Elena. Burzliwe lato

Tekst
Z serii: Elena #2
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Nele Neuhaus

b u r z l i w e l a t o

Tłumaczyli

Anna i Miłosz Urbanowie


TYTUŁ ORYGINAŁU

ELENA–EIN LEBEN FÜR PFERDE. SOMMER DER ENTSCHEIDUNG

Neuhaus, ELENA–EIN LEBEN FÜR PFERDE. SOMMER DER ENTSCHEIDUNG

© 2011 by Planet Girl Verlag (Thienemann Verlag GmbH), Stuttgart/Wien

Copyright © 2014 for the Polish edition by Media Rodzina Sp. z o.o.

Zdjęcie na okładce © Image Source/FotoChannels

Projekt okładki

Lucyna Talejko-kwiatkowska

Wszelkie prawa zastrzeżone. Przedruk lub kopiowanie całości albo fragmentów książki – z wyjątkiem cytatów w artykułach i przeglądach krytycznych – możliwe jest tylko na podstawie pisemnej zgody wydawcy.

Wydanie I elektroniczne

ISBN 978-83-7278-969-3

Media Rodzina Sp. z o.o.

ul. Pasieka 24, 61-657 Poznań

www.mediarodzina.pl

mediarodzina@mediarodzina.pl

Konwersja: Cromalin

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Karta redakcyjna

Spis treści

Dedykacja

Prolog

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

Rozdział 13

Rozdział 14

Rozdział 15

Rozdział 16

Rozdział 17

Rozdział 18

Rozdział 19

Rozdział 20

Rozdział 21

Rozdział 22

Epilog

Krótki słowniczek dla zainteresowanych

Dla Philippa i Theresy

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

STARA, CIEMNOGNIADA KLACZ przestała żuć. Uniosła łeb znad siana, wyciągnęła szyję w kierunku okna stajni i nadstawiła uszu. Powietrze było rześkie i chłodne, lecz zwierzę wyczuło w nim już woń nadchodzącej wiosny. Na horyzoncie pojawił się jaśniejszy pasek, zwiastujący nadejście świtu. Niebo pokrywała jeszcze ciemność, lecz coraz trudniej było dostrzec gwiazdy. Nad łąkami unosiła się para, a pośród okalających stajnię drzew budziły się pierwsze ptaki, by zacząć swój poranny koncert.

Klacz parsknęła kilka razy i odwróciła głowę. Jej czułe uszy usłyszały zbliżający się warkot silnika. Z całą pewnością dźwięk nie niósł się z przebiegającej daleko drogi szybkiego ruchu ani tym bardziej nie pochodził z jasnego kombi, którym gospodarz codziennie przyjeżdżał do stajni, żeby doglądać jej i pozostałych koni. Klacz nasłuchiwała. W swoim długim życiu nie raz i nie dwa była przewożona specjalnym samochodem, a warkot, który słyszała, przypominał jej o dawnych czasach, kiedy jeździła na zawody. Tak, zdecydowanie – wąską polną drogą zbliżała się ciężarówka! Przez chwilę klacz nic nie mogła zobaczyć, oślepiona reflektorami pojazdu. Potem zarżała. Jej źrebak, który smacznie spał na sianie w narożniku dużego boksu, zerwał się na równe nogi i otrząsnął z resztek snu. Klacze w pozostałych boksach również się obudziły. Wszystkie były albo w ciąży, albo miały już źrebaki.

Nagle dźwięk silnika ucichł. Trzasnęły drzwi, najpierw jedne, potem drugie, i ktoś otworzył bramę na pastwisko. Stara klacz poczuła głowę źrebięcia, które głodne szukało wymion, żeby napić się mleka. Odepchnęła je od siebie. Niespodziewanie ogarnął ją niepokój. Nie znała ludzi, którzy weszli do stajni o tak dziwnej porze. Nie zapalili światła, tylko używali latarek. Mówili cicho i chrapliwie i dziwnie pachnieli. Przez całe długie życie klacz zaznała od ludzi jedynie dobrego, dlatego z ciekawością patrzyła na przybyszy, kiedy otwierali jej boks. Poczuła przyjemny zapach owsa. Źrebak schował się za nią. Klacz przez chwilę walczyła ze sobą, czy posłuchać instynktu, który nakazywał jej bronić malca, czy poddać się chęci zanurzenia pyska w apetycznej paszy. Zastrzygła uszami. Zrobiła krok w stronę wiadra, potem kolejny, aż w końcu mogła sięgnąć do pysznego owsa. Czyjeś dłonie pogłaskały ją po głowie i założyły kantar. Klacz położyła ostrzegawczo uszy po sobie – ktoś zbliżył się do jej źrebaka. Ale już wcześniej miała małe, więc wiedziała, że ludzie nie zrobią mu nic złego. Wyszła posłusznie za mężczyzną, który trzymał ją za uwiąz. Pomrukiwała uspokajająco, bo źrebię rżało cienko i przestraszone tuliło się do jej boku.

