Pogranicze wszystkiego

Tekst
Z serii: Sulina
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.


Projekt okładki Agnieszka Pasierska

Projekt typograficzny i redakcja techniczna Robert Oleś / d2d.pl

Fotografia na okładce © by Natalia Bryżko-Zapór

Copyright © by Natalia Bryżko-Zapór, 2021

Opieka redakcyjna Jakub Bożek

Redakcja Ewa Charitonow

Mapa Piotr Urbański

Korekta Małgorzata Tabaszewska, Anna Zygmanowska

Skład Alicja Listwan / d2d.pl

Skład wersji elektronicznej d2d.pl

ISBN 978-83-8191-185-6

Spis treści

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Mapa

CZĘŚĆ I

Mały Wołyń

Poruszony byt

Pogranicze światów

U zbiegu trzech granic

Podzielone prawosławie

Mały Spas, wielkie oczekiwania

Autokefalia będzie!

Gotowy plan

Oblicze Pana

Pogranicze wszystkiego

Jedności nam trzeba

Ruski gród dla wojska

Na rozstaju dróg

CZĘŚĆ II

Trupie pola

Dziadkowie bali się mówić

To były bestie

Nie pierwszy krąg

Łenta za łentoju

Powstaniec N-372

Kto miał broń, ten był bohater

Swoboda bez dialogu

Kolejny krąg

Krąg za kręgiem

Przejście przez piekło

Szukanie drogi

CZĘŚĆ III

Pamięć i zapomnienie

Takich już nie ma

Był sobie Kisielin

Wstąpił w nich dybuk

Nieufność i opór

Ci, których nie ma

Chwalisz, niecnoto, niecnotę

Szukajmy, gdzie leży ta ziemia

Póki sierota płacze

Hospody pomyłuj!

W półmroku średniowiecza

CZĘŚĆ IV

Bursztynowa gorączka

Ukraińskie Klondike

Kukułcze gniazda

Jak w Ukropie

Imperium kontratakuje

Zostać swoim

Słudzy narodu

Business is бізнес

Stop, Pasiasty!

Siła ruszyła

Cisza i spokój

Nic się nie zmieni

CZĘŚĆ V

Ruś udzielna

Wiem, komu uwierzyłem

Liche drogi

Kozacka chwała

Bezmiar cierpień

Same tylko kołki

Życie nieprzykucnięte

Przygoda życia

Poeta nie umiera całkowicie

Zamknąć wijowi powieki

CZĘŚĆ VI

Ręce do pracy mieć

Cześć ich pamięci

W środku Głuszy

Sto zakrętów

My tu Poleszuki

Gdzie te Majdany?

Wołyniu, tęsknię za Tobą

Był sobie Kaszogród

Polityk historycznych moc

Stare dzieje

Post scriptum

Podziękowania

Bibliografia

Przypisy

Przypisy końcowe

Kolofon


CZĘŚĆ I

Mały Wołyń
Między Bugiem, Prypecią a Styrem

„Po co pisać książkę o Wołyniu, skoro on już nie istnieje?” – pytano mnie, gdy zaczynałam zbierać materiały do tego reportażu.

 

Odpowiedź jest prosta: Wołyń istnieje i żyje własnym życiem. Tuż za miedzą. Przy granicy z Polską. Po ukraińskiej stronie Bugu. Ale w polskiej świadomości pozostaje głównie nostalgicznym mitem z okresu dawnej świetności Rzeczypospolitej oraz pamięcią o wojennym koszmarze. Choćby dlatego warto przyjrzeć się temu miejscu bliżej i zobaczyć, czym jest obecnie. Poznać dzisiejsze troski i radości jego mieszkańców. Dowiedzieć się, co pozostawił im wczorajszy dzień.

Lud wołyński, jako „na pół-pogański” i „od wieków w jednym i nieporuszonym trwający bycie”, opisywał sto sześćdziesiąt lat temu ówczesny znawca tych stron Józef Ignacy Kraszewski.

Na barkach tego ludu spoczywa wyżywienie kraju, rola, gospodarstwo, praca materialna, nie było więc dlań czasu odwrócić się ku czemu innemu, a nikt ku temu nie pociągał1.

Stare dzieje. Minęło półtora stulecia. Wołyń przetrwał wiele dziejowych nawałnic. Postaram się przyjrzeć bliżej, czy zmieniły one jego „nieporuszony byt”.

