. Również dziś większość badaczy historii ma tendencję do zajmowania się tylko tymi instytucjami, które wytwarzają i przechowują materiały archiwalne. Tak jakby te, które nie zostawiają po sobie starannie uporządkowanych papierowych śladów, nie miały żadnego znaczenia. Tymczasem, jak już wspominałem, moje badania i moje doświadczenia nauczyły mnie, by wystrzegać się tyranii archiwów. Największe zmiany w historii zachodziły często za sprawą jedynie luźno i nieformalnie powiązanych grup ludzi, którzy zostawili po sobie nad wyraz skąpą dokumentację.

 

Książka ta traktuje właśnie o takich nierównomiernych cyklach naszych dziejów. Jak zobaczymy, były takie długie epoki, w których dominowały struktury hierarchiczne, ale zdarzały się też i rzadsze, za to bardziej dynamiczne okresy charakteryzujące się przewagą sieci, osiągniętą przynajmniej po części dzięki zmianom technologicznym. Ujmując rzecz możliwie prosto: kiedy światem rządzi hierarchia, jedynym sposobem, by coś w nim znaczyć, jest mozolne wspinanie się po szczeblach systemu władzy politycznej, korporacji czy innej uporządkowanej pionowo organizacji albo instytucji. Kiedy zaś do głosu dochodzą sieci, można mieć tyle wpływów, ile zdoła się osiągnąć, wyrabiając sobie pozycję w jednej z wielu ustrukturyzowanych poziomo grup społecznych. Zobaczymy też, że ta dychotomia między hierarchią a siecią jest w gruncie rzeczy nadmiernym uproszczeniem. Niemniej stanowi ona nie najgorszy punkt wyjścia całego wywodu, co zresztą mogę zilustrować swoim własnym, osobistym doświadczeniem.

W lutym 2016 roku, dokładnie tego dnia, w którym ukończyłem pierwszą wersję niniejszej przedmowy, uczestniczyłem w promocji pewnej książki. Całe wydarzenie organizował były burmistrz miasta Nowy Jork. Z kolei autor, którego dzieło promowano, był stałym współpracownikiem „Wall Street Journal”, a w przeszłości pisywał też teksty przemówień prezydenckich. Ja sam znalazłem się tam na zaproszenie redaktora naczelnego agencji Bloomberg News, z którym znaliśmy się jeszcze z czasów studiów na Oxfordzie, dobre ćwierć wieku wcześniej. Na tejże promocji miałem okazję przywitać się i przeprowadzić krótkie rozmowy z mniej więcej dziesięcioma innymi ludźmi, w tym z przewodniczącym Rady ds. Stosunków Zagranicznych (Council on Foreign Relations)[2*], wysokim przedstawicielem ścisłego kierownictwa koncernu Alcoa, jednego z największych przedsiębiorstw przemysłowych w Ameryce, redaktorem rubryk z komentarzami politycznymi w „Wall Street Journal”, prezenterem telewizji Fox News, członkinią nowojorskiego Klubu Kolonialnego (Colony Club)[3*] i jej mężem, i wreszcie z pewną młodą autorką przemówień, która przedstawiając się, nie omieszkała mnie zapewnić, że przeczytała jedną z moich książek (co jest bez wątpienia najwłaściwszym sposobem zagajenia rozmowy z jakimkolwiek profesorem).

Powody, dla których zaproszono mnie na tę promocję, były z jednej strony dość oczywiste. Sam fakt, że pracowałem na wielu znanych wyższych uczelniach – takich jak Oxford, Cambridge, New York University, Harvard czy Stanford – automatycznie gwarantuje mi przynależność do licznych sieci absolwentów tych uniwersytetów. Dodatkowo jako pisarz i profesor miałem sposobność włączyć się w działalność kilku innych sieci, o charakterze gospodarczym i politycznym, a w szczególności uczestniczyć w spotkaniach Światowego Forum Ekonomicznego czy Grupy Bilderberg. Jestem też członkiem trzech różnych klubów w Londynie i jednego w Nowym Jorku. No i należę do rad nadzorczych trzech firm albo instytucji: pierwsza z nich to towarzystwo funduszy inwestycyjnych o zasięgu ogólnoświatowym, kolejną jest pewien brytyjski think tank, a trzecia to jedno z nowojorskich muzeów.

