Włoskie love story

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

3.

Kiedy następnego dnia obie z Sarą czekały na hotelowym parkingu na autokary, atmosfera między nimi wciąż była lekko napięta. Ola nie umiała się długo gniewać na przyjaciółkę, jednak tym razem nie zamierzała odpuścić. Choć tak naprawdę dzisiaj ta cała wczorajsza szopka nawet ją trochę bawiła. A nawet bardziej niż trochę, bo na samo wspomnienie się uśmiechnęła, a potem próbowała zdusić w sobie śmiech.

– No, dajmy już spokój. Mnie też już to śmieszy – zwróciła się wreszcie do Sary. – Ale żeby było jasne: nie dam ci się już nigdy więcej wkręcić w te twoje szalone pomysły – roześmiała się w końcu na głos.

Sara powoli się rozluźniała, a na jej twarz zaczął wstępować uśmiech, aż w końcu zaczęła się śmiać.

– To było takie żałosne – powiedziała, łapiąc oddech.

– Musiał sobie o nas nieźle pomyśleć. Mam tylko nadzieję, że więcej go nie spotkamy, bo zapadnę się pod ziemię.

– To będzie trudne, zważywszy na to, że mieszka w tym samym hotelu.

– Może nie zostaje na długo – powiedziała Ola, starając się przekonać siebie.

– Zresztą czym my się przejmujemy. Pewnie spotkałyśmy go raz w życiu i nigdy więcej.

– Dwa razy.

– No dobra, ale to był przypadek.

Ola westchnęła. Może przynajmniej teraz Sara miała rację. Co prawda w ogóle nie powinno obchodzić jej zdanie obcego, przypadkowo spotkanego faceta, niemniej bardzo nie lubiła robić z siebie głupiej, a wczoraj wyszło jej to nad wyraz dobrze.

– Czyli co, najpierw Piazza della Liberta, a tam się rozdzielamy?

– Jak zwykle, nie pomieścimy się z dwiema grupami w Muzeum Narodowym, więc lepiej będzie rozdzielić zwiedzanie na dwie grupy. A potem czas wolny.

– I spotykamy się w barze pod twierdzą?

– Jak zawsze – przytaknęła Ola z uśmiechem.

Obie miały od dawna ustalony plan zwiedzania. Zwykle robiły właśnie tak, że rozdzielały się i tworzyły dwie mniejsze grupy turystów, dzięki czemu było im łatwiej oprowadzać wycieczki, okiełznać zwiedzających. Po południu wszyscy się spotykali się i mieli czas na snucie się po mieście, a Ola i Sara udawały się do baru u podnóża zamku, skąd rozpościerał się przepiękny widok na malowniczą okolicę.

Dla Oli po raz kolejny była to bardzo ciekawa wycieczka, bo choć znała niemal na pamięć wszystkie tutejsze zabytki i ich historię, uwielbiała podziwiać tę niepowtarzalną, włoską architekturę i opowiadać o niej. Kiedy więc wraz z grupą przekroczyła zabytkową bramę do miasta, ruszyła żwawo w stronę Muzeum Narodowego. Prowadziła podopiecznych wąskimi uliczkami, wzdłuż których pełno było sklepów między innymi z ekskluzywną odzieżą. To był jeden z minusów tego, że San Marino całkowicie podporządkowało się turystyce – liczba zakładów rzemieślniczych, niewielkich masarni z wędlinami czy lokalnych sklepików była zatrważająco mała, a przecież to właśnie one tworzyły prawdziwy klimat takich miejsc. Mimo to miasto miało niewątpliwy urok. Wąskie, wybrukowane uliczki, podcienie budynków i raz po raz pojawiające się tarasy widokowe robiły ogromne wrażenie, zwłaszcza na turystach, którzy byli tu pierwszy raz. Na szczęście Ola, jako stała bywalczyni, doskonale wiedziała, gdzie się udać, by odnaleźć te małe sklepiki, w których turyści mogli kupić lokalne wyroby czy pamiątki.

