Osiem cztery. Bombel. Bocian i LolaTekst

Z serii: Poza serią
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

A w dyskusjach Patol miał zawsze inne zdanie. Najczęściej chodziło o przypadek. Andrew zaczął niespodziewanie i zupełnie bez kontekstu.

– Bo to nie jest ustalone, każdy moment, sekunda i mniej, pomyślcie tylko, ale i tak się nie uda, nie pomyślicie o całym, bo się nie obejmie, ale spróbujcie, któreś części umkną na pewno, ale chuj, każda chwila wpływa na następną i się toczy, niewielkie znaczenia uzbierają się i w końcu zadziałają w czymś ważnym, najważniejszym, łańcuszek, od każdego wydarzenia wstecz, każde z osobna, do jednego punktu, od którego się zaczęło, początek wszystkiego jest taki sam. – O Boże, a na początku była prazupa. Chciał coś powiedzieć, ja rozumiem, wyjść poza, ale w zasadzie niewiele mogłem z tego złapać. Podobne traktaty zaczynały się już od pierwszej flaszki. Czasami też na trzeźwo, jak nuda stawała się już niemożliwa. Andrew się nakręcał i z podniecenia mieszał sens, niby o coś mu chodziło, krążył wokół sedna. Patol się nie zgadzał. Nigdy nie kończyli, nie wyciągali żadnego wniosku, temat w końcu umykał, rozpływał się w śmiechu i zmęczeniu.

– Nie może być nieustalone. Jak to, kurwa? Wstaję i to jest przypadek? Dupa, a nie! Wszystko by się jebało – podsumowywał Patol, lapidarnie i po swojemu. Aż poczerwieniał i trochę się spluł. Zastanawiałem się, co miało być ustalone, a co nie. Krążyli po prostu, jak ja teraz. O nic im nie chodziło, albo właśnie chodziło im o wszystko, ale nie wiedzieli, od czego zacząć, nie widzieli początku włóczki, żeby rozwinąć cały splątany kłębek. Albo wiedzieli to wszystko, a tylko mnie zdawało się, że nie, bo byłem zmęczony, wyzuty z sił i śpiący. Marzyłem o śnie. Jak się chce spać, nic już nie ma znaczenia. Pragnienie snu przychodziło do mnie falami. Mimo wszystko tliła się we mnie jeszcze chęć przezwyciężenia go, chciałem myśleć i przypominać sobie. Zawsze na imprezach dopadały mnie retrospekcje.

I znowu, mimo że jestem wśród nich, jest miasto i deszcz. Dużo się myśli, trzeba wyjść, odejść, być samemu i z dala od. Miasto. Kiedy pada deszcz. Ono puchnie. Bo nic nie paruje, nie spływa. Tylko wsiąka w rzeczy i rozpuszcza je od środka. Łącznie z ludźmi. Rzeczywistość zamienia w galaretę. Ci, co chodzą, czerwienieją i pocą się. Rozmawiają na ulicach, mówią, łażą, coraz ich mniej. Bo mokro, wilgoć. My możemy się chować u Andrewa w garażu. Między samochodem i rupieciami. Dym, nie można oddychać. Siedzimy, ubrania przylepione do skóry parują i czuć je wilgocią. Wciąga się dym, wypuszcza. Czasami ktoś przechodzi, też słychać. Czasami go zaczepiamy, bo deszczu nie można słuchać w nieskończoność. Oni czasami się boją, jak są młodsi, a są, bo starszych już nie ma. Poszli do wojska. Ale jesteśmy mili, najczęściej. Tylko jeden raz ktoś musiał się wyładować. Przypadkowo zupełnie. Ale to przez telewizję i komputery. Na pewno. Bił go, ja patrzyłem i nic. Musiałbym wyjść i zmoknąć. W końcu się nie znęcał. Sceneria była nierzeczywista, szara i rozmazana, więc być może pomyślałem, że to nie jest naprawdę. Ten chłopak nic nie miał, nie chodziło zresztą o żadną materialną rzecz. O nic nie chodziło. Przemoc czasami jest bez sensu. Strach też. Powiedziałem, żeby zostawili. Bo nic mi się nie chciało, tylko dlatego.

Ja zawsze miałem spokój, mnie nie zaczepiali. Muko tak wyglądał, że dawniej dostawał dość często. Teraz ci, co biją, to koledzy. Czasami bardzo śmieszni. Przekazują bagaż doświadczeń młodszym, żeby wiedzieli, jak się zachowywać w odpowiednim wieku. Bo nic nie ginie.

Zmieniamy się, ale osobowości zostaną. Domyślają się, że przed nimi zawsze ktoś jest, i po nich również. Że są po prostu wrzuceni w sam środek czegoś, co już było. Że to jest płyta, która stale się zacina. I ma mnóstwo rys. Do tego piracka. Za to spis utworów jest tak czytelny, że od jego wyrazistości aż chce się rzygać.

