Willa nad zatoką

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Miranda Lee
Willa nad zatoką

Tłumaczenie:

Kamil Maksymiuk

ROZDZIAŁ PIERWSZY

– Jak to Vivienne jest niedostępna? – zdziwił się Jack. – Zawsze ją wynajmuję!

Nigel, właściciel studia projektowania wnętrz Classic Design, westchnął i potarł dłonią czoło. Nie chciał sprawiać zawodu swojemu najlepszemu klientowi, ale nie mógł nic na to poradzić.

– Przykro mi, Jack. Od wczoraj panna Swan nie pracuje w naszej firmie.

Na twarzy Jacka odmalowało się najpierw zdumienie, a potem oburzenie.

– Zwolniłeś ją?!

– Skądże! Vivienne była jednym z naszych najlepszych pracowników. – Spojrzał mu prosto w oczy i wyjawił z żalem: – Sama odeszła.

Jack nie wierzył własnym uszom. Vivienne pracowała dla niego przy trzech projektach. Była nie tylko znakomitą projektantką wnętrz, ale też niezwykle spokojną i rzeczową młodą kobietą, która całkowicie skupiała się na wykonywanym zadaniu. Niedawno ją zapytał, dlaczego nie założy własnej firmy. Wyjaśniła, że to oznaczałoby jeszcze intensywniejszą pracę, a ona zamierza zwolnić tempo, zwłaszcza że ostatnio się zaręczyła. Jacka zaniepokoiła ta wypowiedź. Przecież kariera zawodowa to najważniejsza rzecz na świecie. Jeśli chodzi o tak zwane życie osobiste, każdego dnia po pracy zostaje na nie trochę czasu. Parę godzin dziennie – po co komu więcej?

Wczoraj jednak niespodziewanie wydarzyło się coś, dzięki czemu dostrzegł pewien sens w słowach Vivienne.

Jeździł po okolicach Port Stephens, szukając działki pod następną inwestycję, kiedy nagle natknął się na kawałek ziemi na sprzedaż, która zupełnie go oczarowała. Nie potrzebował czegoś takiego. Działka nie była dość płaska, żeby na niej budować. Zresztą już była zabudowana – na szczycie wzgórza stał ogromny dom, niepodobny do wszystkich innych, jakie kiedykolwiek widział. Jego nazwa była równie unikalna jak wygląd: Fantazja Francesca.

Wiedział, że tylko traci cenny czas, ale coś go tknęło, żeby zajrzeć do środka. Gdy rzucił okiem na wnętrze, a potem wyszedł na jeden z balkonów, z którego rozciągał się efektowny widok na zatokę, już wiedział, że musi kupić ten dom. Mało tego – chciał w nim zamieszkać! To była szalona myśl, ponieważ zatoka Port Stephens znajdowała się trzy godziny jazdy autem od Sydney. Jack przeważnie mieszkał w stosunkowo skromnym, trzypokojowym apartamencie w wieżowcu, w którym znajdowała się również siedziba jego firmy. Fantazja Francesca była natomiast przeciwieństwem słowa „skromny”. Osiem sypialni, sześć łazienek, a do tego basen, którego mogłaby pozazdrościć większość hollywoodzkich posiadłości.

Jako zatwardziały kawaler Jack zwyczajnie nie potrzebował tak ogromnej rezydencji, ale ten argument nie ostudził jego zapału. Po prostu musiał mieć tę willę! Zdołał siebie przekonać, że najwyższy czas odrobinę się odprężyć i trochę skorzystać z życia. Jakkolwiek by było, od dwudziestu lat harował jak wół, sześć, niekiedy siedem dni w tygodniu, zarabiając przy okazji miliony dolarów. Tak, zasłużył sobie na taką zachciankę. Zresztą nie musiał się tutaj przeprowadzać. Wystarczy, że wpadałby w wolne weekendy albo spędzał wakacje. Mógłby udostępniać ten dom rodzinie. Myśl o tym, że jego bliscy mieliby do dyspozycji tak piękne miejsce, skłoniła go do podjęcia ostatecznej decyzji. Kupił zatem Fantazję Francesca tego samego dnia, za okazyjną cenę, podyktowaną tym, że nieruchomość wymagała gruntownego remontu. Zwłaszcza wnętrze było okropnie zaniedbane i przestarzałe. Potrzebował świetnego projektanta wnętrz, którego zmysł estetyczny będzie współgrał z jego gustem. Dlatego był zły i zawiedziony, że projektantka, którą cenił i której ufał, nagle stała się „niedostępna”.

