Moc srebra

Tekst
Z serii: Fantasy
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Rozdział 1


rawdziwa historia nie jest wcale tak ładna jak ta, którą słyszeliście. Naprawdę jest tak, że złotowłosa córka młynarza chce złowić pana, księcia, syna bogacza, więc idzie do lichwiarza, pożycza pieniądze na pierścień oraz naszyjnik i stroi się na festyn. A jest dość urodziwa, więc ten pan, książę, syn bogacza zauważa ją, prosi do tańca i po tańcach tarza się z nią na sianie w stodole, a potem wraca do domu i poślubia bogatą kobietę, którą wybrała mu jego rodzina. Wtedy rozpuszczona córka młynarza opowiada wszystkim, że lichwiarz sprzymierzył się z diabłem, i wieśniacy wypędzają go albo nawet kamienują, a ona przynajmniej ma klejnoty jako posag i kowal poślubia ją, po czym rodzi się im pierworodny – aczkolwiek trochę przedwcześnie.

Ponieważ właśnie o tym jest ta opowieść: o unikaniu spłacania długów. Nie tak ją opowiadają, ale ja wiem lepiej. Widzicie, mój ojciec był lichwiarzem.

Nie był zbyt dobry w swoim fachu. Jeśli ktoś nie płacił mu na czas, nigdy nie dopominał się o swoje. Dopiero kiedy nasz kredens był naprawdę pusty, buty rozpadały się nam na nogach, a moja matka rozmawiała z nim cicho, jak już poszłam spać, wtedy niechętnie szedł i pukał do kilku drzwi, żeby niemal przepraszająco poprosić o część tego, co ludzie byli mu winni. A jeśli w domu były jakieś pieniądze i ktoś przyszedł prosić o pożyczkę, nie lubił odmawiać, choć nawet nam samym brakowało. Tak więc wszystkie jego pieniądze, w tym większość pieniędzy mojej matki wniesionych w posagu, pozostawały w rękach innych ludzi. A im wszystkim bardzo się to podobało, mimo że wiedzieli, że powinni się wstydzić, więc często opowiadali tę historię, nawet – albo szczególnie – wtedy, kiedy byłam w pobliżu.

Ojciec mojej matki też był lichwiarzem, ale bardzo dobrym. Mieszkał w Wyżni, czterdzieści mil jazdy wyboistym starym traktem handlowym wiodącym od wioski do wioski niczym sznurek z mnóstwem brudnych węzełków. Mama często mnie zabierała, wybierając się do niego w odwiedziny, kiedy stać ją było na zapłacenie jakiemuś domokrążcy kilku groszy za przewiezienie nas na wozie lub saniach, z pięcioma lub sześcioma postojami po drodze. Czasem widzieliśmy między drzewami inną drogę, należącą do Starzyków, lśniącą jak rzeka w zimie, gdy wiatr zwieje z niej śnieg. „Nie patrz, Mirjem” – mówiła mi matka, lecz ja zawsze obserwowałam ją kątem oka w nadziei, że będzie biegła blisko, ponieważ to oznaczało szybszą podróż: woźnica smagnie batem konie, popędzając je, dopóki droga znów nie zniknie.

Pewnego razu usłyszeliśmy z tyłu tętent, odgłos jak trzask pękającego lodu, gdy tamci zjechali ze swej drogi, i woźnica pospiesznie popędził konie, wjeżdżając między drzewa, po czym wszyscy skuliliśmy się na wozie między workami, a matka objęła mnie i przytrzymała za głowę, żeby nie kusiło mnie popatrzeć. Przejechali obok i nie zatrzymali się. Wóz należał do biednego handlarza i był obwieszony zwykłymi blaszanymi garnkami, a Starzykowych rycerzy interesowało tylko złoto. Tętent ich koni ucichł w oddali i owiał nas lodowato zimny wiatr, tak że gdy w końcu się wyprostowałam, mój warkoczyk był cały biały od szronu, tak samo jak rękaw matki oraz jej i moje plecy. Jednak ten szron zaraz stopniał i gdy tylko znikł, handlarz rzekł do mojej matki:

– No cóż, starczy tego odpoczynku, prawda? – jakby nie pamiętał, dlaczego się zatrzymaliśmy.

– Tak – odpowiedziała matka, kiwając głową, jakby też nie pamiętała, więc wrócił na kozioł wozu, cmoknął na konie i pojechaliśmy dalej.

Byłam na tyle duża, żeby to zapamiętać, ale nie aż tak, żeby przejmować się Starzykami bardziej niż dokuczliwym mrozem i burczeniem w brzuchu. Nie miałam zamiaru nic mówić, żeby nie zatrzymali wozu, bo bardzo chciałam jak najprędzej dojechać do miasta i domu dziadka.