Z drugiej wszak strony, mimo funkcjonowania w tak wielu różnych sieciach, nie dysponuję w zasadzie żadną realną władzą. Co interesujące, w pewnym momencie przyjęcia były burmistrz miasta skorzystał z okazji, by wygłosić krótkie przemówienie powitalne, w którego trakcie napomknął (aczkolwiek bez nadmiernego entuzjazmu), że rozważa zgłoszenie się jako kandydat niezależny do rywalizacji o urząd prezydenta Stanów Zjednoczonych. Tymczasem ja, jako obywatel brytyjski, nie mogłem nawet oddać głosu w nadchodzących wyborach. Nie sądzę też, by jakiekolwiek wyrazy poparcia z mojej strony, czy to dla niego, czy dla któregokolwiek z innych kandydatów, mogły wpłynąć na ich szanse w prezydenckim wyścigu. Przez to, że należę do środowiska akademickiego, postrzegany jestem bowiem przez przytłaczającą większość społeczeństwa amerykańskiego jako osoba całkowicie oderwana od prawdziwego życia i rzeczywistych problemów „zwykłych” ludzi. W odróżnieniu od moich kolegów z Oksfordu nie mam nawet wpływu na proces rekrutacji i promocji. Kiedy wykładałem na Harvardzie, oceniałem rzecz jasna moich studentów, wystawiając im oceny dobre albo słabe, ale gdybym nawet uznał, że najsłabsi z nich nie powinni kontynuować nauki, w praktyce nie mógłbym temu w żaden sposób zapobiec. Z kolei jeśli chodzi o przyjmowanie kandydatów na studia doktoranckie, dysponowałem zaledwie jednym głosem w całej dużej radzie wydziału, co także oznaczało w praktyce minimalny wpływ na rzeczywistość. Nieco większą władzę mam zapewne nad ludźmi, którzy pracują w mojej firmie doradczej, ale w ciągu pięciu lat jej istnienia zwolniłem z pracy raptem jedną osobę. Jestem wreszcie ojcem czworga dzieci, ale mój wpływ na przynajmniej troje z nich – nie mówiąc już o realnej władzy – jest w zasadzie minimalny, a i to najmłodsze, które właśnie skończyło pięć lat, coraz szybciej uczy się rozmaitych sposobów sprzeciwiania się mojej woli.

Krótko mówiąc, nie należę do osób funkcjonujących w strukturach hierarchicznych. Jestem raczej człowiekiem należącym do sieci, i to z absolutnie świadomego wyboru. Jeszcze jako student najbardziej ceniłem sobie właśnie ten brak hierarchizacji w życiu uniwersyteckim, a w szczególności wielość i różnorodność wszelkiej maści stowarzyszeń czy organizacji, nieprzywiązujących zbyt wielkiej wagi do spraw formalnych. Interesowałem się wieloma z nich, choć uczestniczyłem, i to dość nieregularnie, w działalności zaledwie kilku. Z czasów w Oksfordzie najmilej wspominam grę na kontrabasie w kwintecie jazzowym – a był to zespół, który po dziś dzień szczyci się tym, że nigdy nie miał lidera – a także uczestnictwo w spotkaniach niewielkiego konserwatywnego klubu dyskusyjnego o nazwie Canning. Wybrałem karierę akademicką właśnie dlatego, że jako dwudziestoparolatek znacznie bardziej ceniłem sobie wolność od pieniędzy. Widząc różnych moich znajomych, czy też ich rodziców, zatrudnionych w tradycyjnych, pionowo zarządzanych korporacjach, wzdrygałem się na samą myśl o tym, że też miałbym tak żyć. Za to obserwując moich nauczycieli akademickich na Oksfordzie – członków korporacji akademickich o średniowiecznych tradycjach, obywateli humanistycznej republiki oczytanych, prawdziwych suwerenów swoich własnych naukowych ścieżek – odczuwałem niepohamowaną ochotę, by iść w ich ślady, krokiem równie niespiesznym i swobodnym. A kiedy się okazało, że kariera akademicka nie niesie ze sobą takich profitów, jakich najwyraźniej spodziewały się po mnie kobiety mojego życia, zacząłem się rozglądać za innymi źródłami dochodu, w dalszym ciągu jednak przestrzegając zasady, że nie warto kalać się żadną pracą dla korporacji. Jako dziennikarz, od zatrudnienia na stałe wolałem współpracę na zasadzie freelancera, a w najgorszym razie jedynie na część etatu, i to najlepiej polegającą wyłącznie na opiece nad własną rubryką. Kiedy natomiast zainteresowałem się radiem i telewizją, tworzyłem i prezentowałem programy jako zewnętrzny usługodawca, po jakimś czasie powołując zresztą do życia własną firmę producencką. To właśnie przedsiębiorczość najlepiej odpowiadała mojemu zamiłowaniu do wolności. Mogę chyba śmiało powiedzieć, że zakładając kolejne firmy, dążyłem w większym stopniu do zachowania wolności aniżeli do zdobycia bogactwa. Największą radość daje mi wszakże pisanie książek o tym, co mnie szczególnie interesuje. A na najlepsze pomysły – takie jak historia banków Rothschildów, kariera Siegmunda Warburga czy życie Henry’ego Kissingera – wpadałem zwykle dzięki funkcjonowaniu w licznych sieciach. I dopiero całkiem niedawno zorientowałem się, że wszystkie te moje książki traktowały również o s i e c i a c h.

