Osiem cztery. Bombel. Bocian i LolaTekst

Z serii: Poza serią
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– No dobra, dobra, powiedzmy, że mnie przekonałeś – skłamałem, żeby już się odpierdolił. Wszystko mogłem sobie wytłumaczyć. Ściągnąłem i nie poczułem nic, potem jeszcze raz i zapaliłem fajkę. Namówiłem Andrewa, który wyglądał już normalnie, na przechadzkę.

***

Szliśmy w kierunku budowy, która wyłaniała się w samym środku drogi, między nami a granicą widzenia. Sprawiała wrażenie mitycznej budowli, jakiegoś magicznego zamczyska, gotyckiej warowni czy bastionu tajemnicy. A potem zaczęła przypominać ruiny i coś mnie dziwnie tknęło, że w ruinach mogą być demony. Przeczucie po prostu. Przypomniały mi się horrory i zrobiło się zimno, ciągnęło od kręgosłupa.

Szliśmy, ale bezruch i czerń trzymały nas w szachu. Nie mogliśmy się przemieszczać. Droga równa się prędkość razy czas. Mnożenie przez zero daje zero. Staliśmy więc w miejscu. Andrew wyciągnął nie wiadomo skąd flaszkę czerwonej sophii i pokazał mi etykietkę. Była jakaś trochę inna, a pod spodem, już na butelce, zauważyłem wypukłą głowę lwa z grzywą i nos, który przypominał nos lwicy. Uspokoiłem się i przestałem się bać. Andrew uśmiechnął się tajemniczo i powiedział:

– Jak już tam dojdziemy, będziemy mogli ją wypić. Ale musimy się sprężyć, bo niedługo kończy się noc i do dupy.

– Dobra, ale zero wylewania, wychodzimy na dach i siedzimy. Niedługo się zacznie, musimy zdążyć.

– Nikt za nami nie idzie?

– Nie, są tak pijani, że zaraz pójdą spać.

Czułem się trzeźwy, Andrew chyba też, przynajmniej tak mówił. Zmęczenie częściowo ustąpiło. Ale nadal nie mogliśmy się ruszać. Próbowaliśmy z całych sił. Nic się nie działo. Czerń była jak stwardniała smoła, a ziemia wydawała się rozpięta na wałkach, które obracały się, gdy po niej chodziliśmy. Przypominaliśmy sportowców ćwiczących aerobik.

– Rzuć tę butelkę w stronę budowy. Tam jest trawa, nie rozbije się.

– Jesteś pewien, że się nie rozbije?

– Nie do końca, ale jak tam nie dojdziemy, to i tak na nic się nie przyda.

– Dobra, rzucam – butelka oderwała się od rąk Andrewa i z wahaniem podążyła w stronę zamglonej budowli. Śledziliśmy krzywą, którą wykreśliła w przestrzeni.

– Poczekaj dwadzieścia dwie sekundy i spluń przez lewe ramię. Wtedy zaczynamy biec.

– Dobra, liczymy – znowu zgodził się dziwnie bez zastrzeżeń.

Udało się prawie od razu. Widziałem, jak Andrew się poruszył, potem ja.

– Idziemy, teraz trzeba wytrwać, lewa, prawa. – Andrew był stanowczy, podał mi rytm. Spojrzałem w tył. Wydało mi się, że widzę za nami czarnego psa, ale tylko przez chwilę, bo potem już się nie odwracałem. Budowla się przybliżała, zaczęła przysłaniać prawie cały widok, aż wreszcie stanęliśmy tuż przed nią.

– Weź sophię. Nie rozbiła się – Andrew schylił się i podniósł czerwone wino. Widziałem go wyraźnie, więc noc musiała się kończyć. Ziemia zaczynała odcinać się od powietrza, a powietrze od nieba.

– Dobra, mam ją już, teraz tylko na górę, dasz radę? Wchodzimy na razie do środka, a potem szybko na górę, dwie drabiny i czekamy na siebie, – Andrew zachowywał się jak dowódca komandosów przed akcją. Precyzja i lapidarność.

W środku czułem się jak w gęstym lesie, zagubiony i szumiało. Andrew był kilka kroków przede mną, widziałem jego plecy.

– Ale na pewno zdążymy? Jesteś przekonany? – Mimo wszystko trochę się bałem, że jak wejdziemy na górę, będzie już po wszystkim.

– Nie ma chuja, żeby nie. Została jeszcze godzina.

Nie odwracał się, jak mówił, ja też nie. Trochę się bałem, bo doskonale pamiętałem pewną bajkę, w której jak się kolo odwracał, to zamieniał się w kamień.

Kluczyliśmy przez labirynt. Przed nami otwierały się kolejne przejścia, Andrew szedł pewnie, ja już nie wiedziałem, gdzie wschód, a gdzie zachód.

– Może powinniśmy zostawiać za sobą nitkę, wiadomo byłoby przynajmniej, że się nie kręcimy.