Babcia zawsze miała dla mnie nową sukienkę, prostą i burą, ale ciepłą i dobrze uszytą, a na zimę parę nowych skórzanych bucików, które nie obcierały mi nóg i nie były łatane ani popękane. Karmiła mnie do przesytu trzy razy dziennie, a w ostatni wieczór przed naszym wyjazdem zawsze piekła sernik, swój sernik, złocisty na wierzchu, z grubym, białym kruchym spodem, o lekkim posmaku jabłek i obsypany słodkimi rodzynkami. Kiedy powoli, przeciągając to jak najdłużej, zjadłam co do okruszka kawałek szerszy niż moja dłoń, kładli mnie spać na piętrze, w dużej wygodnej sypialni, w której moja matka i jej siostry sypiały jako dziewczęta, na tym samym wąskim łóżku rzeźbionym w gołębie. Matka siadała przy kominku ze swoją matką i kładła głowę na jej ramieniu. Nie rozmawiały, lecz gdy byłam trochę starsza i nie zasypiałam od razu, w blasku ognia widziałam ślady łez na ich twarzach.

Mogłyśmy tam zostać. W domu mojego dziadka znalazłoby się dla nas miejsce i byłybyśmy tam mile widziane. Jednak zawsze wracałyśmy do domu, ponieważ kochałyśmy mojego ojca. Był strasznie nieporadnym lichwiarzem, ale zawsze był miły i łagodny i usiłował wynagrodzić nam swoje niepowodzenia; niemal cały dzień spędzał w zimnym lesie, polując lub zbierając drewno na opał, a kiedy był w domu, pomagał matce we wszystkim. W naszym domu nie było gadania o kobiecych zajęciach, a kiedy chodziliśmy głodni, on był najgłodniejszy, ponieważ zgarniał porcje ze swojego talerza na nasze. Gdy wieczorami siadał przy kominku, zawsze był czymś zajęty; strugał jakąś nową zabawkę dla mnie albo coś dla mojej matki, ozdobę krzesła albo drewnianą łyżkę.

Zima jednak zawsze była długa i ciężka i od kiedy pamiętam, każdy kolejny rok był gorszy od poprzedniego. Nasze miasteczko nie miało murów, a właściwie i nazwy; niektórzy mówili, że nazywa się Pakel, ponieważ jest przydrożne, a ci, którym się to nie podobało, ponieważ przypominało im o biegnącej w pobliżu Starzykowej drodze, zakrzykiwali ich i twierdzili, że zwie się Pavys, gdyż leży nad rzeką, ale nikt nie pofatygował się umieścić go na mapie, więc ta kwestia pozostała nierozstrzygnięta. W rozmowach wszyscy zawsze nazywaliśmy je „miasteczkiem”. Było gościnne dla podróżnych, w jednej trzeciej drogi pomiędzy Wyżnią a Minaskiem, nad przecinającą ją rzeczką płynącą ze wschodu na zachód. Wielu gospodarzy przywoziło swoje plony łodziami, więc w dni targowe panował tu ożywiony ruch. Na tym jednak kończyło się jego znaczenie. Żaden z wielmożów szczególnie się nami nie interesował, a car w Koronie wcale. Nie potrafiłabym wam powiedzieć, dla kogo pracuje poborca, dopóki nie dowiedziałam się przypadkowo podczas jednego z pobytów w domu dziadka, że książę Wyżni jest zły, ponieważ jego dochody z naszego miasteczka maleją z roku na rok. Zimno coraz wcześniej nadciągało z lasów, pożerając nasze plony.

A tego roku, w którym ukończyłam szesnaście lat, zjawili się także Starzykowie, w tygodniu, który powinien być ostatnim tygodniem jesieni, zanim zebrano wszystkie późne zboża. Od zawsze co jakiś czas urządzali wypady po złoto; ludzie opowiadali o nieuchwytnych zjawach i martwych, których pozostawiali za sobą. Jednak w ciągu ostatnich siedmiu lat, z nadejściem coraz sroższych zim, stali się bardziej zaborczy. Jeszcze sporo liści pozostało na drzewach, gdy zjechali ze swojej drogi na naszą, żeby przejechać zaledwie dziesięć mil od naszej osady do bogatego klasztoru przy drodze, zabić kilkunastu mnichów i ukraść złote lichtarze, szczerozłoty kielich oraz wszystkie pozłacane ikony, po czym zabrać je do nieznanego królestwa leżącego na końcu ich drogi.