Współcześnie na Ukrainie „Wołyniem” nazywany jest obwód wołyński, położony między Bugiem, Prypecią a Styrem, znacznie okrojony w stosunku do historycznej krainy i przedwojennego województwa wołyńskiego[1]. Ten dzisiejszy ma swoje pogranicza: nadbużańskie i poleskie, oraz stolicę w starym Łucku. Zjeździłam go wzdłuż i wszerz, by dotknąć trudnej i pełnej tragicznych splotów historii oraz równie niełatwej teraźniejszości.

Przeo rany przez wojny i kryzysy, wyludniony, pozbawiony etnicznej i kulturowej różnorodności. Jak cała Ukraina poszukujący nowej tożsamości, trochę po omacku. Najbardziej oddalony od wschodnich, objętych konfliktem zbrojnym ukraińskich granic, jednak dotkliwie nim naznaczony. Przeżywający zmiany polityczne, religijne, społeczne. Przyrodniczo bogaty, gospodarczo słaby.

Mały Wołyń.

Poruszony byt
Obwód wołyński

Zaczęłam zagłębiać się w jego codzienność na przełomie 2017 i 2018 roku, kiedy w Polsce słowo „Wołyń” równało się „rzeź”. Taki był klimat polityki historycznej. Natomiast na Wołyniu ludzie żyli własnymi zmartwieniami. W innej, złożonej i niepewnej jutra rzeczywistości. Na Ukrainie, z jej nową państwowością oraz rodzącym się w jej granicach narodem politycznym drugiej dekady XXI wieku. W kraju z całkiem innymi niż kiedyś politycznymi ambicjami, religijnymi podziałami, gospodarczymi zapaściami, geopolitycznymi złożonościami. Kraju, którego częścią jest Wołyń ze swoim zarówno historycznym, jak i teraźniejszym bagażem.

Od momentu, kiedy zaczęłam tam bywać, do zakończenia tej książki wiele się wydarzyło. Pełen niespodziewanych zwrotów okazał się dla całej Ukrainy rok 2019. W życiu Wołynia odbijały się one jak w zwierciadle poleskich jezior, czasem trafiały na „od wieków nieporuszony” tutejszy grunt, tracąc swój przełomowy wymiar. To zapewne efekt miejscowego klimatu. A może zaklęcia rzuconego przez pogańskich bogów? Wprawdzie stare wierzenia dawno zostały stąd wyparte przez wschodnie chrześcijaństwo, lecz chyba niezupełnie, jakoś nie do końca. Choć może to tylko moje, całkiem subiektywne odczucie…

By sięgnąć do szerszego i bardziej aktualnego kontekstu, w którym toczy się wołyńska współczesność, trzeba wspomnieć o aspiracjach i nadziejach całej Ukrainy na powrót do politycznej Europy i wyrwanie się spod rosyjskich wpływów. I o tym, że kilka lat temu – w końcu 2013 roku – dążenia te wylały się na ulice ukraińskich miast w proteście przeciwko hamowaniu procesu zjednoczenia z Unią Europejską. Potem zmieszały się z obawami o trwałość państwa i zwyczajnym lękiem o życie. Uruchomiony wskutek postimperialnej polityki Rosji konflikt na wschodzie kraju przeszedł w chroniczne stadium lokalnej walki zbrojnej. Poprzedziły go tragiczna śmierć ostrzelanych w Kijowie pokojowych manifestantów, aneksja Krymu przez Rosję, zmiana władzy i pokładane w tym nadzieje. Kalejdoskop zdarzeń i przemian. Próby reform, gospodarczy chaos, zabiegi o autonomię narodowej Cerkwi, kolejne polityczne wstrząsy, wciąż kiełkująca i gasnąca raz za razem wiara w lepsze jutro.

Z zachodnioukraińskiego Wołynia od samego początku wojny w Donbasie trafiało na wschód wielu żołnierzy. U początków mojej bytności w obwodzie wołyńskim, w lutym 2018 roku, obchodzono akurat czwartą rocznicę tak zwanego czarnego wtorku, czyli strzelaniny na kijowskim Majdanie Niezależności. Wtedy, w apogeum konfrontacji przeciwników i zwolenników ówczesnego prezydenta Wiktora Janukowycza, oddział specjalny Berkut otworzył ogień do protestujących. A poszło o odmowę podpisania przez prezydenta – pod naciskiem Rosji – umowy stowarzyszeniowej z Unią Europejską. Świat obiegły zdjęcia ofiar okrytych unijnymi flagami.