Zdecydował, że musi ją znaleźć i zatrudnić!

– Kim jest ten drań, którą ją wam podkradł? – zapytał, szykując się już do zapisania adresu jej nowego szefa.

– Vivienne nie zmieniła firmy – odparł Nigel.

– Skąd wiesz?

– Tak mi powiedziała. Posłuchaj, Jack. Jeśli koniecznie musisz wiedzieć, Vivienne w tej chwili nie najlepiej się czuje. Postanowiła zrobić sobie przerwę w pracy.

Jack zrobił zdziwioną minę.

– Coś się jej stało?

– Nie czytujesz brukowców?

Jack wykrzywił usta z niesmakiem.

– Nie. – Zmarszczył czoło. – Dlaczego w tabloidach mieliby pisać o Vivienne?

– Chodzi o jej byłego narzeczonego.

– Byłego? – powtórzył Jack. – Rozstali się? Jeszcze niedawno mówiła, że jest szczęśliwie zaręczona.

– Miesiąc temu Daryl zerwał zaręczyny. Podobno zakochał się w innej. Vivienne była zdruzgotana, ale jakoś to zniosła i ciągle pracowała. Oczywiście tamten łajdak twierdził, że jej nie zdradził, kiedy byli jeszcze razem, ale wczorajszy artykuł udowodnił, że to kłamstwo.

– Co napisali w tej cholernej gazecie?! – zniecierpliwił się Jack.

– Dziewczyna, dla której Daryl rzucił Vivienne, to nie byle kto. Kojarzysz Courtney Ellison? Rozpieszczona córeczka Franka Ellisona. Vivienne pracowała przy posiadłości, którą wybudowałeś Ellisonowi, więc chyba w ten sposób Daryl poznał Courtney. Tak czy inaczej, we wczorajszej gazecie ogłoszono ich zaręczyny. Na zdjęciach córka Ellisona chwaliła się pierścionkiem zaręczynowym z diamentem wielkości piłki tenisowej! Co gorsza, widać też było brzuszek, co oznacza, że ich romans trwa już od dłuższego czasu. Oczywiście w gazecie ani słowem nie wspomnieli o tym, że przyszły mąż Courtney jeszcze niedawno był zaręczony z inną kobietą. Jej tatuś pewnie zablokował tę informację, wykorzystując swoje koneksje w mediach. Jak możesz sobie wyobrazić, po tym artykule Vivienne całkowicie się załamała. Wczoraj rozmawiałem z nią przez telefon. Prawie bez przerwy płakała. To do niej zupełnie niepodobne…

Jack pokiwał głową. Tak, to nie było w stylu Vivienne. Nigdy nie spotkał kobiety tak opanowanej jak ona. Ale przecież każdy ma jakieś granice wytrzymałości. Nic dziwnego, że tak zareagowała na tę paskudą historię. Poczuł, jak gryzie go sumienie. To on polecił ją Frankowi Ellisonowi. Czy to oznaczało, że w jakimś sensie był częściowo odpowiedzialny za nieszczęście tej dziewczyny? Ale czy mógł przewidzieć, że córka Ellisona odbije jej narzeczonego?

Zresztą istniało prawdopodobieństwo, że Daryl wcale nie stawiał oporu. Pewnie od razu zakochał się w forsie córki Ellisona. Tak, taki numer do niego pasował.

Jack widział go tylko raz w życiu, podczas świątecznego przyjęcia w siedzibie Classic Design. To jedno spotkanie wystarczyło mu, żeby wyrobić sobie opinię na temat tego człowieka. Owszem, był przystojny, wyglądał jak aktor filmowy, lubił być w centrum uwagi. Należał do tego rodzaju czarusiów, którzy bez przerwy szczerzą śnieżnobiałe zęby, lubią dotykać kobiet, z którymi akurat rozmawiają, i zwracają się do swoich partnerek per „kotku”. Widocznie to wszystko podobało się Vivienne, skoro zamierzała za niego wyjść.

To smutne, że ktoś taki złamał jej serce, ale któregoś dnia Vivienne zrozumie, że dzięki temu w ostatniej chwili uniknęła jeszcze większego nieszczęścia – nieudanego małżeństwa. W międzyczasie ostatnią rzeczą, jakiej potrzebowała, było zamknięcie się w czterech ścianach i pogrążanie się w depresji. Jack nie miał wątpliwości: musiała wrócić do pracy. To jej na pewno pomoże.