Z uwagi na to, że San Marino było naprawdę niewielkie, kilka razy grupa przemierzyła Piazza della Libertà oraz zabytkowy budynek jednoizbowego parlamentu ze średniowieczną wieżą zegarową. Później Ola poprowadziła zwiedzających do bazyliki, w której znajdowały się relikwie założyciela miasta. Ostatnim punktem wycieczki był zaś zamek La Rocca o Guaita, znajdujący się na najwyższym wzniesieniu miasta, na szczycie góry Titano. Niesamowita wiekowa budowla zrobiła na wszystkich chyba największe wrażenie, zwłaszcza że wieża twierdzy została wybudowana bezpośrednio w skale, bez żadnych fundamentów! Ola zauważyła, że historii tego miejsca każdy słuchał z uwagą, pojawiło się nawet kilka pytań, na które Ola cierpliwie odpowiadała. Stąd rozpościerał się też chyba najpiękniejszy widok, dlatego Ola dała grupie kilka minut na zrobienie zdjęć i krótki spacer po obiekcie.

Po kilkugodzinnym zwiedzaniu Ola i Sara spotkały się znów na głównym placu. Zakomunikowały swoim grupom, że zbiórka odbędzie się w tym samym miejscu za dwie godziny (wiedząc doskonale, że muszą w rozrachunku dodać jeszcze trzydzieści minut, bo absolutnie zawsze ktoś się spóźniał), wskazały kilka ciekawych punktów, w których można coś zjeść, napić się regionalnych trunków i zakupić pamiątki, po czym pożegnały się i udały do swojej ulubionej restauracji. Jej znaczna część tworzyła przepiękny, w połowie zadaszony taras widokowy na zewnątrz budynku. Słońce wciąż pięknie świeciło, ale tak naprawdę obie czekały wyłącznie na zachód i chwilę, kiedy miasto i okolica skąpane w wielu odcieniach złota, pomarańczy i granatu nieba rozbłysną blaskiem ulicznych latarni i okolicznych trattorii.

– To co, po malutkim limoncello? Albo lampce biancale? – zapytała Sara, zacierając ręce na myśl o dwóch najpopularniejszych tutaj trunkach.

– Jesteśmy w pracy! – upomniała ją rozbawiona Ola.

– Oj, daj spokój! Nim będziemy wracać, nie będzie nawet śladu.

Ola już miała się skusić, gdy w głowie zapaliła jej się czerwona lampka. Obiecała sobie nie ulegać Sarze i jej pomysłom. Czy to, że napiłaby się wina, było jednak taką zbrodnią? Absolutnie nie!

– No dobra, ale tylko jedną lampkę – uległa.

– Czyli winko?

– To zdecydowanie lepszy pomysł.

Sara skinęła głową, po czym podeszła do kelnera, by zamówić trunki, Ola zaś zajęła stolik tuż przy balustradzie tarasu. Ciepły wiatr przyjemnie smagał jej policzki i poruszał kosmykami włosów, gdy podparłszy dłonią brodę, na chwilę przymknęła oczy i wystawiła twarz do słońca. Chwilę później usłyszała, że Sara odsuwa krzesło i dosiada się do niej.

– Mogłabym tu zamieszkać – powiedziała przyjaciółka, która po raz kolejny zachwyciła się wspaniałym widokiem ciemnozielonych pagórków i kamiennych domków pokrytych glinianą dachówką, położnych poniżej wzgórza, na którym się znajdowały.

– Mówisz to za każdym razem, gdy tu jesteśmy.

– I kiedyś to zrobię, zobaczysz – oznajmiła dziewczyna z powagą. – Zamieszkam w jednej z kamieniczek, otworzę perfumerię albo mydlarnię na parterze i codziennie będę popołudniami popijała pyszną włoską kawę.

– U boku swojego zabójczo przystojnego męża Włocha – dodała Ola, nachylając się nad stolikiem.

– Albo pół-Włocha – parsknęła śmiechem Sara, a przyjaciółka jej zawtórowała. – Ciekawie byłoby mieć włoskie korzenie, nie uważasz?

– Tobie nie potrzeba włoskich korzeni, i tak masz iście włoski temperament – zaśmiała się Ola.

W tej samej chwili podszedł do nich kelner i postawił na ich stoliku dwie lampki z białym winem. Zamówiły jeszcze swoje ulubione spaghetti aglio olio, a na deser semifredo i podziękowały kelnerowi, który już bardzo dobrze je kojarzył.

