Trust AgainTekst

Z serii: Begin Again #2
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa



Tytuł oryginału: Trust Again

Redakcja: Karolina Wąsowska

Korekta: Aneta Pawłowska

Skład i łamanie: Ekart

Projekt okładki: ZERO Werbeagentur GmbH

Zdjęcie na okładce: FinePic®, München

Copyright © 2017 by Bastei Lübbe AG, Köln

Copyright for the Polish edition © 2018 by Wydawnictwo Jaguar Sp. z o.o.

ISBN 978-83-7686-711-3

Wydanie pierwsze, Wydawnictwo Jaguar, Warszawa 2018

Adres do korespondencji:

Wydawnictwo Jaguar Sp. z o.o.

ul. Ludwika Mierosławskiego 11a

01-527 Warszawa

www.wydawnictwo-jaguar.pl

youtube.com/wydawnictwojaguar

instagram.com/wydawnictwojaguar

facebook.com/wydawnictwojaguar

snapchat: jaguar_ksiazki

Wydanie pierwsze w wersji e-book

Wydawnictwo Jaguar, Warszawa 2018

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

Spis treści

Dedykacja

Playlista

1

2

3

4

5

6

7

8

9

10

11

12

13

14

15

16

17

18

19

20

21

22

23

24

25

26

27

28

29

30

31

32

33

34

35

36

37

38

Epilog

Podziękowania

Mojej niezawodnej grupie wsparcia:

Biance, Caro, Kim, Laurze, Nadine, Rebecce i Yvo

t r u s t a g a i n p l a y l i s t a

Weaker Girl – Banks

War Of Hearts – Ruelle

Lay It All On Me – Rudimental (feat. Ed Sheeran)

Into You – Ariana Grande

Let Me Love You – Ariana Grande (feat. Lil Wayne)

What A Feeling – One Direction

Never Enough – One Direction

Bloodsport – Raleigh Ritchie

No Pressure – Justin Bieber (feat. Big Sean)

Only Love – Ben Howard

Rivers In Your Mouth – Ben Howard

Remnants – Jack Garratt

In The Shadow Of A Dream – James Morrison

To The Wonder – Aqualung (feat. Kina Grannis)

Everything Is Lost – Maggie Eckford

dRuNk – ZAYN

Show Me Love – Robin Schulz & J.U.D.G.E.

Close – Nick Jonas (feat. Tove Lo)

We Don’t Talk Anymore – Charlie Puth (feat. Selena Gomez)

Where’s My Love – SYML

1

Pomysł, żeby pracować w kawiarni, był zupełnie bez sensu.

Idiotyzm czystej wody.

Gapiłam się na kolesia, który stał przede mną i patrzył na mnie takim wzrokiem, jakby spodziewał się odpowiedzi na coś, co przed chwilą do mnie powiedział. Nie miałam pojęcia, skąd przyszło mu do głowy, że go w ogóle zrozumiałam. Może sądził, że umiem czytać z ruchu warg? Moje słuchawki wielkością przypominały pizzę i ważyły tak na oko po pięć kilogramów. Celowo w nie zainwestowałam, żeby mieć pewność, że kiedy koncentruję się na pracy, naprawdę nie dociera do mnie żaden, nawet najmniejszy dźwięk.

Właśnie dlatego nie znosiłam pisać w miejscach publicznych. Po pierwsze, hałas zewnętrzny dawało się wyciszyć tylko potężnymi, dźwiękoszczelnymi słuchawkami, po drugie – człowiek nigdy nie miał spokoju i ciągle ktoś czegoś od niego chciał. Czego najlepszym przykładem jest właśnie ta sytuacja.

Koleś był przystojny, co do tego nie było wątpliwości. Miał kasztanowe włosy i piękne piwne oczy. Ubrany był w dżinsy i obcisłą koszulę, która opinała jego barki. Wyglądał naprawdę fajnie. Mimo tego zrobiło mi się nieswojo.

Powoli uniosłam prawą słuchawkę.

– Słucham? – rzuciłam i przechyliłam głowę na bok, żeby go lepiej słyszeć. W lewym uchu cały czas na pełny regulator grała piosenka Halsey.

Koleś przyglądał mi się spod wpółprzymkniętych powiek.

– W piątki często tu jesteś – stwierdził i skinął głową. – Już nieraz cię widziałem.

