Basquiat - Czarny Picasso

Tekst
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Mirosław Konieczny

Basquiat - Czarny Picasso

czyli przyczynek do badań terenowych

nad jakością heroiny w NY,

w okresie schyłkowego Andy’ego Warhola,

w trzech aktach prozą,

z kwaśnym Intro


Mirosław Konieczny napisał sztukę teatralną BASQUIAT – CZARNY PICASSO

w dniach 6-9 kwietnia 2017 wg pomysłu Pawła Bitki Zapendowskiego.

ISBN 978-83-7859-814-5

Wydawca: Wydawnictwo internetowe e-bookowo

www.e-bookowo.pl

Kontakt: wydawnictwo@e-bookowo.pl

Wszelkie prawa zastrzeżone

Kopiowanie, rozpowszechnianie części lub całości bez zgody wydawcy zabronione

Wydanie I 2017

Konwersja do epub A3M Agencja Internetowa

Wstęp od autora

Na początek chciałbym podkreślić, że szuka ta by nie powstała, gdyby nie inspiracja, jaką obdarował mnie mój przyjaciel i reżyser przygotowujący spektakl o Basquiacie Paweł Bitka Zapendowski. To on pierwszy uświadomił mi, że ktoś taki jak Basquiat w ogóle istniał. Wskazał mi filmy dokumentalne, w których różni ludzie wypowiadają się na temat Basquiata, a i sam główny bohater zabiera głos.

Dzięki naszym wielogodzinnym „nocnym Polaków rozmowom” na czacie ten tekst powstawał i krystalizował się w mojej głowie. Kiedy już wszystko wiedziałem – napisanie go było formalnością.

O czym jest ta sztuka? O Jean-Michel Basquiacie – czarnym Kreolu, synu Haitańczyka i Portorykanki, który dzięki swojej pracowitości i determinacji, aby być sławnym na cały świat, wdarł się przebojem do panteonu mistrzów sztuki współczesnej. Był nazywany Czarnym Picasso. Ogromna ilość jego dzieł powstała głównie dzięki napędowi jaki dawała mu heroina, od której był mocno uzależniony i która spowodowała jego wyniszczenie i śmierć.

Basquiat żył krótko: od 22 grudnia 1960 r. do 12 sierpnia 1988 r. Był więc, jak łatwo policzyć, artystą z grona „pokolenie 27”. Nazywa się tak artystów

o wielkiej sławie, a więc: Jimiego Hendrixa, Janis Joplin, Curta Cobaina i Amy Winehouse. Wszyscy członkowie tego elitarnego klubu zmarli przez narkotyki i wszyscy dożyli jedynie 27 lat. Cóż, jak powiada przysłowie: „Wybrańcy Bogów umierają młodo”. Jak Mozart – choć on akurat nie ćpał.

Tak więc otrzymujesz oto widzu moją subiektywną rekonstrukcję życia

i śmierci tego najważniejszego artysty plastyka afro-amerykańskiego.

Miłego odbioru – życzy autor

Mirosław Konieczny

BASQUIAT – CZARNY PICASSO

OSOBY:

Jean-Michel Basquiat – najwększy malarz swojego pokolenia

Kelle Inman – dziewczyna Basquiata

Jonathan Smith vel Snakefinger – dealer narkotykowy

Leon Rozenkranc – marchand dzieł sztuki

Andy Warhol – guru POP ARTU

Madonna Louise Ciccione – początkująca piosenkarka

Dwóch pracowników New York Police Department

(Kelle i Madonnę może grać ta sama aktorka. Madonna nosi czarną perukę –

a Andy’ego Warhola i dealera Snakefingera ten sam aktor. Andy nosi białą perukę. Gdy jako dwaj pracownicy New York Police Department wystąpią dealer i marszand, w obsadzie będzie czwórka aktorów.)

1 k, 3 m

Akt 0: Intro

(Nowy Jork. Balkon z grubymi słupkami podtrzymującymi balustradę, w tyle drzwi. Przez okna zaklejone białym papierem błyskają różnokolorowe światła i dochodzi muzyka ‘Sex Pistols’ z albumu „Never mind the bollocks Here is Sex Pistols”.)