Na głównym placu Łucka, pod instalacją Niebiańskiej Sotni ze zdjęciami poległych w Kijowie – i Wołynian zabitych w następnych latach w Donbasie – piętrzyły się stosy kwiatów. Gabloty z portretami w czarnych ramkach są w każdym ukraińskim mieście. Zdjęć na tablicach wciąż przybywa. Żałobę widać nie tylko przy okazji rocznic, chociaż w wołyńskiej codzienności nie rzuca się ona w oczy.

– Coraz częściej słuchamy komunikatów o kolejnych ofiarach jak prognozy pogody. Przywykliśmy, bo wojna jest daleko od nas – mówią miejscowi. I od razu dodają: – To jednak ogromna cena za niezależność.

Ogromna i niejedyna. Od 2014 roku drastycznie pogorszyła się sytuacja gospodarcza Ukrainy. Wiele z zapowiadanych reform nie spełniło oczekiwań. Obwód wołyński odczuł to dotkliwie; wskaźnik dochodów jest tu jednym z najniższych w kraju. Migracja zarobkowa stała się zjawiskiem masowym. Na Wołyniu sprzyja jej bliskość zachodniej granicy państwa, dostarczającej również innych okazji do poprawy bytu.

Granica to dobrodziejstwo i bolączka. Możliwość uzyskania dodatkowego dochodu, w tym nielegalnego. Obszar kontrabandy, korupcji i szarej strefy. Sprzyja im wciąż niezmieniony, utrwalony w pierwszym dwudziestoleciu ukraińskiej niepodległości system oligarchiczny, który generuje społeczne i gospodarcze patologie, gdyż zasadniczy wpływ na politykę ma zaledwie garstka ludzi z ogromnym kapitałem.

Kraj, który proklamował niezależność w procesie rozpadu Związku Radzieckiego w 1991 roku, pozostaje nieustannie w oku cyklonu wielkich geopolitycznych rozgrywek. A chciałby, jak mówią Wołynianie, po prostu się rozwijać, „po europejsku”. Co oznacza: żyć spokojnie i dostatnio.

Na razie to nieziszczalne marzenie.

Ale latem, gdy bujna wołyńska przyroda przysłania cywilizacyjną szarzyznę, trochę łatwiej to sobie wyobrazić.

Pogranicze światów
Adamczuki, Pulmo, Ostriwia, Piszcza, Świtaź

Pojezierze Szackie, część Polesia Wołyńskiego. Przyrodnicza kraina marzeń: rozedrgane odbicia pni i konarów w wodnych zwierciadłach, dzikie uroczyska, bezludne wysepki szackich jezior. Niegdyś natchnienie bajarzy i mistyków.

– Moja babcia znała setki wierzeń, legend, przypowieści, prawdziwych i zmyślonych, modlitw, zielarskich receptur, poleskich wróżb – mówi mi pewnego razu wołyński pisarz Wołodymyr Łys. – Wspominałem rozmowy z nią i pomyślałem, że przecież kiedyś literaturą światową zawładnęły magiczne historie z życia południowoamerykańskich wiosek. Dlaczego świat nie miałby poznać opowieści naszych lasów, skoro działo się tu tyle niezwykłych rzeczy? – pyta. – Może kiedyś tak właśnie się stanie?

W ostoi wodnych, leśnych, domowych i polnych duchów, rusałek i wilkołaków zapanowały dziś inne demony. Wierzenia zanikły, choć wiele wątków i słów ocalało w ukraińskim języku codziennym. Czasami oznaczają biedę, czasami radość, niebezpieczeństwo albo niesprawiedliwość. Czasami szczęście. Słowem: skutki działań mitycznych stworzeń, które dawniej rządziły tutejszym światem.

Wiele z nich przetrwało w ludzkiej pamięci.

Na przykład błud – zrzucony przez Boga z nieba zły duch, sługa szatana. Błud nie zdążył wylądować, zanim Bóg wyrzekł „amen”, więc błąka się po ziemi. I tak to z błudem jest, że potrafi zmienić się w człowieka, ptaka, zwierzę. A jak już przyczepi się do kogoś, wiedzie go na manowce. „Chyba ich błud opanował!” – mówią Wołynianie, komentując kolejne polityczne wstrząsy.