Niektórych z moich rówieśników pociągała pogoń za bogactwem, ale tylko nielicznym z nich udało się je zdobyć bez oddawania się, przynajmniej na jakiś czas, w swoistą niewolę pracy etatowej, zwykle dla jakiegoś banku. Innych z kolei fascynowała władza, a ci, którzy rzeczywiście wspięli się na szczyty partyjnych struktur, zapewne sami nie mogą się dziś sobie nadziwić, wspominając różne niegodziwości, jakich się dopuścili albo jakich padli ofiarą na tej długiej drodze. Bez wątpienia również i w początkach kariery akademickiej trzeba przeżyć pewne upokorzenia czy niedogodności, ale żadne z nich nie mogą się z pewnością równać z doświadczeniami stażysty w Goldman Sachs czy szeregowego działacza opozycyjnej partii politycznej zmuszonego organizować kampanię wyborczą kandydatowi z góry skazanemu na przegraną. Wejście do każdej struktury hierarchicznej jest równoznaczne ze zgodą na jakąś formę upokorzenia, przynajmniej na samym początku. Ale za to kilku moich kolegów ze studiów na Oksfordzie zasiada dziś w ścisłym kierownictwie wpływowych instytucji, pełniąc w nich funkcje ministerialne czy dyrektorskie. Podejmowane przez nich decyzje mogą mieć bezpośrednie przełożenie na losy wielkich mas ludzkich, a nawet całych narodów, jako że dotyczą wydatkowania milionów, o ile nie miliardów dolarów. Kiedy małżonka jednego z tych moich rówieśników z Oksfordu, robiącego karierę w polityce, uskarżała mu się pewnego razu na to, że za dużo pracuje, nie ma czasu dla rodziny, zarabia niewiele, rzadko dostaje urlop, a w dodatku – co naturalne w systemie demokratycznym – ani przez chwilę nie może być pewien pełnionej funkcji, usłyszała od niego w odpowiedzi: „Ale czyż sam fakt, że to wszystko znoszę, nie świadczy o tym, jak w s p a n i a ł ą sprawą jest władza?”.