Pozostałe klacze i ich źrebięta również rżały. Od lat były tu razem, znały tę stajnię i miały swoje zwyczaje. Kiedy jedna spokojnie wychodziła, pozostałe bez strachu podążały za nią.

Tym razem jednak miało być inaczej. Stara klacz szła spokojnie, prowadzona w stronę ciężarówki. Tysiące razy jechała takim pojazdem, więc grzecznie weszła po rampie do środka. Źrebak stukał kopytkami tuż obok niej. Tuż za nią zamknęła się przegroda… ale owies smakował tak wybornie! Źrebak szukał wymienia, a kiedy je znalazł, zaczął pić mleko. Przytłumione stuki kopyt, ciche głosy. Po krokach na rampie stara klacz rozpoznała, kto będzie jej towarzyszył – znajoma z lat młodości, która urodziła ledwie przed dwoma dniami. Po kilku minutach stała już na stanowisku obok i przeżuwała owies. Rampa powędrowała w górę. Silnik zamruczał na wolnych obrotach i ciężarówka powoli ruszyła wyboistą drogą.

Nie denerwowała się, bo źrebak jechał razem z nią.

– HEJ, FRITZI! Jeszcze sekundka! – wysapałam.

Lewą stopę wsunęłam w strzemię i podskakiwałam za kręcącym się w kółko koniem, który nie mógł się doczekać przejażdżki w terenie. Twix, mój brązowo-biały jack russell terrier, oszczekiwał nas, żebyśmy się pospieszyli. Wreszcie po kilku nieudanych próbach udało mi się wdrapać na siodło i już kłusując, wsunęłam prawą stopę w drugie strzemię. Fritzi świetnie znał drogę do lasu i dobrze wiedział, że za chwilę będzie mógł galopować, ile dusza zapragnie.

Odkąd treningi odbywały się w naszej stadninie, Fritzi niemal wszystkie zajęcia miał w ujeżdżalni, i ledwie raz czy dwa razy w tygodniu mogliśmy zrobić stępem krótką rundkę wokół zabudowań.

W Wielkanoc przyszła jeszcze niespodziewanie śnieżyca, lecz dziś po zimie nie został nawet ślad, a w powietrzu czuło się wiosnę. Niebo było jasnoniebieskie, rześki wiaterek niósł bukiet zapachów, a promienie słońca wyczarowały pierwszą zieleń łąk i pól. Życie powoli wstępowało też w nagie drzewa w lesie, gdzie nieśmiało wykluwały się maleńkie zielone pąki, które niebawem miały przerodzić się w gęste liście.

Skręciliśmy w piaszczystą drogę w kierunku skraju lasu i musiałam ściągnąć wodze, bo ogier zarzucił łbem, zadarł ogon, zaczął tańczyć i rżeć. Zachowywał się tak, jakby chciał się popisać przed panią Griese i jej wiekową klaczą kłusującą na placu. Potem udał, że się przestraszył Twiksa, i stanął dęba, a ja miałam trudności, by utrzymać go w ryzach.

 

Bardzo się zmienił przez ostatnie tygodnie. Co prawda nadal był grzeczny i nie sprawiał kłopotów, lecz nabrał sił i jako pięciolatek uświadomił sobie w końcu, że jest ogierem. Dziś miałam wrażenie, że siedzę na beczce prochu.

– Cierpliwości – powiedziałam. – Zaraz sobie pogalopujesz.