Berehyni – w ukraińskiej mitologii bóstwo niższe, duch w postaci kobiety. Związana leksykalnie z berehem (brzegiem) i kojarzona z rusałkami. Współcześni jednak łączą to słowo z czasownikiem berehty (strzec, pielęgnować). W tym rozumieniu berehyni to kobieta opiekuńcza i troskliwa.

Didko – inaczej czort – to zła i nieczysta siła, podstępna człekopodobna istota żyjąca w miejscach odosobnionych: pustych domach, ruinach, uroczyskach i oczeretach. A że lepiej nie przywoływać imienia czorta, by nie kusić losu, nazywana didkiem.

Łycho – duch uosabiający wszelkie nieszczęścia, biedę i niesprawiedliwość losu. Wiadomo: „A niechże to wszystko licho porwie!”.

Lisowyk – albo hajowyk – człekokształtny duch lasu, opiekun wilków. I obecnie na Wołyniu lasów nie brakuje, ale nadmiaru ich opiekunów raczej nie widać.

Mara – bóstwo ciemnej nocy i zimy, strasznych snów, chorób i śmierci. Inaczej Marena, której kukłę palono na pożegnanie zimy.

Mawka – inaczej nawka albo miawka – leśna istota w postaci pięknej nagiej dziewczyny o długich włosach. W mawki przeistaczały się topielice i nieochrzczone dziewczynki.

Skarbnyk – pilnuje skarbów swojego gospodarza, łapie złodziei, pomaga właścicielowi, ale po jego śmierci zabiera duszę, bo została sprzedana diabłu. „Skarbników ci u nas dostatek” – powiada się tu dzisiaj.

Wij – jeden z najbardziej znanych duchów ukraińskiej demonologii, zgubna, rujnująca siła zdolna porwać nawet budynek. Albo i całą wieś. Duch wiatru. Ma długie włosy i rzęsy, które zasłaniają mu twarz, przez co nic nie widzi na swojej drodze. Dzięki temu można przed nim uciec. Postać znana też z ukraińskich opowieści Gogola.

Złydni – pomocnicy łycha, złe, głodne duszki mieszkające w kącie za piecem. Pojawiają się zarówno w literaturze, jak i w języku powszednim, jako popularne określenie na złe dni, marne życie albo po prostu powszedniość.

I wreszcie zmij – iście wołyński stwór – odpowiednik smoka. Żmijopodobna istota z cechami płaza, gada i człowieka, czasem jeszcze atrybutami innych zwierząt lub ptaków. Inaczej również hadiuka albo hadyna.

Nieprzypadkowo znawca Wołynia J. I. Kraszewski wspominał tutejszą gadzinę.

Często zdarza się słyszeć na Rusi i Wołyniu połajanie u pospólstwa zwyczajne – Hadyna. (Gadzina). Ciekawym zapewne będzie, jak Rzączyński opisuje tę Hadynę, dając jej Wołyń za ojczyznę: „Dziób ma zielonawy, wielkość gęsi, nogi i język czarny, z resztą podobna do nietoperza, z ogonem wężowym, w końcu strzałą zakończonym”2.

„Ciekawym zapewne będzie”, czy wśród dzikiej przyrody pojezierza ktoś jeszcze pamięta zwierzę aż tak dziwaczne.

– W życiu nie słyszałem! – śmieje się napotkany przechodzień. – Tyle mamy prawdziwych trosk na co dzień, że zmyślać nie musimy. Czorty rogate i złydni się tu same panoszą!

W ukraińskiej telewizji istnieje jednak całodobowy kanał poświęcony mistyce i zjawiskom paranormalnym. Można się z niego dowiedzieć o różnych dziwach. Całkiem na serio albo z przymrużeniem oka. W cyklu o tajemniczych istotach, które raz po raz objawiają się ludziom, zmij ma, jak się okazuje, wysokie notowania. A najczęściej, jak twierdzą znawcy spraw tajemnych, spotyka się go właśnie na Wołyniu.

Tak czy inaczej, lepiej na wszelkie zmije i hadyny uważać, bo wiadomo – licho nie śpi.