– A chuj, pamiętam drogę, zresztą skąd weźmiemy nitkę?

– Mam sweter, mogę poświęcić.

– I co, myślisz, że się będzie tak łatwo pruł?

– No nie wiem, może.

– Pewnie nie, poradzimy sobie, pamiętam drogę.

– Jak to, szedłeś już tędy?

– W nocy nie.

– Teraz przecież jest inaczej niż w dzień.

– Trochę tak. Ale zasada jest ta sama. Raz w prawo i raz w lewo, sześć par, razem dwanaście, i jesteśmy. Potem drabina i znowu, tyle że trzeba zacząć od lewej.

– No dobra, śpieszmy się, bo ucieknie.

Echo kończyło się po sekundzie, bo to, co mówiliśmy, ucinało się od razu. Bez żadnej kontynuacji czy odbicia. Wreszcie na końcu kolejnego za długiego korytarza pojawiła się drabina. Zwykła, drewniana. Andrew zatrzymał się i powiedział, lekko dysząc:

– Dobrze, teraz pójdzie już łatwiej, po połowie zawsze robi się lepiej.

– Łyknijmy sobie wina. Zaschło mi w gardle.

Wzięliśmy po dużym łyku. Andrew zaczął się wdrapywać. Wylazłem za nim. Zrobiło się ciemniej, ale wszystko było widać.

– Szkoda, że nie wzięliśmy latarki.

– Na chuja ci latarka.

– Na to, co zwykle, żeby poświecić.

– Tu przecież nie ma nic do oglądania.

– Droga jest.

– Mówię ci. Raz w prawo, raz w lewo. Latarka jest niepotrzebna.

– Pewniej bym się czuł, trochę jasności i wszystko wygląda lepiej. Nie jak z taniego horroru. Beton, zwykły beton.

– Tak ci się wydaje. Gdybyś miał latarkę, myślałbyś o czymś innym. O pałce albo nożu. Zawsze tak jest.

– Możliwe. W zasadzie pewnie tak.

Zamilkliśmy. Robiło się duszno i brakowało tlenu. Chciałem zapalić papierosa, ale zapałki nie chciały się palić. Zastanawiałem się, co słychać u chłopaków. Czy już śpią, czy nas szukają. Pomyślałem, że pewnie to pierwsze, bo byli za bardzo nafazowani. Położyli się na ziemi, trawie, błocie, czymkolwiek, byle tylko zamknąć oczy i nie odbierać świata. Rano im się dostanie. Mogę wszystko przewidzieć. Cały ten kac, udawane pytania, łamiące się głosy, pragnienie fajki, czystej pościeli, która czeka w domu, rozmowy ze starszymi, która uleczy morala. Wszystko. Ale najważniejsze, że Andrew i ja szliśmy na górę. Gdzieś ponad, przynajmniej fizycznie. Według moich obliczeń powinno zostać niewiele drogi. Powinniśmy już być. Przed ostatnimi drzwiami Andrew się zatrzymał.

– Pamiętasz Spinacza i jego kumpli? – zapytał od czapy. Zdziwiłem się.

– No pamiętam. Zaczynali palić z nami. Kilka lat temu.

– Widzieliśmy Spinacza niedawno. Patol zapytał, czy żrą fetę, a Spinacz na to, że czasami. Kapujesz? To jebana prawda, co mówią na okrągło. Że nie wystarcza i się nudzi. Zasrańcy przerzucili się na chemię.

– A co ci się tak przypomniało?

– Sam nie wiem, taka atmosfera. Ciężka i skłaniająca do wspomnień.

– Oni pewnie skończą chujowo, ale sam wiesz, gdzie mieszkają.

– No trudno.

– Trudno, trudno.

Wzięliśmy po łyku i Andrew otworzył ostatnie drzwi. Zaskrzypiało jak w tandetnych filmach. Kiedy usłyszałem ten dźwięk, wydało mi się, że zawiał wiatr. Brakowało tylko otwartych okien i powiewających zasłon.

– No to wchodzimy. Wygląda na to, że jesteśmy przed czasem – powiedział Andrew i wlazł do ostatniego pomieszczenia. Było tam cieplej niż w korytarzach, więcej powietrza i odrobina wilgoci. Metalowe szczeble drabiny wmurowano wprost w ścianę. Na samej górze w suficie była dziura.

– Ile metrów? – zapytałem.

– Chyba dziewięć. Łyknijmy sobie przed wejściem – podał mi flaszkę.

– Denerwujesz się? – zapytałem bez sensu.

– Nie o to chodzi.

– A o co? Przecież nie spadniemy?

– Wiem, ale możemy wytrzeźwieć i się nie dogadamy.

– Tak całkiem na pewno nie. Niemożliwe. Kilka głębszych oddechów i włazimy. – Zdziwiłem się własną odwagą. Widocznie tak się czasami dzieje z ludźmi. Chwila nieuwagi i już wygaduje się głupstwa, które trzeba odpokutować.