(Drzwi się otwierają. Wchodzą z kieliszkami szampana Madonna i Basquiat.)

MADONNA

I jak ci się podoba impreza?

BASQUIAT

Super. Muzyka świetna, tylko ten szampan ma jakiś dziwny smak… Jak jakiś kwach, czy co?

MADONNA

Bo to jest prawdziwy Dom Perignon.

BASQUIAT

Nie smakuje mi.

MADONNA

Daj – wypiję za ciebie, żeby się nie zmarnowało.

BASQUIAT

Dobrze, masz. (podaje jej swój kieliszek)

(Drzwi się otwierają i wchodzi Andy Warhol, ubrany w czarny golf, czarne spodnie i czarny kapelusz. W rękach niesie butelkę rumu, szklaneczkę i humidor z cygarami.)

ANDY (cichym łagodnym głosem)

A to tu się schowały moje ptaszyny. Szukam was i szukam. A wy wyszliście z tej wędzarni pooddychać świeżym powietrzem.

(Odkłada humidor, butelkę i szklaneczkę na balustradę.)

Cześć Madonno (przytula ją do piersi). A kto to jest ten twój czarny brat?

MADONNA

A to jest Basquiat – ten grafficiarz, o którym ci mówiłam.

ANDY

A pamiętam. SAMO – tak?

BASQUIAT (nieśmiało)

Tak, to mój podpis.

ANDY

Widziałem. Takie napisy z cyklu: pierdolić system… ? Hę.

BASQUIAT

No tak i jeszcze maluję widokówki, żeby się z czegoś utrzymać.

ANDY

To bardzo pięknie. Ale ale, mam coś dla was. Ekstra sprawa!

(Wyjmuje z kieszeni papierośnicę i wydobywa z niej trzy maleńkie znaczki LSD.)

No i jak, poczęstujecie się? Mówię wam, najlepszy towar na świecie. Prosto z San Francisco od samego Owsleya.

MADONNA

Czemu nie.

(Madonna bierze malutki papierek i już próbuje go wsadzić do ust, kiedy Andy chwyta ją za rękę.)

ANDY

Nie tak. Pod powiekę.

(Madonna i Andy wsadzają sobie papierki do oczu.)

A ty młody człowieku, jesteś gotów na mega odjazd?

BASQUIAT

Może być, ale dlaczego pod powiekę, a nie doustnie.

ANDY

To jest super cegła – 500 mikrogramów najczystszego towaru. W żołądku traci się prawie 50 %, a jak przechodzi do krwi z naczynek włosowatych oka i powieki, to ma działanie natychmiastowe i bez strat.

(Basquiat bierze znaczek i wsadza go sobie pod powiekę.)

BASQUIAT

Nic nie czuję.

ANDY

Chwilunia, z halucynogenami tak to już jest, że zabierają cię gdzie chcą i kiedy chcą.

(Nagle dochodząca zza drzwi muzyka ‘Sex Pistols’ zaczyna wichrować, gra to szybciej to wolniej, a następnie światła wylewają się na cały teatr, kolorowe reflektory liżą sufit omiatają cała widownię. A dźwięki zaczynają dudnić, aż zmieniają się w głosy tam-tamów.)

BASQUIAT (krzyczy)

Cudownie!

ANDY

Tak. To dobry czas aby zawołać loa – bogów Voo Doo. Mam tu wszystko co potrzeba.

(Wyjmuje z humidora trzy cygara, które zapalają, a następnie każde z nich wypija trochę rumu, potem zaczynają wydmuchać mgiełki rumu wokoło.)

ANDY (woła tubalnym głosem)

Maman Brigitte! Baronie Samedi! Przybywajcie!

(Wszystkie światła gasną, w dali słychać muzykę tam-tamów). W zupełnej ciemności włącza się światło ultrafioletowe i wydobywa kształty kościotrupów, namalowane na ubraniach Warhola i Madonny farbą fluorescencyjną, a tylko wąska smużka światła wyciąga z ciemności przerażonego Basquiata.)

