Jarzmo przeszłości

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Muchtar był tego dnia bardzo podekscytowany, był w swoim żywiole. Uwielbiał takie widoki. Przy mojej pomocy zaczął rozdzielać kawały mięsa. Zamrażarka szybko zrobiła się pełna, więc zaprosiliśmy sąsiadów i obdarowaliśmy ich mięsem, traktując to – zgodnie ze zwyczajem – jako jałmużnę. Niektórzy z nich mieli zdziwione miny. Obca była im sztuka kulinarna związana z przyrządzaniem baraniny, która jest w Polsce mało popularna. Inni wręcz przeciwnie – byli zachwyceni tym prezentem. Dla moich rodziców Muchtar zachował specjalny – jego zdaniem – przysmak, czyli smażoną krwistą wątrobę i baranie jądra, jako największy rarytas dla mojego ojca. Dostrzegłam przerażenie w oczach rodziców na myśl o uczcie, jaka za chwilę będzie czekała ich podniebienia. Mama próbowała się wykręcić, ale nic z tego nie wyszło. Talerz z krwistą wątróbką miała już w ręku. Na ojca czekało większe wyzwanie – podsmażony penis i jedno jądro z cytrynką do smaku. Z dziwnym, nienaturalnym uśmiechem przyjął poczęstunek od zięcia i z miną skazańca wziął do ust pierwszy kęs. Przełknął bez uprzedniego pogryzienia. Złapał dzbanek z wodą jak oparzony i natychmiast wypił prawie całą zawartość.

– Dziękuję, Muchtarze, to bardzo syte. Jestem już najedzony – próbował ratować sytuację mój ojciec.

– Przecież prawie nic nie zjadłeś! – oburzył się zięć. – Zjedz te jądra, to dopiero poznasz, co to znaczy prawdziwe jedzenie.

Widać było, że ojciec powoli zaczyna wpadać w panikę. Na szczęście Muchtar, wołany przez małego Malika, wyszedł na chwilę z pokoju. Tato z szybkością błyskawicy napchał sobie kieszenie tym cudownym jadłem, a ja i mama pękałyśmy z dławionego śmiechu, aby nie zdradzić tajemnicy ojca. Po chwili Muchtar wrócił i z zadowoleniem spojrzał na pusty talerz teścia.

– A nie mówiłem, że będzie ci to smakowało? U nas wszyscy mężczyźni się tym zajadają – dodał dumnie.

– Nie wątpię – powiedział tato.

Tak udało nam się dzielnie wytrwać do końca uroczystości i zachować klasę w każdej sytuacji.

Z chwilą pojawienia się na rynku pierwszych telefonów komórkowych Muchtar sprawił sobie taki aparat – Nokię z antenką. Wtedy też zaczęły się częste, dość tajemnicze rozmowy z jego rodziną lub znajomymi z Libii. Nie byłoby w tym niczego dziwnego, gdyby nie to, że za każdym razem, kiedy ktoś zadzwonił, Muchtar wychodził z pokoju szczelnie zamykając za sobą drzwi. Obawiał się, że – znając jego ojczysty język – odkryję treść sekretnych rozmów. Bardzo mnie to niepokoiło. Domyśliłam się, że małżonek planuje powrót do swojego kraju wraz z chłopcami po zdobyciu wykształcenia w Polsce. Znów przekonałam się, że moja naiwność nie ma granic.