Dopiero teraz przyjrzałem się otoczeniu.

– Słuchaj, kurwa, gdzie my w ogóle jesteśmy, przecież to ma być kiedyś tam twój dom, skąd ten cały labirynt? – Do tej pory wszystko wydawało mi się normalne, nie wiem, dlaczego szedłem, nie zadając pytań. Chciałem tylko wyjść na dach, a cała ta sprawa z labiryntem teraz wydała się nienormalna.

– Słuchaj, chciałeś wyjść na dach, no nie? Więc nie pierdol, że nie kapujesz. Labirynt to labirynt. Po prostu i już.

– Jak to po prostu? Przecież to się nie ma prawa zmieścić w twoim domu. Powinno być normalnie. Kilka pokoi, miejsce na łazienkę, kibel i kuchnię. No kurwa, przecież to ma być dom. No i z zewnątrz jest z drewna, a tu beton. Skąd to się bierze?

– Jak to nie ma prawa, jak się mieści? A beton jest z piasku i cementu, murarze, no, ci, co palą najtańsze fajki i trzymają takie prostokątne szpachle, oni to zrobili. Tak to jest na świecie.

Czułem, że pewnych spraw sobie nie wyjaśnimy. Czasami tak jest. Dawniej próbowałem za każdym razem tłumaczyć, o co właściwie mi chodzi, ale to zbyt męczące. Nawet jak mówią, że wiedzą, okazuje się, że gówno. Pieprzą tylko, bo łatwiej.

Wreszcie nadeszła pora, nic by już nie pomogło mówienie czy palenie kolejnych papierosów. Andrew zaczął pierwszy i zniknął w dziurze, zostawiając mnie samego. Krzyknął, że poczeka przy włazie na dach. Pospieszyłem za nim. Metalowe uchwyty pozostawiały na dłoniach rdzę, ale przez tę korozję stawały się pewniejsze. Nic kompletnie nie widziałem, było duszno, gorąco i czułem własny pot. Kółko pode mną zmniejszało się, dążyło do zmiany w punkt, a przecież mieliśmy wspiąć się tylko dziewięć metrów. Uderzyłem głową o nogi Andrewa. Czułem się jak Święty Mikołaj w kominie. Było słodko i bezpiecznie. Pomyślałem, że mógłbym mieszkać w podobnym pomieszczeniu, tylko przydałaby się uprząż alpinistyczna, żeby nie spaść podczas snu.

– Kurwa, nie da się otworzyć. Nie ma kłódki, ale nie idzie. Pcham z całej siły i ani drgnie – Andrew stękał i prychał.

– Może zareaguje na „Sezamie, otwórz się”, nigdy nic nie wiadomo.

– Nie trzeba, już puściła – przez wąską szparę wpełzały świat i rzeczywistość. Ich czerń była wyblakła i nijak się miała do absolutnego braku światła sprzed sekundy. Popatrzyłem w dół: ciemność była skondensowana, gdyby tylko starczyło mi odwagi, chodziłbym po niej swobodnie.

 

Nad nami znajdowało się ciemnogranatowe niebo, powietrze i wiatr. Przestrzeń wsysała Andrewa, wypłynął w nią i zostałem sam. Po kolorze poznałem, że zdążyliśmy. Podał mi rękę. Nie bałem się. Dopiero gdy już wyszedłem, przez chwilę. To przez przestrzeń, która owinęła się wokół mnie, przeszyła wszystko do głębi, jak gdyby wcale mnie tam nie było, tylko powietrze, wszędzie, we mnie, na zewnątrz mnie, zamiast mnie. Zdecydowanie byliśmy bardzo wysoko.

Na wysokości dachu zawisła płaszczyzna mgły, jednowymiarowa, jak to płaszczyzna. Potargana, z dziurami, przez które prześwitywała ziemia. Jak delikatna warstewka zamarzniętej wody. Wiatr był świeży i wypełniał usta, a później wpieprzał się do płuc i znikał. Prawie nie wydychaliśmy powietrza.

Bo piździło jak cholera, wiatr nie wyglądał, gdyby padał deszcz, moglibyśmy widzieć, ale nie. Piździło niewidocznie. Wiedzieliśmy, że w końcu rozgoni chmury i mgłę i wszystko będzie widać. Siedzieliśmy obok siebie, bo inaczej się nie dało. Szczyt dachu był pochyły, musiałem uważać, żeby nie zjechać. Nie mogłem sobie zresztą wyobrazić spadania, było chyba za wysoko. Skończyłoby się jak w snach – nigdy nie pieprznąłbym o ziemię.