ANDY (z offu zaczyna mówić zniekształconym wyjącym głosem – przemawia przez niego tubalnym głosem Baron Samedi)

Kto mnie wzywał czego chciał? Oto jestem Baron Samedi we własnej powłoce.

MADONNA (przemawia przez nią skrzecząco Maman Brigitte)

A to ten obżępołeć.

ANDY

Czego chcesz od nas koniosraju.

(Baron przechyla butelkę rumu i pije z gwinta dużymi łykami. Basquiat stoi zamurowany z przerażenia.)

MADONNA (skrzeczy)

Daj mi swoją rękę – z niej wszystko wyczytam, co masz w sercu na dnie.

(Maman Brigitte bierze jego lewą rękę.)

O widzę, jakie ten obżępołeć ma ogromne pragnienie sławy. Sławy nieograniczonej. Chce być malarzem wielkim jak sam Picasso!

BASQUIAT (zbiera się na odwagę)

Nie życzę sobie…

ANDY (śmieje się tubalnie)

Ja ci życzę, ty mi życz, ja cię w mordę, a ty krzycz!

BASQUIAT

Ale czemu tak wulgarnie?

ANDY

Nie pierdol psa gdy pies sra!

MADONNA

O, jaką masz długą linię życia. Mam dla ciebie kotku taki deal. Wymażemy twoją linię życia, tak żeby była bardzo króciutka, a w zamian spełnimy twoje najskrytsze pragnienia. No i jak, wchodzisz w to?

BASQUIAT (z desperacją)

Wchodzę!

MADONNA

To dobrze. Będę jeszcze potrzebowała kilka kropli twojej krwi.

(Zarysowuje mu szramę na dłoni paznokciem. Ściska rękę Basquiata i krew spływa na podsunięty przez Barona – Warhola pergamin.)

BASQUIAT

Co to, cyrograf?

ANDY

A cóż by innego?!

BASQUIAT

Ale jak…?

ANDY

Ale to wyjebali górale na skale. Nie martw się – on już do ciebie idzie…

 

BASQUIAT

Kto idzie?

(Baron wkłada pergamin do kieszeni, światło gaśnie, słychać diaboliczny śmiech. I nagle wszystko wraca do normy, Basquiat stoi na balkonie sam, a z sali balowej dobiegają pierwsze takty „Voodoo Child” Hendrixa. Piosenka się rozwija. Basquiat stoi nieporuszony jak słup soli. Otwierają się drzwi i na balkon wychodzi stary marchand.)

MARCHAND

O, tu pan jest! (uśmiecha się promiennie) Wszędzie pana szukam.

BASQUIAT

W jakim celu, maro przebrzydła?

MARCHAND

Przebrzydła to i może, ale dlaczego od razu maro? (śmieje się) Mam tu pańskie prace…

(Wyciąga z kieszeni stertę kartek namalowanych przez Basquiata, część wysypuje mu się na balkon. Basquiat pomaga mu je zbierać. Drży przy tym jeszcze z nerwów, zbiera i upuszcza kartki.)

Oj, widzę, że coś z panem niedobrze. Chciałbym z panem porozmawiać. Ale może lepiej chodźmy się napić, bo blady pan jakby pan ducha zobaczył.

(Bierze rozkojarzonego Basquiata pod rękę i wyprowadza przez drzwi do sali balowej. „Voodoo Child” dobiega końca. Światła gasną i muzyka ucina się jak nożem.)

Akt I: Wizyta starego marchanda

(Basquiat leży na wyrku, śpi, a w powietrzu słychać zanikającą muzykę – wstęp gitarowy do „Voodoo Child” Hendrixa. Gdy muzyka cichnie, Basquiat podrywa się jakby z koszmarnego snu.)

BASQUIAT

Ki diabeł?

(Syczy z bólu, spoglądając na swoją lewą rękę, na której widać pręgę, nacięcie zrobione poprzedniego wieczora przez Maman Brigitte).

Wszelki duch Pana Boga chwali! A więc to było naprawdę. Ależ to boli!

(Siada na łóżku oglądając rękę.)

Już nigdy nie wezmę kwasa!