Czy jednak faktycznie jest ona tak wspaniała? Czy lepiej jest dziś funkcjonować w strukturze hierarchicznej, która daje władzę, czy może jednak w sieci, zapewniającej szerokie wpływy? Która z tych rzeczywistości lepiej sprzyja samorealizacji, pozwala odnaleźć swoje miejsce w życiu? Każdy z nas, czy tego chce, czy nie, należy do co najmniej kilku struktur o charakterze hierarchicznym. Niemal wszyscy jesteśmy obywatelami co najmniej jednego z istniejących państw. Bardzo duża część z nas zatrudniana jest przez co najmniej jedną z licznych korporacji (przy czym zadziwiająco duża liczba takich korporacji, i to na całym świecie, wciąż kontrolowana jest – czy to bezpośrednio, czy pośrednio – przez państwa). Większość ludzi żyjących w świecie rozwiniętym do ukończenia dwudziestego roku życia uczestniczy też w takim czy innym systemie edukacyjnym, a wszelkie instytucje tego typu, niezależnie od tego, co one same o sobie mówią, pomyślane są jako struktury dogłębnie hierarchiczne. (Co prawda obecna rektor Uniwersytetu Harvarda ma bardzo ograniczoną władzę nad etatowymi profesorami, ale wraz z gronem podlegających jej dziekanów w dużej mierze kontroluje losy wszystkich innych uczelnianych pracowników, od błyskotliwych profesorów, którzy nie dochrapali się jeszcze własnej katedry, po świeżo przyjętych studentów pierwszego roku). Dalej, znacząca część młodych mężczyzn, w niektórych zaś krajach również kobiet zaangażowana jest w służbę wojskową – choć dziś jest to już odsetek znacznie niższy niż przez przeważającą część ostatnich czterdziestu stuleci – a armia to przecież struktura niemal doskonale hierarchiczna. Ogólnie rzecz ujmując, jeśli komuś „podlegasz” – nawet gdy podlegasz wyłącznie dyrektorowi albo zarządowi – oznacza to, że funkcjonujesz w strukturze hierarchicznej. A im więcej ludzi podlega tobie, tym wyżej w tej hierarchii się znajdujesz.

A jednak lwia część z nas należy do większej liczby sieci niż struktur hierarchicznych. I wcale nie mam tu na myśli tego, że niemal wszyscy z lubością spotykamy się na Facebooku, Twitterze czy na forach jednej z wielu innych internetowych społeczności, które rozpowszechniły się tak bardzo w ostatnich kilkunastu latach. Należymy do sieci rodzinnych (dziś już bardzo niewiele rodzin w świecie zachodnim ma wciąż charakter hierarchiczny), koleżeńskich, sąsiedzkich czy do sieci osób o podobnych zainteresowaniach. Jesteśmy absolwentami rozmaitych instytucji edukacyjnych. Jesteśmy kibicami różnych drużyn sportowych. Jesteśmy członkami klubów i stowarzyszeń albo wspieramy różnorodne przedsięwzięcia dobroczynne. Nawet nasze uczestnictwo w życiu niektórych struktur o charakterze niewątpliwie hierarchicznym, choćby takich jak Kościoły czy partie polityczne, bliższe jest działalności w sieci aniżeli klasycznemu „podleganiu”, gdyż funkcjonujemy tam na zasadzie dobrowolności, nie oczekując za swoje zaangażowanie żadnego wynagrodzenia finansowego.

 

Rzeczywistości hierarchiczna i sieciowa wciąż się spotykają i przenikają. Nawet wewnątrz klasycznej wielkiej korporacji istnieją obszary „usieciowione”, wyraźnie różniące się od oficjalnego „schematu organizacyjnego”. Kiedy część pracowników oskarża swojego szefa o faworyzowanie któregoś z nich, tak naprawdę zgłaszają oni przecież zarzut o to, że przedkłada on jakieś względy nieformalne nad oficjalne zasady awansu zawodowego ściśle nadzorowane przez dział kadr na piątym piętrze. A kiedy pracownicy z różnych firm spotykają się po godzinach „na drinka”, oni również opuszczają wówczas hierarchiczną WIEŻĘ swoich korporacji, wkraczając na zorganizowany poziomo RYNEK sieci międzyludzkich[4*]. Co ważne, w każdej takiej sytuacji, w której spotyka się jakaś grupa ludzi sprawujących władzę w odrębnych strukturach hierarchicznych, ich wejście w poziomą sytuację „sieciową” może mieć dalekosiężne konsekwencje. Tę różnicę między światem oficjalnej władzy a rzeczywistością nieformalnych wpływów zauważał już Anthony Trollope, który w swoim cyklu o rodzinie Palliserów z rozkoszą opisywał, jak ci sami wiktoriańscy politycy najpierw oskarżają się nawzajem o całe zło w Izbie Gmin, by już po chwili, w zaciszu londyńskich klubów – a wszyscy do nich należeli – pozwalać sobie na dużą dozę poufałości i zażyłości. W niniejszej książce pragnę wykazać, że takie właśnie nieformalne i skrywające się w cieniu sieci różnych powiązań możemy odnaleźć niemal w każdym okresie ludzkich dziejów oraz że odgrywały one znacznie ważniejszą rolę, niż są to w stanie przyznać autorzy większości podręczników do historii.