To prawda, choć akurat to nie był mój wybór. Gdyby to ode mnie zależało, spędzałabym piątkowe popołudnia w moim pokoju w akademiku Uniwersytetu Woodshill.

Niestety moja współlokatorka była nimfomanką.

– Tak, mają tu dobrą kawę – mruknęłam. Nie podobało mi się, jak na mnie patrzył. Jakby na coś liczył i w ogóle nie brał pod uwagę możliwości, że ode mnie tego nie dostanie.

On także lekko przechylił głowę na bok. Uśmiechnął się jeszcze szerzej.

– Nie pijesz kawy. Najczęściej zamawiasz czekoladę na gorąco, ale niedługo znowu zrobi się ciepło. Jestem ciekaw, na co się wtedy zdecydujesz.

Poczułam, jak wilgotnieją mi ręce, i z trudem przełknęłam ślinę. Czułam się coraz bardziej nieswojo. Jakby nie było, nie należałam do osób, które pazurami walczą o miejsce przy wielkim oknie kafejki, przeciwnie, najczęściej siadałam na piętrze, daleko w kącie, plecami do reszty pomieszczenia. Ten zakątek, przy małym okrągłym stoliku, na wytartym krześle, był moją kryjówką. Nawet nie przyszło mi do głowy, że ktoś mógłby mnie tam zauważyć.

To było przerażające.

Od dawna mnie już obserwował? O Boże, a może wiedział też, nad czym pracuję?

– Bardzo mnie to interesuje – ciągnął koleś. Głosem niższym o kilka tonów.

No nie. Naprawdę usiłował nabrać mnie na ten numer z niskim głosem i sypialnianym spojrzeniem? Może gdybym była kimś innym, toby podziałało. Ja jednak od ponad roku unikałam męskiego towarzystwa jak zarazy.

– Doceniam twoje zainteresowanie – zaczęłam i odrzuciłam grzywkę na bok. Moje włosy były akurat tej wkurzającej długości, kiedy rude kosmyki co chwila niesfornie opadały mi na oczy. – Ale nie wydaje mi się, żeby z tego mogło coś wyniknąć.

 

– Och, daj spokój – odparł błyskawicznie i przysunął sobie wolne krzesło od sąsiedniego stolika do mojego kącika. Usiadł na nim okrakiem i położył ramiona na oparciu. – Potrafię być dobrym słuchaczem.

Skąd w ogóle pomysł, że chciałam z nim rozmawiać? Na chwilę wróciłam wzrokiem do komputera. Bardzo uważałam, żeby zmniejszyć czcionkę. Zmniejszyłam także jasność wyświetlacza. Mimo to kusiło mnie, żeby go najzwyczajniej w świecie zamknąć. To, nad czym pracowałam, nie było przeznaczone dla cudzych oczu; w każdym razie jeszcze nie teraz.

Grover wszedł we mnie jednym szybkim ruchem. Jęknęłam głośno, a zwierzęcy odgłos, który wyrwał się z jego gardła, niemal wystarczył, bym od razu skończyła.

O nie, a już na pewno nie było to przeznaczone dla oczu tego dziwacznego nieznajomego.

– Co studiujesz? – zapytał nieznajomy i wskazał mój komputer.

Niemal nonszalanckim ruchem opuściłam klapę, a potem zsunęłam bezprzewodowe słuchawki na szyję i ostrożnie wyciągnęłam włosy spod ich pałąka. Następnie podniosłam z podłogi torbę, żeby spakować do niej Watsona. Przed trzema laty, po tym jak go kupiłam, tak nazwałam swojego wielkiego laptopa. Był ogromny, miał, na moje oko, stucalową przekątną i odpowiednio dużo ważył.

Koleś delikatnie złapał mnie za ramię.

– Hej, spokojnie. Nie chciałem cię przestraszyć, już sobie idę – zapewnił niemal nieśmiało. – Po prostu wydawałaś się taka… nieobecna, że pomyślałem… – Zagubiony, wzruszył ramionami.

No dobra, już teraz nie wydawał mi się taki przerażający.

– Nie jesteś taki zły… – Gorączkowo zastanawiałam się, czy zdążył mi się przedstawić.

– Cooper – podsunął.