Ziemia zamarzła na kamień tamtej nocy, gdy przejeżdżali, a przez wszystkie następne dni z lasu nieustannie wiał lodowaty wiatr niosący tumany zmrożonego śniegu. Nasz domek stał na uboczu i na samym końcu miasteczka, gdzie ściany innych domów nie osłaniały go od wiatru, a my byliśmy coraz bardziej wychudli, głodni i zmarznięci. Ojciec wciąż unikał tej pracy, której nie znosił. Nawet gdy w końcu ulegał naciskom mojej matki i próbował odzyskać swoje, wracał zaledwie z kilkoma monetami i usprawiedliwiał dłużników, mówiąc: „Zima jest sroga. To trudny okres dla wszystkich”, lecz ja nie wierzyłam, żeby oni fatygowali się choć taką wymówką. Idąc nazajutrz przez miasteczko do piekarza po chleb, słyszałam, jak zadłużone u nas kobiety rozmawiają o potrawach, które zamierzają ugotować, i słodyczach, które kupią na targu. Zbliżał się środek zimy. Wszyscy chcieli mieć na stole coś dobrego; coś specjalnego na festyn, na ich festyn.

Tak więc odsyłali mojego ojca z pustymi rękami, a światło z ich okien padało na śnieg i zapach pieczonego mięsiwa sączył się przez szpary, gdy powoli szłam do piekarza, żeby dać mu ostatni grosz za przaśny niedopieczony chleb, który wstydziłabym się sprzedać. Dobry chleb miał dla innych klientów, a nieudany trzymał dla nas. W domu matka gotowała cienki kapuśniak i zlewała zużytą oliwę do lampki, żeby paliła się w trzecią noc naszych świąt. Kaszlała przy tym, gdyż z lasów przyszedł kolejny siarczysty mróz, który wdzierał się przez każdą szparę w ścianach i dachu naszego starego domku. Lampka paliła się tylko kilka minut, zanim zgasił ją zimny podmuch.

– Cóż, to chyba oznacza, że czas iść spać – powiedział ojciec, zamiast ponownie ją zapalić, ponieważ olej prawie się już skończył.

Ósmego dnia matka była zbyt zmęczona kaszlem, żeby podnieść się z łóżka.

– Wkrótce wydobrzeje – powiedział ojciec, nie patrząc mi w oczy. – Ten ziąb niebawem się skończy. Trzyma już tak długo.

 

Strugał świeczki z drewna, cienkie patyczki do palenia, ponieważ poprzedniego wieczoru spaliliśmy resztki oliwy. W naszym domu nie miało być żadnego cudownego światła.

Poszedł wygrzebać spod śniegu trochę drewna na opał. Ono też się kończyło.

– Mirjem – przemówiła matka ochryple, kiedy wyszedł. Zaparzyłam jej filiżankę słabej herbaty z odrobiną miodu, bo tylko tak mogłam jej trochę ulżyć. Upiła łyk, opadła na poduszki i powiedziała: – Kiedy skończy się zima, chcę, żebyś poszła do domu dziadka. Ojciec cię tam zawiezie.

Kiedy ostatnio byliśmy u dziadka, pewnego wieczoru siostry mojej matki przyszły tam na obiad ze swoimi mężami i dziećmi. Wszyscy oni nosili ubrania z grubej wełny, w sieni zostawili futra i mieli złote pierścienie oraz bransoletki. Śmiali się i śpiewali, i w całym pokoju było ciepło, chociaż był środek zimy, i jedliśmy świeżo upieczony chleb, kurę oraz dobrze przyprawiony i osolony rosół, tak gorący, że para grzała moją twarz. Teraz, gdy matka powiedziała te słowa, przywołały mi one to miłe wspomnienie i zatęskniłam za tym, boleśnie zaciskając zmarznięte pięści. Pomyślałam, że mam tam zostać jak żebraczka, zostawiając ojca samego, a złoto mojej matki na zawsze w domach naszych sąsiadów.

Mocno zacisnęłam wargi, a potem pocałowałam ją w czoło i kazałam jej odpoczywać, a kiedy zapadła w niespokojny sen, podeszłam do stojącej obok kominka skrzyni, w której ojciec trzymał swoją księgę rachunkową. Wyjęłam ją oraz jego zużyte pióro, zrobiłam atrament z sadzy wziętej z kominka i sporządziłam listę. Córka lichwiarza, nawet kiepskiego, umie liczyć. Pisałam i podliczałam, pisałam i podliczałam, pożyczki i daty, przerywane drobnymi i sporadycznymi wpływami. Ojciec bardzo starannie odnotowywał każdą, tak skrupulatny jak nikt z nich nigdy nie był wobec niego. A kiedy skończyłam sporządzać tę listę, wyjęłam z torby włóczkę, narzuciłam chustę na głowę i wyszłam w zimny poranek.