Andrew ma długie włosy, a wtedy wydały się jeszcze dłuższe. Rozpiął je i wyglądał jak jakaś królewna, co chce, żeby ją uratowali. Wydawały się dłuższe, czarniejsze i w ogóle bardziej włosowate. Nikt już takich nie nosił. To znaczy nikt, bo ideologia, bo bunt. Nosili tylko tak, bo nie chciało się chodzić do fryzjera, bo ładniej. I nikt na ulicy już się nie dziwił, nawet starzy ludzie się nie oburzali, że faceci wyglądają pedalsko i jak dziewczyny. Pił wino, które dziwnie jeszcze było w tej butelce, nie kończyło się, a może tylko tak mi się zdawało. Było idealnie czerwone i zimne. Słodkie na początku i potem cierpkie. Jak to wino. I tak dziwiło mnie, że to sophia, a nie jakaś winogronowo-malinowo-jabłkowa paciara. Całe wakacje piliśmy tanie nalewki, Spirit of the time, na spirytusie. Mieliśmy kieliszki. Udawaliśmy, że to nie wiadomo co.

Popatrzyłem na Andrewa, a chwilę potem, bojąc się, że od ciszy może nam się pomieszać w głowach, powiedziałem: – Pochodzimy po tym trochę, będziemy jak Jezus albo jak w tej piosence „możesz być Bogiem – tylko wyobraź to sobie”.

– Pierdolenie. Ten, co to śpiewa, ma jak na Boga za nisko krok w spodniach. Poza tym Bóg chyba nie może mieć czapki z daszkiem. Do tego do tyłu. W ogóle to zbyt poważna sprawa. Kolo nie wie, o czym mówi.

– Do tyłu? Do przodu? Nie mam pojęcia. On to ma pewnie od skunów. Wydawało mu się. O czym on w ogóle, no ten, no…

– My też.

– Co?

– Pierdolimy tak samo. Udajemy, że gadamy. Lepiej po prostu czekać. Robi się jasno. Już niedługo.

Pokazał palcem na jaśniejsze miejsce w najodleglejszym punkcie. Bo wokół zrobiło się całkiem niebiesko, kolor się rozpuścił i był rzadki. A w miejscu wskazanym przez Andrewa pojawiło się coś podobnego do czerwieni.

– No mówiłem, kurwa, zaczyna się przedstawienie. Teraz ci udowodnię, że czas mija, a co za tym idzie, wszystko się zmienia, że jak jest piąta rano, to później będzie szósta i siódma, a jutro będzie inny dzień. Cała reszta to pierdoły. Patrz.

Świtało i zaczynałem się gapić. Pojawiła się linia, cienka i długa, jakby coś na końcu świata się otworzyło. Rozszerzała się w samym środku i w tym miejscu zrobiło się najjaśniej, najbardziej czerwono. Kolory się dostrajały, teraz przechodziły w coś pomiędzy burdelowym różem a czerwienią. Wszystko już się odróżniało, wszystko połączyło się ze słowami, które oznaczały to, z czym się połączyły, trawa to trawa, niebo to niebo i cała reszta też. I myśli, można je było oddzielić od siebie, zdawać sobie z nich sprawę. Ale poszczególne kolory jeszcze się nie pojawiły. Pomyślałem, że albo ktoś o nich zapomniał, albo tak ma być i będzie tak już zawsze, co spowoduje katastrofalne skutki w zarządzaniu ruchem drogowym, tysiące wypadków, ranni i zabici, pogniecione karoserie samochodów, ludzkie flaki, strzępy skóry, wykrzywione twarze, szarpane otwarte rany, krew na metalicznych lakierach drogich samochodów. Bo miała nastąpić apokalipsa, do tego doszedłem. Nie wiedziałem tylko jak. Martwiłem się, że już się zaczęło, tylko nikt nie zauważył. Ale ja musiałbym zauważyć, bo byłem czujny. W telewizji nic nie mówili, ale to mogła być próba dezinformacji, spisek przeciwko ludziom. Postanowiłem gromadzić dowody, ale potem mi się odechciało, bo i tak pewnie nikt by nie uwierzył. Ja zresztą też, tak tylko sobie mówiłem, bo mi się nudziło. Ale wtedy na dachu nic nie było wiadomo. Zza tej linii coś się wynurzało. Wiadomo, że było to coś ogromnego, coś, do czego nie nadaje się żadna miara. Czerwieńsze niż wszystko razem wokół. Czerwieńsze nawet niż sophia.