Muchtar coraz częściej zamykał się z Karimem i Malikiem w pokoju, i tłumaczył im Koran – słowo po słowie. Podkreślał wyższość islamu nad innymi wyznaniami, w tym głównie nad wiarą w Chrystusa. Słyszałam sprzeciw moich dzieci, które nie mogły spokojnie wysiedzieć w jednym miejscu. Chłopcy nudzili się słuchając słów proroka, chociaż dla ich ojca były to ulubione chwile spędzane z latoroślami. Patrzyłam na to bezradnie, ale w środku wszystko we mnie wrzało. Niestety, edukacyjne zapędy mojego męża wciąż przybierały na sile. Któregoś dnia oznajmił, iż chłopcy będą uczyć się języka arabskiego w szkole, która znajduje się w gdańskim meczecie. Muchtar często go odwiedzał. W każdy piątek – dzień święty dla muzułmanów – jeśli tylko mógł wyrwać się z pracy na modlitwę, ochoczo to robił. Nic w tym dziwnego, był przecież stuprocentowym wyznawcą islamu. Martwiłam się jednak o Karimka, który miał coraz więcej nauki w szkole i był dzieckiem bardzo nerwowym. Należało poświęcać mu dużo czasu przy odrabianiu zadanych na lekcjach prac domowych, no i oczywiście potrzebował spokoju. Sobota miała być dniem zajęć w arabskiej szkole. Próbowałam protestować przeciwko temu pomysłowi, lecz Muchtar z determinacją w głosie oznajmił, że ma prawo, aby jego dzieci znały język swego ojca. Nie wiadomo, w jakim kraju zechcą żyć w przyszłości. Nie mogłam już nic zrobić, nie miałam na to argumentów. To cena, jaką musi zapłacić matka, gdy ojciec jej dzieci jest cudzoziemcem, niezależnie od miejsca pochodzenia. Dzieci zaczęły więc uczęszczać na zajęcia w meczecie. Odbywały się one regularnie i trwały bardzo długo. Praktycznie chłopców nie było w domu przez cały dzień. Czekałam z lękiem, prosząc Boga o ich szczęśliwy powrót. Moje życie upływało w niepokoju, czy powrócą z ojcem do domu. Pocieszałam się myślą, że skoro Muchtar jest w trakcie pisania pracy doktorskiej, nie będzie ryzykował utraty tego, co osiągnął, wywożąc podstępnie dzieci z Polski. Każdej soboty chłopcy wracali z meczetu bardzo nieszczęśliwi. Nie chcieli odpowiadać na zadawane im pytania. Wpatrywali się za to w srogą twarz ojca. Trwało to kilka tygodni, aż pewnej nocy usłyszałam cichy płacz Karimka. Podeszłam do niego zatroskana.

– Czemu płaczesz, synku? Czy coś cię boli?

– Nie, mamusiu, nic mnie nie boli, tylko bardzo boję się pójść jutro z tatą do meczetu. Nie nauczyłem się recytować strony z Koranu i znów imam będzie mnie bił.

Sury w Koranie są długie, pisane rymowaną prozą.

Po tych słowach wszystko stało się jasne. Muchtar znów mnie oszukał i to w tak perfidny sposób. Nie oszczędził nawet niewinnych dzieci.

Nazajutrz mój małżonek, jak to miał w zwyczaju przez kolejne minione soboty, obudził się wcześnie rano i w radosnym nastroju zaczął przygotowywać się do wyjścia w swoje święte miejsce.

– Dlaczego chłopaki jeszcze śpią? Spóźnią się na lekcje! Obudź ich szybko – zaczął pokrzykiwać.

– Uspokój się, oni nigdzie z tobą dziś nie pójdą.

– Co ty wygadujesz? Nie denerwuj mnie, bo nie ręczę za siebie!

– Okłamałeś nie tylko mnie, ale i dzieci, które ci zaufały. To miała być nauka języka arabskiego – tak nam mówiłeś, a nie wkuwanie na pamięć tych bezdusznych sur z Koranu. Chłopcy są na to zbyt mali, a poza tym tego nie chcą. Czy ty wiesz, że twój syn płakał przez całą noc? No tak, ale co ciebie to obchodzi! Twoje zaślepienie wyprało ci mózg.

Chciałam jeszcze coś powiedzieć pełna żalu i gniewu za brak litości, jaki okazywał już nie tylko mnie. Nie zdążyłam. W moją stronę poleciały talerze, noże i widelce. Uciekłam, bo nóż pewnie wbiłby mi się w samo serce. Zabrałam dzieci, które nie zdążyły nawet się ubrać, więc spakowałam im odzież do torby. Pojechaliśmy do moich rodziców. Nic im nie mówiłam, chłopcy także milczeli, ale widać było, że coś je trapi. Mama nie chciała pytać, dobrze mnie znała. Wiedziała, że nie należę do wylewnych ludzi, szczególnie, gdy jest mi źle. Nie mogłam spokojnie wysiedzieć w jednym miejscu, więc poszłam na spacer. Chciałam zostać sama ze swoimi myślami, ze swoim bólem, a przede wszystkim z ogromnym poczuciem życiowej porażki. Było już ciemno. Usiadłam na ławce w pobliskim parku i zaczęłam modlić się, aby Bóg dał mi jakąś wskazówkę, pomógł zrozumieć... Dlaczego nie może być dobrze w moim małżeństwie? Co mam zrobić, jak żyć z tym wszystkim: z kłamstwem i wrogością, z narastającą agresją? Tego dnia po raz pierwszy zaczęłam żałować mojej decyzji – drugiej szansy, jaką nam dałam. Przestałam wierzyć, że nasza rodzina może jeszcze żyć normalnie. Przestałam już być naiwna, pogrzebałam nadzieję na lepszy czas dla naszego wspólnego życia. Wiem, trwało to zbyt długo, ale kobieta posiadająca dwoje małych dzieci nie może zbyt pochopnie rozbijać rodziny, pozbawiać dzieci ojca, którego sama kiedyś im wybrała. Byłoby to egoistyczne w stosunku do nich. To niewinne istoty, które potrzebują pełnej rodziny. Próbowałam to ratować ze wszystkich sił, abym nigdy nie mogła sobie zarzucić, że poddałam się zbyt szybko, nie myśląc o tych niewinnych istotach, które stały się częścią naszego życia i ofiarami naszej naiwnej, młodzieńczej i lekkomyślnej miłości. Dziś mogę powiedzieć: żałuję. To największa pomyłka w moim życiu, za którą płacę i – co najgorsze – nie tylko ja, choć wina jest wyłącznie moja. Gdybym była sama, wyjeżdżając z Libii do Polski nigdy nie odebrałabym telefonu od Muchtara. Kiedyś był dla mnie wszystkim, a gdy najbardziej go potrzebowałam, bo byłam samotna, bezradna, w zupełnie obcym dla mnie świecie, zamiast być moim przyjacielem, stał się największym oprawcą.