Poszłam do domów wszystkich naszych dłużników i waliłam w drzwi. Było wcześnie, bardzo wcześnie, jeszcze ciemno, ponieważ kaszel matki obudził nas w nocy. Wszyscy byli jeszcze w domach. Tak więc ludzie otwierali drzwi i patrzyli na mnie ze zdziwieniem, a ja patrzyłam im w oczy i mówiłam chłodno i stanowczo:

– Przyszłam odebrać dług.

Oczywiście próbowali mnie zbyć; niektórzy śmiali się ze mnie. Oleg, woźnica o wielkich dłoniach, zacisnął je w pięści i wsparł się pod boki, gapiąc się na mnie, podczas gdy jego mała jak wiewiórka żona ze spuszczoną głową siedziała przy ogniu, zerkając na mnie z ukosa. Kajus, który pożyczył dwie złote monety jeszcze rok przed moimi narodzinami i robił dobry interes na krupniku warzonym w wielkich mosiężnych dzbanach kupionych za te pieniądze, uśmiechnął się do mnie i zaprosił do środka, żebym się ogrzała i napiła czegoś na rozgrzewkę. Odmówiłam. Nie chciałam się rozgrzewać. Stałam w progach ich domów, pokazywałam moją listę i mówiłam, ile pożyczyli, jak niewiele oddali i jaki narósł procent.

Prychali, spierali się, a niektórzy krzyczeli. Jeszcze nikt nigdy na mnie nie krzyczał: ani cicho mówiąca matka, ani łagodny ojciec. Jednak odkryłam w sobie jakąś gorycz, nawianą w moje serce przez tę zimę; kaszel mojej matki i wspomnienie tej historii, tyle razy opowiadanej na rynku, o dziewczynie, która została królową za pożyczone złoto i nigdy nie oddała długu. Stałam w ich progach i nie ruszałam się. Moje wyliczenia były dokładne i oni o tym wiedzieli, a kiedy już się wykrzyczeli, pytałam:

– Macie pieniądze?

Myśleli, że się wykręcą. Mówili, że nie, oczywiście, że nie, nie mają takiej sumy.

– Zatem zapłacicie mi trochę teraz, a potem co tydzień, aż oddacie dług – mówiłam – razem z odsetkami za nieterminową spłatę, jeśli nie chcecie, żebym zawiadomiła dziadka, że ma oddać sprawę do sądu.

Nikt z nich nie podróżował po świecie. Wiedzieli, że ojciec mojej matki jest bogaty, mieszka w wielkim domu w Wyżni i pożycza pieniądze rycerzom, a nawet – jak głosiła plotka – jednemu panu. Tak więc niechętnie oddali mi trochę; w niektórych domach tylko kilka groszy, ale każdy coś mi dał. Brałam także towar: osiemnaście łokci ciepłego wełnianego materiału w ciemnoczerwonym kolorze, dzban oliwy, dwa tuziny długich świec z białego pszczelego wosku, nowy nóż od kowala. Dawałam wszystkim uczciwe ceny – tyle, ile policzyliby komuś innemu kupującemu na targu, nie mnie – zapisywałam wszystko przy nich i mówiłam, że zobaczymy się w przyszłym tygodniu.

W drodze do domu zaszłam do Ludmiły. Nie pożyczyła pieniędzy; sama mogła je pożyczać innym i mogłaby nie liczyć odsetek, ale nikt w miasteczku nie był taki głupi, żeby pożyczać od kogoś innego niż mój ojciec, który pozwalał im oddawać długi, kiedy chcieli albo wcale. Otworzyła drzwi z wyćwiczonym uśmiechem: przyjmowała podróżnych na noc. Na mój widok ten uśmiech znikł.

– Tak? – rzuciła ostro. Myślała, że przyszłam po prośbie.

– Moja matka jest chora, proszę pani – powiedziałam uprzejmie, żeby myślała tak jeszcze przez chwilę, a potem poczuła ulgę, kiedy dodałam: – Przyszłam kupić coś do jedzenia. Ile za zupę?

Zapytałam ją o cenę jajek i chleba, jakbym miała pusto w sakiewce, a ponieważ nie wiedziała, jak jest naprawdę, szorstko podała mi normalne, a nie dwukrotnie zawyżone ceny. Potem była zła, gdy w końcu odliczyłam sześć groszy za garnek gorącej zupy z połówką kury, trzy świeże jaja, bochen chleba oraz miskę miodu nakrytą serwetką. Dała mi jednak wszystko, choć niechętnie, a ja zaniosłam to długą ulicą do naszego domu.