Jak deszcz pada już jakiś czas, miasto rozkleja się na tysiące niepasujących do siebie kawałków. Aż dziw, że potem wszystko stapia się ze sobą bez widocznych pęknięć. Składniki trzymają się razem dzięki jakiemuś cudownemu spoiwu.

Miasto jest pozakrzywiane. Żadną uliczką nie można iść prosto dłużej niż przez kilka minut, później, chcąc nie chcąc, trzeba skręcić. Jest kilka takich rogów, wokół których zagęszczenia powszedniości wypierają wszelką metafizykę. Gdzieniegdzie stoją starzy żule, najczęściej obok zakładu fryzjerskiego, którego właścicielem jest ich dawny kolega z podstawówki. Wyglądają jak z pewnej dawno utraconej epoki, kiedy jeszcze Lwów, Wilno i Kraków wraz z Warszawą należały do jednego państwa. Na ich twarzach nie widać żadnej tragedii, to przewrotna hipokryzja, bo być może mają rodziny i żony, i dzieci. Ale mają też kraciaste czapki i wieczny katar, spodnie prasowane w kant i Himilsbachowskie głosy. Sposób bycia, który dzisiejsi żule już dawno utracili, tę lekkość, z jaką można poruszać się w rzeczywistości, ślizgać się po znaczeniach, nie dociekając ich sedna. Jeden z nich często, prawie nerwowo, spogląda w miniaturowe lusterko, przyczesując brązowym podręcznym grzebieniem, który zazwyczaj tkwi w tylnej kieszeni spodni lub przedniej koszuli, to, co jeszcze zostało. Ale twarze mają pomarszczone jak papier toaletowy, który najpierw ktoś zmoczył, potem błyskawicznie wysuszył, a na koniec podmalował wszystko ledwie widoczną czerwienią, która nie przykrywa poprzedniego koloru, tylko go dopełnia.

I jeszcze pan Stefan, który nazywa się Król, człowiek orkiestra, człowiek dawnej ulicy, w sensie duchowym, a nie miejsca, człowiek wesel i przyjęć okolicznościowych, człowiek muzyka. Rach-ciach. Chodzi i śpiewa, czasami do siebie mówi, w dupie ma innych, co się na niego gapią. Nosi marynarkę uszytą jakby z zielonego pasiastego koca i trampki albo buty ze szpicami. Chyba dawno już przekroczył sześćdziesiątkę. Nosi na plecach akordeon i denerwuje wszystkie nauczycielki zajmujące się młodszymi dzieciakami w mieście. Bo dzieciaki widzą, że to nieprawda, co wygadują o papierosach, że umiera się na raka i nie można mówić, skoro pan Stefan wydziera się głośniej od tłumu, że nadużywanie alkoholu jest złe i prowadzi do wyprania świata z radości i szczęścia, pan Stefan co dzień radosny jak święty Franciszek spaceruje i pogrywa na ustnej harmonijce, przerywając sobie lirycznymi dygresjami, a czasami mimo wieku dźwiga na plecach wielką harmonię. Kiedy przyjechał zespół złożony z południowoamerykańskich Indian, czerwieńszych nawet od najstarszych żuli, pan Stefan przekabacił ich, pokazał i nauczył, tak że po kilkunastu godzinach wszyscy razem grali Hej, sokoły.

Miasteczko jest prowincjonalnie dziurowate, niewielkie i zapadłe, czy raczej zapadające się, bo to się jeszcze nie dokonało, proces jest w trakcie. Ale wizualnie nie następuje żadna degradacja, bo ciągle coś budują, nową drogę, nowy sklep. Można to podciągnąć pod zmiany wynikające z przekwalifikowania ustroju. Ale mimo że wizualnie coś może się i zmienia, staje się to tak wolno, że w zasadzie nie naprawdę, lecz na niby.

Każda droga wylotowa prowadzi w inne miejsce, w przeciwne strony, bo tak naprawdę to miasteczko jest w samym środku świata całego. Nie tylko Europy, która w tym kraju wszędzie jest środkowa, wyłączając kilka miejsc na wskroś wschodnich. Wszędzie tak samo blisko i daleko. Odległości są nieistotne, bo stają się ważne, dopiero kiedy ktoś chce gdzieś jechać, a stąd nie chce nikt. Ludzie siedzą tu, jakby w centrum, gdzieś pod rynkiem, znajdował się ogromny magnes i w dziwny sposób ich przyciągał. W dni wolne od pracy na miasto opada płaszcz niebytu. Wypłukuje ulice z ludzi, my siedzimy w parku, a powietrze traci zdolność przenoszenia dźwięków i wypełnia się pustką. Brak wydarzeń hamuje czas, który rusza dopiero w następnych dniach, kiedy puszczona zostaje w ruch cała ta maszyneria, szkoły razem ze sklepami, samochody na ulicach i szum pomiędzy tym wszystkim. A kiedy ludzie chodzą, nie ma wcale tłoku, spacerują jak na pierwszych widokówkach sprzed I wojny. Zawsze znajdzie się jakaś pani trzymająca parasol, jakiś starszy kolo w kapelusiku. Nie mam pojęcia, dlaczego nowoczesność nie wdarła się z tą swoją brutalnością, dlaczego nie przygniotła całej historii i nie ukryła jej pod plastikową warstwą.