Siedząc w parku, na kilkustopniowym mrozie, którego nawet nie czułam, wiedziałam, że nie powinnam mieć już żadnych złudzeń, że to jest początek końca. Pozostała jeszcze jedna rzecz – doktorat Muchtara. Niezależnie od tego, co się działo, to ja go tu sprowadziłam i ja go do tego namówiłam, więc jestem mu winna, aby go ukończył. Chciałam być w porządku w stosunku do niego i samej siebie. Nagle z zamyślenia wyrwał mnie głos mamy, która nawoływała mnie z balkonu wyraźnie zaniepokojona.

– Nadio, gdzie jesteś?

– Jestem tutaj i już wracam! – krzyknęłam.

Wyrwana jakby z letargu poczułam nagle zimno przejmujące do szpiku kości.

– Mama, mama! – krzyczeli moi chłopcy. Widać było, że im również udzieliła się troska o mnie. Spokojniejsi wrócili do oglądania ulubionych bajek w telewizji.

Wypiłam dwie gorące herbaty, tak byłam zmarznięta. Rodzice patrzyli na mnie z wielką obawą.

– Córeczko, może powiedz nam, co się dzieje, to będziemy mogli jakoś pomóc – zaczął niepewnie tata. – Przecież widzimy, że Muchtar jest innym człowiekiem niż był, kiedy go poznaliśmy.

Innym – dobre sobie – pomyślałam w duchu. Zmienił się w potwora, dla którego nic się nie liczy, poza własnym „ego”. Oczywiście nie powiedziałam tego głośno. Trudno rozmawiać z rodzicami o nieudanym życiu, bo to zawsze obu stronom sprawia ból.

– Pokłóciliśmy się rano, tak po prostu. Wszystkim to się zdarza, nie ma o czym mówić – ucięłam temat.

– Dzieci, ubierajcie się, wracamy do domu – zawołałam.

– A czy my nie możemy dziś zostać u babci? – zapytał prosząco Karim.

– Nie, bo nie masz tu ze sobą szkolnych podręczników, a w poniedziałek klasówka. Trzeba powtórzyć kilka ostatnich lekcji.

 

Chłopcy niechętnie zaczęli ubierać kurtki i buty, a ja zauważyłam, że w domu babci i dziadka czują się bardzo bezpiecznie. Zabolało mnie, że my jako rodzice nie potrafimy im tego zapewnić.

Do domu dotarliśmy bardzo późno. Muchtar już spał. Oczywiście bałagan, jaki został po porannej awanturze, leżał nietknięty. Mój małżonek nigdy nie hańbił się sprzątaniem czegokolwiek, nawet po sobie. W jego mniemaniu to praca dla mniej wartościowych istot, czyli kobiet. To typowe w arabskiej mentalności.

Ułożyłam dzieci do snu, a sama zabrałam się za sprzątanie, ścieranie ze ściany śladów po kawie i herbacie. Robiłam to w przeszłości tyle razy, że naprawdę miałam wprawę. Najtrudniejsza do usunięcia była krew, ale i z nią nauczyłam się sobie radzić. Zbierałam rozbite w drobny mak naczynia, myśląc przy tym, że tak oto wyglądają roztrzaskane nadzieje. Jednego i drugiego nie dało się już posklejać. Nad ranem, bardzo zmęczona, położyłam się spać. Nie słyszałam nawet, jak Muchtar wyszedł do pracy. Zazwyczaj mnie budził i przygotowywałam mu śniadanie, lecz tym razem tego nie zrobił. Musiał być rzeczywiście na mnie wściekły. Gdybym była w jego kraju, z pewnością nie pozwoliłby mi tak spać w spokoju. Na szczęście tutaj musiał hamować swoje sadystyczne zapędy.

