Willa na Capri

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

ROZDZIAŁ TRZECI

Veronica leżała na łóżku, raz po raz powracając do tego, czego się dowiedziała. Głowa pękała jej od natłoku myśli. Nie wiedziała, czy jest zła, czy po prostu smutna. Słowa matki miały sens i były na pewno łatwiejsze do przełknięcia niż świadomość, że jest owocem romansu z żonatym mężczyzną. Rozumiała, dlaczego matka nie przyznała się do tego i dlaczego obiecała, że zachowa w tajemnicy tożsamość Laurence’a, ale i tak czuła się oszukana.

I rzecz najbardziej tajemnicza. Ojciec nie chciał jej znać, ale zapisał posiadłość wartą fortunę. To nie miało sensu. Musiał wiedzieć, że to wprowadzi w jej życie zamęt. Na tyle pytań nie znała odpowiedzi. Jej ojciec…

Veronica poczuła napływające do oczu łzy. Miała ojca. Prawdziwego ojca, a nie jakiegoś bezimiennego dawcę nasienia. W dodatku był sławnym naukowcem, świetnym genetykiem o wyjątkowym umyśle. Jakże żałowała, że matka nie wyznała jej tego wcześniej. Oczywiście, nie mogła. Dała słowo. W głębi serca rozumiała to. Uczciwi, honorowi ludzie dotrzymują obietnic, a jej matka była uczciwa. Niestety z tego powodu nigdy nie poznała ojca. Nigdy już go nie zobaczy ani z nim nie porozmawia. Nie dowie się, jaki był.

– Wszystko w porządku, kochanie? – spytała matka, stojąc w drzwiach.

Veronica zamrugała, przeganiając łzy, po czym odwróciła głowę i uśmiechnęła się łagodnie. Wiedziała, że matka również przeżyła szok i martwi się, że być może jej ukochana córka nigdy jej nie wybaczy. Nie winiła matki. Jedynym winnym był Laurence Hargraves. Ten głupi człowiek powinien był zabrać swój sekret do grobu.

– W porządku – odparła. – Musiałam tylko to przemyśleć.

– Wiem. Przepraszam. Nie wiem, co skłoniło Laurence’a do umieszczenia cię w testamencie. Naprawdę nie wiem. To miłe z jego strony, ale musiał wiedzieć, że wtedy prawda wyjdzie na jaw i że się zmartwisz.

– Ludzie robią dziwne rzeczy, gdy umierają – rzekła wyrozumiale Veronica. Spotykała się z takimi przypadkami w pracy. Raz opiekowała się pewną starszą damą, która wyznała jej, że umiera, i w przypływie impulsu chciała jej podarować piękny pierścionek. Veronica oczywiście odmówiła, wiedząc, że kobieta ma córkę, która poczułaby się zraniona. Starsza dama jakoś o tym nie pomyślała. Może Laurence także nie pomyślał o konsekwencjach swojego czynu. A może doskonale wiedział, co robi.

– Chcesz, żebym zrobiła ci kawę? – spytała matka.

– Tak, byłoby miło – odparła uprzejmie, bo przede wszystkim chciała zostać sama. Musiała pomyśleć.

Gdy matka wyszła, znów zaczęła się zastanawiać, dlaczego jej ojciec ujawnił swoją tożsamość dopiero na końcu, dlaczego nie chciał być obecny w jej życiu, gdy dorastała, gdy była w szkole, gdy zjadliwie złośliwe koleżanki dokuczały jej, że pochodzi z probówki. Śmiała się wówczas, choć nie uważała ich kpin za zabawne. Cierpiała po cichu, w samotności. Być może dlatego ciągnęło ją bardziej do chłopców.

Myślenie o chłopcach przypomniało Veronice, że jest taki jeden, już zupełnie dorosły, do którego miała oddzwonić.