Bo na ulicach, od ziemi, ciągnie zwyczajność i spokój. Może to przypadłość prowincjonalnych miast, że nie trzeba się bać, a może tylko my nie musimy, bo wszystkich znamy. Marazm jest a priori obecny w materii, kryje się w jej wnętrzu i powoli odparowuje, czasami jednak coś się zatka i wtedy powstaje iluzja wydarzenia.

Ale czasami jest tak, że nic, tylko rzygać. Jakby ci wszyscy ludzie zmówili się wcześniej, żeby mnie wkurwiać.

Ulica, którą wypluwa rynek w kierunku wschodnim, powoli zaczyna się zapadać, zawijać i sięgać niższego świata. Wypluta z impetem, wyhamowuje przed przejściem dla pieszych i światłami, a jedna z kilku możliwych dróg prowadzi do parku.

Charakterystyczne, że brak jest wielkiej płaskiej powierzchni. To może być jeden z kluczy. To, co powinno być okręgiem, jest nie wiadomo czym, a horyzont, gnąc i uwypuklając się w każdym możliwym miejscu, usiłuje dostać się do nieba, które zwisa, niemal zawsze prawie dotykając ziemi i ludzi. W tej pofalowanej linii brak jest jakichkolwiek ostrych kątów, jej łagodność i doskonałość przypominają wykresy sinusoid i cotangensoid. Myśl, że gdzieś tam, kilkanaście kilometrów dalej, linia robi się płaska i monotonna, wydaje się barbarzyństwem.

Mieszkańcy miasteczka są różni. Zależy to od pogody, ciśnienia i ogólnej atmosfery. Bo jak pada, trudno utrzymać na nich wzrok i trzeba chodzić z oczyma utkwionymi w zaplutym bruku. Ale jeśli jest sucho i nie za gorąco, nawet zachęcają. Swoim podobieństwem do wszystkich mieszkańców tego miasta niezależnie od czasu i epoki. Czasami wydaje się, że zawsze tak wyglądali, że w takim miejscu w żadnej sytuacji, nawet najbardziej sprzyjającej, nic się nie mogło zmienić. Ludzie przecież są jak przedmioty albo pamiątki.

A kiedy nie pada deszcz i robi się noc, ulice pomarańczowieją. Latarnie usuwają szarość i metafizyczny brud z ulic. Dwie albo i trzy wyglądają jak nie stąd, reszta jest bardziej zwyczajna. Im dalej od rynku, tym gorzej.

 

Coś mnie trąciło. Otrząsnąłem się, za dużo było tych rojeń. Wódka ze wszystkich robi filozofów. Specjalistów od rzeczywistości. Nieświadomie wypiłem kilka kieliszków tequili. Po chłopakach widziałem, że są już nieźle oddaleni od świata. Zauważyłem, że zostaliśmy tylko my i Hajdi. Reszta nie wytrzymała napięcia. Zamienili się w zespoły cech, charakterystycznych dla pewnych używek. Ja zmieszałem wódkę i trawę, więc dopadały mnie przemyślenia, Muko głównie pił, więc wszystkich kochał, Euzubiuszowi po używkach włączał się agresyw, na Tępego działały klasycznie, a Andrew i Patol, mimo że trochę przyhamowali, byli jeszcze bardziej nie tu niż ja. Ale teraz zaczęło się katharsis. Pierwszy na poważnie zaczął rzygać Andrew. Uruchomił efekt domina, ale nie za sprawą obrzydzenia czy coś. Bezpośredni kontakt z rzyganiem wywołuje jedynie doping i zadowolenie. Chodzi raczej o to, że jeśli już ktoś zaczął, to nareszcie można, i nie będzie się posądzonym o słabą głowę czy niedostatecznie wytrzymały organizm. Może zresztą chodzi nie tyle o posądzanie, ile o pewien rodzaj solidarności z kolegami. Jeśli trzech już się oczyściło, to ja też. Poza tym miało się zdecydowanie mniejszego kaca. Bo jego widmo zbliżało się jak komunizm w XIX wieku. Był niemożliwy do objęcia rozumem, znajdował się na końcu tunelu zamiast światła, nie wierzyliśmy, że może nastąpić, ale on wisiał i tak, gdzieś nisko, zaraz nad nocą, i czekał, aby spłynąć na nas razem ze słońcem. Ale w odróżnieniu od niego był czarny jak cholera. Tak go sobie wyobrażałem, nadawałem mu formę, bo jeśli coś możemy sobie wyobrazić, powoli przestajemy się tego bać. To nie było wymiotowanie, tylko prawdziwe pijackie rzyganie. W żołądku robił się tłok, silniejszy od woli i mięśni. Coś się pomyliło i trawienie, cały ten brzuszny mechanizm, zaczął działać w drugą stronę i na przyśpieszonych obrotach.