(Wstaje, jest w płóciennych spodniach, na krześle leży koszula, którą Basquiat zakłada, zapina guziki i myje się w miednicy, stojącej na taborecie. Podchodzi do tej samej szafki, w której ma w akcie III nalorfinę, wyjmuje z niej wodę utlenioną i bandaż. Polewa ranę sycząc przy tym z bólu, a następnie owija dłoń bandażem, rozrywa go na końcu i zawiązuje supełek.)

W porządku.

(Wyciąga z kieszeni koszuli paczkę Lucky Strike’ów, wyciąga zębami papierosa i zapala go zapalniczką wyjętą z kieszeni spodni. Następnie otwiera puszkę szprotek i zajada je widelcem prosto z puszki zagryzając chlebem. Podchodzi do adaptera i puszcza Koncert f – moll Chopina i cały czas paląc podchodzi do stojącej w głębi blejtramy, odsłania szmatę zasłaniającą obraz, przypatruje się niedokończonemu dziełu, sięga po pędzel, nakłada na paletę trochę farby olejnej i zaczyna malować. Po chwili słychać pukanie do drzwi. Basquiat podchodzi do nich z pędzlem w zębach, otwiera je szeroko, w drzwiach stoi Baron Samedi – starzec z długą siwą brodą w wytartym prochowcu i w czarnej czapce, która przypomina melonik. Basquiat z przerażeniem zamyka drzwi.)

BASQUIAT

Nie! – już dość tego tripu! Odejdź zmoro!

(Chwyta za krzyż i kierując go w stronę drzwi powtarza dobitnym głosem.)

Apage satana! Vade retro! Odstąp siło nieczysta! Precz, powiadam ci!

(Głęboko dyszy ze strachu. A pukanie nasila się.)

MARCHAND

Proszę mnie wpuścić! Nic panu nie zrobię! Po pańską duszę nie ma się jeszcze co piekło ubiegać, bo za mało ma pan grzechów na sumieniu – jak przypuszczam.

(Basqiuat ostrożnie otwiera drzwi i przez szparę lustruje przybysza.)

Niech się pan nie boi. Jestem człowiekiem i na dowód mogę pana uszczypnąć.

(Przez szparę wsuwa się ręka i szczypie Basquiata w nos.)

No co, już dobrze? Poznaje mnie pan?

(Basquiat otwiera szerzej drzwi, a nieznajomy wyciąga z kieszeni prochowca wykonane przez Basquiata pocztówki i podsuwa mu pod nos.)

Nie pamięta pan? Wczoraj na przyjęciu u Andy’ego Warhola? Umówiliśmy się, że pana dzisiaj odwiedzę.

(Basquiat otwiera drzwi do połowy.)

BASQUIAT

Uff! Ale mnie pan przestraszył! Myślałem, że jest pan…

MARCHAND

Diabłem, panie Basqiuat?

BASQUIAT

Tak panie… eee… jak pan się nazywa?

MARCHAND

Rozenkranc. Leon Rozenkranc. Do usług. A to moja wizytówka.

BASQUIAT (czyta)

Leon Rozenkranc – marchand sztuki współczesnej.

(Basquiat otwiera szeroko drzwi.)

BASQUIAT

Proszę wejść i siadać.

(Podsuwa gościowi krzesło, zrzucając z niego jakieś ubrania.)

Czym mogę panu służyć, sir?

MARCHAND

To nie pan mnie, ale ja panu, panie Basquiat.

BASQUIAT

Słucham?

MARCHAND

O, widzę, że pan właśnie maluje. Proszę sobie nie przeszkadzać. Chętnie popatrzę.

(Basquiat sięga po pędzel i zaczyna malować.)

BASQUIAT

A więc o co chodzi, panie Rozenkranc?

MARCHAND

Nie pamięta pan, jak zeszłej nocy rozmawialiśmy o pańskiej twórczości?

BASQUIAT

Ja bardzo mało pamiętam z tego co się wczoraj działo, bo Andy poczęstował mnie kwasem i zapamiętałem pana jako Mistrza Magii Barona Samedi. Właśnie się przestraszyłem, że przyszedł pan po moją duszę.