Zastrzygł jednym uchem. Doskonale zrozumiał, co mu obiecałam.

Dotarliśmy do lasu. W nagich jeszcze koronach drzew szumiał wiatr. Już za pierwszym skrzyżowaniem pozwoliłam Fritziemu przejść w kłus, bo inaczej pewnie by eksplodował.

Długa prosta, którą z Melike ochrzciłyśmy autostradą, bo przez niemal dwa kilometry ciągnęła się bez zakrętów przez las, była stworzona do wyciągniętego galopu. Fritzi wystrzelił jak z procy, ale byłam na to przygotowana, więc dałam radę go utrzymać. Dobrze rozumiałam swojego wierzchowca, dla mnie też codzienne treningi ujeżdżenia w hali bywały męczące. Po kilku metrach zmieniłam delikatnie dosiad i popuściłam wodze, na co Fritzi momentalnie przeszedł w wyciągnięty galop. Odgłos jego kopyt brzmiał głucho na wilgotnym podłożu. Z tyłu dobiegało mnie wściekłe ujadanie Twiksa, który na krótkich łapkach nie był w stanie dotrzymać nam kroku. Tata pewnie by się złościł, gdyby wiedział, że pozwoliłam Fritziemu gnać po lesie najszybciej, jak umiał, ale młody ogier tego właśnie potrzebował do szczęścia.

Jeszcze kilka tygodni temu tata zupełnie nie interesował się Fritzim i tym, co z nim robię, lecz od niedawna zmienił podejście. Odkąd przekonał się, jak mój koń wspaniale skacze, znów zaczął wiązać z nim wielkie nadzieje, mimo że przed kilkoma laty, kiedy Fritzi uległ ciężkiemu wypadkowi, postawił na nim krzyżyk. Bo mój ogier miał za sobą dramatyczne przeżycia.

Na świat przyszedł dokładnie w dniu, kiedy obchodziłam ósme urodziny. Moje przyjęcie z tortem bardzo się przez to skróciło, dlatego tata mi go podarował. Jako roczny ogierek Fritzi miał poważny wypadek. Razem z innymi młodymi końmi uciekł z padoku, dostał się na ulicę i wpadł pod samochód. Obrażenia były bardzo poważne – obawiano się, że nigdy nie będzie mógł skakać. Ale to nie miało dla mnie znaczenia. Pielęgnowałam go, aż wyzdrowiał, a potem, kiedy podrósł, zaczęłam na nim jeździć. Zeszłego lata nie było już śladu po skutkach wypadku – kłusował i galopował, jakby nigdy nic mu nie było. Niemal codziennie wybierałyśmy się z moją przyjaciółką Melike na przejażdżki w terenie, aż w pewnym momencie przekonałyśmy się, że Fritzi świetnie skacze. Zachodziłyśmy w głowę, jak mogłybyśmy go trenować, żeby tata o niczym się nie dowiedział. Wtedy pojawił się Tim. Na wspomnienie o nim musiałam się uśmiechnąć. Nie żebym w ogóle przestawała o nim myśleć, nic takiego. Tim Jungblut był najfajniejszym chłopakiem na świecie, miał uroczą bliznę nad górną wargą i słodki dołeczek w brodzie, ale niestety, był synem Richarda Jungbluta, wroga moich rodziców.

Zbyt szybko dotarliśmy do końca autostrady i musiałam ściągnąć wodze. Ogier natychmiast posłuchał. Galop dobrze mu zrobił, kilka razy parsknął i spokojnie przeszedł w stęp. Po chwili dopadł do nas Twix z wywieszonym do ziemi ozorem, umorusany w błocie, ale szczęśliwy.

Myślami wróciłam do zeszłego lata. Przeszedł mnie dreszcz na wspomnienie, jak diametralnie odmieniło się moje życie. Ja i mój starszy brat Christian wychowaliśmy się w pobliżu małego miasteczka Steinau, w stadninie „Kosy”, należącej do naszych dziadków. Konie były dla nas czymś najbardziej naturalnym pod słońcem. Tata był jednym z najlepszych jeźdźców w kraju i niemal co weekend brał udział w jakichś zawodach.