Leonardo Fabrizzi. Wcale nie paliła się do tego, by wyznać mu prawdę o Laurensie. Wiedziała, że na pewno będzie zadawał wiele pytań. Sama również miała ich niemało. Leonardo był w bliskich relacjach z jej ojcem. Może mógłby jej wysłać jakieś zdjęcie? Bardzo chciała wiedzieć, jak Laurence wyglądał. Do matki nie była podobna ani trochę. Nora Hanson miała brązowe włosy, szare oczy, przeciętną twarz i figurę. Veronica zawsze zakładała, że wyjątkową urodę zawdzięczała biologicznemu ojcu. Teraz mogłaby się przekonać na własne oczy.

I nagle w jej głowie błysnęła szalona myśl. Wstała z łóżka i poszła do kuchni, gdzie zostawiła telefon.

– Do kogo dzwonisz? – spytała matka, zalewając wrzątkiem kawę.

– Do tego Włocha, o którym ci mówiłam. Obiecałam oddzwonić, gdy z tobą porozmawiam.

– Nie zamierzasz mu chyba wszystkiego powiedzieć? – Nora pobladła. – Chyba nie musi wiedzieć, że jesteś córką Laurence’a? Nie możesz mu po prostu sprzedać willi i zakończyć temat?

– Nie, mamo. Nie mogę tego tak zostawić. I zamierzam mu powiedzieć prawdę. I tak by się dowiedział, bo jako córka jestem zwolniona z podatku. Poza tym nie zamierzam tak od razu sprzedawać tej posiadłości. Jest coś, co muszę najpierw zrobić.

– Co takiego?

Veronica jej powiedziała.

Serce mu podskoczyło, gdy telefon wreszcie zadzwonił, a gdy Leonardo spostrzegł, kto dzwoni, zaczęło bić w przyspieszonym tempie. Skąd te nerwy? Nie należał przecież do nerwowych osób. Jako sportowiec znany był z tego, że nie wiedział, co to strach czy trema. Z tego powodu prasa ochrzciła go mianem Leo – Lew. Po zakończeniu kariery wybrał na logo swojej firmy właśnie lwa.

– Dziękuję, że pani dzwoni – oznajmił, siadając na skórzanym krześle w swoim gabinecie. Ze wszystkich sił starał się zachować spokój. – Czy matka pomogła pani rozwikłać zagadkę?

– Właściwie tak. – Odpowiedź była krótka i rzeczowa. – Okazało się, że Laurence Hargraves był moim biologicznym ojcem.

Mio Dio! Jak do tego doszło?

– Pan Hargraves przybył do Australii jakieś trzydzieści lat temu, żeby wziąć udział w badaniach nad genetyką na uniwersytecie w Sydney. Dostał służbowe mieszkanie, a moja matka została zatrudniona jako gosposia.

– I co? Mieli romans? – Trudno mu było uwierzyć, by Leonardo zdradził żonę. Był jej niezwykle oddany. Każdy, kto ich znał, widział, że ich miłość była wielka i prawdziwa.

– Nie, nie, nic z tych rzeczy. Moja matka przyznała, że stali się całkiem dobrymi przyjaciółmi w trakcie dwóch lat, gdy dla niego pracowała. Zaprzyjaźniła się także z Ruth. Mówiła, że to była wspaniała kobieta. Nie, nie mieli romansu, nie spędzili ze sobą nawet jednej nocy.

– W takim razie nie rozumiem.

– Mama poddała się zapłodnieniu in vitro. Sądziłam, że moim ojcem jest jakiś ubogi student z Łotwy, który potrzebował pieniędzy, zawsze mi tak mówiła. To było kłamstwo. To Laurence był dawcą nasienia – wyjaśniła.

– Rozumiem… Cóż, to wszystko tłumaczy, oprócz tego, dlaczego Laurence robił z tego tajemnicę.

– Wiedział pan, że jego żona nie mogła mieć dzieci?