– Cooper – powtórzyłam z uśmiechem. – Naprawdę, wydajesz się w porządku, ale ja już muszę iść. Mam jeszcze sporo roboty, a tutaj jakoś nie mogę się skoncentrować. – Wyzwoliłam się z jego uścisku i spakowałam kabel do przedniej kieszonki torby.

– Możemy to kiedyś powtórzyć, gdy nie będziesz tak bardzo zajęta – zaproponował.

Stłumiłam westchnienie i wstałam.

– Przykro mi, ale nie jestem… zainteresowana.

Cooper także wstał. Powoli omiótł mnie spojrzeniem od stóp do głów.

– Miałem o tobie inne zdanie.

Zdumiona, zatrzepotałam rzęsami.

– Słucham?

– Chciałem tylko powiedzieć, że wyglądasz na dziewczynę, która nie ma nic przeciwko odrobinie zabawy. – Nagle jego spojrzenie nie było już przyjacielskie, lecz pełne pogardy. – Ale najwyraźniej jesteś cholernie pruderyjna. Szkoda.

Wystarczyło kilka sekund, żeby wszystkie plusy Coopera zmieniły się w jeden wielki minus.

– Wycofuję wszystko, co powiedziałam, Cooper. W ogóle nie jesteś w porządku – wycedziłam i potrząsnęłam głową, Zebrałam resztę swoich rzeczy i w końcu zarzuciłam ciężką torbę na ramię.

– A może jesteś lesbijką? Jeśli tak, trzeba było od razu powiedzieć!

Koleś był nie do wytrzymania.

– Nie żeby moja orientacja seksualna odgrywała tu jakąkolwiek rolę, ale nawet jeśli nie chcę się z tobą spotkać, nie oznacza to wcale, że faceci mi się nie podobają – syknęłam i przecisnęłam się obok niego. – Ani że jestem pruderyjna, tylko dlatego, że nie dałam się nabrać na twój numer z niskim głosem i pieprzeniem, że obserwujesz mnie już od dawna.

Szybciej, niż to możliwe z tak ciężką torbą, zbiegłam ze schodów i wypadłam na dwór.

Głęboko nabrałam w płuca rześkiego lutowego powietrza. Cały czas było jeszcze bardzo zimno i kiedy wypuściłam je z ust, mój oddech przypominał malutkie obłoczki. Wyciągnęłam z kieszeni włóczkową czapkę w kolorze khaki i naciągnęłam ją na głowę, żeby osłonić uszy przed lodowatym wiatrem Woodshill. Starannie owinęłam się szalikiem i rozważałam wszystkie możliwości.

Do akademika nie mogłam jeszcze wracać. Moja współlokatorka Sawyer znowu miała gościa płci męskiej, a już wystarczająco często byłam świadkiem jej wyczynów erotycznych. Sawyer była jednym z powodów, dla których zainwestowałam w drogie słuchawki. Ponieważ szansa, że znowu napatoczę się na półnagiego faceta z głową między jej nogami, była całkiem spora, nie śmiałam jeszcze wracać do domu.

Kafejka Patriot od tej chwili odpadała jako miejsce do pisania. Póki ten koleś będzie tu przesiadywał, nie przyciągną mnie tu nawet dziesięcioma wołami.

Kolejna opcja to biblioteka uniwersytecka, dzisiaj otwarta aż do dwudziestej drugiej, ale to nieodpowiednie miejsce do pracy nad tym, co akurat pisałam. Zbyt wiele osób może od niechcenia zerknąć człowiekowi na ekran.

Wsunęłam dłonie do kieszeni i natrafiłam palcami na chłodny metal. Ponure myśli rozwiały się natychmiast. Ależ oczywiście!

Niecałe dwa miesiące temu moja najlepsza przyjaciółka Allie wprowadziła się do nowego mieszkania, zaledwie kwadrans od kampusu. Kiedy tylko się wprowadziła, dała mi zapasowy klucz. Po pierwsze dlatego, że byłam oficjalną matką chrzestną jej kotka Spideya i opiekowałam się nim podczas jej nieobecności, po drugie dlatego, że Allie doskonale wiedziała, jak Sawyer spędza wolny czas. Sama zaproponowała, żebym przychodziła do niej, ilekroć poczuję, że w moim pokoju nie ma dla mnie miejsca. Do tej pory rzadko odważyłam się skorzystać z tej propozycji, ale dzisiaj nie miałam innego wyboru.