Ojciec wrócił przede mną; podkładał do ognia i spojrzał z niepokojem, gdy ramieniem pchnęłam drzwi. Zdziwił się, widząc, że mam pełne ręce jedzenia i czerwonej wełny. Położyłam to wszystko na stole, a resztę groszaków i jedną srebrną kopiejkę do dzbanka przy palenisku, w którym wcześniej było zaledwie kilka groszy. Potem dałam mu listę z zanotowanymi płatnościami i zajęłam się matką.

Od tej pory ja byłam lichwiarką w naszym miasteczku. A byłam dobrą lichwiarką i mnóstwo ludzi było naszymi dłużnikami, więc bardzo szybko w naszym domu słomę zastąpiła podłoga z gładkich złocistych desek, pęknięcia kominka zostały zalepione porządną gliną, dach pokryty nową strzechą, a moja matka miała ciepłe, grzejące jej pierś futro do nakrywania się lub noszenia. Nie podobało jej się to, tak samo jak ojcu, który wyszedł na zewnątrz i cicho popłakiwał w dniu, w którym przyniosłam to okrycie do domu. Odeta, żona piekarza, zaproponowała mi je jako spłatę całego długu jej rodziny. Było piękne, ciemno- i jasnobrązowe; wniosła je w posagu, zrobione z gronostajów, które jej ojciec upolował w lesie bojara.

Ta część starej opowieści okazała się prawdą: dobry lichwiarz musi być okrutny. Ja jednak byłam gotowa okazać się równie bezlitosna dla moich sąsiadów jak oni wobec mojego ojca. Nie żądałam ich pierworodnych, lecz pewnego dnia późną wiosną, gdy drogi w końcu znów były przejezdne, poszłam do jednego z wieśniaków mieszkającego na odludziu, a on nie miał niczego, co mógłby mi dać, nawet bochenka chleba. Gorek pożyczył kiedyś sześć srebrnych kopiejek, czyli kwotę, jakiej nigdy nie zdołałby spłacić, nawet gdyby zbierał obfite plony co roku do końca życia. Nie wierzyłam, żeby kiedykolwiek miał w ręku więcej niż pięć groszy naraz. Z początku próbował przekleństwami przepędzić mnie ze swojej chaty, tak jak wielu innych, ale gdy nie ustąpiłam i powiedziałam, że oddam sprawę do sądu, w jego głosie usłyszałam szczerą rozpacz.

– Mam cztery gęby do nakarmienia! – powiedział. – Nie wyciśniesz krwi z kamienia.

Zapewne powinnam mu współczuć. Mój ojciec by współczuł i moja matka również, lecz ja, spowita moim chłodem, czułam tylko grożące mi niebezpieczeństwo. Gdybym mu odpuściła, przyjęła jego wymówki, za tydzień wszyscy by je mieli; już widziałam, jak wszystko by się zawaliło.

Wtedy chwiejnie weszła jego córka, wysoka dziewczyna z chustą na długich jasnych włosach i koromysłem na ramionach, niosąc dwa wiadra wody, czyli dwukrotnie więcej, niż ja potrafiłam przynieść, kiedy sama szłam do studni po wodę.

– A więc twoja córka przyjdzie do mojego domu, żeby odpracować dług, pół grosza za każdy dzień – powiedziałam.

Poszłam do domu, mrucząc z zadowolenia jak kot, i nawet zrobiłam kilka tanecznych kroków na drodze, kiedy nikt mnie nie widział pod drzewami.

Na imię miała Wanda. Przyszła milcząca o świcie następnego ranka, pracowała jak wół do obiadu, a potem poszła; przez cały czas miała spuszczoną głowę. Była bardzo silna i przez te pół dnia wykonała niemal wszystkie prace domowe. Naniosła wody i narąbała drewna, nakarmiła stadko kur, które teraz grzebały w ziemi na naszym podwórku, wyszorowała podłogi, palenisko i wszystkie nasze garnki, a ja byłam bardzo zadowolona ze swojego pomysłu.

Kiedy poszła, po raz pierwszy w życiu moja matka powiedziała kilka gniewnych słów do mojego ojca, obwiniając go, czego nie robiła nawet wtedy, kiedy była najbardziej zziębnięta i chora.

– I nie przejmujesz się tym, co to z nią robi? – usłyszałam, jak krzyczy do niego, wciąż ochrypłym głosem, gdy przy bramie strząsałam błoto z podeszew butów; dzięki Wandzie nie miałam rano nic do roboty, więc pożyczyłam osiołka i pojechałam aż do najdalszych wiosek, żeby odebrać pieniądze od ludzi, którzy zapewne myśleli, że nikt o nie się nie upomni. Zwieziono już oziminy, więc miałam dwa pełne worki ziarna, dwa wełny i dużą torbę orzechów laskowych, które lubiła matka, przez całą zimę przechowywanych w chłodnym miejscu, a ponadto starego, lecz dobrego dziadka do orzechów, więc nie będziemy już musieli rozbijać ich młotkiem.