– Nie masz przypadkiem adresu Vivienne? – spytał Nigela. – Chciałbym jej wysłać kwiaty – dorzucił szybko.

Nigel przez długą chwilę przyglądał mu się podejrzliwie, lecz wreszcie sprawdził adres Vivienne w firmowej bazie danych i zapisał go na kartce.

– Wydaje mi się, że nie masz szans, Jack.

– Na co?

Nigel wykrzywił usta w ironicznym uśmiechu.

– Daj spokój. Dobrze wiem, że nie chodzi o żadne kwiatki. Pojedziesz do niej i spróbujesz wcisnąć jej to zlecenie. Tak przy okazji, co to za projekt? Kolejny dom spokojnej starości?

– Nie – odparł Jack, choć miał świadomość, że Fantazja Francesca doskonale nadawała się na tego typu placówkę. – To coś dla mnie. Willa letniskowa, która wymaga porządnego liftingu. Zadanie w sam raz dla Vivienne. Dzięki temu nie będzie miała czasu na depresję.

– To chyba nie takie proste – odparł Nigel. – Nie każdy jest taki twardy jak ty.

– Z tego, co zdążyłem zauważyć, kobiety bywają znacznie twardsze niż my, faceci, myślimy.

Nigel skrzywił się pod nosem, gdy Jack mocno – trochę zbyt mocno – uścisnął jego dłoń. Pomyślał, że Jack Stone naprawdę nie zdaje sobie sprawy ze swojej siły. I nie zna kobiet tak dobrze, jak mu się wydaje. Na pewno nie uda mu się zmusić Vivienne do pracy. Po pierwsze, była w rozsypce. Po drugie, nigdy nie darzyła Jacka szczególną sympatią, o czym właściciel Stone Constructions najwyraźniej nie miał pojęcia…

Ale taka była prawda. Pewnego razu poskarżyła się Nigelowi, że praca dla Jacka nie należy do zbyt przyjemnych. W przypływie rozdrażnienia nazwała go „nawiedzonym pracoholikiem” z nierealnie wysokimi wymaganiami, co z jednej strony było godne podziwu, a z drugiej – piekielnie męczące. Oczywiście bardzo dobrze płacił, ale w tym przypadku pieniędzmi nic nie wskóra. Parę lat temu Vivienne po śmierci matki odziedziczyła sporą sumę, więc nie musiała się martwić o finanse.

– Zaczekaj! – zawołał Nigel, gdy Jack już otwierał drzwi – Weź jednak ze sobą jakieś kwiaty. Byle nie czerwone róże!

ROZDZIAŁ DRUGI

Nietrudno było dotrzeć pod jej adres. Mieszkała w dzielnicy Neutral Bay, całkiem niedaleko siedziby Classic Design w północnej części Sydney. Znacznie trudniejsze okazało się znalezienie kwiaciarni i wybranie kwiatów. Z tego powodu Jack dopiero godzinę później wreszcie zaparkował pod dwupiętrowym domem z czerwonej cegły, w którym znajdowało się mieszkanie Vivienne.

 

Nie cierpiał tracić czasu, więc był już lekko poirytowany, wysiadając ze swojego czarnego porsche. W rękach trzymał kosz białych i różowych goździków, do których przekonała go florystka. Jak na złość z nieba zaczęły kapać zimne krople. Wbiegł pod daszek i wszedł do budynku. W hallu nie było żadnego ochroniarza. Jack fachowym okiem ocenił, że budynek jest stary, zapewne z okresu federacji, ale w całkiem niezłym stanie. Wcisnął dzwonek. Gdzieś w środku rozległo się brzęczenie. Cisza. Nie ma jej w domu? – pomyślał rozdrażniony. Żałował, że wcześniej nie zadzwonił. Miał przecież numer.

– Idiota… – warknął pod nosem, wyciągając z kieszeni telefon. Już miał dzwonić do Vivienne, gdy nagle zatrzeszczała zasuwa. Drzwi się uchyliły i ukazały pulchną kobietę w średnim wieku. Miała krótkie jasne włosy i sympatyczną twarz.

– Tak? W czym mogę pomóc?