Natychmiast wyjęłam telefon z kieszeni i zadzwoniłam do niej. Nie odbierała, więc napisałam jej krótką wiadomość, zapowiadając się z wizytą.

W przypadku każdej innej osoby czułabym się głupio, będąc skazaną na wsparcie, ale z Allie było inaczej. Poznałyśmy się w zeszłym semestrze, pierwszego dnia zajęć integracyjnych. Zwróciła moją uwagę, bo wyglądała dokładnie tak, jak ja się czułam – rozpaczliwie. Podeszłam do niej spontanicznie i od tej chwili byłyśmy nierozłączne.

Allie mieszkała ze swoim chłopakiem, Kadenem, w bardzo pięknej okolicy. O tej porze roku trawniki jeszcze nikły pod śniegiem, ale byłam przekonana, że za kilka miesięcy oszałamiająco się zazielenią. Budynek znajdował się niedaleko małego parku i nawet stąd miało się piękny widok na Mount Wilson i sąsiednie doliny.

Zaledwie rok temu założyłabym się o mojego laptopa, że w życiu nie znajdę piękniejszego miasta niż Portland. Teraz jednak wszystko wiązało się ze wspomnieniami, których najchętniej pozbyłabym się na zawsze. Póki co wyparcie szło mi całkiem nieźle, i nie tylko to. Udało mi się też zgromadzić pokaźny wachlarz nowych wspomnień.

Weszłam do budynku i pobiegłam schodami na drugie piętro. Spędzałam u Allie tyle czasu, że drogę do jej mieszkania znałam chyba lepiej niż do swojego pokoju w akademiku. Wiedziałam, że drzwi wejściowe trzeba najpierw przyciągnąć do siebie, a potem naprzeć na nie całym ciałem, żeby ustąpiły. Ledwie znalazłam się w przedpokoju, usłyszałam znajome miauczenie Spideya.

– Halo? – krzyknęłam w przedpokoju. Postawiłam torbę na podłodze i rozpięłam kurtkę. Niepewna, czy ktoś w ogóle jest w domu, skierowałam się w stronę saloniku.

Cisza.

W mieszkaniu słychać było tylko ciche pomruki Spideya, gdy ocierał się o moje nogi. Delikatnie głaskałam go po rudym grzbiecie. Uśmiechnęłam się błogo, zarzuciłam torbę z Watsonem na ramię, żeby rozsiąść się na kanapie w saloniku.

I to, co się wtedy wydarzyło, było sto razy gorsze niż najczarniejsze scenariusze, które mogłam sobie wymyślić.

Penis.

To było pierwsze, co zobaczyłam.

W centralnym punkcie mojego pola widzenia znajdował się penis, duży, i – tak na marginesie – zdecydowanie gotów do działania. Przesunęłam wzrok wyżej i napotkałam spojrzenie Kadena, który przyglądał mi się z szeroko otwartymi ustami. Mijały sekundy, naprawdę nie chciałam się na niego gapić, ale w końcu był nagi. A moje oczy bez udziału mojej woli robiły to, co chciały. Z całej siły zacisnęłam powieki.

Boże, najchętniej rozpłynęłabym się w powietrzu.

– Kaden? – Z sypialni dobiegł głos mojej najlepszej przyjaciółki.

Chyba tylko na to czekałam.

Odwróciłam się na pięcie – przy czym oczywiście potknęłam się o Spideya, bo przecież cały czas miałam zamknięte oczy – i najszybciej jak mogłam, wybiegłam z mieszkania. Kaden coś za mną krzyczał, ale ja przede wszystkim chciałam znaleźć się jak najdalej od tamtego miejsca. Moje kroki niosły się echem po klatce schodowej. Obcasy moich kozaków stukały o granitowe stopnie. I nagle z całej siły na kogoś wpadłam.

Zakręciło mi się w głowie. Moją twarz przeszył dotkliwy ból. Zatoczyłam się w tył i rozpaczliwie szukałam rękami czegoś, czego mogłabym się przytrzymać. Jest! Złapałam się nieznajomego. Ten jednak, zamiast mnie podtrzymać, sapnął głośno i też się zatoczył. Wolał mnie pociągnąć za sobą, zamiast upaść na mnie. Bardzo to miłe z jego strony, stwierdziłam.

Kiedy gramoliłam się z ziemi, oczami wyobraźni widziałam kalendarz, w którym w tym dniu wstawiam jeden wielki czerwony znak „X”.