Jak już wspomniałem, dotychczas historycy niespecjalnie sobie radzili z rekonstruowaniem takich istniejących w przeszłości sieci. Zaniedbanie to po części brało się z faktu, że tradycyjna metoda badań historycznych opiera się w dużej mierze na materiałach źródłowych pozyskiwanych przez przeglądanie dokumentów wytwarzanych przez instytucje o charakterze hierarchicznym, takie jak państwa. Sieci również prowadzą zapisy swojej działalności, ale zdecydowanie trudniej do nich dotrzeć. Przypominam sobie moment, w którym jeszcze jako nieopierzony doktorant zjawiłem się w gmachu Archiwów Państwowych w Hamburgu, gdzie najpierw skierowano mnie do niesamowitej sali pełnej Findbücher – olbrzymich oprawnych w skórę rękopiśmiennych woluminów, w których trudnym do odczytania pismem staroniemieckim opisano katalogi całego archiwum. One z kolei prowadziły mnie do niezliczonych raportów, sprawozdań i listów powstałych z inicjatywy rozmaitych „poselstw” delegowanych przez rozbudowany, acz z lekka przestarzały, aparat biurokratyczny tego hanzeatyckiego państwa-miasta. Wciąż doskonale pamiętam, jak przeglądałem opasłe tomy z okresu, który mnie interesował, i z rosnącym przerażeniem stwierdzałem, że ani jedna strona w nich zawarta nie przynosi mi nic, ale to nic ciekawego. Z tym większą ulgą odetchnąłem, kiedy po kilku tygodniach tej beznadziejnej kwerendy trafiłem do niewielkiej, wyłożonej dębowym drewnem salki, w której mieściły się prywatne papiery Maxa Warburga. A znalazłem się tam dzięki łutowi szczęścia, bowiem syn owego bankiera, Eric, przypadkiem zjawił się na przyjęciu w konsulacie brytyjskim, na które zaproszono także i mnie. Wystarczyło mi zaledwie kilka godzin, by zorientować się, że korespondencja Warburga z członkami jego własnej sieci może mi powiedzieć więcej o naturze i przyczynach hiperinflacji w Niemczech w początkach lat dwudziestych XX wieku (a to właśnie był temat moich badań), niż wszystkie pozostałe dokumenty zebrane w Staatsarchiv.

A mimo to, podobnie jak większość historyków, także i ja przez długie lata miałem raczej swobodne podejście do postrzegania i opisywania sieci. W tym wypadku miałem wprawdzie oględną wiedzę o rodzinnych, biznesowych czy wynikających z szeroko pojmowanej „wspólnoty interesów” powiązaniach między Warburgiem a innymi członkami niemiecko-żydowskiej elity finansowej. Ale nie przyszło mi do głowy, by powiązania te traktować wprost jako sieć. Wystarczało mi dosyć płytkie myślenie o nich jako o zwykłych „kręgach” społecznych, co zdecydowanie nie dość dokładnie oddawało ich naturę. Obawiam się też, że równie mało systemowo podszedłem do tego zagadnienia, kiedy kilka lat później przyszło mi opisywać historię wzajemnych powiązań między bankami Rothschildów. Skupiłem się wówczas nadmiernie na mocno skomplikowanej genealogii tej rodziny, charakteryzującej się dość niezwykłym systemem ożenków między kuzynami, a zbyt mało uwagi poświęciłem szeroko pojętej sieci pośredników i banków stowarzyszonych, która była równie istotna w procesie dochodzenia tej familii do pozycji najbogatszego rodu w całym dziewiętnastowiecznym świecie. Patrząc na to z dzisiejszego punktu widzenia, powinienem był bardziej wnikliwie przyjrzeć się pracom tych historyków z połowy XX wieku, którzy – jak Lewis Namier czy Ronald Syme – jako pierwsi zapuścili się na dziewicze dotąd tereny prozopografii (biografii zbiorczej), badając między innymi pomniejszenie roli ideologii jako pełnoprawnego czynnika sprawczego w wydarzeniach historycznych. Nawet jednak ich wysiłków nie sposób uznać za jakąkolwiek próbę formalnej analizy zjawiska sieci. Co więcej, wkrótce po nich do głosu doszło całe pokolenie historyków społecznych (a może nawet wprost socjalistycznych), których głównym celem było udowadnianie, że za kolejnymi zmianami w dziejach stały tak naprawdę to wzrastające w siłę, to znów słabnące grupy i klasy społeczne. Dzięki temu dotarło do mnie, że postulowane przez Vilfreda Pareta elity – począwszy od „notabli” z czasów rewolucji francuskiej po Honoratioren w wilhelmińskich Niemczech – ogólnie rzecz biorąc, miały większe znaczenie w procesie historycznym niż klasy Karola Marksa, za to nie dowiedziałem się wcale, w jaki sposób można analizować tego rodzaju elitarne struktury.