Jack wsunął telefon z powrotem do kieszeni.

– Czy zastałem Vivienne?

– Tak, ale… – odparła z wahaniem – w tej chwili się kąpie. Domyślam się, że to kwiaty dla niej, prawda? Mogę jej przekazać…

– Wolałbym je wręczyć osobiście, jeśli to nie problem.

Kobieta przyjrzała mu się podejrzliwym wzrokiem.

– A właściwie z kim mam przyjemność?

– Jack Stone. Właściciel Stone Constructions. Vivienne pracowała dla mnie przy paru inwestycjach.

– Ach, pan Stone. Owszem, kiedyś o panu wspominała.

Zaskoczył go chłodny ton jej głosu. Ciekawe, co usłyszała od Vivienne na jego temat.

– A z kim ja mam przyjemność? – zapytał.

– Marion Havers. Mieszkam pod dwójką. – Wskazała drzwi naprzeciwko. – Jesteśmy nie tylko sąsiadkami, ale też koleżankami – dodała. – Skoro przyniosłeś kwiaty, chyba się orientujesz, co się stało.

– Prawdę mówiąc, dowiedziałem się dopiero dziś rano, kiedy wpadłem do siedziby Classic Design. Chciałem, żeby Vivienne pomogła mi przy nowym projekcie. Porozmawiałem trochę z Nigelem i pomyślałem, że złożę Vivienne wizytę…

– To miłe z twojej strony. – Westchnęła głośno i pokręciła głową. – Biedactwo. Jest załamana. Nie może spać ani jeść. Od lekarza dostała tabletki nasenne, ale coś kiepsko działają. Po tej katastrofie będzie chyba potrzebowała mocnych środków antydepresyjnych.

Jack zmarszczył czoło. Nie pochwalał tego, że ludzie próbują rozwiązywać swoje problemy za pomocą pigułek.

– Coś ci powiem, Marion – zaczął poważnym tonem. – Vivienne nie potrzebuje żadnych świństw od lekarza. Ona musi wrócić do pracy. Dlatego przyszedłem. Mam nadzieję, że zdołam ją przekonać.

Marion wzruszyła ramionami.

– Możesz spróbować, ale raczej nie masz szans.

Znowu ktoś chciał mu wmówić, że nie ma szans. To go drażniło. Zgoda, Vivienne czuła się paskudnie, ale przecież wciąż była tą samą rozsądną, rzeczową kobietą, którą darzył ogromnym szacunkiem. Na pewno zrozumie, że praca będzie dla niej najlepszym lekiem.

– Mogę wejść i zaczekać? – zapytał. – Chciałbym z nią chwilę porozmawiać.

Marion zrobiła niepewną minę. Spojrzała na zegarek.

– No, dobrze. Do pracy wychodzę dopiero za pół godziny. Do tej pory Vivienne na pewno już wyjdzie z łazienki. – Posłała mu uprzejmy uśmiech. – W międzyczasie napiję się herbatki. Masz ochotę? A może wolisz kawę?

Jack odwzajemnił uśmiech.

– Poproszę o herbatę.

– A ja poproszę o kwiaty. – Gdy podał jej kosz, powiedziała: – Wejdź do środka i zamknij za sobą drzwi.

Ruszył za nią wąskim korytarzem z wysokim sufitem, białymi ścianami i wypolerowanym parkietem w orzechowym odcieniu. Minęli troje zamkniętych drzwi po lewej stronie, aż wreszcie dotarli do salonu. Jack był zaskoczony tak skromnym wystrojem. Nie przypominał w niczym stylowych salonów, które Vivienne dla niego projektowała.

Zupełnie zbity z tropu, omiótł wzrokiem pomieszczenie. Gdzie te kobiece detale, które były jej znakiem firmowym? Jego oczy nie napotkały żadnych kolorowych poduszek, eleganckich lamp, drewnianych półeczek. Ani jednej ozdoby. Pomieszczenie zajmowała tylko sofa obita czarną skórą ustawiona na kremowym, puszystym dywanie oraz stolik kawowy w tym samym odcieniu co parkiet. Białe ściany zdobił tylko jeden obraz oprawiony w czarne ramy. Dziewczyna w czerwonym płaszczu, idąca w deszczu wzdłuż ulicy. Bez wątpienia był to dobry obraz, ale Jack nie czerpał przyjemności z patrzenia na niego. Dziewczyna emanowała smutkiem. Tak jak ten pokój.