Ten idealny świat legł w gruzach, kiedy wyszło na jaw, że dziadek ma ogromne długi w banku. W stadninie pojawił się komornik i zagroził zlicytowaniem majątku. Po trudnych negocjacjach, z pomocą doradcy finansowego, rodzice przejęli kredyty dziadka i zobowiązali się do ich spłaty. Inaczej musielibyśmy opuścić rodzinny dom.

Z dnia na dzień popsuła się atmosfera w rodzinie. Tata i mama nieustannie się kłócili. Wielu pensjonariuszy opuściło stadninę, a po karczemnej awanturze tata i dziadek przestali się do siebie odzywać. Było tak źle, że w końcu mama spakowała walizki i wyjechała do swoich rodziców do Bonn.

W tym trudnym okresie Fritzi był moim jedynym pocieszeniem, ale bałam się, że tata może chcieć go sprzedać, kiedy się zorientuje, jaki to doskonały wierzchowiec. Jeździłam więc na nim w hali tylko wtedy, kiedy miałam pewność, że taty nie ma w pobliżu.

W dniu zawodów związku jeździeckiego w naszej stadninie zjawił się Tim. Przyjechał, ryzykując, że zauważy go mój brat, który szczerze go nienawidził. Pokazałam mu Fritziego, a Tim wpadł na genialny pomysł trenowania mnie i mojego wierzchowca. Znalazł doskonałe miejsce do treningów – dawny plac do tresury psów na skraju lasu. Przetransportował tam mnóstwo nieużywanych już przeszkód i razem z Melike ustawiliśmy na nim parkur. Odtąd spotykaliśmy się przynajmniej raz w tygodniu. Dzięki pomocy Tima Fritzi poczynił ogromne postępy.

Na myśl o zakończonych treningach zrobiło mi się ciężko na sercu. Kilka tygodni temu na zawodach w Heidelbergu tacie udało się bardzo dobrze sprzedać jego najlepszego konia Lagunasa. To wprawdzie oznaczało ratunek dla stadniny, ale tacie było bardzo przykro, że musiał poświęcić ukochanego ogiera.

Tamtego wieczoru przez nieuwagę Christiana stało się coś strasznego. Lagunas przewrócił się w stanowisku do mycia i nie mógł wstać o własnych siłach. Kiedy zawiodły wszystkie próby podniesienia go, popędziłam na Fritzim przez ciemny las do leśniczówki, by prosić o pomoc przyjaciela taty z lat młodości, doktora Lajosa Kertéczy’ego. To on uratował Lagunasowi życie, a tym samym naszą stadninę.

Dzięki niemu również dowiedziałam się, dlaczego byliśmy skłóceni z Jungblutami i dlaczego przepaść między naszymi rodzinami była nie do zasypania. W szkole Christian nie spuszczał mnie z oka i pilnował, żebym nie zbliżała się do Tima, co było o tyle łatwiejsze, że syn naszych wrogów harował w stadninie ojca i już w ogóle nie miał czasu popołudniami. Nie zobaczyłam się z nim nawet podczas ferii wielkanocnych.

Westchnęłam ciężko. Fritzi od razu zastrzygł uszami, czekając na sygnał do powrotu w kłus.

Piętnaście minut później dotarliśmy do placu. Przeszkody wciąż stały dokładnie tak, jak parę tygodni temu, zanim śnieg przedwcześnie zakończył nasze treningi. A teraz było po wszystkim. Rankiem po wypadku Lagunasa i akcji ratunkowej w wykonaniu Lajosa pochwaliłam się tacie Fritzim. Tym samym rozdział mojego życia wypełniony tajnymi treningami został zamknięty, gdyż tata postanowił, że sam będzie trenować mojego konia. Z jednej strony byłam zachwycona, z drugiej – załamana, bo nie miałam już pretekstu, by spotykać się z Timem.

Zsunęłam się z siodła, poprowadziłam Fritziego na drugą stronę łąki i opadłam na spróchniały pień drzewa, który zataszczyliśmy tu kiedyś wspólnymi siłami z Timem i Melike, potrzebując dodatkowej przeszkody.