– Wybuch atomowy, kurwa mać. – No nic. W pierwszej chwili naprawdę się przestraszyłem. Myślałem, że wreszcie zaczęła się wojna, o której wszyscy mówią. Że przeżyją tylko karaluchy albo szczury. Nie pamiętam dokładnie. Miałem niemal pewność, że ktoś gdzieś wstał rano, dowiedział się, że żona go zdradza, i pomyślał: „czekaj, kurwo, ja ci pokażę”, potem nacisnął słynny czerwony guzik i jebudu. Albo dowiedział się, że ma raka, a że nigdy nie lubił świata, też nacisnął. Są setki możliwości. No więc właśnie. Bo ta kula się powiększała. Może nie tak szybko jak na filmach, ale przecież w obliczu śmierci czas niby zwalnia. Tak się zawsze czyta. Czekałem więc, aż przed oczyma przelecą mi obrazki z przeszłości, czekałem, aż pojawią się inne kule, aż ta jedna albo mnie dosięgnie, albo wybuch okaże się zbyt odległy i zobaczę tylko grzyb z dymu. Tego się bałem. Grzyba. Wolałem, żeby mnie zmiotło. Jak w Terminatorze II. Ale śniło mi się zawsze, że widzę tylko grzyby, zazwyczaj kilka i gdzieś daleko, takie drobne na horyzoncie, gdzieś daleko, daleko, nikt oprócz mnie ich nie zauważał, a ja szedłem z zakupami albo patrzyłem przez okno i nigdy nie wiedziałem, co mam robić, ale z zakłopotania wybawiał mnie koniec snu, budziłem się przerażony, bałem się, że może mam jakieś zdolności i widzę, jak to wszystko kiedyś tam naprawdę się wydarzy. Toteż teraz też myślałem, że albo zginę, albo się obudzę. Obie sytuacje oznaczały zmianę rzeczywistości. Ale siedziałem tam nadal, a półkula na horyzoncie urosła do rozmiarów piłki. Spociłem się.

– No to koniec. Ciekawe tylko dlaczego. – Na wszelki wypadek nie patrzyłem na Andrewa, bo nie chciałem, żeby w przypadku śmierci był to ostatni obraz przed oczyma. Mimo wszystko byłem spokojny, bo niby co miałem robić?

– Głupi jesteś, słońce wstaje i tyle, po to przyszliśmy, nie żaden wybuch.

Ale Andrew kontynuował, mimo że na migi się z nim zgodziłem i nie próbowałem do niczego przekonywać.

– Nie można tego tak załatwić. To nie, kurwa, telewizor, że można go wyłączyć. I nie działa na guzik. Bóg to tworzył przez siedem dni, to człowiek, kurwa, nie może w jeden dzień się tego pozbyć. – Niby mówił sensownie, ale nie podobało mi się to z siedmioma dniami. Andrew chodził czasami do kościoła i był z tych nowych „wierzących niepraktykujących”. Wolałem się o to nie sprzeczać, bo wyraźnie rozdzielał sacrum od profanum. Więc się nie odzywałem. Odetchnąłem z ulgą, że to nie wybuch atomowy. Bo głupio byłoby właśnie teraz. Próbowałem to sobie wyobrażać i nic nie wychodziło. Andrew mówił dalej.

– Widzisz, słońce, nowy dzień, nowe perspektywy, można coś zacząć. – Nie wiedziałem, że z Andrewa taki romantyk. Wyglądał wtedy jak jakiś nieszczęśliwy kochanek, któremu kobieta zmarła po roku walki z chorobą. Palił papierosa, w jednej ręce ściskał wino, miał długie włosy, które rozwiewał wiatr. Wyciągnął z kieszeni komórkę i zaczął nią machać. Czar prysł.

– Nie ma nawet zasięgu, to się rozchodzi po liniach prostych, jak światło, a góry zasłaniają. Chciałem wysłać esemesa.

Wkurwiłem się, nie ma co.

– Mógłbyś chociaż udawać, że mamy cały świat w dupie, że wyrwaliśmy się, chociaż przez chwilę.

Ale nie, bo jak się posiada komórkę, trzeba zawsze sprawdzić, czy ma się również zasięg.

– Już ci całkiem pojebały mózg te fale. Kiedyś będziesz miał od nich zawał albo wylew. Nie pamiętam co. Na chuj ci zasięg?

– Bo tak, chcę wysłać koleżance. No, w zasadzie to nie muszę – schował telefon do kieszeni i podał mi sophię. Robiło się od niej słodko. Powstrzymywała kaca. Współczułem tym, którzy zostali na dole. Poczują, jak się obudzą. Poza Mukiem, bo on rano jest jeszcze zawsze pijany. Ale my mieliśmy wino. I było dobrze. Żadnych niezdrowych dolegliwości. I oczyszczało umysł z ciężkiej fazy. A może to kwestia powietrza, którego było dużo. No, ale tlenu musiało być mało, bo przecież im wyżej, tym więcej go ubywa. W głowie mi się nie kręciło, a Andrew wyglądał trzeźwiutko. Spojrzałem wokół. Majaczyły domy, jak fatamorgana na pustyni. Falowały. Zdziwiło mnie, że istnieje coś poza nami, inny świat i inni ludzie, którzy myślą zupełnie co innego niż ja w tej chwili, mało tego, nie mają nawet pojęcia, że istnieję. Poczułem się słodko tajemniczy, nawet się uśmiechnąłem. Ale miałem się już niczemu nie dziwić. Obiecałem to sobie, kiedy wędrowaliśmy przez labirynt, miałem trzymać rzeczywistość pod jaką taką kontrolą, a przynajmniej fragmenty, które do mnie docierały. Ale zapomniałem już o labiryncie, był jak bajka, że coś się kiedyś tam oglądało, i tyle. Nic ponad to.