Przemknęło mu przez głowę, że może ten cholerny Daryl zabrał swoje rzeczy, kiedy odszedł od Vivienne, i dlatego było tu tak pusto. Ale czy w ogóle mieszkali razem? Chyba tak. Podczas przyjęcia świątecznego, na które Jack wpadł, Daryl wspominał, że po nowym roku chce się do niej wprowadzić. Może więc wcześniej były tu jakieś meble, obrazy, ozdoby… Na pustej ścianie naprzeciwko sofy wisiał tylko duży czarny telewizor.

Marion postawiła kosz z goździkami na stoliku, a potem zaprowadziła Jacka do kuchni, raczej niewielkiej, ale gustownie urządzonej. Widać było, że niedawno została odnowiona, ponieważ blaty były wykonane z kamienia, który zdobył popularność dopiero w ostatnich paru latach. Zgodnie z obecnymi trendami wszystko lśniło czystą bielą. Do tego sprzęty kuchenne z nierdzewnej stali. Vivienne zawsze korzystała z tej kombinacji, gdy pracowała nad jego projektami. Zazwyczaj jednak w te chłodne, nowoczesne wnętrza udawało jej się tchnąć coś ciepłego, kobiecego. Kolorowe płytki nad zlewem, ozdobne miski z owocami, wazony z kwiatami. Tutaj jednak brakowało takich detali. Czy to naprawdę jej mieszkanie? Może tylko je wynajmowała? Postanowił zapytać.

– Czy to mieszkanie jest własnością Vivienne? – zapytał, siadając przy stole na obitym skórą krześle.

– Oczywiście. Kupiła je zaraz po tym, jak jakiś czas temu odziedziczyła trochę pieniędzy. – Konspiracyjnym tonem dodała: – Co prawda nie jest w moim stylu, ale każdy ma inny gust, prawda? Vivienne podobno nie znosi „zawalonych” wnętrz.

– Zauważyłem – mruknął.

– Masz ochotę na kawałek ciasta do herbaty?

– Chętnie.

Dochodziła pierwsza, a on nie jadł nawet śniadania.

– Słodzisz?

– Nie, piję bez cukru.

Marion postawiła na stole dwa kubki i talerzyk z ciastem. Westchnęła z lekką irytacją.

– Co ona tam tak długo robi?

Na jej twarzy powoli odmalował się niepokój. Jack od razu zgadł, co Marion sobie pomyślała. Po plecach przebiegł mu dreszcz.

– Może powinnaś zapukać do drzwi? – zasugerował.

– Tak, tak, dobry pomysł – odparła i wyszła.

Jack słyszał, jak Marion puka w drzwi łazienki i pyta:

– Vivienne, już kończysz?

Cisza.

– Muszę niedługo iść do pracy. Poza tym masz gościa! – dodała głośniej. – Jack Stone. Przyszedł z tobą porozmawiać. Słyszysz mnie?

Marion zapukała jeszcze mocniej. Cisza. Jack wstał z krzesła i podszedł do niej.

– Nie odzywa się! – wyszeptała Marion z rosnącą paniką w oczach. – Drzwi zamknięte. Myślisz, że… coś sobie zrobiła?

Nie odpowiedział. Zadudnił pięścią w drzwi.

– Vivienne! – wykrzyknął. – Tu Jack. Jack Stone. Możesz łaskawie otworzyć?

Głucha cisza.

– Cholera – mruknął, przypatrując się starym drzwiom. Co prawda zostały wykonane z litego drewna, ale pewnie były już nadgryzione przez termity. Najpierw kazał Marion się odsunąć, a następnie z całej siły uderzył w drzwi ramieniem.

Posypały się drzazgi. Zamek puścił.

Jack wpadł do środka i rozejrzał się dookoła. Od razu dostrzegł Vivienne w wannie. Nie leżała nieprzytomna ani z głową pod wodą. Nie targnęła się na swoje życie. Dopiero po sekundzie czy dwóch podniosła powieki. A potem z całych sił krzyknęła. Wyciągnęła z uszu słuchawki, z przerażoną miną wpatrując się w Jacka, jak bohaterka horroru, którą dopadł seryjny morderca…

Jack natomiast zastygł w bezruchu z rozchylonymi ustami. Tak podziałał na niego widok nagiej Vivienne. Jeszcze parę sekund temu myślał tylko o tym, że mogła sobie coś zrobić, a teraz mógł myśleć tylko o tym, że jest zupełnie naga. Jego spojrzenie niczym magnez przyciągnęły jej piersi znajdujące się nad powierzchnią wody. Niewątpliwie były to najpiękniejsze piersi, jakie w życiu dane mu było ujrzeć. Idealnie kształtne, jędrne i lśniące, uwieńczone różowymi, nabrzmiałymi sutkami.