Auć. Miałam chyba złamany nos. Nos, nogę i może jeszcze kilka żeber.

– Co prawda od dawna marzę o tym, że się na mnie rzucasz, ale nigdy nie myślałem o tym tak dosłownie – odezwał się koleś pode mną. Głęboko zaczerpnęłam tchu.

W moim wyimaginowanym kalendarzu pojawił się kolejny czerwony „X”. A do tego czarna ramka i emotikon, który zasłania sobie oczy ze wstydu.

Odgarnęłam rude kosmyki z czoła, żeby cokolwiek widzieć.

I napotkałam promienne ciemnoniebieskie spojrzenie.

Aż za dobrze znałam te iskierki rozbawienia. Podobnie jak aksamitny głos, leciutko uniesione kąciki ust i ciemne włosy, które zazwyczaj żyły własnym życiem.

Spencer.

Znalazłam się w samym środku najgorszego sennego koszmaru. Jedyny koleś, któremu udało się sprawić, że od czasu do czasu kwestionuję celibat, który narzuciłam sobie po rozstaniu z Nate’em.

– Chyba mam złamany nos – jęknęłam i dmuchnęłam, żeby odgarnąć grzywkę z oczu. Nawet tak mały ruch sprawił, że nos pulsował boleśnie.

Przesunął dłoń z mojego biodra na twarz i delikatnie obmacywał rzeczony organ. Poczułam łaskotanie, wyczuwalne mimo bolesnego pulsowania.

– Nie jest złamany.

Zdenerwowała mnie pewność w jego głosie.

– Skąd wiesz? – zapytałam ciekawie.

Wrócił dłonią na moje biodra, jakby tam było jej miejsce. Odruchowo. Z pewnością siebie. A ja ciągle nie mogłam wstać.

– Miałem kiedyś złamany nos – wyjaśnił Spencer i odwrócił głowę na bok, żebym lepiej widziała jego profil. – Widzisz?

Rzeczywiście, teraz widziałam ledwie zauważalne zgrubienie na grzbiecie jego nosa. Moje oczy znowu żyły własnym życiem. Wędrowałam spojrzeniem po wyrazistej linii jego podbródka, do jego ust, coraz wyżej. Coś drgnęło mi w piersi i wreszcie otrząsnęłam się z transu.

Powoli wstałam z podłogi.

– Przepraszam. Nie chciałam na ciebie wpaść.

On także wstał, cały czas z tym delikatnym uśmieszkiem w kącikach ust. Ledwie stanął, skłonił mi się szarmancko.

– Cała przyjemność po mojej stronie, Dawn. – Wyprostował się. Znowu patrzył na mnie z góry.

Spencer był wysoki, o wiele wyższy ode mnie, choć akurat przy moim metr pięćdziesiąt osiem wzrostu nie jest to szczególny wyczyn.

– Gdybyś jeszcze kiedyś potrzebowała ściany treningowej, odezwij się. Masz mój numer telefonu. – Teraz uśmiechał się szeroko, prezentując rząd prostych, równych zębów.

I znowu coś we mnie drgnęło; tym razem było to zdradzieckie trzepotanie w brzuchu.

Niech szlag trafi Spencera Cogrove’a.

Kiedy zobaczyłam go po raz pierwszy, jedno słowo przemknęło mi przez głowę: cholera.

Ponieważ wzięłam go za Kadena, który wówczas nie najlepiej potraktował moją przyjaciółkę, wymierzyłam mu soczysty cios. Uśmiechnął się krzywo, a w mojej głowie pojawiły się tym razem dwa słowa: jasna cholera.

Allie szybko wyjaśniła nieporozumienie, choć nie miałabym nic przeciwko temu, żeby jeszcze trochę się na niego pogniewać. Wówczas miałabym wspaniały pretekst, żeby nie zauważyć rzeczy oczywistej, a konkretnie tego, że Spencer był megaatrakcyjny.

Był wręcz nieprzyzwoicie atrakcyjny. Nie chciałam, żeby mi się podobał, ale to był fakt, któremu nie mogłam zaprzeczyć. Chociaż robiłam, co w mojej mocy.

– Dawn? – zapytał i leciutko zmarszczył czoło. – Wszystko w porządku? Chyba sobie nie uszkodziłaś głowy w zderzeniu z moją stalową klatą?