– Niezupełnie. Wiedziałem tylko, że nie mają dzieci, ale nie miałem pojęcia, dlaczego. Czy z powodu bezpłodności, czy może ustalili, że nie chcą mieć dzieci. To nie są sprawy, o które można zapytać, żeby nie być posądzonym o wtykanie nosa w nie swoje sprawy. Teraz już wiem, że to Ruth…

– Tak. Mama powiedziała, że była obciążona genetycznie ciężkim przypadkiem raka, przez którego straciła wszystkich bliskich. Postanowiła nie przekazywać wadliwych genów dalej i poddała się usunięciu macicy. Poznała Laurence’a i zakochali się w sobie. Powiedział mojej matce, że nie przejmował się brakiem dzieci, bo wystarczała mu miłość do Ruth. I oczywiście do pracy. To właśnie praca była powodem, dla którego zdecydował się zostać moim biologicznym ojcem.

– Praca była powodem? – Leonardo nic z tego nie rozumiał.

– Tak. Kiedy mama mu wyznała, że zamierza się poddać zapłodnieniu in vitro, pomyślał, że to dobra okazja do badań.

– Jak to?

– Uważał, że w zasadzie mało się wie o nasieniu dawcy. Owszem, można wybrać z katalogu przystojnego wysokiego bruneta, ale niesie to za sobą zbyt wielkie ryzyko. Nigdy nie wiadomo, na jakiego dawcę się trafi, z jakimi obciążeniami. Dlatego zaproponował nasienie sprawdzone i pewne.

– Swoje – podsumował Leonardo.

– Tak. Kiedy mama odmówiła, zaczął się z nią kłócić. Uznał, że będzie głupia, jeśli odmówi, że nie powinna marnować takiej szansy.

– Laurence potrafił być przekonujący, kiedy na czymś mu zależało. Mnie namówił na muzykę klasyczną i operę, choć na początku zapierałem się, że ich nienawidzę. Miał rację. Teraz uwielbiam operę. Wyobrażam sobie, co mówił twojej matce. Pewnie tłumaczył, że to dla dobra dziecka, żeby czasem nie było obciążone jakimiś złymi genami. Ale co z Ruth? Domyślam się, że nic nie wiedziała?

– Zgadza się. Laurence nalegał, żeby to utrzymać w sekrecie. Twierdził, że jego żonie byłoby bardzo przykro, gdyby się dowiedziała. Przecież to z jej powodu nie mogli mieć dzieci. Mama przyrzekła, że w akcie urodzenia wpisze „ojciec nieznany”.

– To było trochę bezduszne ze strony Laurence’a.

– Też tak uważam. Mama twierdzi, że nie, ale ja się z nią nie zgadzam. W porządku, kupił jej dom, w którym wciąż mieszkamy. Wielka mi rzecz! Musiała żyć z zasiłku, zanim poszłam do szkoły. Dopiero wtedy mogła wrócić do pracy. Rozumiem, że nie chciał martwić żony, ale dlaczego nie skontaktował się z mamą po jej śmierci? Dlaczego pozwolił, bym go odnalazła, gdy jest już za późno?

– Przykro mi, nie potrafię odpowiedzieć na te pytania, panno Hanson – oświadczył z żalem. – Jestem tak samo zakłopotany i zaskoczony jak pani. Przynajmniej zostawił pani willę.

– Tak. Myślałam o tym. Dlaczego w ogóle coś mi zapisał? Dlaczego akurat dom? Musiał mieć jakiś powód. Był wybitnie inteligentny i na pewno miał w tym jakiś cel.

– Może po prostu chciał pani zostawić coś wartościowego.

– To dlaczego nie zapisał mi pieniędzy? Z jego testamentu wnioskuję, że miał ich dużo.

– Przyznaję, że też się nad tym zastanawiam, panno Hanson.

– Och, proszę mnie tak nie nazywać. Na imię mam Veronica.

– Bardzo dobrze, Veronico. W takim razie mów mi Leonardo albo Leo, jak wolisz. Wiem, że Australijczycy lubią krótkie formy.

– Wolę Leonardo. Brzmi bardziej… włosko.

– Jestem Włochem – zaśmiał się.

– Mówisz pięknie po angielsku.

Grazie.

– Ja też dziękuję. A teraz… podjęłam decyzję w sprawie willi. Doceniam twoją propozycję kupna. I zamierzam ci sprzedać posiadłość. Ewentualnie. Najpierw jednak chcę tam pojechać i pomieszkać jakiś czas. Nie za długo, ale wystarczająco, bym się mogła dowiedzieć wszystkiego o moim ojcu.