Tyle się wydarzyło przez te kilka minionych tygodni! Czasem wydawało mi się, że musiałam postarzeć się o kilka lat. Z kieszeni kurtki wydobyłam łańcuszek z wisiorkiem – prezent, który dostałam od Tima przy naszym ostatnim spotkaniu. Popatrzyłam na wisiorek w kształcie serca. Na odwrocie wygrawerowano Projekt Fritzi. Powiodłam kciukiem po literkach, wspominając popołudnie, kiedy gnałam na tę łąkę, umierając ze strachu.

Tim wysłał mi smsa, którego znów opacznie zrozumiałam, bo byłam mistrzynią nieporozumień. Spodziewałam się, że powie, że nie chce się ze mną spotykać, a tymczasem stało się coś wręcz odwrotnego! Wyznał, że mnie kocha, i mnie pocałował! Zamknęłam oczy, przywołując tę niewiarygodną, cudowną, wprost magiczną chwilę, kiedy świat na kilka sekund się zatrzymał. Westchnęłam ze szczęścia. Nigdy wcześniej żaden chłopak mnie nie pocałował. Nawet teraz wszystko wydawało mi się zaledwie snem, bo Tim był obiektem westchnień wszystkich dziewczyn w szkole, a ja nie zaliczałam się do takich piękności jak Ariane, nasza klasowa księżniczka.

Naszyjnik, który był dowodem, że nie przyśniłam sobie tego wszystkiego, nosiłam ukryty w kieszeni kurtki i traktowałam jak talizman. Nie miałam dość odwagi, by zawiesić go sobie na szyi. Mógłby wpaść w oko Christianowi i stać się obiektem głupich żartów. Poza tym pewnie długo nie uchowałby się przed czujnym wzrokiem mamy. Te tajemnice były łyżką dziegciu w moim szczęściu. Poza Melike i Lajosem nikt nie wiedział o Timie i o mnie i tak najwyraźniej musiało pozostać.

Na wspomnienie zeszłej soboty przeszły mnie ciarki. Cała rodzina pojechała na niewielkie zawody do Sulzbach, gdzie Fritzi po raz pierwszy miał skakać w zawodach. Nie spodziewałam się, że tata z Christianem również się wybiorą, ale też nie przejęłam się zbytnio ich obecnością, bo parkur nie należał do trudnych i wiedziałam, że Fritzi świetnie sobie z nim poradzi. Jednak kiedy Melike szepnęła mi w padoku, że na trybunach widziała Tima, mało nie dostałam zawału. Trzęsłam się jak osika i po piątym skoku zapomniałam kolejności przeszkód. Jak zupełna nowicjuszka!

Fritzi bez problemu wygrałby w swojej klasie, lecz z powodu mojego rozkojarzenia najechaliśmy szóstą przeszkodę od niewłaściwej strony i zostałam zdyskwalifikowana. Rodzice powiedzieli: „Szkoda” i „To pewnie nerwy” i nie wspomnieli już ani słowem o mojej porażce, za to Christian używał sobie za wszystkie czasy. Ciągle był na mnie wściekły, że przestał być w centrum uwagi i że handlarz końmi, pan Nötzli, zatrudnił mnie do trenowania Quintano. To go bardzo zabolało. Gdyby się dowiedział, że Tim mnie pocałował i podarował mi złoty łańcuszek, byłoby po mnie.

– Tim, szkoda, że cię tu nie ma – westchnęłam i ucałowałam wisiorek, po czym schowałam go do kieszeni kurtki.

Gdyby Tim nie nazywał się Jungblut, a ja nie byłabym córką Michaela Weilanda, mogłabym teraz pojechać do ich stadniny, zobaczyć się z nim i pośmiać. Dlaczego to wszystko musiało być tak skomplikowane?

Fritzi popatrzył na mnie smutno swoimi ciemnymi oczami i pogrzebał w ziemi przednim kopytem. Kojarzył plac ze skakaniem, a lubił to ponad wszystko na świecie.

– Niestety, nie tym razem, kochany – powiedziałam, wstając. – Bez Tima nie skaczemy.

KIEDY PÓŁ GODZINY później wróciłam z przejażdżki, stadnina wyglądała na wymarłą. Rodzice chyba wciąż jeszcze byli u doradcy finansowego, a ponieważ dziadek dawał lekcje jazdy konnej dopiero od siedemnastej, po stajniach nie kręcili się uczniowie.