Przez jego głowę nigdy wcześniej nie przemknęła ani jedna myśl o jej biuście. Może dlatego, że zawsze nosiła ubrania ukrywające kobiece kształty, głównie żakiety i koszule o męskim kroju. Przypomniał sobie, że nawet na tamtej świątecznej imprezie miała na sobie luźną sukienkę, która maskowała figurę. Teraz się okazało, że Vivienne Swan jest obdarzona doskonałym ciałem, które ma się ochotę dotykać, całować, pieścić…

Jack od dwóch miesięcy nie miał żadnej kobiety. To już tak dawno? – zdziwił się, czując przypływ gwałtownego podniecenia. Na szczęście Marion weszła do środka i zaczęła wszystko wyjaśniać Vivienne zaaferowanym tonem. Jack niemal z bólem oderwał wzrok od nagich, lśniących piersi, obrócił się i wyszedł z łazienki. Wrócił do kuchni, usiadł przy stole i zaczął w zamyśleniu przeżuwać kawałek ciasta. Doszedł do wniosku, że jak najszybciej powinien wskrzesić swoje życie erotyczne. Miał przecież dopiero trzydzieści siedem lat! Był zdrowym, silnym, energicznym mężczyzną. Nie mógł ograniczać się tylko do wakacyjnych romansów czy jednonocnych przygód. Potrzebował częstszego, bardziej regularnego seksu.

To jednak wiązało się z koniecznością posiadania stałej partnerki. A ze stałymi partnerkami nie miał dobrych skojarzeń ani doświadczeń. Seks im nie wystarcza. Chcą zawsze czegoś więcej. Najpierw randek, romantyzmu, wierności, a potem – pierścionka na palcu. Nawet jeśli któraś byłaby skłonna odpuścić sobie małżeństwo, to i tak każda chciała mieć dzieci.

Jack nie chciał potomstwa. Od dwudziestu lat ojcował swoim dwóm młodszym siostrom, jak również opiekował się matką, Eleanor, która zupełnie się załamała, gdy w wieku czterdziestu lat nagle została wdową. Jej mąż zginął w wypadku. Jack miał wtedy siedemnaście lat. Szybko wyszło na jaw, że ojciec nie potrafił obchodzić się z pieniędzmi. Nie płacił składek ubezpieczeniowych i zostawił po sobie ogromne długi. Sytuacja była krytyczna. Jack rzucił szkołę i poszedł do pracy, żeby rodzina zdołała przeżyć.

Musiał się pożegnać ze swoim marzeniem o zostaniu inżynierem. To było potwornie bolesne – miał wrażenie, że ktoś wyrywa mu serce – ale nie miał wyjścia. Nie mógł się do nikogo zwrócić o pomoc. Siedem dni w tygodniu pracował na budowie, żeby opłacić czynsz i rachunki i mieć co wrzucić do garnka. Na szczęście był rosłym, silnym młodzieńcem, który potrafił ciężko pracować. Był również na tyle bystry, że szybko podłapał większość fachów przydatnych na budowie, dzięki czemu założył własną firmę budowlaną, która z czasem przyniosła mu ogromne zyski.

Już od dawna nie żałował, że nie został inżynierem. Kochał to, co robił. Kochał też swoją rodzinę, tak mocno i od tak dawna, że w jego sercu po prostu nie było już miejsca dla kogoś innego. Nie był w stanie nawet sobie wyobrazić, że pewnego dnia mógłby mieć żonę i dzieci. To go w ogóle nie interesowało.

W tej chwili jego myśli kręciły się wokół seksu. Jak mógł poprawić swoje życie erotyczne? Co prawda nie miał problemów z podrywaniem i uwodzeniem kobiet, ale w tym wieku znajomości trwające jedną noc nie sprawiały mu już przyjemności. Wolał sypiać z kimś, kogo choć trochę znał i lubił. Doszedł więc do wniosku, że potrzebuje atrakcyjnej i inteligentnej kochanki, która regularnie by z nim sypiała, ale nie miała żadnych oczekiwań czy wymagań.