Podróżuję wśród jezior tam, gdzie zbiegają się trzy granice: ukraińska, polska i białoruska. „Europejskie Dni Dobrosąsiedztwa” 2018 w Adamczukach. Sierpniowy upał. Piesi i rowerzyści, po odczekaniu na odprawę w długich kolejkach, wędrują pieszym mostem w obie strony, z Włodawy do Adamczuków i z powrotem. Pojezierze Szackie u szczytu turystycznego sezonu, kanikuła. Prowizoryczne polsko-ukraińskie przejście jest otwierane jedynie na sierpniowy festyn. Przestrzeń ze stoiskami handlowymi zajmuje spory placyk. Oprócz stolików z papierosami i alkoholem gnieżdżą się tu punkty gastronomiczne z szaszłykami oraz sklepiki z tanimi pamiątkami. Wokół rozbrzmiewają dźwięki hałaśliwej ukraińskiej estrady, rosyjskiej popsy i polskiego disco polo. Ktoś kupuje dziecku tandetną lalkę typu Barbie. Nie uświadczysz tu ani tradycyjnych laleczek motanek z włóczki, ani wołyńskich słomianych oberihów (amuletów), ani ukraińskiej ceramiki. Oferta mizerna, ale ruch duży. Dobrze, że nie zamiera. Mogłoby być barwniej i ciekawiej? Może kiedyś będzie. Na razie dobrosąsiedztwo jest, jakie jest.

 

W pobliżu przejścia mężczyźni zaczepiają przechodniów i dyskretnym, wymownym szeptem proponują wymianę pieniędzy. Cinkciarze, gatunek u nas już wymarły. Handlują, bo nie ma kantorów? Nie tylko dlatego. Spotykam ich także w miastach, tuż obok oddziałów banków. Wszyscy wiedzą, gdzie ich szukać. Jaki ma to sens, skoro jest tyle legalnych punktów wymiany?, zastanawiam się. Bez wahania odpowiadają mi wołyńscy dziennikarze: handlarze walutą funkcjonują na Ukrainie nadal, bo dają odrobinę lepszy kurs niż kantory. I nie ma u nich limitów, czyli ustawowych ograniczeń wymienianych kwot, które obowiązują w oficjalnych placówkach. Poza tym pracują całodobowo.

– Są kontrolowani przez grupy przestępcze. To jest ich rewir – wytłumaczy mi później łucka dziennikarka Marija Domańska.

Droga od przejścia w Adamczukach prowadzi wprost nad jeziora.

Najczariwniszyj kutoczok Ukrajiny” – reklamuje się Szacki Park Narodowy. Kutoczok, czyli zakątek, kącik. Najczariwniszyj, czyli najbardziej urokliwy. Rzeczywiście: pełen uroków przyrody i naprawdę kącik. Na mapie dzisiejszego Wołynia rejon szacki zajmuje dokładnie lewy górny róg. W historycznych źródłach jest o nim niewiele, ukraińscy archeolodzy twierdzą jednak, że dzieje pojezierza mogą sięgać nawet czasów kultury pomorskiej. Świadczą o tym podobno ostatnie znaleziska w okolicach Szacka. Być może właśnie tutaj, przypuszczają odkrywcy, znajdowała się znana ze starych kronik miejscowość Raj.

Wydany w 1929 roku w Łucku Ilustrowany przewodnik po Wołyniu Mieczysława Orłowicza opisuje, jak tereny te wyglądały dziewięćdziesiąt lat temu3. Pulmo, Ostriwia, Piszcza. Dzisiaj są tu te same jeziora, te same nazwy miejscowości, stare drogi, ale inna epoka. Inny kraj.

Szosa wąska i straszliwie dziurawa. Miejscami zanika asfalt. Prędkość jazdy dodatkowo spowalnia nieprzerwana zabudowa. Długie wsie ulicówki ciągną się kilometrami. Tam, gdzie się kończą, po lewej wyrasta las iglasty, a za drzewami srebrzy się woda Jeziora Pulemieckiego. Wycieczkowicze na rowerach skręcają ku brzegowi. Po prawej teren bagienny. Pniaki i krzewy odbijają się w stojącej płytkiej wodzie niby mityczne leśne didka i wodne mawki.

Przez drogę, w kierunku jeziora, jakiś wędkarz popycha na wózku ponton. Zagadnięty o połowy, uśmiecha się.

– Ryb mamy dużo, ale miejsca trzeba znać i intuicję mieć. W ubiegłym tygodniu złowiłem piętnaście kilo! A największy był taaaki szczupak!