Ale potem czuło się niemal duchową czystość. Pustka nie dokuczała. Pożartowaliśmy trochę, zauważyłem, że rozmawiam o czymś z Mukiem, nawet trochę dyskutuję, ale nie mogłem się skupić i nic nie rozumiałem. Schodziłem w głąb siebie, bojąc się, żeby już nic sobie nie przypomnieć. Bo to się narzucało, myśli same się pojawiały, jakby ktoś czytał mi je głośno prosto do głowy, z pominięciem uszu. Przez chwilę myślałem nawet, że mogą to być telepatyczne zdolności Muka. Ale w takim stanie nie mógłby ich używać, zwykłe funkcje przychodziły mu z trudnością, a co dopiero telepatia.

Chodzili za wiatrochron zbudowany z leszczynowych kijków, powiązanych razem i wkopanych w ziemię. Wyglądało, jakby wyrastały. Chwytali się jedną ręką, drugą utrzymywali równowagę. Podszedł do mnie Patol. Wytarł usta jednorazową chusteczką. Palił tak łapczywie, że przypominał dziadków, którzy przez lufkę okadzają swoje płuca popularnymi.

– Boże, ale noc, słuchaj, może ona się nie skończy. W zasadzie jest chyba za gęsta. Powietrze nie może takie być, że najpierw zbite, lepkie i ciężkie, a potem dup, że słońce i już. Zrobiło się za dużo czarnego na decymetr sześcienny. Masa krytyczna. Wszystko powoli zapada się w siebie. A dnia nie będzie. Za chuja. Chcesz, możemy się założyć. Ja mówię, że nie będzie.

Patol złapał nastrój katastroficzny. Rzeczywiście wyglądał, jakby zapadł się w siebie. Ale to, co mówił o nocy, wydało mi się podejrzane, być może zawiązał się chytry spisek, mający na celu przedsięwzięcie czegoś wobec mnie. Patol wyglądał jednak niesamowicie wręcz niewinnie. Mogło mi się wydawać.

– Skończy się, skończy, o nic się nie bój. Wytrzeźwiejesz, to wszystko się skończy – powiedziałem i przybiegł zaaferowany Andrew, przerwał nam rozmowę i nic nie zauważył.

– Chłopaki, nie ma czasów, poprzedniego i przyszłego. Jest tylko teraźniejszość. Nie ma tego, co było, i tego, co będzie. Jest tylko teraz.

Kolejny profesor. Już mnie to męczyło

– Capie głupi. Byłeś przedwczoraj w szkole i dostałeś dwie albo trzy klepy. Tego też nie ma? – Złamałem zasady, bo chciałem po prostu wyprowadzić go z błędu.

– Jezu, ja już nic nie wiem, bo myślałem, że…

– Że co?

– Nie wiem, no nie, właściwie wiem. Że to jest klucz, i wszystko się poukładało jak klocki. Kapujesz, takie oświecenie, rodzaj ekstazy. Jak święci mają, no, te, mistyczne doznanie. Przed chwilą mógłbym ci wytłumaczyć, ale już się nie da. Wydawało mi się, że to prawda.

– Ale co, kurwa, jest prawdą, bo nie rozumiem? Że czas jest, ale w zasadzie go nie ma, bo stoi w miejscu?

– No nie, nie tylko. Bo z tego wszystko by się brało, no ten, wynikało…

Andrew strasznie się gorączkował, chciał ominąć słowa i przekazać mi część wiedzy za pomocą komunikacji niewerbalnej. Potem przestał i popatrzył przed siebie. Nic już nie powiedział i poszedł gdzieś szybkim krokiem. Patol też się zdziwił.

Byliśmy zmęczeni, ale usiłowaliśmy nie zasypiać. Przyzwyczailiśmy się do nocy i żaden z nas nie mógł stwierdzić, czy nadal robi się ciemniej, czy może zaczyna już świtać.

Opadała tylko coraz większa mgła i dzięki niej można było nastawić się na niedaleki poranek.

Przestrzeń tuż nad ziemią zajmowała rozrzedzona biel. Była jak białawy osad zbierający się na dnie czegoś czarnego.