Gdy tylko się obudziłam, przystąpiłam do realizowania tego, o czym wczoraj rozmyślałam. Obok naszego mieszkania znajdował się pokój, który nie należał do nas. Był pozostałością po dawnym lokum, które zostało poddane rozbiórce, między innymi z powodu złego stanu technicznego. Dawni lokatorzy zajęli to pomieszczenie bezprawnie, po czym na „dziko” dobudowali jeszcze kuchnię i malutką łazienkę. Prawo zabrania takiej samowolki, więc zostali zmuszeni do opuszczenia lokalu i rozebrania dobudowanej części. Na szczęście pokój pozostał. W zamierzchłych czasach służył jako tzw. służbówka. Moim pierwszym krokiem było napisanie pisma do administracji budynku z prośbą o zgodę na adaptację pustego i zdewastowanego pomieszczenia, które samo w sobie nie było przydatne. Przedstawiłam całą sytuację, zaznaczając, że wyremontuję je na własny koszt. Jeszcze tego samego dnia, po odprowadzeniu Karima do szkoły, złożyłam pismo w administracji. Pozostało cierpliwie czekać na odpowiedź. Tego dnia Muchtar nie wrócił z pracy do domu. Chociaż czekałam z lękiem na jego powrót i reakcję, to spokój, jaki panował w domu, był bezcenny i bardzo nam potrzebny. Dzieci ani razu nie zapytały o tatę. Z pewnością miały dość napiętej sytuacji, która panowała w naszej rodzinie. Z drugiej strony martwiło mnie ich milczenie na temat ojca. Nie wróżyło to na przyszłość dobrych relacji pomiędzy nim i synami.

Muchtar wrócił następnego dnia wieczorem i słowem nie odezwał się do nikogo. Położył się do łóżka, odwrócił plecami i zasnął. Byłam mu za to wdzięczna. Odtąd jeszcze mniej ze mną rozmawiał, a więcej posyłał mi złowrogich spojrzeń. Jak zwykle zabierał chłopców na długie spacery, nie zważając na porę dnia ani na pogodę. Wiedziałam, że wtłacza im do głowy swoje prawdy, lecz nie byłam w stanie nic z tym zrobić. Szanowałam jego prawo do dzieci i przekazywania własnej kultury bez względu na to, jaka ona jest.

Ku mojej wielkiej radości doczekałam się po miesiącu odpowiedzi z administracji mieszkaniowej. Była pozytywna. Uzyskałam zgodę na przyłączenie pokoju do naszego mieszkania i remont. Po załatwieniu niezbędnych formalności zabrałam się do pracy. W pierwszej kolejności należało pokój gruntownie wysprzątać, wynieść sterty śmieci, szmat, butelek po alkoholu, gdyż często nocowali tam bezdomni lub ludzie, którzy z różnych przyczyn ukrywali się przed społeczeństwem. Stanowiło to dla nas problem, ponieważ nigdy nie było wiadomo, kto przebywa w tym opuszczonym lokum. Nieproszeni goście wchodzili do niego przez wybitą szybę w starym, spróchniałym oknie. Jednak to nie bałagan mnie przerażał, lecz brak środków na remont. Na Muchtara nie miałam co liczyć, a rodziców też nie chciałam już obciążać. Na szczęście udało mi się spieniężyć złotą bransoletkę, jaką dostałam z okazji urodzenia Malika od najstarszej siostry Muchtara. Starczyło na wprawienie szyb w oknie oraz farbę do ścian i akcesoria niezbędne do przeprowadzenia remontu. Pewnego dnia zaczęłam rozmowę ze swoim mężem.

– Mam dla ciebie niespodziankę.

– Ty, niespodziankę? Niczego dobrego nie mogę się po tobie spodziewać – odpowiedział lekceważącym tonem.

– A jednak się mylisz. Urządzam tobie osobisty gabinet, abyś miał spokój do pracy. Wiem, że w tych przejściowych dwóch małych pokojach trudno ci się skupić. Panuje zawsze hałas, który dzieciaki urządzają.