MARCHAND

A tu niespodzianka! Przychodzę do pana jako do mojego najnowszego odkrycia. Pamięta pan, co pan mi wczoraj opowiadał?

BASQUIAT

Jak przez mgłę…

MARCHAND

Otóż mówił pan, że chciałby zostać sławny. Najsławniejszym malarzem swojego pokolenia. Tak, sława, to najsilniejszy narkotyk, silniejszy niż seks, pieniądze i władza. Jeśli mamy możliwość upamiętnienia swojej egzystencji i wybicia się ponad tłum zwykłych zjadaczy chleba, gotowiśmy zrobić wszystko. Tak jak ten biedny świr Herostrates, który dla sławy spalił największy ze starożytnych cudów świata: świątynię Artemidy w Efezie. Albo Napoleon, czy ten psychopata Hitler, który wyrżnął pół Europy. Ludzie są gotowi zapłacić każdą cenę, aby tylko przyszłe pokolenia o nich pamiętały.

(Rozenkranc chrząka, wierci się.)

Można zajarać u pana?

BASQUIAT

Proszę bardzo.

(Podsuwa mu kryształową rżniętą grubo popielnicę.)

MARCHAND

Widzę, że ma pan dobry gust i lubi otaczać się pięknym przedmiotami.

BASQUIAT

Prawdę mówiąc, to jedyny piękny przedmiot jaki mam w mieszkaniu. Niech pan się rozejrzy po mojej norze. Nie ma tu nic pięknego.

MARCHAND

Otóż myli się pan. Ma pan piękne obrazy.

BASQUIAT

No, sam nie wiem, czy piękne. Maluję jak umiem. Znajomi mówią, że to bohomazy.

(Marchand wyjmuje długiego splifa i podpala go zapałką oderwaną z kartonika.)

MARCHAND

O, przepraszam, czy chce pan spróbować?

BASQUIAT

Chętnie się przyłączę.

(Odkłada pędzel do słoika z terpentyną, podsuwa taboret marszandowi i bierze od niego splifa, zaciągając się głęboko. Palą w milczeniu.)

Good stuff!

MARCHAND

Ganja specjalnie sprowadzana z Jamajki. Niech no pan pokaże mi te swoje – jak to pan określił – bohomazy.

BASQUIAT

Proszę bardzo.

(Wstają i Basquiat oprowadza Rozenkranca po pracowni. Ten ogląda z zaciekawieniem ogromne płótna, które Basquiat odsuwa od ścian i prezentuje swojemu gościowi. Po prezentacji wracają na miejsca.)

MARCHAND

Już wszystko wiem, panie Basquiat.

BASQUIAT

A mianowicie?

MARCHAND

Proszę mi tylko powiedzieć, ile czasu zajęło panu namalowanie tych obrazów dwa na metr dwadzieścia.

BASQUIAT

Nie wiem dokładnie, bo maluję po kilka płócien na raz. Ale gdzieś tak... 2 – 3 dni.

MARCHAND (rozpromienia się)

Wspaniale, panie Basquiat! Bo chociaż to rzeczywiście są bohomazy, ale mają coś w sobie, coś drapieżnego, a zniewalającego jednocześnie. Je się czyta jak dobry komiks, i wciąż zaskakują swoją treścią, bo jeśli chodzi o formę to faktycznie nie potrafi pan malować. Ma pan podstawowy warsztat malarski i nic poza tym – mógłby – stwierdzić ktoś kto się nie zna – ale ja się znam panie Basquiat, bo nie wie pan jakie prawdziwe gówna da się sprzedać, jeśli ktoś ma nazwisko. Sztuka to forma lokowania pieniędzy, bo piękno nie ma współcześnie żadnego znaczenia, liczy się tylko nazwisko. I ja je panu wyrobię. A wie pan, czym zawojuje świat?

(Basquiat potrząsa głową czekając na każde słowo, które spija z warg marchanda.)

BASQUIAT

Nie wiem? Czym?

MARCHAND

Pańską pracowitością. Wie pan, co powiedział Einstein o geniuszu?