Było dla mnie jasne, że żartuje, jak z każdego, kogo spotyka. Spencer nie był szczególnie mocno zbudowany. To jednak wcale nie obniżało jego atrakcyjności – wręcz przeciwnie. Miał smukłe, umięśnione ciało biegacza. Nie za potężny, nie za chudy. Akurat w sam raz. Po prostu… Ech.

 

– Cieszę się, że wpadłam na twoje potężne ciało, a nie na ścianę – odparłam trochę za bardzo zdyszana i rozejrzałam się w poszukiwaniu Watsona. Biedak pewnie bardzo oberwał przy upadku. Oby miękko wyściełana torba uchroniła go przed poważniejszymi obrażeniami. Na razie nie miałam pieniędzy na nowy komputer.

– Byłaś u Allie? – dopytywał Spencer. Jego ramię znalazło się w zasięgu mojego wzroku. Podniósł Watsona i drugą ręką strzepywał kurz z czarnej torby.

Jego pytanie przywołało pewne wspomnienie. Spojrzałam na niego szeroko otwartymi oczami.

– Nie możesz tam wejść! – Energicznie pokręciłam głową, przez co włosy znowu opadły mi na twarz, a kosmyki wpadły między zęby. Sapnęłam głośno.

Spencer znowu zmarszczył czoło.

– Mieliśmy popracować z Kadenem nad pewnym projektem.

Już miałam mu powiedzieć, że Kaden i Allie są zajęci nieco innym projektem, i szukałam odpowiednich słów, żeby to wyrazić, ale z moich ust padło tylko jedno:

– Penis.

Spencer zamrugał, zbity z tropu.

– Słucham?

A ja, jak zacięta płyta, powtórzyłam to samo, tym razem jeszcze głośniej:

– Penis.

Przypomniała mi się stara zabawa, w której wygrywa osoba, która wypowie to słowo najgłośniej w miejscu publicznym.

– Słuchaj, bardzo chętnie pokażę ci swojego juniora, ale lepiej zróbmy to w bardziej zacisznym miejscu, dobra? – Odnalazł mój wzrok i jednocześnie nonszalancko wzruszył ramionami. – Dobrze, jeśli chcesz, zrobimy to tutaj. Prędzej czy później i tak musiało do tego dojść. – Opuścił ręce i zaczął majstrować przy rozporku.

Natychmiast złapałam jego dłonie i odsunęłam od niebezpiecznego obszaru.

– Nie twój penis, idioto – krzyknęłam. – Kaden był goły, kiedy weszłam do mieszkania. Nie sądzę… Nie sądzę, żeby akurat teraz mieli dla nas czas.

Spencer zaciskał usta w wąską kreskę. Jego barki drżały podejrzanie.

– Śmiej się, proszę bardzo – wycedziłam i gwałtownie puściłam jego dłonie.

Odrzucił głowę do tyłu i roześmiał się głośno, ochryple i gardłowo. Jego śmiech wypełniał całą klatkę schodową i przyprawiał mnie o nieprzyjemny dreszcz.

Trochę go za to znienawidziłam.

Wkurzona, westchnęłam głośno i postawiłam ciężką torbę na podłodze.

– Dzisiaj naprawdę nie jest mój dzień.

– A co cię jeszcze czeka? – zapytał, kiedy w końcu przestał się śmiać i tylko uśmiechał się leciutko.

– Chciałabym jeszcze trochę popracować, a nie mam pojęcia, gdzie mogłabym to zrobić – odparłam.

– Nie możesz wrócić do akademika? – zdziwił się, bawiąc się suwakiem czarnej kurtki. Obracał go w dłoni, przesuwał w górę i w dół.

Zawsze taki był. Nie mógł ustać spokojnie i zapewne tak samo byłoby, gdyby to była kwestia życia i śmierci. Miał w sobie zbyt wiele skumulowanej energii. Bawił się wszystkim, co mu wpadło w ręce. Ilekroć umawiałam się z Allie na wspólną naukę, a on akurat wpadał do Kadena, doprowadzał mnie do szału, bo cały czas bawił się długopisami, bębnił nimi o książki albo pstrykał długopisem.