Zobaczyłam jego zadowoloną minę. Uwielbiał luksusy i jak stawia się go na pierwszym miejscu. Przez cały męczący okres remontu Muchtar ani razu nie kiwnął nawet palcem, aby mi pomóc. Nie dołożył złotówki, mimo że to miało być dla niego. Nie byłam tym faktem zdziwiona, bo i niczego się nie spodziewałam. Perspektywa bliskiego wyprowadzenia się bezdusznego tyrana z mojego łóżka osłodziła mi wszystkie związane z tym problemy, z finansowymi włącznie. Pracowałam od świtu do nocy ucząc się przy tym bardzo konkretnych, męskich zajęć. Po miesiącu pokój był gotowy na przyjęcie lokatora. Dzięki pomocy rodziny w nowym miejscu znalazły się także meble. Poczułam ulgę, jakiej już dawno nie doświadczyłam. Muchtar zdecydowanie nie wyczuwał drugiego dna tej nowej dla nas sytuacji. Z zadowoloną miną zaczął przenosić swoje książki, rzeczy, no i oczywiście nieodzowną torbę zabezpieczoną szyfrem. Kiedy tylko skończył, wręczyłam mu jego pościel i pidżamę do spania.

– No, co ty? A po co mi pościel? Przecież nie myślisz, że będę tutaj spał?

– A gdzie? Przecież masz nowe łóżko – duże i wygodne…

– Nie możesz mi tego robić! Masz względem mnie obowiązki!

– Wypełniałam je zawsze wszystkie, tylko ty nigdy nie potrafiłeś ich docenić ani zrozumieć moich potrzeb i mojego bólu, który zadawałeś mi jako mój własny mąż!

– Ale ty jesteś moją żoną i masz mi być posłuszna. Allach mi to gwarantuje.

– Allach mówi też o wielu innych rzeczach, między innymi o sprawiedliwym traktowaniu żony, łożeniu i dbaniu o rodzinę – kontynuowałam tę rozmowę, która zaczęła wkraczać na niebezpieczne tory. W czarnych oczach Muchtara ujrzałam groźne, dobrze mi znane błyski. – Proszę, dajmy sobie trochę czasu... – zaczęłam łagodnie i już nie dokończyłam, bo mąż z impetem zatrzasnął drzwi.

Usłyszałam tylko hałas spadającej na podłogę klamki, która najwyraźniej musiała się urwać. I wówczas po raz pierwszy pomyślałam, że ta nasza miłość zniszczyła nie tylko moje życie, on także poniósł sromotną klęskę. Arab wychowany w muzułmańskiej wierze, z tradycjami swojego arabskiego świata, przez związek z chrześcijańską cudzoziemką pozbawił się należnych mu przywilejów, które w jego kraju należą się z samego faktu urodzenia się mężczyzną. Jako mąż posiada bezwzględne prawo do swojej kobiety. Żadna decyzja nie jest zależna od niej. Mężczyzna posiada także przyzwolenie na swoje okrucieństwo. Jest bezkarny i, w imię tak zwanego honoru, nawet zabójstwo może być usprawiedliwione. Mówi się powszechnie, że wina zawsze leży po obu stronach. W naszym przypadku też tak było. Bardzo trudno pogodzić dwie odrębne kultury, odmienne religie. Istnieje wiele szczęśliwych związków małżeńskich z cudzoziemcami z Europy, Ameryki, a także Azji. Jednak Arabowie, prócz egzotycznych i bardzo specyficznych zwyczajów, posiadają ten groźny fanatyzm, który niszczy i zabija, a wszystko to w imię ich jedynego Boga, okrutnego dla pozostałej, niemuzułmańskiej części świata.

Następnego dnia, tradycyjnie, jako przykładna żona, zrobiłam mężowi śniadanie i natychmiast po jego wyjściu do pracy zabrałam się za naprawę klamki urwanej przez niego poprzedniego wieczoru. Muchtar wcale nie zamierzał starać się, aby zmienić coś w naszych relacjach. Widać było, że wczorajsza kłótnia nie dała mu do myślenia. Powód – chorobliwy przerost własnej ambicji stawianej ponad wszystko. Miał egoistyczny cel, aby zabrać jak najwięcej się uda, nie dając innym nic z siebie.