Andrew wyjął lunetę. Taką, jaką mają marynarze. Rosyjską teleskopową wersję. Była czarna.

– No więc jak się całkiem rozjaśni, to sobie pooglądamy – ucieszyłem się, ale trochę z niesmakiem, bo wyobraziłem sobie Andrewa, jak obserwuje półnagie, nieświadome niczego kobiety, swobodne w swoich domach, lekkim krokiem przechodzące obok okna. Wyobraziłem go sobie, jak się cieszy i ośliniony wali konia do tych obrazków. Jak zboczeniec ze starych rycin, który ma twarz poczerniałą od nacierania rtęcią, obspermione spodnie i patrzy tylko, jak zgwałcić jakąś ośmiolatkę. W rezultacie nawet się zaśmiałem.

– Jest słaba, ale wystarczy. Chłopaków zobaczymy – ucieszył się jak dziecko.

Ale wokół działo się coś niewytłumaczalnego. Z ziemi wydobywała się biel i wyglądało, jak gdyby dzień i cała jasność miały brać się właśnie z niej. Tuż nad ziemią było najgęściej, tam z bieli zrobiła się wata cukrowa. Pewnie nawet była słodka, bo jej zapach czułem aż na górze. Był tylko bardziej rześki od zapachu tej kupnej. Im wyżej, tym bardziej traciła gęstość i gdy przechodziło przez nią słońce, prześwitywała w niej czerwień. Nie miałem już fazy, a wszystko wyglądało tak, jak po najlepszym jaraniu. Niebo stało się oceanem, takim, po którym nie pływają zwykłe żaglówki, ale dumne karawele z napęczniałymi od wiatru żaglami, powoli i w dal. Widać było nawet zastygłe fale, wszystko było zastygłe, ale zmieniało się światło i stwarzało pozór ruchu. Taka gładkość i powab, jak w balecie, kolory już się zaostrzyły i nie były wyblakłe, tylko intensywne jak na reklamowych zdjęciach. Słońce nie raziło w oczy. Było czerwone i pełne pulsujących kręgów. Wydawało się, że obraz faluje i zmienia się od tych fal, przybierając jakieś niemożliwe kształty. To następowało powoli. Jak w kalejdoskopie. Tyle kolorów, które brały się z niczego. Wiał wiatr, który wszystko mieszał. Ale to stawanie się było najważniejsze. Powstawanie świata. Wyłanianie się wszystkiego. Boże, nie mogłem w to uwierzyć. Pomyślałem, że ta sophia musi być halucynogenna. Ale czułem się pewnie. I pamiętałem, co działo się przed kilkunastoma sekundami. Słońce zrobiło się żółte i ostrzejsze, nie można się już było w nie gapić. Ale byłem uparty i na środku zrobiła się plama. Mrugałem, ale tylko trochę, żeby jej nie stracić. Czułem się jak w ogromnym kinie, jak podpięty do jakiejś maszyny, bezpośrednio przez korę mózgową, czułem, jak się roztapiam, jak przestaję się czuć, przestaję stać w tamtym miejscu i mnie nie ma, jak znikam niemal, skóra odlepia się od kości, bez bólu i krwi, jak patrzę i zamieniam się w to patrzenie.

Uspokajało się. Chmury wyparowały, a mgła ustąpiła. Słońce dawało już metaliczne ciepło. Świat się stworzył. Sam. Ciemność znowu powróciła na północ. Czarnego koloru już nie było, w stanie czystym przynajmniej. Tylko w innych barwach.

Patrzyłem i miałem otwartą buzię. Chciałem coś powiedzieć, ale było mi głupio, bałem się, że wyjdę na jakiegoś prymitywa, który nie potrafi docenić przyrody. Bo naprawdę mi się podobało, nawet więcej, byliśmy wysoko, bardzo, ponad, mogłem patrzeć, większość ludzi spała. Pomyślałem, że gdyby kazano oglądać ludziom wschody, wprowadzono taki przymus, zmalałaby przestępczość. Głupio byłoby facetowi kogoś gwałcić, niedoszły morderca wspomniałby poranek i też mógłby się zrazić do przyszłego czynu. Powinni chociaż spróbować. W więzieniach przynajmniej.

 

Poczęstowałem Andrewa fajkami. Siedzieliśmy dalej i nie było widać dymu.

– No to jak, oglądamy sobie? Mogli się już przecież obudzić – Andrew wydawał się zniecierpliwiony.