To był kolejny duży plus tej pracy – znajomości, które zawierały: w muzeach, restauracjach, barach, sklepikach, manufakturach i wielu innych miejscach. Niemal wszędzie po pewnym czasie zaznajamiały się z właścicielami czy menedżerami, współpraca przebiegała więc bez zarzutu, a czasami, kiedy udawały się do pewnych miejsc prywatnie, mogły liczyć na specjalne względy. Ileż to razy uczestniczyły w prawdziwych włoskich fiestach czy też przesiadywały do późnej nocy w trattoriach w cudownej atmosferze.

– À propos tego temperamentu. – Sara przełknęła łyk białego wina. – Czujesz twardy grunt pod nogami? – zapytała nagle.

– Co? – odparła Ola i popatrzyła na przyjaciółkę, nie rozumiejąc.

– Pytam odnośnie do naszej dzisiejszej rozmowy na parkingu… – Sara wciąż krążyła wokół tematu.

Ola się skrzywiła, a kiedy Sara ledwo zauważalnie wskazała jej brodą przed siebie, odwróciła głowę i zamarła. Nie potrafiła zapaść się pod ziemię, choć naprawdę miała ogromną na to ochotę. Marcin najwyraźniej też je zauważył, bo na jego twarzy od razu wymalował się jednoznaczny uśmiech. Skinął do nich głową, po czym powiedziawszy coś do siedzącego naprzeciwko niego Włocha, wstał i ruszył w ich stronę.

– Powiedz, że nie idzie do naszego stolika – wycedziła Ola przez zaciśnięte zęby, odwróciwszy się w stronę przyjaciółki.

– Mam skłamać? – Sara, uniósłszy głowę, przykleiła do ust wymuszony uśmiech.

Czyli właśnie do nich podszedł. Ola przez chwilę zbierała myśli. Miała nadzieję, że tym razem nie obleje się płomiennym rumieńcem. Niestety, już czuła, jak zaczynają piec ją policzki. Może Marcin uzna, że to nie ze wstydu, a z gorąca?

– Znowu się spotykamy – powiedział swobodnie na przywitanie.

– Zbieg okoliczności, prawda? – odparła lekkim tonem Sara.

Oho, włączyła ten swój kokieteryjny tryb. Ola zaśmiała się w duchu i w końcu popatrzyła na mężczyznę. W tej samej chwili, gdy i on mierzył ją spojrzeniem.

– Zaczynam w nie rzeczywiście wierzyć. Podejrzewam, że jesteście na wycieczce z grupą – zagadnął.

– Dokładnie tak. Pan też zwiedza?

– Marcin – poprawił Sarę z uśmiechem. – Wciąż w interesach. Ale korzystam też z uroków miasta, nie przeczę.

– Jeśli w interesach, to nie będziemy przeszkadzać. W innym wypadku moglibyśmy wspólnie napić się wina. Mają tu wyśmienite biancale. – Sara uniosła zachęcająco kieliszek.

Ola doskonale wiedziała, że przyjaciółka bardzo chce, by mężczyźni do nich dołączyli.

– Prawdę mówiąc, rozmowy biznesowe już zakończyliśmy, z chęcią napijemy się z wami. Możemy się dosiąść? – zapytał nieoczekiwanie Marcin i przeniósł spojrzenie na wciąż milczącą Olę.

– Tak, oczywiście – odparła po dłuższej chwili, nie mając zbytnio innego wyboru, gdy Sara jej pozostawiła decyzję i tylko milcząco się w nią wpatrywała wymownym spojrzeniem.

 

Marcin przeprosił je na chwilę i podszedł do swojego towarzysza, by przekazać mu nowy plan na popołudnie, a Ola nachyliła się w stronę Sary i syknęła:

– Co za pech!

– Daj spokój, Olka, nie bądź taką sztywniarą. Mamy okazję odkupić naszą wczorajszą wtopę. Obrócimy to w żart i będzie po sprawie.

Ola pokręciła głową z niezadowoleniem, a po chwili znów sztucznie się uśmiechnęła, gdy Marcin i Marco, którego wczoraj dziewczęta również poznały przy hotelowym barze, przysiedli się do nich. Kiedy tylko zajęli miejsca, przy stoliku pojawił się kelner, który przyjął od mężczyzn nowe zamówienie. Ola ukradkiem zerkała na Marcina, starając się nie pokazywać, jak bardzo niezręczna jest dla niej ta sytuacja, Sara natomiast szczebiotała jak nastolatka.