Pewnego popołudnia mój małżonek, powróciwszy ze swojej uczelni, zakomunikował mi, iż na sobotę zaprosił znajomych. Podobno spotkał ich dzisiaj w instytucie. Byli to dwaj inżynierowie – Polacy. W czasie, kiedy mieszkałam w Libii, pracowali tam na kontrakcie. Kilka razy Muchtar zaprosił ich do nas, a jeden z nich – starszy, pan Marian – przywiózł mi raz paczkę od moich rodziców, czym sprawił mi ogromną radość. Marian był płetwonurkiem. Pływanie i oglądanie podwodnego świata, szczególnie u wybrzeży Morza Śródziemnego po stronie afrykańskiej, było jego pasją i lubił o tym rozprawiać. Drugi zaś – młodszy, Krzysztof – był bardzo ciepłym, niesłychanie miłym i pełnym życzliwości mężczyzną. Na pierwszy rzut oka widać było, że jest człowiekiem bardzo kulturalnym i zrównoważonym. Dla mnie ta ostatnia cecha była najcenniejsza. Kiedy obaj odwiedzali nas na obczyźnie, z pewnością odnieśli wrażenie, że nasz związek – wbrew wszystkim zasłyszanym stereotypom – jest pełen szczęścia, miłości i harmonii. Zawsze starannie przygotowywałam się na te wizyty: gotowałam libijskie potrawy, zamalowywałam widoczne siniaki i udawałam szczęśliwą żonę muzułmanina. Pełna entuzjazmu bawiłam gości rozmową. Robiłam to z wielu powodów. Po pierwsze nikt inny, oprócz mojego męża, nie miał wpływu na życie, jakie przyszło mi wieść. Jakakolwiek próba skargi tylko pogorszyłaby moją i tak tragiczną sytuację. Odwiedziny rodaków dawały mi przede wszystkim namiastkę normalności. Móc przebywać wśród ludzi życzliwych i usłyszeć od nich wieści z mojego kraju, to było trochę tak, jakbym na moment sama się tam znalazła. Za żadną cenę nie chciałam tego stracić. Zresztą przy każdej takiej wizycie byłam nieustannie poddawana kontroli ze strony mojego męża.

Na wiadomość o odwiedzinach znajomych inżynierów szczerze się ucieszyłam. Wiedziałam na sto procent, że tego dnia Muchtar dokona przemiany w cudownego małżonka. Pozostała tylko kwestia, czym przyjąć gości, aby wypaść jak najlepiej.

– Muchtarze, na przyjście naszych gości muszę przygotować coś specjalnego, no i oczywiście podać jakieś dobre wino do kolacji. Nie wypada poczęstować ich byle czym. Zawsze byliśmy bardzo gościnni.

– Nie ma problemu – odpowiedział. – Napisz na kartce, jakie produkty potrzebujesz, a ja wszystko ci przyniosę.

– A pieniądze? Przecież tak mało zarabiasz, że ledwo starcza na rachunki i skromne wyżywienie – zapytałam zdziwiona.

– Niech cię o to głowa nie boli. Gość w dom, Bóg w dom. To chyba wasze powiedzenie – odparł.

– No, ale przecież nie powiesz, że manna spada z nieba...

– Dla Allacha wszystko jest możliwe – odpowiedział.

A ja już więcej nie pytałam, bo z Allachem się nie dyskutuje.

W sobotę z samego rana Muchtar dostarczył mi niezbędne produkty do przygotowania tradycyjnego kuskusu, a także egzotyczne owoce, jakich nie jedliśmy na co dzień. Dzieci były uradowane, bo również je otrzymały. Po południu wszystko już było gotowe i czekaliśmy na gości, którzy zjawili się punktualnie. Przynieśli kwiaty dla mnie – jakże to było miłe, tak dawno nikt nie ofiarował mi kwiatów – a także wino do kolacji. Były też słodycze dla chłopców. Atmosfera od razu zrobiła się miła. Marian wspomniał cudowne libijskie plaże i połów wspaniałych ryb, a Krzysiek chwalił przygotowane przeze mnie potrawy i dom, jaki wspólnie z Muchtarem urządziłam. Temat nauki i możliwości z nią związanych, jak zwykle, wiódł prym. Gdy padły pytania o przyszłość naszej rodziny po ukończeniu studiów przez Muchtara, ten sprytnie, wymijająco odpowiadał za mnie. Wszyscy zauważyli, że takie pytania nie są mu na rękę. Ja także wynajdywałam w tym czasie czynność, którą akurat musiałam zrobić w kuchni – a to nastawić wodę na herbatę lub wymienić talerze na czyste. Nie miałam najmniejszego zamiaru psuć tej sielanki, chociaż z naszej strony była ona sztuczna i grubo naciągana. Prawie wcale nie przyjmowaliśmy gości, nie licząc moich rodziców, którzy stali się dla zięcia intruzami.

– Było nam bardzo miło zobaczyć się z wami. Jesteście takim wspaniałym małżeństwem. Stanowicie cudowną rodzinę. Na nas już pora – powiedział Krzysztof.