Początkowo wydawało mi się to dziwne. Z jednej strony wkurzało mnie, że tak bardzo mi się podobał, z drugiej irytowało, że jest w ciągłym ruchu. Jednak im więcej czasu razem spędzaliśmy, tym bardziej przyzwyczajałam się do jego dziwactw. Teraz był jednym z moich najlepszych przyjaciół.

Tylko przyjacielem. Nikim więcej.

– Sawyer jest… zajęta, więc poszłam do kafejki, ale tam jakoś nie mogłam się skoncentrować, zwłaszcza że zaczepił mnie taki wkurzający facet, chciał zaprosić mnie na kawę, i dlatego przyszłam tutaj… Myślałam, że nie ma ich w domu – wyjaśniłam.

Spencer przechylił głowę.

– Chyba nie powiesz, że Sawyer też…

Energicznie podniosłam głowę.

– Nie, nie.

Oczy mu rozbłysły i widziałam wyraźnie, że mi nie uwierzył.

– Możesz przyjść do mnie.

Chciałam zaprotestować, ale wtedy dotarło do mnie, że właściwie jeszcze nigdy nie byłam w mieszkaniu Spencera. Poruszaliśmy się w tym samym kręgu przyjaciół i spędzaliśmy razem mnóstwo czasu, ale jeszcze nigdy nie byliśmy u niego. Szczerze mówiąc, byłam ciekawa, dlaczego jeszcze nigdy nie zaprosił nas do siebie.

Mimo to nie mogłam z nim pójść. Coś we mnie wzdragało się przed zostaniem z nim sam na sam. Rzadko się to zdarzało, ale jeżeli już do tego dochodziło, musiałam się bardzo pilnować, żeby się na niego nie gapić. Wśród przyjaciół było to o wiele łatwiejsze.

– Sama nie wiem.

Pochylił się nade mną.

– Dlaczego nie? – zapytał. Przyglądał mi się ciekawie. Był blisko, zdecydowanie za blisko.

Moje serce fiknęło koziołka, choć nie powinno. Nigdy więcej. Zakazałam mu tego. Cholerne zdradzieckie serce. Ja tak o nie dbam, a ono mi wykręca takie numery.

– Dlatego, że… – Oczywiście natychmiast podziała na mnie jego bliskość, jego korzenny zapach i charyzmatyczny uśmiech. To jednak nie miało nic wspólnego ze mną i moimi marzeniami. Musiałam zachować dystans, jeżeli nie chciałam, żeby fala gorąca z mojego żołądka dotarła wyżej i wykwitła pomidorowymi plamami na moich policzkach. Niektóre dziewczyny fajnie wyglądają z rumieńcem, jakby przed chwilą wróciły z pięknego zimowego spaceru. Ja natomiast pokrywałam się plamami, które zaczynały się na szyi, a potem nierówno ścieliły się na całej twarzy. Wszystko można o tym powiedzieć, ale nie, że to fajne. A poza tym nie chciałam, żeby Spencer przyprawiał mnie o rumieniec.

Jakby czytał w moich myślach, wyprostował się i jednym szybkim ruchem podniósł moją torbę z podłogi.

– Ej! – krzyknęłam i zerwałam się na równe nogi. Sięgnęłam po kurtkę, założyłam ją. Kiedy się odwróciłam, Spencer był już pół piętra niżej. – Oddawaj Watsona!

Zatrzymał się i spojrzał na mnie.

– Watsona? Doktora Johna Watsona?

Skinęłam głową i już schodząc, owinęłam się szalikiem, a Spencer zaśmiał się gardłowo.

– Nawet nie wiesz, jak bardzo chciałbym zaprosić cię na randkę.

Westchnęłam. Tak to się ciągnęło od ponad pół roku. Niemal codziennie zapraszał mnie na randkę. I za każdym razem mu odmawiałam.

Nie chodziłam na randki. Nie chciałam. Nieważne, czego domagało się moje ciało – nigdy więcej nie zaangażuję się w żaden związek.

– Wiesz przecież, jak brzmi moja odpowiedź – odparłam i zatrzymałam się stopień nad nim. Teraz byliśmy tego samego wzrostu.

Widziałam jedynie błękit. Błękit i ten uśmieszek.

– Ale i tak do mnie pojedziesz, prawda?

– A mam wybór? – odparłam pytaniem.

Odwrócił się na pięcie i zeskoczył z kilku ostatnich stopni, z Watsonem pod pachą w roli zakładnika.

I to była odpowiedź na moje pytanie.