Znowu rozmawialiśmy, znowu niewiele kojarzyłem, chodziłem, obijałem się, wywracałem, stawałem, siadałem. W rezultacie podszedłem do przyczepy. Popatrzyłem chwilę i wszedłem, pewien, że zaraz wyjdę, bo po co mam tam siedzieć. Czas, jaki minął od momentu, w którym tu przyjechałem, wydawał mi się nieskończenie długi, nic nie mogło być tak stare jak on, powinniśmy wszyscy już dawno poumierać. W przyczepie spał Euzubiusz. To była jedna z zagadek. Przemieszczanie się ludzi. Najpierw go obudziłem, a potem przykryłem, żeby wiedział, jaki jestem dobry. Usiadłem w kącie, nogi wyciągnąłem na ławie, oparłem głowę o coś lekkiego i czekałem na to, co się wydarzy, bo nie mogło cały czas nie dziać się nic. Głos brzmiał inaczej i tylko dzięki niemu wiedziałem, że znajduję się w jakimś pomieszczeniu. Sześć ścian dzieliło mnie od pustki. Poza mną, Euzubiuszem i przestrzenią w środku nie było już nic. Żałowałem reszty chłopaków, ale usprawiedliwiałem się, że nie mogłem przecież nic zrobić. Nie wiedziałem o niczym.

Było zimno i ciepło zarazem. Za grubo się ubrałem. Pociłem się i drżałem od wilgoci. Nie miałem papierosów, więc wyciągnąłem długopis i udawałem, że palę. Para zastąpiła dym, prawie udało mi się oszukać siebie. Słyszałem wiatr i dziwiłem się, że tak jest, bo za ścianą znajdowała się próżnia. Bałem się, że od niebytu oddziela nas jedynie ściana ze sklejki, denerwowałem się, że może nie wytrzymać ciśnienia i naporu pustki, pęknie, i my też przestaniemy być. Tak od razu, bez ceregieli.

Kiedy tak sobie tam leżałem, mokry i zziębnięty, przypomniałem sobie domowe imprezy. Na fotelach, kanapie, ciepłym i grubym dywaniku, w tle muzyczka, ciepełko, schludność, czystość prawie sterylna. Bo mieliśmy dosyć zamożne koleżanki. A ich rodziców czasami nie było w domu. Zawsze uważałem je za odważne. Jak się zaprasza ludzi do mieszkania rodziców, nigdy nic nie wiadomo. Ale nie było tłoczno. Akurat. I atmosfera jak z filmów o snobach. Czasami ktoś rzygał, zawsze się zastanawiam, jak im się to potem udaje ukryć. Były mistrzyniami w sprzątaniu. Pamiętam ciepło, siedzi się na czymś miękkim, myśli tylko o przyjemnościach, nie upija się człowiek do nieprzytomności, pali tylko coś cudownie naturalnego, niebo. I najlepiej jak na zewnątrz jest zimno i pada deszcz, wszędzie stoją kałuże i w ogóle odechciewa się żyć. Szaro i nijako. A w środku pełnia kolorów, młodość i radość. Myślałem wtedy o tych, co muszą bawić się w parku, bo nie wystarczy być szczęśliwym, trzeba jeszcze, żeby inni nie byli. O ich mokrych ubraniach, które parzą mrozem, przylegając do ciał, o brudzie, brzydziłem się, myśląc o nich, nie podałbym takiemu ręki. Bo my byliśmy czyści. Wszystko było zajebiste. Dziewczyny pachniały drogimi perfumami, a nie, jak to zwykle bywa u panienek spod bloków, że pięć pięćdziesiąt za jakiś aerozol. Przyjemnie było siedzieć, a co dopiero upijać się i jarać w takim towarzystwie. Choć zazwyczaj po którejś tam flaszce zarzygiwały porcelanowe kible, nie trafiały do muszli, zlewozmywaków, wanna zapychała się resztkami jedzenia, posadzka brudziła się, make up się rozmazywał, czasami płakały, że zrobiły z siebie pośmiewisko. Ale one są twarde. Wyrzygają się, poryczą, poczekają chwilę, umyją zęby, żeby nie waliło, podmalują i wracają do życia, uśmiechnięte i jak gdyby nigdy nic. Faceci, jak haftują, to potem nic ich nie ruszy, zwałka. Kobiety są silniejsze. To Polki, spadkobierczynie Emilii Plater, walczyły w powstaniach i na wojnie, rodzą dzieci, muszą być silne. I miło się tak siedzi, pieprzy pierdoły o niczym, pali papierosy, w końcu robi się blady tuman zakrywający wszystko i można dotykać ich piersi, miękkich, poza twardymi czubkami, które odkształcają przykuse bluzeczki, można całować ich szyje i wdychać drogie zapachy, a potem udać, że nic. Patrzeć i śmiać się, nikt nic nie widział. Zazwyczaj rozmawiamy i nie klniemy tak ostro, bo to w końcu dziewczyny. One co prawda przeklinają, my trochę też, ale niektóre wiązanki są zakazane. Zwykłe „kurwa mać” może być, i „chuj” też. Ale już oksymoroniczna „cipa w dupę wyjebana” lub „chuj ze ściętym czubkiem” się nie godzi. Nie tak jak przy niektórych spod bloków, co za bucha jarania robią ustami. Te, do których chodzimy na imprezy, są eleganckie, do nich się uśmiecha, jak powiedzą coś zabawnego, im się schlebia i przytakuje, mówi komplementy i lubi. Mówi się, że nie są grube i mają ładne nogi. Wyklina się ich byłych facetów, przytakując, że to nieodpowiedzialne złamasy, że poza nami wszyscy tacy są. Generalnie jest elegancko i z wyższych sfer. Głupio potem wracać do parku, do bloków, gdzie kumple ciągle klną, a panienki chleją razem z nami spirytusowe nalewki. Ale tylko tak przez chwilę, kiedy pamięta się wyraźnie ich urządzone mieszkania. Jedna ma najlepsze, bo z barkiem i stołkami jak w knajpie. Muko miesza wtedy koktajle i robi za barmana. Roznosi i nalewa. Miesza mikstury i podaje w kieliszkach. Puszcza Zeppelinów, a my jaramy fajkę wodną, nie ruszając się nawet z miejsca. Wystarczy siedzieć i używać płuc. Bąbelki lecą i wszystko wydaje się sterylnie czyste. Te ich mieszkania jak szklane domy, wille, duże gmachy, budynki jak z obrazków. Raz ktoś ukradł jednej drogie flakoniki. Nikt z nas oczywiście. Ale kumple Patola go znaleźli. Flakoników co prawda nie odzyskali. Ale pieniądze tak. I przyprowadzili go, żeby przepraszał. Każdy mógł wymyślić, co ma robić. Jak nie chciał słuchać, to go kopali. Bo złodziej. Chcieli mu obciąć palec, ale brzydzili się i nie było pod ręką siekiery. Piłowanie ząbkowanym nożem wydawało się zbyt brutalne. Zresztą chłopina prosił bardzo, żeby nie. Mówił, że woli od nogi. Ale brzydziliśmy się też jego stóp, więc zostało mu darowane. Było sucho i czysto. I jasno, i szczęśliwie. Upijaliśmy się bez żadnych chujówek. Nikt nie dymił i wszystkim się podobało.