BASQUIAT

No?

MARCHAND

Że geniusz to jest jeden procent talentu i 99 procent pracowitości. I tym pan zdobędzie świat.

BASQUIAT

Myśli pan?

MARCHAND

Ja nie myślę, ja to wiem.

BASQUIAT

Skoro pan tak twierdzi, to nie będę się kopał z koniem… to znaczy nie będę podważał pańskiego autorytetu.

MARCHAND

I jeszcze jedno, panie Basquiat. Czym jest dla pana piękno?

BASQUIAT

Piękno jest ładne.

MARCHAND

Doskonała odpowiedź! A więc zrobimy tak, panie Basquiat. Za półtora miesiąca otwieram w mojej galerii na Times Square wystawę pt. „Młode wilki” i chciałbym aby pan namalował dwadzieścia dużych płócien na tę wystawę. Zdąży pan?

BASQUIAT (z uśmiechem)

A co mam nie zdążyć.

MARCHAND

O! Taką postawę to ja lubię. Jest pan zupełnie inny od tych neurotycznych „artystów”, u których trzeba żebrać o najmniejsze płótno. Proszę więc o dwadzieścia płócien raczej dużych, choć może być też kilka małych rysunków. Takich jak te pańskie kartki, które sprzedaje pan na ulicy, tylko trochę większe. Wynajmę panu za darmo całą jedną salę, podczas gdy inni będą mogli zadowolić się kilkoma metrami kwadratowymi galerii. Potem mój przyjaciel z New York Times’a napisze o panu chwalbę w dziale artystycznym, wyprzedam wszystkie pana dzieła na pniu po nie mniej niż 10 000$. A potem… zalejemy rynek pańską sztuką. Będzie pan sławny. Najsłynniejszym Kreolem świata pana zrobię, a pana nazwisko będzie sławne na cały świat. Będzie pan we wszystkich galeriach na kuli ziemskiej: Luwr w Paryżu, Tate Gallery z Londynu, Muzeum Gugenheima w Nowym Jorku, Prada w Madrycie, no, po prostu wszystkie galerie będą się bić na aukcjach w Shotheby’s na wyścigi z prywatnymi kolekcjonerami o najmniejszy strzępek papieru, który wyjdzie spod pana ręki – sława totalna – w stuprocentowym zakresie.

BASQUIAT (słucha z błyszczącymi oczami)

Niemożliwe – to tak się da?

MARCHAND

A słyszał pan o Jacksonie Pollocku?

BASQUIAT

No pewnie.

MARCHAND

Moje odkrycie.

BASQUIAT

O, to znaczy, że jest pan w swojej branży bardzo długo – Pollock zmarł w ’56 bodajże.

MARCHAND

Tak, jestem w tym biznesie najdłużej w Nowym Jorku.

(Wyjmuje z kieszeni chustkę i ociera pot z czoła.)

Ależ się zasapałem. Ma pan może coś do picia?

BASQUIAT

Mogę panu zaproponować jedynie Old Kentucky…

MARCHAND

To poproszę z odrobiną wody.

(Basquiat wstaje, otwiera szafkę, wyciąga butelkę, nalewa drinka gościowi, dolewając odrobinę wody z czajnika stojącego na maszynce elektrycznej i podaje.)

BASQUIAT

Proszę bardzo.

(Marchand wypija duszkiem alkohol, odstawia szklankę na stół kreślarski, na którym leżą niedokończone jeszcze kartki Basquiata.)

MARCHAND

Dziękuję.

BASQUIAT

Zastanawia mnie jedna sprawa.

MARCHAND

Mianowicie?

BASQUIAT

Dlaczego ja? Przez przypadek otwiera pan mi drogę do sławy. Gotowem myśleć, że ten cyrograf z wczoraj to prawda.

 

MARCHAND

Jaki cyrograf? O czym pan mówi?

BASQUIAT

Jeśli pan nic o tym nie wie, to nie będę pana wtajemniczał w sekrety mojego wczorajszego tripu. Ale zastanawiam się, gdzie jest haczyk w tym wszystkim. Bo to chyba nie przypadek…?

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?