Rozmyślał nad tą sprawą, gdy do kuchni weszła Marion.

– Wybacz, Jack, ale muszę pędzić do pracy. Vivienne powiedziała, żebyś tu na nią zaczekał. Niedługo przyjdzie. Miło było cię poznać! – rzuciła pospiesznie i uciekła.

Jack obawiał się rozmowy z Vivienne. Nie miał pojęcia, co sobie pomyślała, kiedy włamał się do łazienki.

– Pewnie jest wściekła, że rozwaliłem jej drzwi – mruknął pod nosem.

– Owszem, jestem.

Odwrócił gwałtownie głowę. W progu stała Vivienne, w grubym białym szlafroku i kapciach do kompletu. Z werwą zawiązała pasek.

Jack patrzył na nią bez słowa. Świadomość, że pod spodem jest naga, zupełnie go rozpraszała. Miała rozpuszczone włosy; kasztanowe fale spływały jej na ramiona. Nigdy wcześniej nie widział Vivienne z rozpuszczonymi włosami. Nawet nie wiedział, że są takie długie. Zazwyczaj nosiła je zaczesane do tyłu i związane w praktyczny koczek, który pasował do jej wizerunku. Na tamtej świątecznej imprezie też miała taką fryzurę. Gdyby miała rozpuszczone włosy, na pewno by to zauważył.

 

A może wcale nie?

Nigdy nie zwracał większej uwagi na kobiety, z którymi pracował. Oraz na kobiety, które były już zajęte. Tak, miał świadomość, że Vivienne jest ładną dziewczyną, ale na tym kończyły się jego obserwacje dotyczące poziomu jej urody. Teraz przyjrzał się dokładniej jej twarzy. Odkrył, że „ładna” to zbyt słabe słowo. Vivienne była piękną kobietą. Miała delikatne rysy, mały, prosty nos, pełne usta i zielone oczy. Jak, do diabła, mógł wcześniej nie zauważyć tych niesamowitych oczu?

Dopiero po chwili zauważył, że Vivienne gromi go wzrokiem. Takie spojrzenie mogłoby pozbawić pewności siebie innego mężczyznę, ale nie Jacka Stone’a. Patrzył na nią z zachwytem i fascynacją.

– Musisz jak najszybciej naprawić drzwi, które zniszczyłeś – zażądała ostrym tonem.

– Załatwię to jeszcze dzisiaj.

– Jak mogłeś pomyśleć, że leżę w wannie z podciętymi żyłami? Co za absurdalny pomysł!

Jack żałował, że nie posłuchał intuicji, która mu podpowiadała, że Vivienne nie jest typem samobójczyni.

– Marion powiedziała, że bardzo długo siedzisz w łazience – zaczął tłumaczyć. – Poza tym przypomniałem sobie, co rano usłyszałem od Nigela.

– Och, a cóż takiego ciekawego od niego usłyszałeś? – zapytała, krzyżując ramiona.

– Podobno rzuciłaś pracę.

– To wszystko?

Jack westchnął ciężko.

– Opowiedział mi o Darylu i córce Ellisona.

– Tak myślałam – mruknęła, wciąż patrząc na niego z obrażoną miną.

Po chwili jednak jej usta zadrżały. Wyglądała jak ktoś, kto zaraz się rozpłacze. Jack nie miał pojęcia, co zrobi, jeśli Vivienne się rozklei. Miałby ją przytulić? Wiele razy w ten sposób pocieszał swoje siostry czy matkę, ale kontakt fizyczny z kobietą, która nagle wydała mu się tak seksowna, był czymś innym. Czymś niebezpiecznym. Bał się, że mógłby zrobić coś głupiego. Stracić nad sobą panowanie. Pocałować ją… Vivienne skarciłaby go zapewne siarczystym policzkiem, a potem powiedziała, żeby się wynosił z jej domu.

W ten sposób na pewno nie namówiłby jej do pracy przy Fantazji Francesca. Całe szczęście, że jednak się nie rozpłakała. Przeciwnie, z jej oczu popłynęły nie łzy, tylko iskry.

– Och, do diabła z tym wszystkim! – syknęła przez zaciśnięte usta. – No dobra, Jack. – Usiadła na krześle. – Co to za robota?