Przypominałem to sobie i chciało mi się płakać, bo byłem zmięty, klejący, brudny i mokry, a w najlepszym wypadku wilgotny. Rozglądałem się wokół, zapomniałem, jak dotarłem do przyczepy. Nie wiedziałem, dlaczego leżę na ławie i po co. Próbowałem wytłumaczyć to sobie racjonalnie, ale logika również się popsuła.

Słyszałem gdzieś głos Andrewa i żałowałem, że też nie jestem zagrzybiony.

Miało to związek z ubiegłoroczną imprezą. Ktoś miał osiemnastkę, może nawet dwie osoby naraz, bez znaczenia. W tamtym roku ziemia rodziła dziwne grzyby. Stwarzały iluzję trzeźwości, zagięcia były subtelne, nie deformowały materii i myśli, powietrze pozostawało powietrzem, dym był jak dym. Chodziło o wyjaskrawianie. I uczucia. I jeszcze coś, nie bardzo wiadomo. Patol wtedy też grzybił, ale spadł. Nie wytrzymał. Zostaliśmy razem z Andrewem i sześćdziesięcioma osobami reszty. Ci, co byli pijani, stali się jedną masą, identyczną w istocie, o różnych tylko odcieniach na rogach i zakończeniach. Siedzieliśmy w kącie i dopiero po pewnym czasie zaczęliśmy rozmawiać. Na parkiecie już tańczyli. Chłopcy zanurzali ręce w spodnie dziewcząt, udając taniec, i niby tylko tak, całowali się już, wielkie i kompletnie zalane miłości, co jakiś czas dwie dziewczyny się wymieniały. Jak chłopcy je macali, miały zamknięte oczy i twarze pełne uniesienia niemalże modlitewnego. Może dlatego pozwalały coraz to innym chłopcom się dotykać. Może niczego nie zauważały, przez te zamknięte oczy, może tańczyły w przekonaniu, że ofiarowują swoje ciała jednemu, wymarzonemu chłopcu, może to i lepiej, że nie otwierały oczu. Ale najważniejszy był brud. Przy ścianach stały krzesła. Jak na weselu albo chrzcinach. Bo wszystko działo się na wsi. Wyjechaliśmy z miasta do koleżanek. W domu gromadzkim zaraz przy drodze głównej. Kiedy weszliśmy pierwszy raz do środka, jeszcze trzeźwi, porządek, jaki panował na zastawionych stołach, stwarzał wrażenie sztuczności. Owoce wydawały się plastikowe, kanapki sztuczne.