Moja książka jest próbą zadośćuczynienia za dotychczasowe grzechy zaniechania. Skupiam się w niej na interakcjach między sieciami a hierarchiami, począwszy od czasów starożytnych aż po całkiem niedawną przeszłość. Łączę rozmaite podejścia teoretyczne, zaczerpnięte z całej gamy różnych dyscyplin naukowych, od ekonomii po socjologię i od nauk neurologicznych po teorię zarządzania. Głównym założeniem tej książki jest stwierdzenie, że sieci społeczne od zawsze odgrywały w historii o wiele większą rolę, niż była to w stanie przyznać większość historyków, zafiksowanych zazwyczaj na badaniu organizacji hierarchicznych, takich jak organizmy państwowe. Stwierdzenie to jest jednak uprawnione szczególnie w odniesieniu do dwóch okresów. Pierwsza „epoka usieciowienia” nastąpiła w wyniku upowszechnienia się prasy drukarskiej w Europie pod koniec XV wieku i trwała aż do końca XVIII stulecia. Druga to ta, w której obecnie żyjemy – rozpoczęła się ona w latach siedemdziesiątych XX wieku, choć moim zdaniem rewolucja technologiczna kojarzona zwykle z Doliną Krzemową była raczej konsekwencją aniżeli przyczyną kryzysu instytucji hierarchicznych. Okres między tymi dwiema epokami, a więc czas od końca lat dziewięćdziesiątych XVIII wieku do końca lat sześćdziesiątych XX wieku, charakteryzował się tendencją dokładnie przeciwstawną: instytucje hierarchiczne odzyskały wówczas pełną kontrolę i z powodzeniem odsunęły na bok albo wchłonęły rozmaite struktury sieciowe. Szczyt potęgi organizacji hierarchicznych przypadł przy tym na sam koniec tego okresu, to jest połowę XX stulecia – był to czas triumfu totalitarnych reżimów i totalnej wojny.

Podejrzewam, że nigdy nie doszedłbym do tych wszystkich wniosków, gdybym nie zajął się wcześniej pisaniem biografii jednego z najzręczniej poruszających się w sieciach ludzi współczesności: Henry’ego Kissingera. Mniej więcej w połowie tego przedsięwzięcia – mając już ukończony tom pierwszy i przeprowadziwszy część badań oraz kwerend do tomu drugiego – wpadłem oto na dość interesującą hipotezę. Czy aby Kissinger nie zawdzięczał swoich sukcesów, sławy, rozpoznawalności nie tylko wielkiemu intelektowi i niezwykle silnej woli, ale również wyjątkowej umiejętności konstruowania eklektycznej sieci znajomości, zarówno z wysoko umocowanymi postaciami z administracji prezydentów Nixona i Forda, jak i z ludźmi spoza kręgów rządowych, takimi jak dziennikarze, właściciele tytułów prasowych, zagraniczni ambasadorzy i głowy państw, a nawet hollywoodzcy producenci? W niniejszej książce przedstawiam przede wszystkim syntezę (mam nadzieję, że bez nadmiernego upraszczania) dokonań innych ludzi nauki, wobec których mam tym samym intelektualny dług, ale akurat w kwestii sieci stworzonej przez Kissingera mogę przedstawić swój własny – mocno niedoskonały, lecz, jak sądzę, oryginalny – ogląd zagadnienia.