– Szkoda, że nie spotkaliśmy się wcześniej, mogłybyśmy z Olą dołączyć was do którejś grupy i przy okazji oprowadzić po San Marino – powiedziała po angielsku.

– Prawdę mówiąc… Marco mieszka w okolicy, a ja byłem tu już nie raz – zaśmiał się Marcin. – Ale to bardzo miłe, dziękuję.

– Naprawdę? A ty skąd pochodzisz? Wczoraj wspominałeś, że jesteś w połowie Włochem.

– Mój ojciec urodził się we Florencji, ale ja od urodzenia mieszkałem i wychowywałem się w Polsce. Do Włoch przyjeżdżam w odwiedziny do bliskich, do dziadków.

– I w interesach – zauważyła niedyskretnie Sara.

– I w interesach – odparł enigmatycznie Marcin, po czym przeniósł spojrzenie na Olę. – A wy długo pracujecie tutaj dla biura?

– Już trzeci rok – odpowiedziała Ola, uśmiechając się nerwowo.

– I biuro wymaga znajomości włoskiego? Świetnie mówisz po włosku. Myślałem, że angielski jest wystarczający, a czasem niepotrzebny, bo przecież obsługujecie turystów z Polski.

– Nie, nie, biuro wymaga języka angielskiego, a włoski to po prostu moje hobby – odpowiedziała speszona dziewczyna. – Studiuję filologię włoską jako drugi kierunek.

– A jako pierwszy?

– Zarządzanie w turystyce.

– Czyli spełniasz się zawodowo, i to chyba w najlepszy możliwy sposób – powiedział z uznaniem. – Ty też? – zwrócił się do Sary.

– Ja aż taka ambitna nie jestem – zaśmiała się Sara. – Ja tylko to drugie. – Uśmiechnęła się urzekająco i zatrzepotała rzęsami.

Ola doskonale wiedziała, co przyjaciółce chodzi po głowie, i już miała ochotę kopnąć ją pod stołem! Była pewna, że jeśli Marcin spędzi jeszcze choć kilka dni w ich hotelu, Sara go sobie nie odpuści.

– Jakie interesy załatwiacie? – wypaliła nagle Ola, nie przemyślawszy nawet, czy w ogóle powinna zadawać tak niedyskretne pytanie.

– Kupuję dla mojego klienta z Polski dom w Rimini.

– Jesteś agentem nieruchomości? – dociekała Sara.

– Nie, jestem adwokatem, działam na zasadzie pełnomocnictwa. To Marco jest agentem, który pośredniczy w sprzedaży nieruchomości, a przy okazji jest moim dobrym przyjacielem.

– Tak, znamy się od dziecka – odezwał się w końcu małomówny Włoch, który dotąd jedynie przysłuchiwał się wymianie zdań.

– I naprawdę pochodzisz z San Marino? – dopytała Sara.

– Pochodzę z Florencji. W San Marino i na wybrzeżu prowadzę interesy, mam swoje biuro nieruchomości, więc można powiedzieć, że to mój drugi dom – odparł wyraźnie pobudzony nagłym zainteresowaniem dziewczyny.

– To musi być cudowne mieszkać w tak pięknym kraju.

– Wiesz, na dobrą sprawę my też mieszkamy tu przez dużą część roku – wtrąciła Ola.

– Naprawdę? – zapytał zaciekawiony Marcin.

– Tak, od początku sezonu w kwietniu zwykle do końca września lub połowy października.

– A studia?

– Zaocznie i w trybie indywidualnym. Wracam do Polski na dwa tygodnie podczas letniej sesji.

– Czyli teraz wracałaś z egzaminów?

– Tak. – Uśmiechnęła się w końcu całkiem swobodnie.

– Jak się domyślam, z tarczą?

– Nie inaczej – potaknęła z dumą, zupełnie już rozluźniona.