 

Wszystkie rzeczy zaczęły mieszać się ze sobą, przenikać nawzajem i wchodzić w siebie, gdy po dziewiątej podali darmową wódkę i uruchomili beczki z piwem. My byliśmy już w okolicach środka, ale dalej brnęliśmy do sedna. Rozlane i lepkie kałuże na parkiecie i masa resztek jedzenia na stołach, które tonęły w mieszaninie piwa, sałatek i bigosu. Ten syf powoli nabierał jednej barwy, kolory mieszały się ze sobą, początkowa mnogość zmieniła się w monochromatyczny motyw, jesień, która stawała się zimą. Andrew siedział w kącie i ja też. Trzeba było nieustannie się pilnować, żeby nie włożyć rąk w coś mokrego i lepkiego, wydawało mi się, że to czarna rozpuszczona smoła, bo zgasło światło i przez chwilę nie było nic widać. Patrzyliśmy na tańczące i nieskrępowane pary. Muko zbierał rozgniecione pomarańcze z ziemi i mówił, co trzeba było zrobić, żeby za komuny dostać taki owoc. A Andrew i ja znajdowaliśmy się pod czymś w rodzaju bańki mydlanej, o idealnie przezroczystych ścianach. Gapiliśmy się razem, a Andrew przez chwilę rozmawiał z jakąś dziunią, która mówiła, że kocha malować i pisać długie wiersze i w zasadzie czuje się artystką oraz że lubi fotografować. I ma tatuaż smoka nad tyłkiem, który symbolizuje równowagę dobra i zła, bo ona w ogóle lubi całą sztukę orientalną. Ale aparat miała rzeczywiście dobry. Taki za ponad tysiąc. Jak średni maluch. Studiowała geologię, a temat jej magisterskiej pracy był poezją w stanie czystym: „Pozyskanie surowca kamiennego pod budowę autostrady A-4”. Ale potem mu się znudziła. Tańczyła chwilę przed nami, pewna, że patrzymy, wyginała się i wypinała, ale zaraz ktoś ją odnalazł w tańcu, i już zapomniała o Andrewie. Zaczęliśmy gadać. Potoczyło się. Wyszło na to, że mamy jednakową ochotę stamtąd wyjść. Było przed albo po północy. Jak zwykle. Wzięliśmy pół flaszki wódki i piwa, a Andrew wstał i krzyknął, żeby się wszyscy pierdolili.

Mówiliśmy najpierw dużo, potem, jak już wyszliśmy na drogę, coraz mniej. Z jednej strony ulica biegła prosto przez około sto metrów, a następnie zakręcała w prawą stronę, z drugiej łagodny łuk powoli rozpuszczał się w niewidzialnym. Staliśmy długo, kręcąc się trochę jak palanty. Dobrze, że nic nie jechało. Rozumiałem się wtedy z Andrewem jak nigdy chyba z żadnym człowiekiem. Nigdy na trzeźwo specjalnie nie rozmawialiśmy, nie było o czym i jakoś tak w ogóle. Zresztą wtedy też właściwie nie rozmawialiśmy. Bo nie chodziło o rozmowę, ale o to, co każdy z nas mówił. Nie co odpowiadał, ale co myślał. Szliśmy tym łagodnym łukiem, bo ja byłem przekonany, że z drugiej strony kończy się rzeczywistość, a niewidzialne zakryje nas i poczujemy się bezpiecznie. Doszliśmy do mostu, pieprząc potworne głupoty, które wtedy były ważne. Wydawało się nam, że coś zmieniamy. Nieistotne po co, dlaczego i co właściwie. Chodziło o samo poczucie. Doszliśmy do mostu i zawróciliśmy pod budynek domu gromadzkiego. Stały tam dwie święte latarnie z pomarańczowymi aureolami wokół lamp. Krajobraz był statyczny. Nic się nie działo. Wylałem trochę piwa i nic się nie stało. Zafascynował nas zupełny brak reakcji otoczenia, świat się nie zmieniał. Nic już się nam nie wydawało. Wylałem całe piwo i nadal nic się nie działo. Czuliśmy ulgę, bo udowodniliśmy sobie, że i tak zawsze wszystko pozostanie takie samo.

Wylaliśmy wódkę, kilka piw, przychodziliśmy tam kilka razy, a droga witała nas zawsze tą samą niezmiennością, łagodnym marazmem i słodką harmonią.