– Wypalimy tylko. I sophię trzeba do końca. Nie wiem, ile jej jeszcze jest. Butelka jest za ciemna. Nic nie widać. – Byłem podmęczony. Ale tylko jakoś tak fizycznie. Mięśnie zrobiły się wiotkie. Nawet fajka mi ciążyła. Ale nie mogłem jej wyrzucić, bo to hańba. Papierosy pali się do końca. Tak już jest.

– Dlaczego to w ogóle jest tak wysoko, ponad chmurami? Dom się taki nie wydaje – podjąłem ostatnią próbę wytłumaczenia. Choć pewnie wiedziałem, że to i tak nic nie da.

– Dziwne zadajesz pytania. Tak już jest. Mówiłem ci. Po prostu. Gdyby o wszystko pytać, łatwo można ochujeć – Andrew się irytował. Ale kończył fajkę. Ja też sobie popalałem, bo przez to powietrze czułem się tak, jakbym w płucach miał próżnię. Potrzebowałem wypełnienia. Najlepiej czerwonego, czyli mocnego, czyli nie lajta. Bo lubię czuć, jak mi wali w płuca, jak uderza i nokautuje je. Przy słabych fajkach mało nie pęknę od ciągnięcia, a i tak nic nie czuć, policzki się zapadają, cały się zatykam. Zdecydowanie wolę mocne.

Stanął prawie okrakiem, a dokładniej jedną nogę miał wyżej, czyli drugą niżej. Patrzył przez lunetę i wyglądał jak Waszyngton od niepodległości amerykańskiej. Ja trzymałem sobie sophię i korzystałem z niej skrzętnie a regularnie. Andrewa prawie jakby nie było, odezwał się dopiero po jakimś czasie.

– O, już widać chamów. Ha, ha. Chodzą i szukają. A gówno znajdą – cieszył się perfidnie i wcale bym się nie zdziwił, gdyby jakimś cudem pochował wszystko, co mogło służyć im do wypicia czy wypalenia. Nawet herbatę pewnie schował. Żeby teraz się gapić i mieć ubaw. Kosztem innych. Chciałem też, bo byłem ciekawy, a on tak łapczywie patrzył, że cholernie mnie ciągnęło. Gołym okiem widziałem niewyraźnie, same kreski, grubsze i cieńsze, ale za cholerę nie mogły stać się ludźmi, poszczególnymi osobami. Niemal wyrywałem Andrewowi lunetę. W końcu sam mi oddał, bo z niego prawdziwy dżentelmen. Taki, co ustępuje starszym kobietom w autobusie, przepuszcza dziewczyny w przejściach i zawsze, jak ma, dorzuci do wina albo fajek. Więc ofiarował mi ten przyrząd, z namaszczeniem mówiąc, żeby tylko, kurwa, mi nie wypadł, bo mnie zrzuci, a że jestem cięższy, spadnę pierwszy, a luneta na mnie i się nie rozbije. Powiedziałem, że dobra, ale naprawdę miałem go w dupie. Chciałem już patrzeć. Przyłożyłem do oka i skierowałem w stronę kresek. Kręciłem przy końcu i zrobiło się ostro. Obraz był okrągły. Złapałem ich doskonale. Caluteńka grupa, co do joty, co do jednego. Obecni jak na obowiązkowym szkoleniu przeciwpożarowym albo zbiórce ministrantów, kiedy ksiądz obiecuje batoniki. Tyle że wyglądali na jeńców wojennych, którzy uciekli z obozu i kilka tygodni błąkali się po pustyni i lesie. Bił od nich brak elektrolitów i całkowita rezygnacja. Brak woli życia. Żal za grzechy i pragnienie pokuty. Kręcili się i snuli bezładnie w poszukiwaniu papierosów, mieli nadzieję, że ktoś może zgubił calutką ramkę świeżutkich fajek, myśleli o równych rzędach, w każdym po dziesięć, o dźwięku odpalanej zapałki i o kolorze filtra. O tym, jak wdychają skondensowany dym, jak rozpręża się w płucach, wypełniając je do ostatniego pęcherzyka. Jak zapala się początek papierosa, jak płoną smakowitym żarem pierwsze, odstające drobiny tytoniu, jak potem powtarzają cykl, wdech przerwa wydech, jak delektują się i czują, jak dym pulsuje wewnątrz nich. Może myśleli również o kilku łykach zimnego piwa, przed albo po papierosie, najlepiej w trakcie. Kręcili się przytłoczeni nieprawdopodobnym ciężarem powietrza i sumienia. Chcieli już stamtąd odejść, do domów, do rodziców, do łóżek, do czystości, umyć się, wypić herbatę, poczuć się bezpiecznie. Pragnęli zwykłej rozmowy z ojcami, o duperelach, o niczym, byle tylko już nie widzieć siebie nawzajem. Marzyli o śnie, głębokim, twardym i wszechogarniającym. Kilkunastogodzinną wycieczką w całkowity niebyt. Bo z jednej podróży już wrócili, z wycieńczającej przygody. Teraz wypadało udać się do czegoś w rodzaju duchowego salonu odnowy biologicznej. Dla zachowania równowagi. Tylko Muko był pijany i dalej miał wszystko w dupie. Ale już nie tak głęboko. Kac zaczynał mu się dzień po nas. Wracał do domu, szedł spać, budził się i wtedy go dopadał. Cała reszta była mokra od potu i na wpół nieżywa. Nie rozumieli, co się wokół dzieje, przestraszeni i zahukani, bali się dźwięków i ruchu. Na pewno śmierdzieli. Nie rozumieli, dlaczego tak się czują. Bo nawet mimo wyrzutów sumienia w pewien sposób czuli się niewinni, nic nie pamiętali, tylko jakieś zarysy, plan ramowy, ale nie szczegóły i wydarzenia, pamięć nie działała na zasadzie ciągów przyczynowo-skutkowych, tylko na zasadzie samych pytań, bez albo z mglistymi odpowiedziami. Dlaczego jestem taki brudny? Dlaczego nie mogę ruszać łokciem? Dlaczego mam podarte spodnie i strupy na czole? To już przepadło, te fragmenty przeszłości pogrążały się w czarnej malignie. A rzeczywistość miała tylko szare odcienie. Żadnych kolorów. Stawali się daltonistami, bo działały mechanizmy obronne, żeby nie drażnić oczu i umysłu, minimum doznań, byle dostać się do domu. I wszystko było za wielkie, za mocne i za głośne.