Rozmowa z Marcinem i Markiem okazała się naprawdę zajmująca. A właściwie głównie z Marcinem, bo Marco, o dziwo, zajęty był konwersacją z Sarą. A podobno tak słabo mówił po angielsku… Ola uśmiechnęła się pod nosem, widząc, że Włoch coraz bardziej zaczyna interesować się jej przyjaciółką. Sara z kolei wyglądała na zachwyconą tą atencją, a kiedy zaczynała robić słodkie minki i posyłać Włochowi powłóczyste spojrzenia, Ola doskonale wiedziała, do czego zmierza jej przyjaciółka. Szybko zmieniła obiekt zainteresowań – prychnęła w duchu.

– Długo planujesz tu zostać, Marcinie? – zapytała po chwili towarzysza.

– Jeszcze na pewno przez tydzień, tyle przy dobrych układach zajmą nam formalności. Ale nie wiem, czy nie zrobię sobie krótkich wakacji albo nie pojadę do rodziny na południe.

– Tobie znajomość języka jak widać też bardzo się przydaje.

– Nie ukrywam. We Wrocławiu niewielu jest adwokatów, którzy mówią po włosku, a jeszcze mniej takich, którzy znają włoskie prawo.

– Można powiedzieć, że trafiłeś w niszę.

– Trochę przypadkiem, ale rzeczywiście. – Uśmiechnął się. – W dużej mierze zawdzięczam to rodzicom. Znacznie ułatwili mi wybór kierunku działania. A twoja rodzina? Nie ma nic przeciwko takiej pracy? – wykazał zainteresowanie.

– Nie moi rodzice też wspierają mnie na każdym kroku i… – Nie wiedzieć czemu, przez chwilę zawahała się, czy powiedzieć o Krzyśku.

Po co miała obcemu facetowi zwierzać się z prywatnego życia. Niezobowiązująca rozmowa o wszystkim i niczym była w porządku, ale wprowadzanie kogoś, kogo dopiero co poznała, w intymne sprawy było lekką przesadą.

– I? – dopytał po chwili Marcin, gdy urwała nagle w pół zdania.

– I wiem, że są ze mnie dumni, nawet jeśli nie widzimy się przez pół roku – wybrnęła zgrabnie. – Twoi rodzice zapewne też są z ciebie dumni? – zapytała szybko, by zmienić temat.

Zauważyła, że w tej chwili Marcin wyraźnie stracił humor. Spuścił wzrok i zakołysał kieliszkiem, po czym upił łyk wina. Oli zrobiło się głupio, bo wyraźnie weszła na grząski grunt. Mogła ugryźć się w język.

– Przepraszam, jeśli powiedziałam coś nie tak…

– W porządku, nic się nie stało. Moja mama zmarła pół roku temu, a z ojcem od tamtej pory nie rozmawiam. – Skrzywił się i opróżnił kieliszek.

Ola wzięła głęboki wdech i poczuła się jeszcze bardziej niezręcznie. Nie wiedziała, czy powinna drążyć temat, dopytywać. Nie chciała przed nim roztrząsać prywatnych spraw, a teraz… Swobodę, jaką przed chwilą udało jej się osiągnąć przy nowo poznanych mężczyznach, momentalnie zastąpił wyraźnie odczuwalny dystans.

– Bardzo mi przykro. Nie chciałam…

– Daj spokój. – Marcin wysilił się na uśmiech. – Sam zacząłem dopytywać. A teraz opowiedz, proszę, co tu dzisiaj zwiedzacie – zaproponował i popatrzył na Olę z uśmiechem. – Zapewne mury, zamek i główny plac?