Nie zsiadając z Fritziego, minęłam małą ujeżdżalnię i skierowałam się do tylnej bramy stajni z końmi taty. Tuż przed wejściem zeskoczyłam z siodła i wprowadziłam ogiera do środka. Inne wierzchowce wysunęły łby z boksów i zarżały na powitanie. Wcześniej Fritzi stał w stodole razem ze starymi końmi, które pozostawały na łaskawym chlebie swoich właścicieli, ale w dniu, kiedy Lagunas został sprzedany, mógł od razu przenieść się do koni sportowych. Teraz miał najpiękniejszy i największy boks, z oknem wychodzącym wprost na parkur i tor do galopu, i cieszył się, że cały dzień może przez nie wyglądać.

Zdjęłam mu siodło i ogłowie i zaczekałam, aż wytrze łeb o przednią nogę, po czym założyłam mu kantar i poprowadziłam na stanowisko do mycia. Po wypadku Lagunasa tata zdecydował o przykryciu betonowej podłogi specjalną matą antypoślizgową.

Twix łapczywie chłeptał wodę z miski przy drzwiach siodlarni. Nagle rozszczekał się Robbie, nasz berneński pies pasterski. Nie zabrzmiało to szczególnie przyjaźnie. Twix wystrzelił ze stajni i dołączył do berneńczyka. Pospiesznie wprowadziłam Fritziego do boksu i podążyłam za terrierem. Naprawdę byłam tu samiuteńka! Pryszczol Jens gdzieś skutecznie się zaszył, choć zawsze po wolnym weekendzie najpóźniej o dziewiątej był w pracy. Hm, dziwne.

– Robbie! Twix! – zawołałam, ale psy nie przestawały ujadać.

Znalazłam je w Długiej Stajni przed jednym z boksów. Zwykle potulny Robbie teraz szalał z wściekłości i ujadał, podskakując, przy drzwiach.

– Robbie, Twix – powtórzyłam zdecydowanie. – Spokój! Do mnie!

Robbie ucichł, łypnął na mnie i posłuchał, warcząc pod nosem, za to Twix niestrudzenie szczekał dalej. Podeszłam sprawdzić, co tak zdenerwowało psiaki. W pustym boksie stało dwóch mężczyzn i robiło nieszczęśliwe miny. Ważący sześćdziesiąt kilogramów wściekły berneńczyk mógł sprawiać wrażenie niebezpiecznego, bo nikt nie wiedział, że Robbie to łagodny cielaczek. O mało co nie wybuchłam śmiechem, choć to przecież mogli być klienci, których bardzo potrzebowaliśmy. Chwyciłam więc Robbiego za obrożę, nakazałam mu grzecznie usiąść, a następnie to samo poleciłam Twiksowi.

 

– Przepraszam panów – powiedziałam i uwolniłam ich z więzienia.

Starszy powiedział coś w obcym języku, co zabrzmiało nieszczególnie przyjaźnie, i popatrzył wrogo na warczące zwierzaki. Mógł mieć pięćdziesiąt lat, był niewiele wyższy ode mnie i okrągły jak beczka. W ciemnym garniturze, pod krawatem i w czarnych lakierkach wyglądał jak nie z tej bajki. Drugi nieznajomy był znacznie młodszy, wyższy i szczuplejszy. On też miał na sobie elegancki garnitur. Sprawiał sympatyczne wrażenie i chyba nie miał pretensji do Robbiego za to, że zapędził go do boksu.

– Pies podwórkowy ma szczekać – stwierdził z uśmiechem. – Przepraszamy za najście, ale nikogo nie znaleźliśmy.

Świetnie mówił po niemiecku, ale z wyraźnym obcym akcentem.

– Pojechałam na krótką przejażdżkę – odparłam. Nie chciałam, żeby pomyśleli, że nasza stadnina dzień i noc stoi otworem. – W czym mogę pomóc?

Nagle ogarnęło mnie niedobre przeczucie. Ostatnim razem, kiedy grzeczny i elegancko ubrany mężczyzna pytał o dziadka, okazało się, że jest komornikiem sądowym, który później chciał zlicytować stadninę.