Nie musiałem szybko wodzić za nimi lunetą, bo poruszali się powoli i nigdzie nie odchodzili. Jakby wyznaczyli sobie pewien umowny teren i zasięg. A może chodzili tylko do tego miejsca, gdzie sikali całą noc. Jak psy. Dalej się nie chciało. Samo się nie chciało, bo nawet nie musieli czegoś czuć. Zdawali się na instynkty. Bo nocna aktywność umysłów wykończyła ich zupełnie.

Byłem zadowolony z siebie i dumny jednocześnie. Dwa w jednym, bo to teraz modne. Nawet im więcej w jednym, tym lepiej. Ale ja akurat wtedy tylko dwa. Że piłem razem z nimi, a mogłem góry przenosić, dzięki magicznej w wielu aspektach sophii, która nie pierwszy raz ratowała nam tyłki. Bo półwytrawne czerwone nie było tak chamskie jak słodkie owocowe. Ono miało swój szyk, było dumne, jak Sarmaci, jak szlachta polska, mimo że było bułgarskie. Ale półwytrawne. Żadne tam szczyny z pektowinu, zero siary, zero szczura. I działało najwyraźniej szlachetniej.

Nic nie było na razie. Przydałoby się troszeczkę jarania, jakiś maluteńki blancik, tyci, tyci, tak dla wzmocnienia sygnału. I dla odbudowy, regeneracji. Tak akurat. Bo zmęczenie się czaiło. Miałem znajomego, który często namawiał do fety, ale jak myślałem o jakimś proszku, który miałbym wciągać przez nos, robiło mi się głupio. Na samą myśl o tym. Głupio jest wciągać proszek. Bo proszki w zasadzie są do prania. I pieczenia. Poza tym zawsze uważaliśmy, z Patolem na czele, że branie fety to obciach. Bo się ma katar. Jak alergicy. I po fecie dostawało się dopała, zupełnie nie wiem po co, na chuja mi takie przyspieszenie, po co, w jakim celu? Na dyskoteki nie chodzę, tańczyć nie lubię. A zresztą chemia jest perfidna. I ma zejścia, jakiś odjebany mechanizm. Co prawda po grzybach też się zdarza. Ale jest jakieś takie, no, też naturalne. Że się chce trochę płakać, miniaturowa depresja, delikatna melancholia, czy nawet subtelny liryzm. Żadnych bólów w kręgosłupie, kościach czy gdzie indziej. No i rzeczywistość przekształcają nieporównywalnie lepiej. Patol uważa, że są zdrowe, a cała reszta to spisek i korupcja. W każdym razie o amfetaminie nawet nie myślałem, a winko było akurat. Bolało mnie trochę oko. Nie gapiłem się już. Nie chciało się. Dalej byłem ciekaw, ale zdrętwiała mi ręka i luneta zrobiła się ciężka. Od jakiegoś czasu był już dzień. Dach zrobił się śliski, a na nas osiadła rosa.

– Będziemy tu siedzieć? Chłopaki pewnie chcą już jechać. Szkoda mi ich w gruncie rzeczy – bo taka była prawda, trzeźwiałem i wiedziałem, że prędzej czy później muszę położyć się spać, więc wolałem prędzej. Z chłopakami to była ściema, granie na dobroczynności Andrewa. Ale on się dziwnie nie obruszył.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?