– A co mam jej powiedzieć? – zawołał. – Co? Nie, powinnaś głodować; nie, powinnaś marznąć i chodzić w łachmanach?

– Gdybyś miał siłę sam to robić, nie musiałbyś jej na to pozwalać – powiedziała matka. – To nasza córka, Josef!

Tego wieczoru ojciec próbował coś mi powiedzieć cichym i rwącym się głosem: że dość już zrobiłam, to nie mój obowiązek, żebym nazajutrz została w domu. Nie odrywałam oczu od łuskanych orzechów i nie odpowiadałam, trzymając ten chłód w mojej klatce piersiowej. Myślałam o ochrypłym głosie matki, a nie o słowach, które powiedziała. Po chwili zamilkł. Ten chłód we mnie powstrzymał go i odepchnął, tak jak zbywano jego, kiedy prosił ludzi o zwrot tego, co byli mu winni.

Rozdział 2


ato często mówił, że pójdzie do lichwiarza. Dostanie pieniądze na nowy pług albo na zakup kilku świń lub dojnej krowy. Nie wiedziałam, czym są pieniądze. Nasza wioska była daleko od miasta i płaciliśmy podatki zbożem. Tato mówił o pieniądzach jak o magii, lecz w ustach mamy to słowo brzmiało groźnie.

– Nie idź, Gorek – mówiła. – Długi zawsze sprowadzają kłopoty, prędzej czy później.

Wtedy tato krzyczał na nią, żeby pilnowała swoich spraw, i bił ją, ale nie szedł.

Poszedł, kiedy miałam jedenaście lat. Kolejne dziecko przyszło na świat i odeszło, i mama była chora. Nie potrzebowaliśmy następnego dziecka. Mieliśmy już Siergieja i Stepona, a także cztery martwe w ziemi pod białym drzewem. Tato zawsze chował pod nim dzieci, chociaż ziemia była tam twarda, ponieważ nie chciał tracić żyznego gruntu. A pod tym białym drzewem i tak nie mógł niczego zasiać. Pożerało wszystko wokół. Kiełki żyta wschodziły, aż pewnego zimnego ranka wszystkie więdły i białe drzewo miało jeszcze więcej białych liści. Nie mógł go ściąć. Było całe białe, więc należało do Starzyków. Gdyby je ściął, oni by przyszli i zabili go. Tak więc mogliśmy tam tylko chować martwe dzieci.

– Twoja matka potrzebuje lekarstwa – powiedział tato, kiedy przyszedł zły i spocony po zakopaniu kolejnego martwego dziecka. – Pójdę do lichwiarza.

Popatrzyliśmy po sobie, ja, Siergiej i Stepon. Chłopcy byli mali i za bardzo się bali, żeby coś powiedzieć, a mama była zbyt chora. Ja też nic nie powiedziałam. Mama leżała w łóżku, krwawiła, była rozpalona i zaczerwieniona. Nie odzywała się, kiedy do niej mówiłam. Tylko kaszlała. Chciałam, żeby tato wrócił z magicznym lekiem, żeby wstała z łóżka i żeby znów wszystko było dobrze.

No i poszedł. Przepił w mieście dwie kopiejki i dwie przegrał, zanim wrócił do domu z lekarzem. Ten wziął dwie ostatnie kopiejki i dał mi jakiś proszek, który miałam rozpuszczać w gorącej wodzie i podawać mamie. Lek nie złagodził gorączki. Trzy dni później próbowałam dać jej trochę wody do picia. Znów kaszlała.

 

– Mamo, mam wodę – powiedziałam.

Nie otworzyła oczu. Położyła szeroką dłoń na mojej głowie, tak dziwną, bezwładną i ciężką, a potem umarła. Siedziałam przy niej przez resztę dnia, aż tato wrócił z pól. W milczeniu popatrzył na nią.

– Zmień słomę – powiedział mi.

Potem zarzucił ją sobie na ramię jak worek ziemniaków, zaniósł pod to białe drzewo i pochował obok martwych dzieci.

Lichwiarz przyszedł kilka miesięcy później i poprosił o zwrot pieniędzy. Wpuściłam go do domu. Wiedziałam, że jest sługą diabła, ale nie bałam się go. Był bardzo szczupły, miał wąskie dłonie, talię i twarz. Mama poleciła przybić do ściany ikonę wyrzeźbioną z okorowanego konara. Właśnie tak wyglądał. Miał spokojny głos. Dałam mu kubek herbaty i kawałek chleba, ponieważ pamiętałam, że mama zawsze dawała coś do zjedzenia ludziom, którzy przychodzili do naszego domu.