Sama książka także powstała dzięki sieci. Chciałbym podziękować przede wszystkim dyrektorowi i członkom Instytutu Hoovera, w którym została napisana, jak również ciałom nadzorującym tę instytucję i jej darczyńcom. W czasach, w których na uniwersytetach pośród licznych przejawów różnorodności najmniej cenioną wydaje się różnorodność intelektualna, Instytut Hoovera pozostaje rzadkim, o ile nie unikatowym, bastionem wolności badań naukowych i niezależności myśli. Pragnę też podziękować zarówno moim starym kolegom z Harvardu, którzy służą mi intelektualnym wsparciem podczas moich wizyt w Belfer Center przy Kennedy School oraz w Center for European Studies, jak i moim nowym kolegom z Centrum Kissingera przy Paul H. Nitze School of Advanced International Studies, a także tym z Johns Hopkins University i ze Schwarzman College przy Uniwersytecie Tsinghua w Pekinie.

Nieocenioną pomocą w badaniach naukowych służyły mi Sarah Wallington i Alice Han oraz Ravi Jacques i Olivia Ward-Jackson. Manny Rincon-Cruz i Keoni Correa sporo się napracowały przy poprawianiu wykresów i komentarzy dotyczących sieci. Niezwykle ciekawe uwagi do moich odczytów i prezentacji dotyczących omawianego zagadnienia przedstawili (a wymieniam tu tylko tych, którzy uczynili to w formie papierowej): Graham Allison, Pierpaolo Barbieri, Joe Barillari, Tyler Goodspeed, Micki Kaufman, Paul Schmelzing i Emile Simpson. Pierwsze wersje książki dawałem do przeczytania, z prośbą o wnoszenie poprawek, licznym moim przyjaciołom, kolegom i znajomym ekspertom. Wśród tych, którzy poświęcili swój cenny czas i nadesłali mi własne komentarze, byli: Ruth Ahnert, Teresita Alvarez-Bjelland, Marc Andreessen, Yaneer Bar-Yam, Joe Barillari, Alastair Buchan, Melanie Conroy, Dan Edelstein, Chloe Edmondson, Alan Fournier, Auren Hoffman, Emmanuel Roman, Suzanne Sutherland, Elaine Treharne, Calder Walton i Caroline Winterer. Nieocenione komentarze do końcowej części książki przekazali mi z kolei William Burns, Henri de Castries, Mathias Döpfner, John Elkann, Evan Greenberg, John Micklethwait i Robert Rubin. Niech podziękowania za udostępnienie wyników swoich badań albo za pozwolenie na przytoczenie fragmentów ich niepublikowanych prac zechcą przyjąć ponadto: Glenn Carroll, Peter Dolton, Paula Findlen, Francis Fukuyama, Jason Heppler, Matthew Jackson i Franziska Keller. Za pomoc w zgłębieniu historii iluminatów winien jestem wdzięczność Lorenzy Castelli, Reinhardowi Marknerowi, Olafowi Simonsowi i Joe Wägesowi.

Jak zwykle mnie samego i moje kolejne dzieło reprezentowali z wielką klasą Andrew Wylie i jego koledzy, w tym zwłaszcza James Pullen. Po raz kolejny miałem też przywilej opublikowania mojej książki w wydawnictwie Simona Windera i Scotta Moyersa, należących do najbardziej wszechstronnych wydawców w całym współczesnym świecie anglojęzycznym. Pamiętam wreszcie o swoim redaktorze Marku Handsleyu, o moim wiernym korektorze i przyjacielu Jimie Dicksonie oraz o wyszukującym dla mnie ilustracje Fredzie Courtrighcie.

Wreszcie na liczne podziękowania zasługują moje dzieci: Felix, Freya, Lachlan i Thomas, które nigdy nie narzekały na to, że więcej czasu poświęcam na pisanie kolejnej książki niż na przebywanie z nimi, a które pozostają dla mnie źródłem inspiracji, dumy i zachwytu. Z kolei moja żona Ayaan cierpliwie znosiła nadużywanie przeze mnie słów „sieć” i „hierarchia” w naszych rodzinnych rozmowach. Zadziwiająco wiele nauczyłem się od niej o obu tych formach organizacji. Również i jej przekazuję podziękowania i wyrazy miłości.