Obaj mężczyźni zaczęli zbierać się do wyjścia. Dziwnie było tego słuchać, poczułam się trochę jak w teatrze. Zgodnie z dalszym tokiem przedstawienia, pełnego uśmiechu i podziękowań, odprowadziłam gości do drzwi pożegnawszy ich serdecznie. Czekało mnie teraz samotne sprzątanie. Muchtar zamknął się w swoim pokoju, nie powiedziawszy nawet „dziękuję”. W końcu dołożyłam starań, aby czuł się dobrze i mógł błyszczeć swoim blaskiem. Nigdy nie przestanie mnie zadziwiać, że człowiek może posiadać dwie twarze, dwie odrębne natury, że potrafi z tym żyć i tak łatwo się zmieniać. Obłuda i egoizm to dwa najbardziej znienawidzone przeze mnie pojęcia. Byłam jeszcze młodą kobietą, a już tak bardzo samotną i oszukaną. Z tymi przygnębiającymi myślami zasnęłam bardzo zmęczona po wyczerpującym dniu.

 

Pewnego niedzielnego popołudnia, kiedy dzieci z ojcem wybrały się na swój długi spacer, rozdzwoniła się komórka Muchtara. Najwyraźniej zapomniał jej zabrać, gdyż nigdy się z nią nie rozstawał. Dzwoniła kilkakrotnie, lecz ja nie reagowałam. Nie mam w zwyczaju odbierać cudzych telefonów. Jednak tym razem dzwonienie było bardzo natarczywe. Po którymś sygnale, może dziesiątym z kolei, zaniepokoiłam się i nacisnęłam zieloną słuchawkę. Po chwili usłyszałam szlochanie, a zaraz potem krzyk rozpaczy jakiejś kobiety. Z początku nie mogłam jej zrozumieć, mówiła o czymś bardzo chaotycznie, co chwilę łkając. W końcu udało mi się pojąć tę przerażającą prawdę.

Kobietą po drugiej stronie słuchawki była Magda, żona Libijczyka, która od 15 lat mieszkała razem z mężem w Polsce, w małym miasteczku pod Warszawą. Mieli siedemnastoletnią córkę i o rok młodszego syna. Mąż Magdy, Tarek, pracujący w Polsce – można śmiało powiedzieć: Arab bez reszty zasymilowany z tutejszym społeczeństwem i kulturą – wychowywał swoje dzieci zgodnie z polskimi obyczajami. Nad wyraz tolerancyjny, szanujący chrześcijańską tradycję, przykładny, kochający mąż i ojciec. I nagle tragedia, jakiej nikt się nie spodziewał. Obawa zawsze powinna towarzyszyć matce posiadającej dorastającą córkę.

Siedemnastoletnia Hana, jak każda nastolatka w jej wieku, dorastała i zaczynała zawierać przyjaźnie z płcią przeciwną. Coraz częściej sprzeciwiała się ojcu z powodu zbyt konserwatywnych, jej zdaniem, zakazów i ograniczeń. W kulturze arabskiej porządna, skromna, dobrze wychowana córka świadczy o honorze rodziny, a przede wszystkim mężczyzny. A biedna Hana nie tylko urosła, ale także – na swoje nieszczęście – zakochała się. Wybranek jej serca był studentem pierwszego roku informatyki. Kulturalny, ułożony chłopak pochodzący z dobrej, zamożnej rodziny z tradycjami. Jego rodzice lubili Hanę i akceptowali tę znajomość. Niestety, młodzieniec posiadał kluczową i niemożliwą do zaakceptowania wadę – nie był muzułmaninem, a więc już na wstępie został skreślony jako kandydat do ręki córki Tareka. Ojciec kategorycznie zakazał, aby Hana kiedykolwiek spotykała się z chłopakiem. Jak żandarm towarzyszył jej w drodze do i ze szkoły. Gdy pewnego razu wymknęła się z domu niezauważona, zaczął zamykać ją w pokoju na klucz. Odtąd w spokojnej i na pozór szczęśliwej rodzinie rozpętało się piekło. Magda histerycznie próbowała uprosić męża, by opamiętał się i nie dręczył własnej córki. Żadne prośby, groźby ani płacze nie dawały rezultatów. Nie sposób przecież walczyć z tym, co nakazuje błogosławiony posłaniec Allacha – Mahomet. A on jasno mówi, że muzułmance nie wolno poślubić mężczyzny, który nie jest wyznawcą islamu. Nie ma odstępstwa od tej reguły. Ten przykładny mąż i ojciec, żyjący w naszej europejskiej kulturze, w środku zawsze pozostanie przede wszystkim wyznawcą Allacha, który rządzi bezwzględnie życiem swoich wiernych. Tarek, nie pytając nikogo o zgodę, podstępem zawiózł córkę na lotnisko i pierwszym lotem znalazła się w jego wiernej ojczyźnie. Żonie zostawił list, w którym wyraził swoją słuszną w tej sprawie decyzję, uzasadniając, że dopóki ich córka była małą dziewczynką, nie stanowiła zagrożenia dla jego honoru, niestety w zaistniałej sytuacji on ma obowiązek chronić przede wszystkim ją od zgubnego błędu pozbawienia błogosławieństwa litościwego Boga. Magda szalała, obdzwaniała wszystkich znajomych Tareka, których numery udało jej się odnaleźć. Stąd też telefon do Muchtara, którego jej mąż musiał znać, a ja nie miałam o tym pojęcia. Rozpaczliwe słowa kobiety tak bardzo mną wstrząsnęły, ponieważ przypomniały mi o doświadczeniu porwania syna. Po tym zdarzeniu strach pozostał we mnie już na zawsze. Uświadomiłam sobie, że posiadanie synów w małżeństwie, gdzie ojciec jest muzułmaninem, jest o niebo bezpieczniejsze niż posiadanie córki. One są traktowane w bezwzględny, rygorystyczny sposób. Synom pozwala się na swobodę i to nie tylko w kraju arabskim. Tak strasznie współczułam Magdzie i tak bardzo byłam bezsilna. Nie potrafiłam jej pomóc. Nie znalazłam nawet słów pociechy, bo takie słowa nie istniały. Nic nie było w stanie dać jej ukojenia.