Wędkarstwo to jedno z bardziej popularnych ukraińskich hobby. Zwłaszcza w okolicach prawdziwego wędkarskiego eldorado. Są podobno na Pojezierzu Szackim takie miejsca, gdzie można złapać ogromne amury, kanadyjskie sumy, szczupaki, sandacze. A nawet węgorze, choć z nimi sprawa nie jest do końca jasna. Miejscowi twierdzą, że tylko oni wiedzą, gdzie je znaleźć. Węgorz jest kulinarną wizytówką pojezierza. Przywieziony tu w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku z Francji, rozmnożył się i występował obficie, sceptycy twierdzą jednak, że dzisiaj prawie wyginął. A to, co można kupić na straganie lub dostać w restauracji, jest sprowadzane z Chin. Prawda czy nie, tutejsza juszka z węgorza wciąż pozostaje lokalnym rarytasem.

Dla przyjezdnych wędkarstwo to odpoczynek i turystyczna atrakcja. Dla tubylców – jeden ze sposobów na życie. Ryby to nie tylko pożywienie, ale także dodatkowy dochód. Z samych gospodarstw wyżyć trudno: upraw mało, głównie niewielkie łąki między podmokłymi zagajnikami, trochę warzyw, jakiś sad, jeden koń w polu. W przydomowych obejściach w sierpniu trwa krzątanina, młócka, zbieranie jabłek. Przygotowania do jesieni. Widać głównie starszych mieszkańców. Niegdyś rolniczy region nie rozwija swojej tradycyjnej gałęzi.

Wołyńska wioska przypomina te z dziewiętnastowiecznych pejzaży. Tradycyjne kopy siana tuż przy drewnianych, małych wiejskich chatach. Na podwórzach kosy i brony. Brakuje jedynie pulchnych rumianych gospodyń i rosłych parobków. Wokół chat krzątają się niemal wyłącznie staruszkowie. Kombajnów i kosiarek nie mają. Państwo o rolnictwo nie zadbało. Brak rozwiązań pozwalających na unowocześnienie gospodarstw.

Ziemia rolna jest tutaj problemem od upadku komunizmu. Kołchozy się rozpadły, ale wolny rynek w ich miejsce nie wszedł. Obowiązywało całkowite moratorium na sprzedaż gruntów rolnych, przedłużone w grudniu 2017 roku przez ukraiński parlament, mimo zaleceń Międzynarodowego Funduszu Walutowego. Zwolennicy ograniczenia twierdzili wówczas, że wojna na wschodzie kraju nie sprzyja jego odwołaniu. Uzasadniali, że Ukraina nie jest jeszcze gotowa do wolnego obrotu ziemią, a uwolnienie tego rynku przysłuży się wyłącznie oligarchicznym holdingom rolnym i wielkiemu biznesowi i zahamuje napływ inwestycji zagranicznych do kraju w i tak ciężkiej sytuacji gospodarczej. Przeciwnicy przedstawiali dokładnie te same argumenty à rebours. Sprawę zamrożono do 2018 roku, później na kolejny rok. Ponad czterdzieści milionów hektarów ziemi rolnej, podzielonej na niewielkie działki, własność byłych kołchoźników, pozostawało poza obrotem, bo nie można jej było ani sprzedać, ani korzystnie uprawiać z braku możliwości inwestycyjnych. Parcele albo leżały odłogiem, albo dzierżawiły je od właścicieli agroholdingi.

W końcu 2019 roku, po zmianie władzy, na Ukrainie rozgorzała kolejna debata o ziemi. Tym razem rządzący wykazali się determinacją, aby uwolnić rynek, tyle że zaproponowana ustawa zakładała możliwość wyłącznie jednorazowego wykupienia ogromnych obszarów, z limitem aż do dwustu tysięcy hektarów. Pojawiło się zatem wiele wątpliwości co do intencji projektodawców. I odwieczne pytanie: kto na tym skorzysta?

Na razie żyzne niegdyś ziemie, w czasach komunizmu umęczone kołchozową gospodarką, trwają pozbawione właściwej opieki. Przydomowe gospodarstwa to dokładnie tyle ziemi, ile starsi mieszkańcy są w stanie obsłużyć na własny użytek. Emerytury są symboliczne.

– Jak się nam tu żyje? A co to za życie! Póki hrywnę dają, to i żyjemy jeszcze. Na chleb ledwie starcza. Krowę jedną trzymamy dla siebie, parę kur… – mówią mi wiekowi gospodarze spod Pulma. Narzekają, utyskują na mizerię i ciężki kawał rolniczego chleba.