Kiedy tato wrócił, nawrzeszczał na lichwiarza i wyrzucił go z domu. Potem pięć razy mocno zdzielił mnie pasem za to, że go wpuściłam i jeszcze dałam mu jeść.

– Po co tutaj przyszedł? Nie wyciśniesz krwi z kamienia – powiedział, zapinając pas.

Przyciskałam do twarzy fartuch matki, aż przestałam płakać.

Kiedy do naszego domu przyszedł poborca, tato powiedział to samo, ale tylko pod nosem. Poborca podatków zawsze przychodził w dniu, w którym zwieźliśmy ostatnie worki zboża, jesienią i wiosną. Nie wiem, jak się o tym dowiadywał, ale zawsze wiedział. Odchodził i podatek był zapłacony. To, czego nie zabrał, zostawało dla nas. Nigdy nie było tego dużo. Na początku zimy mama zwykle mówiła tacie: „To zjemy w listopadzie, a to w grudniu” i pokazywała co, dzieląc wszystko aż do wiosny. Mamy jednak już nie było. No i tato wziął jedną z młodych kóz do miasta. Wrócił bardzo późno, pijany. Spaliśmy przy piecu i wchodząc, potknął się o Stepona. Ten krzyknął, a wtedy tato się rozzłościł, zdjął pas i bił nas wszystkich, aż uciekliśmy z domu. Koza przestała dawać mleko i pod koniec zimy zabrakło nam żywności. Musieliśmy do wiosny wykopywać żołędzie spod śniegu.

Gdy jednak na jesieni przyszedł poborca, tato i tak zabrał worek z ziarnem do miasta. Wszyscy poszliśmy spać do szopy z kozami. Siergiejowi i Steponowi nic nie zrobił, ale mnie zbił rano, gdy wytrzeźwiał, ponieważ nie dostał kolacji, kiedy wrócił do domu. Tak więc rok później czekałam w domu, aż zobaczyłam, jak tato idzie drogą. Miał lampę, która zataczała wielkie kręgi, taki był pijany. Postawiłam na stole miskę z gorącą polewką i uciekłam. Było już ciemno, ale nie zapalałam świeczki, bo nie chciałam, żeby tato mnie zobaczył.

Zamierzałam pójść do szopy, ale wciąż się oglądałam za siebie, żeby sprawdzić, czy tato za mną nie idzie. Jego lampa kołysała się wewnątrz domu, zmieniając okna w oczy, gdy mnie szukał. Potem jednak przestała się poruszać, więc widocznie postawił ją na stole. Wtedy pomyślałam, że jestem bezpieczna. Zaczęłam patrzeć, gdzie stawiam stopy, ale nic nie widziałam w ciemności, ponieważ wcześniej patrzyłam na jasne okna. Na pewno nie byłam na ścieżce prowadzącej do szopy. Zapadałam się w śnieg. Nie słyszałam beczenia kóz ani nawet chrząkania świń. Była ciemna noc.

Pomyślałam, że prędzej czy później natrafię na ogrodzenie lub drogę. Szłam z wyciągniętymi przed siebie rękami, żeby złapać się płotu, ale nie natrafiłam nań. Było ciemno i z początku się bałam, potem byłam tylko zmarznięta, a w końcu zrobiłam się senna. Nie czułam palców nóg. Śnieg dostawał się przez pęknięcia moich łapci z łyka.

Nagle ujrzałam przed sobą jakieś światło. Poszłam ku niemu. Byłam blisko białego drzewa. Miało cienkie gałęzie i nadal wszystkie liście, chociaż była zima. Poruszały się na wietrze, wydając dźwięk przypominający najcichszy z szeptów. Po drugiej stronie drzewa biegła szeroka droga, gładka jak lód i lśniąca. Wiedziałam, że to Starzykowa droga. Jednak była taka piękna, a ja wciąż czułam się dziwnie, zziębnięta i senna. Nie pamiętałam, że powinnam się bać. Ruszyłam ku niej.

Groby stały rzędem pod drzewem. Na każdym leżał jeden płaski kamień. Mama przyniosła je z rzeki dla dzieci. Ja przyniosłam jeden dla niej i jeden dla ostatniego dziecka. Były mniejsze od pozostałych, ponieważ jeszcze nie mogłam udźwignąć takich dużych kamieni, jakie przyniosła mama. Gdy przechodziłam przez ten rząd kamieni, by wyjść na drogę, gałąź drzewa uderzyła mnie w plecy. Upadłam jak długa. Zaparło mi dech. Wiatr poruszył białymi liśćmi i słyszałam, jak mówią: „Uciekaj do domu, Wanda!”. Nagle już nie byłam senna, tylko tak przestraszona, że wstałam i pobiegłam z powrotem do domu. Widziałam go z daleka, ponieważ lampa wciąż oświetlała okna. Tato już chrapał na swoim łóżku.