Dziewczyna potaknęła i zaczęła opowiadać o standardowej trasie wycieczki do San Marino. Do rozmowy włączyła się też Sara, a kiedy kelner przyniósł im zamówione dania, napięcie sprzed chwili zupełnie się rozwiało. Marco opowiadał o regionalnych potrawach i trunkach, obiecał nawet zabrać je kiedyś do swojej winnicy i gaju oliwnego, w którym tłoczył prawdziwą oliwę. Zupełnie niezobowiązujące spotkanie zaowocowało obietnicą prywatnej wycieczki po okolicy, w miejsca, których dziewczyny na pewno nie znały, na co Sara oczywiście z radością się zgodziła. Ola jednak grzecznie odmówiła, kiedy w głowie znów zamrugała czerwona lampka. Nie pochwalała pochopnego postępowania Sary, jednak nie mogła przyjaciółce niczego zakazać, to była jej decyzja. Zgromiła ją tylko spojrzeniem, gdy zauważyła, że ta już otwiera usta, by zacząć ją przekonywać. Nie chciała kłócić się z nią przy obcych i licytować na argumenty. Zamierzała jednak poważnie porozmawiać z przyjaciółką po powrocie do hotelu i wybić jej z głowy ten pomysł. Byłby szczytem nieodpowiedzialności! Jak w ogóle Sara mogła myśleć, że pojedzie sama z dwoma obcymi facetami nie wiadomo dokąd! Co prawda to było bardzo w jej stylu, niemniej Ola musiała ją jakoś przed tym powstrzymać.

Niedługo później, kiedy Marco zaproponował dziewczynom kolejne drinki, obie zauważyły, że ich grupa powoli zaczyna schodzić się w umówione miejsce, które doskonale widziały z tarasu restauracji. Ola z ukłuciem żalu spojrzała na rozpościerający się stąd widok na pagórki i zabudowania w oddali, po czym przyznała, że niestety, ale wzywają je obowiązki.

– Miło było was bliżej poznać – powiedział Marco, gdy obie z Sarą podniosły się z krzeseł.

– I mam nadzieję, że jeszcze się spotkamy – dodał Marcin. Spojrzawszy przelotnie na Sarę, utkwił spojrzenie w Oli.

– Z pewnością! Jeśli planujecie jeszcze kilka dni nocować w naszym hotelu, to raczej na siebie wpadniemy! – odparła z entuzjazmem Sara.

Ola potaknęła i pożegnała się z mężczyznami, podając obydwu dłoń. Marco jako rodowity Włoch nie krył się ze swoją wylewnością i uściskał je obie na pożegnanie. Marcin tylko uśmiechnął się na ten gest przyjaciela.

Dziewczyny wyszły z restauracji, machając do znajomego menedżera stojącego nieopodal baru, po czym dołączyły do coraz liczniejszej grupy swoich podopiecznych zbierających się na placu.

– Czemu jesteś taka nieustępliwa? Przecież to może być zajebista wycieczka, a ty się bronisz, jakby co najmniej mieli nas porwać i sprzedać do domu publicznego! Olka, trochę więcej luzu! – oburzała się przyjaciółka, gdy tylko znalazły się poza zasięgiem wzroku i głosu Marcina i Marca.

– Sara, trochę więcej rozumu! – odpowiedziała z wyrzutem Ola. – Naprawdę nie widzisz w tym niczego złego? Nie obawiasz się, że może być właśnie tak, jak mówisz? Nie znasz ich, a chcesz wpakować się do ich samochodu i naiwnie dać się porwać?

– Chyba trochę przesadzasz… Przecież to normalni faceci!

– A wysnułaś taki wniosek na podstawie dwóch niezbyt długich rozmów o wszystkim i niczym?

– A po co się w ogóle nad tym zastanawiać? Może lepiej żyć chwilą, zamiast marudzić i zgrywać grzeczną dziewczynkę? – Sara wzięła się pod boki. – Poza tym nie będzie trudno ich zweryfikować. Nie w czasach Facebooka, Instagrama i innych portali, na których z pewnością są zalogowani.

– Nawet nie wiesz, jak się nazywają – prychnęła Ola, która znów widziała po sobie, że zaczyna się łamać pod wpływem argumentów Sary.

Halo, a co z twoimi postanowieniami?! – powiedziała do siebie w myślach, po czym stanowczo dodała na głos, mając nadzieję, że zakończy ten temat:

– Nie chcę marnować wolnych dni, które mogę wykorzystać na przyjazd Krzyśka.

Chyba jej się udało, bo Sara jedynie przewróciła oczami, pokręciła głową i chyba w końcu nie miała zamiaru komentować tego, co powiedziała Ola. Ta więc zatryumfowała w duchu, po czym zajęła się turystą, który właśnie o coś ją zapytał. Gdzieś w tłumie mignęła jej jeszcze twarz Marcina, który przechodził przez plac. Starała się udawać, że go nie widzi, mimo że cały czas czuła na sobie jego spojrzenie.