Mają setki powodów do złorzeczenia na system i władzę. I trudno to nazwać malkontenctwem, skoro według oficjalnych państwowych statystyk wysokość średniej emerytury na Ukrainie wynosiła w 2018 roku około 2650 hrywien (87 euro). Koszyk minimalny dla osób niezdolnych do pracy szacowano na 1497 hrywien, zaś oficjalny współczynnik inflacji wynosił 9,8 procent i był wyższy od wzrostu emerytur. Ceny podstawowych produktów rosły jeszcze szybciej, bo na przykład kilogram żytniego pieczywa zdrożał w ciągu roku z 15 do 20 hrywien.

Starsi ludzie zostają na wsi, bo nie mają wyboru. Młodsi i sprawniejsi, mimo problemów, jakoś sobie radzą: wyjeżdżają na zarobitki do dużych miast albo za granicę. Najczęściej do Polski. Potem na chwilę wracają do siebie, coś remontują, reperują płoty, przywożą parę groszy dla rodziny i znowu jadą tam, gdzie daje się zarobić i trochę odłożyć. Dlatego tutejsza wieś to nie obraz prawdziwej biedy, lecz świadectwo zubożenia i stagnacji. Wioski starzeją się i wyludniają. Prowincja, w odróżnieniu od dużych miast, nie doświadcza przemian, nawet tych powolnych. Wsie i małe miasteczka sprawiają wrażenie, jakby czas się w nich zatrzymał, bo opanowały je złydni – kiedyś nieprzyjazne duszki, obecnie znój codziennej pracy i życia bez widoków na przyszłość.

Na pojezierzu perspektyw upatruje się głównie w turystyce, choć widać to niemal wyłącznie w okolicy największego i najbardziej znanego jeziora Świtaź. Nad Jezioro Pulemieckie zapuszczają się wyłącznie pojedynczy wędkarze i rowerzyści. W Pulmie domów do wynajęcia nie ma, pensjonatów i baz turystycznych tym bardziej.

Podobnie jest w Ostriwii. Kilka chat, porośnięty tatarakiem brzeg. Tuż przy nim jaskrawoniebieska drewniana cerkiew, zwrócona przodem do jeziora. A na jej tyłach dwa szeregi równie błękitnych starych nagrobków-krzyży, w kształcie liści koniczyny.

Ostriwiański cenotaf. Gdzie tylko nie ginęli mieszkańcy malutkiej wioski?

„Wieczna pamięć zabitemu na wojnie Sawwie Uljanowyczowi Cekotowi w m. Łucku w 1915 roku. Ten krzyż ustanowiono przez chłopa z Ostriwii Nikitę Uljana Cekota na pamięć o drogim bracie, 1925 r.”.

„Szaczanicz Mykita Parfiriowycz, ur. 1922, zm. 1944, zginął na froncie w Czechosłowacji. Pamięć od matki, 1960 r.”.

„Wieczne odpoczywanie dla Eustachia i Natalii Oksentiuków zmarłych w Rosji w 1921 roku”.

Napisy po ukraińsku i po rosyjsku. Wokół żywej duszy. Obok pomnik żołnierzy z lat 1941–1944, „którzy polegli za wolność i niezależność naszą”. Z radziecką pięcioramienną gwiazdą, przepasany ukraińską żółto-błękitną wstęgą.

Nic więcej.

Droga zmierza ku białoruskiej granicy. Im jej bliżej, tym bogatsze domy. Niektóre nowe, murowane i zdobione. Tu i ówdzie oferty pokojów do wynajęcia. W Piszczy nad Jeziorem Piszczańskim dla przyjezdnych z Białorusi ogłasza się kilka małych pensjonatów, bo na końcu głównej drogi gnieździ się niewielkie ukraińsko-białoruskie przejście graniczne. A na jej poboczu, obok siebie, prawosławny drewniany krzyż oraz strzelisty pomnik żołnierzy radzieckich.

Sprzeczne w istocie świadectwa kultu w bliskim sąsiedztwie to częsty tutaj widok.

Trakt od przejścia z Białorusią do Szacka bardziej niż ukraińską przypomina równą i uporządkowaną białoruską szosę. Przy nim altanki na parkingach i niezliczone plakaty nawołujące, by nie śmiecić i kochać lasy, szanować przyrodę, nie płoszyć zwierzyny. Prowadzi nad Świtaź, najgłębsze jezioro Ukrainy.