Takie sytuacje zdarzają się często i przypominają o groźnym fanatyzmie. Biedna Magda do dziś nic nie wie o losie swojej ukochanej córki. Mąż też zerwał z nią kontakty. Ja utrzymuję tę znajomość telefoniczną, choć rozmawiamy sporadycznie. Po wielu pobytach w szpitalach psychiatrycznych z powodu doznanego szoku oraz leczenia ciężkiej depresji, Magda jest wrakiem człowieka. Ta kobieta w ciągu jednego dnia straciła wszystko, co kochała i nikt nie był w stanie jej pomóc. Strach nawet myśleć, co dzieje się z Haną. Czy żyje, jest zdrowa? Czy jest żoną, matką wydającą na świat kolejne muzułmańskie potomstwo? Choć wydaje się to straszne, ja bez przerwy uczyłam dzieci czujności w stosunku do ich własnego ojca. To dla nich bardzo trudne i nieprzyjemne. Zasiewa niepokój w tak małych dzieciach, odbiera im poczucie bezpieczeństwa, lecz robiłam to, aby choć w ten sposób ustrzec je przed losem niewinnej Hany. Gdy tak siedziałam z telefonem Muchtara w ręku, do domu wbiegli chłopcy, a za nimi mój małżonek. Jak tylko to zobaczył, z wrzaskiem odebrał mi drogocenny aparat.

– Jak śmiesz ruszać moje rzeczy?!

– Dzwonił, to odebrałam – usłyszałam swój cichy głos.

– Ale to nie było do ciebie.

– Nie, do ciebie. Pewna kobieta prosiła, abyś jej pomógł odzyskać córkę, którą własny ojciec porwał do Libii dlatego, że ośmieliła się zakochać. To Tarek, twój kolega.

– Niech Allach mu pomoże. Będę się modlił o to, aby uratował córkę z rąk niewiernych barbarzyńców!

Rzadko kiedy puszczają mi nerwy, lecz tym razem tak się stało. Zaczęłam krzyczeć w jego języku, że są potworami razem z całym ich chorym światem. Nauczona przez męża chwyciłam jego buty i rzuciłam prosto w niego. Wtem na horyzoncie pojawiła się nieprzychylna mi ciotka Jadwiga. Mój sprytny małżonek wykorzystał sytuację na swoją korzyść.

– No widzi ciocia, to wariatka. Ona jest niebezpieczna. Jak ja mogę z nią wytrzymać!?

– Biedny, dobry człowiek. Ta kobieta cię zniszczy. Przecież ty nie masz nawet atmosfery do nauki! Jak ty się z nią męczysz, co za niewdzięcznica – zawodziła dobra ciocia. – Będę się modlić do Matki Boskiej o spokój dla ciebie, mój drogi.

– O tak, ciociu, w obliczu Boga wszyscy jesteśmy równi.

– Och, jaki jesteś tolerancyjny, Muchtarze.

– My, muzułmanie, uważamy chrześcijan za swoich braci, to ludzie księgi – odpowiedział wspaniałomyślnie dobry muzułmanin.

Zatkałam uszy palcami, a zanim to zrobiłam, usłyszałam skierowaną w moją stronę uwagę cioci:

– Ignorantka.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?