Przypomniałem sobie spokojny kształt tamtej drogi. Powoli zagarniała cały umysł i ciało. Wypełnione spokojem, przestawały być. Po którymś z kolei mrugnięciu oczyma postanowiłem przez chwilę ich nie otwierać.

Obudziły mnie dzwony i pomyślałem, że trzeba do kościoła na rezurekcję, bo jest Wielkanoc. Ale było ciemno, więc doszedłem do wniosku, że raczej na pasterkę, że tym razem nie Zmartwychwstał, tylko się Narodził. A potem zobaczyłem, że leżę na podłodze przyczepy kempingowej, Euzubiusz chrapie, a Muko, Andrew i Patol stoją nade mną i krzyczą coś, a jeden z nich się śmieje. Poczułem się malutki, jak dziecko w kołysce, nad którym pochylają się wredne ciotki. Prawe ramię miałem mokre. Przestraszyłem się, że ktoś mógł na mnie nasikać. Za nimi dowlekł się Todek. Jego historia jest całkiem, całkiem. Załatwia nam palenie. W miejscu, gdzie rozmaici luzacy noszą kolczyki, w okolicach brwi, wystają mu dwa delikatnie skręcone druciki. Po jednym obok każdego oka. To prawdziwy wierzchołek góry lodowej, bo pod skórą buzi Todek ma niewiele prawdziwej kości. Głównie platyna. Część czaszki, zęby, kości policzkowe. Nie to, że potrącił go samochód czy chodzi na mecze. Jechał na rowerze i zderzył się z innym rowerzystą. Todek był trzeźwy, a ten drugi nie. Todek wylądował w szpitalu, a ten drugi tylko się podrapał i poobijał. Pewnie gdyby jechał pijany, nic by mu się nie stało. Ale ten drugi facet też ma nauczkę. Przyjechała policja i pyta go, czy ma kartę rowerową, a on im na to oburzony: „Panie, jaka karta, ja mam prawo jazdy”.

Ewidentnie chcieli dalej palić, Muko miał jeszcze schowane. Nic nie mówił, bo zapomniał. Ale nadszedł czas, więc przyszli do przyczepy i natknęli się na mnie. Wyszło na to, że muszą się podzielić. Bo głupio, żeby nie. Byłem rozespany, nic nie wiedziałem, bolała mnie kostka, wnerwiało mokre ubranie, sen jeszcze się nie ulotnił, a dźwięki były za ostre. Usiadłem w kącie i zastanawiałem się, skąd mogę wiedzieć, że nie siedzę tam cały czas. Że to wszystko dopiero się zaczęło, cała impreza, że przed chwilą wziąłem pierwszego bucha i wszystko wydarzyło się w mojej głowie, czas nie minął, kilka sekund jedynie, tak naprawdę ciągle tutaj siedzę. Żadnego dowodu, poza pamięcią, która może przecież być wygenerowana przez palenie. Za mało danych, postanowiłem zapytać chłopaków, choć oni też mogli nie zdawać sobie sprawy.

– Siedzimy tu ciągle czy była jakaś przerwa, tequila i cała reszta, czy po prostu nic, właśnie przyjechaliśmy, bo ja się, kurwunia, zgubiłem? – wyrzuciłem w jednym zdaniu, szybko, żeby nie zapomnieć, o co mi chodzi. Popatrzyli całkiem nie tak, jak chciałem.

– Nie rozumiem nic z tego, co powiedziałeś, jak to, czy tu siedzimy, no siedzimy – Muko tak trochę ostrożnie zaczął, ciepło i niezrozumiale.

– Ale czy ciągle, czy była jakaś przerwa? – drążyłem, żeby nie uleciało.

– No, kurwa, jasne, że tak.

– Ale skąd wiesz, że też nie jesteś najebany i tylko ci się wydaje?

– No nie wydaje mi się, przecież, kurwa jego mać, pamiętam. Nie wydaje mi się nic. Wiem, że wiem.

– Ale może ci się, baranie, tylko wydawać, że wiesz. Nie kapujesz? Tak bardzo, że w to wierzysz. Gdybyś nie wierzył, nie wydawałoby ci się.

– Chuj.

– Nie chuj, tylko skąd wiesz, jakiś dowód, nie to, że pamiętasz, bo pamięć się nie liczy.

– No, rozpierdolona szafka, Euzubiusz śpi. Jakbyśmy przyjechali niedawno, Euzubiusz by nie zasnął. Więc musimy już tu siedzieć długo. Wystarczy?

– No dobra, ale możemy siedzieć długo tylko w tym miejscu, mogliśmy nie wychodzić.

– Patrz, jaki jesteś ujebany. Trawą i ziemią. Po pijaku się upierdoliłeś. Jak wychodziłeś, Jezu, ale ty jesteś tępy, ty baranie, filozofowania się zachciało, pomyśl, bucu jeden, a potem się odzywaj.