Rok później stary Jakob, nasz sąsiad, przyszedł do naszego domu i poprosił ojca o mnie. Chciał, żeby tato dał mu jeszcze kozę, więc tato wygonił go, mówiąc:

– Dziewica, zdrowa i silna, a on chce ode mnie jeszcze kozę!

Potem pracowałam bardzo ciężko. Starałam się wykonywać jak najwięcej pracy za tatę, bo nie chciałam rodzić martwych dzieci i umrzeć. Jednak urosłam, miałam jasne długie włosy i duże piersi. W ciągu dwóch następnych lat jeszcze dwóch mężczyzn przyszło o mnie prosić. Tego drugiego w ogóle nie znałam. Przyszedł z drugiego końca miasta, odległego o sześć mil. Nawet zaoferował za mnie jedną świnię. Jednak tato widział już, jak ciężko pracuję, więc zrobił się chciwy i zażądał trzech świń. Mężczyzna splunął na podłogę i wyszedł z naszego domu.

Zbiory były bardzo słabe. Co roku śnieg topniał później na wiosnę i spadał wcześniej jesienią. Gdy poborca zabrał swoje, niewiele zostawało do przepicia. Nauczyłam się chować żywność w różnych miejscach, żeby nie zabrakło nam jej aż tak jak tamtej pierwszej zimy, ale Siergiej, Stepon i ja byliśmy coraz więksi. Kiedy skończyłam szesnaście lat, po wiosennych żniwach, tato wrócił z miasta gniewny i nieco mniej pijany. Nie zbił mnie, ale spojrzał tak, jakbym była jedną z jego świń, ważąc mnie w myślach.

– W przyszłym tygodniu pójdziesz ze mną na targ – powiedział.

Następnego dnia poszłam pod białe drzewo. Trzymałam się z daleka od niego od tamtej nocy, w której ujrzałam Starzykową drogę, ale tego dnia zaczekałam, aż słońce stanie wysoko na niebie. Potem powiedziałam, że idę po wodę, ale zamiast tego podeszłam pod drzewo. Uklękłam pod jego gałęziami.

– Pomóż mi, mamo – powiedziałam.

Dwa dni później do naszego domu przyszła córka lichwiarza. Była podobna do ojca, chuda, o ciemnobrązowych włosach i zapadniętych policzkach. Nie sięgała tacie nawet do ramienia, ale stała w drzwiach i rzucała długi cień przez środek domu, i powiedziała, że odda sprawę do sądu, jeśli nie dostanie pieniędzy. Krzyczał na nią, ale ona się nie bała. Kiedy skończył mówić jej, że nie wyciśnie krwi z kamienia, i pokazywać pustki w kredensie, powiedziała:

– A więc twoja córka przyjdzie do mojego domu, żeby odpracować twój dług.

Kiedy poszła, wróciłam do białego drzewa i powiedziałam: „Dziękuję, mamo”, a potem zakopałam między korzeniami jabłko, całe jabłko, chociaż byłam taka głodna, że zjadłabym je z pestkami. Nad moją głową drzewo wypuściło malutki biały kwiat.

Następnego ranka poszłam do domu lichwiarza. Bałam się iść sama do miasta, ale to było lepsze niż iść na targ z tatą. Tak naprawdę wcale nie musiałam iść do miasta: ich dom stał na skraju lasu. Był duży, z dwiema izbami i podłogą z gładkich, pachnących świeżością desek. Żona lichwiarza leżała w łóżku w drugim pokoju. Była chora i kaszlała. Ściskało mnie w gardle, gdy tego słuchałam.

Córka lichwiarza miała na imię Mirjem. Tego ranka nastawiła garnek z zupą i para napełniła chatę zapachem, od którego mój pusty brzuch zacisnął się jak węzeł. Potem wzięła z kąta dzieżę z rosnącym ciastem i wyszła. Wróciła późnym popołudniem z zaciętą miną, zakurzonymi butami, a także bochnem świeżego razowego chleba od piekarza, skopkiem mleka, osełką masła i zawieszonym na ramieniu workiem z jabłkami. Postawiła na stole talerze, w tym jeden dla mnie, czego się nie spodziewałam. Kiedy usiedliśmy do stołu, lichwiarz wypowiedział magiczne zaklęcie nad chlebem, ale i tak go zjadłam. Był smaczny.