Naturalnego odpływu jezioro nie ma, jedynie kanał wykopany przed kilkunastu laty ku dorzeczu Prypeci, który o kilka metrów obniżył poziom wód. Na jego południowym brzegu, wśród piasków, duża wieś ruska Świtaź, o 2 000 m.[ieszkańców], z cerkwią prawosławną przerobioną z unickiej. To dawne dobra Branickich, które po konfiskacie rząd rosyjski nadał generałowi Dragomirowi4.

Po rozpadzie Imperium Rosyjskiego była tu II Rzeczpospolita. A po II wojnie światowej ZSRR. Teraz niezależna Ukraina.

Dziś w miejscowości Świtaź nad Świtaziem kończy się strefa ciszy. Słychać rytmy dyskoteki z wielkiego ośrodka o tej samej nazwie. Plakaty reklamują lokalne atrakcje: świeże raki z dostawą, wycieczki piesze, rowerowe, autokarowe. Żaglówek na jeziorze prawie nie ma, co dziwi przyzwyczajone do mazurskich klimatów polskie oko. Rozległą taflę przecinają natomiast rowery wodne i kajaki. Nad brzegiem namioty, piski i śmiech dobiegające z kąpieliska.

– Kiedyś Świtaź słynął z jakości wody. Była nie tylko zdatna do picia, ale i lecznicza, bo zawierała dużo srebra – opowiada mi stały bywalec i miłośnik szackich jezior. – Dzisiaj jest tu coraz więcej turystów, ale niestety wciąż brakuje podstawowych wygód i zaplecza gospodarczego. Niewiele ośrodków stać na własną infrastrukturę, tymczasem zajmują one niemal cały brzeg. Tyle że Ukraina ma ogrom problemów. Z ich perspektywy ten wydaje się błahy.

Brzeg Świtazia rzeczywiście szczelnie pokrywa turystyczna zabudowa: ośrodki, sanatoria, campingi, w lepszym lub gorszym stanie. Spora część jeszcze z czasów radzieckich, relikty socjalistycznej turystyki. Między nimi ciągi sklepików, placyków zabaw, wypożyczalni sprzętu, barów. Billboardy kuszą nurków „wyjątkowo atrakcyjnym divingiem”, bo nawet nieco przybrudzony latem Świtaź to nadal czyste i przejrzyste jezioro. W rekordowym miejscu jego głębokość wynosi blisko sześćdziesiąt metrów. A nad głębią unosi się wyspa.

Legenda głosi, że Polesie Wołyńskie było kiedyś oceanem, pływały w nim wieloryby. Ocean wysechł, zaś w jego miejscu powstały jeziora, dwadzieścia pięć połączonych kanałami akwenów. Wieloryby wyginęły, pozostał tylko jeden i zamienił się w wyspę.

Tak właśnie zaistniał pośrodku Świtazia Ostriw, z daleka kusząco rozedrgany. To unosząca się ponad nim mgiełka daje taki efekt optyczny. Siedem hektarów powierzchni wyspy stanowi ścisły rezerwat przyrodniczo-ornitologiczny, kolonia kormoranów zamieszkana przez liczne inne gatunki wodnego ptactwa. Legendarny wieloryb już dawno porósł gęstym lasem. Na samym środku ostrowa fundamenty innej, bardziej współczesnej legendy – rozebranej przed paroma laty daczy wykorzystywanej w czasach radzieckich przez partyjną nomenklaturę. Piętrowy drewniany budynek przeniesiono do jednej z szackich miejscowości, by otworzyć w nim niewielkie muzeum miejscowej fauny.

Dawni partyjni bywalcy gościli na wyspie różnych ówczesnych VIP-ów, w tym również radzieckich kosmonautów Pawła Popowicza i Jurija Artiuchina. O przyjazdach tych ostatnich wiedzieli tu, oczywiście, wszyscy. Powstał mit, że daczę zbudowano specjalnie dla nich, bo dostrzegli przejrzystość Świtazia i położoną na nim wyspę aż z kosmosu i zamarzyli, by odpoczywać w tym właśnie miejscu. Mitologia z czasów ZSRR, ale niektórzy mieszkańcy pojezierza wierzą w nią do dziś.

Inne książki tego autora