– Szukamy pana Michaela Weilanda – odparł ten miły. – Pan Gasparian chciałby porozmawiać z nim w interesach. Gdzie możemy go znaleźć?

– W interesach? – Zerknęłam na grubasa. Nad małymi sprytnymi oczkami, którymi skanował wszystko dookoła, wyrastały krzaczaste brwi, a górną wargę okrywał mu pokaźny wąs, nadając twarzy groźny wyraz. – Nie wiem, kiedy tata wróci – wyjąkałam ostrożnie. – Panowie chcą wynająć boks?

Nie doczekałam się odpowiedzi. Grubas powiedział coś do towarzysza, odwrócił się na pięcie i ruszył głównym przejściem. Ponieważ wcześniej odwołałam psy, wyraźnie nabrał pewności siebie. Rozglądał się z ciekawością, zajrzał do siodlarni, wszedł do ujeżdżalni, potem przez pomieszczenie do czyszczenia koni przeszedł do stajni z końmi taty.

Ani trochę mi się to nie podobało. Zagniewana szłam za nim krok w krok, wciąż trzymając Robbiego za obrożę. Pies najwyraźniej podzielał moje nastawienie, bo z jego gardła wydobył się groźny warkot. Grubas zatrzymał się nagle i znów coś powiedział do towarzysza.

– Macie sporo pustych boksów – przetłumaczył młodszy nieznajomy. – Dlaczego?

– Ostatnio kilka osób się wyprowadziło – odpowiedziałam, bo nic innego nie przyszło mi do głowy.

Po raz pierwszy w życiu żałowałam, że nie ma Jensa. Albo chociaż Christiana. Czułam się bardzo nieswojo, stojąc tam z dwoma obcymi mężczyznami – mimo że towarzyszyły mi dwa psy. Zanim zdołałam cokolwiek zrobić, otyły mężczyzna ruszył między boksami ze sportowymi końmi taty. Przez chwilę rozmawiał z tłumaczem w dziwnie brzmiącym języku, który trochę przypominał rosyjski. Uznałam, że zachowują się wobec mnie niegrzecznie, bo ni w ząb nie rozumiałam, o czym mówili.

– O co właściwie panom chodzi? – zapytałam wreszcie.

Mężczyzna zerknął na towarzysza, jakby prosząc go o pozwolenie na udzielenie mi odpowiedzi.

– Pan Gasparian pragnie mówić z panny ojcem – odparł w końcu grzecznie i podał mi wizytówkę, a ja ledwie zdołałam powstrzymać uśmiech. Po raz pierwszy w życiu ktoś zwrócił się do mnie per „panna”. – Dziękujemy, że mogliśmy się rozejrzeć. Niech pani ojciec oddzwoni.

– W porządku, przekażę. – Kiwnęłam głową i wsunęłam wizytówkę do kieszeni.

Grubas minął mnie bez słowa, lecz jego towarzysz był na tyle dobrze wychowany, że wychodząc, podał mi rękę. Niestety, Robbie uznał to za atak i skoczył w jego stronę, głośno warcząc i szczerząc zęby. W ostatniej chwili złapałam psa za obrożę i odciągnęłam od nieznajomego. Niewiele brakowało, a zatopiłby kły w jego przedramieniu. Biedny mężczyzna zbladł jak kreda i pospiesznie rzucił się za szefem. Stałam w otwartych drzwiach stajni i patrzyłam, jak idą w kierunku auta. Po kilku sekundach usłyszałam warkot silnika i luksusowy czarny mercedes wytoczył się z podwórka.

– Dzięki, Robbie – powiedziałam czule do berneńczyka. – Gdyby nie ty, byłoby ze mną krucho.

Twix zaszczekał i podskoczył.

– Tak, ty też byłeś dzielny – zapewniłam go i podrapałam za uszami. – Najchętniej poszarpałbyś mu nogawki, prawda?

– Hau! – potwierdził Twix, zawzięcie machając ogonem.

Uśmiechnęłam się i wyjęłam wizytówkę z kieszeni kurtki.

– Khoren Gasparian – przeczytałam.

Oprócz imienia i nazwiska na wizytówce znajdował się jedynie numer telefonu. Dziwne. Odwróciłam się i wróciłam do stajni, by odwiesić uprząż Fritziego.