 

ROZDZIAŁ CZWARTY

Veronica czuła, jak żołądek wibruje jej z emocji, gdy prom opuścił Sorrento i ruszył w dwudziestominutową drogę na Capri. Dzień był wspaniały, bez jednej chmurki na niebie, za to z łagodnie szumiącym morzem.

Dwa tygodnie zajęło jej przygotowanie podróży. Nie chciała zostawić swoich pacjentów bez słowa wyjaśnienia, dlatego skontaktowała się z każdym i wytłumaczyła, że potrzebuje wakacji. Oczywiście, nie pisnęła ani słowa, co się kryje za wycieczką do Włoch. Wszyscy przyjęli jej decyzję ze zrozumieniem, sądząc, że ich ulubiona fizjoterapeutka wciąż opłakuje śmierć Jerome’a. Tak, opłakiwała. Kiedyś. Ale już nigdy więcej. Poznanie tożsamości biologicznego ojca było dla niej szokiem, ale jednocześnie dało jej impuls, żeby przestać się zachowywać jak pogrążona w żałobie wdowa. Dlatego zakupiła nowe kolorowe ubrania, które poważnie nadszarpnęły jej oszczędności, ale przecież nie mogła pojechać na słoneczną wyspę w swoich ponurych i ciemnych sukienkach.

Za nic na świecie nie chciała przyznać, że jej wysiłek, by zmienić swój image miał cokolwiek wspólnego z Leonardem Fabrizzim. Był miły przez telefon, ale nie miała złudzeń, że wciąż jest playboyem. Z ciekawości prześledziła strony w internecie, gdzie pełno było jego zdjęć. Odkąd pożegnał się ze sportem, zaczął robić spektakularną karierę w modzie. Jego butki były we wszystkich stolicach Europy i nikt nie nazywał ich sklepami, tylko właśnie butikami, podkreślając, że ubrania w nich sprzedawane są dla zamożnej i ekskluzywnej klienteli. Poza działalnością biznesową prowadził też bujne życie towarzyskie. Jego imię łączone było z wieloma pięknymi kobietami reprezentującymi typ szczególnie pociągający dla znanych sportowców. Modelki, aktorki, dziedziczki fortun… I tak przez lata. Natura ciągnie wilka do lasu. Leo – Lwa również.

Umówili się, że będzie na nią czekał w porcie i zaprowadzi prosto do willi, która, jak się dowiedziała, położona była ponad Hotelem Fabrizzi, prowadzonym przez rodziców Leonarda od przeszło dekady.

Przeglądając różne strony w internecie, dowiedziała się, że jego dziadek zaraz po wojnie założył przynoszącą ogromne zyski manufakturę włókienniczą. Miał dwóch synów, Stephana i Alberta. Nie dowiedziała się, co się stało po śmierci dziadka, ale też nie szukała informacji zbyt wnikliwie. W końcu przybywała na Capri, żeby poznać historię swojego ojca, a nie rodziny Leonarda. Już wkrótce wszystkiego się dowie. Jak wyglądał jej ojciec, co lubił, jaki był.

Nie czuła już złości do matki. Co się stało, to się stało. Nie było sensu do tego wracać. Jedynym winnym był Laurence. Wciąż miała mu za złe, że nie próbował skontaktować się z nią wcześniej. Jeśli chciał zachować sekret, po co zostawił jej dom? To ją najbardziej intrygowało. Dlaczego zapisał jej dom? Dlaczego, tato? Dlaczego?

Ze zdumieniem spostrzegła, że nazywa go ojcem. Nigdy nie myślała w ten sposób o studencie z Łotwy. Zawsze był dawcą, a nie żywym człowiekiem. Nigdy się nie zastanawiała, jaki był. Co innego Laurence Hargraves. On był prawdziwy.

Leonardo nie czekał na nią w porcie. Zamiast niego pojawił się mężczyzna w średnim wieku, z kartką w dłoniach, na której widniało jej nazwisko. Wyglądał na rdzennego Włocha, z czarnymi kręconymi włosami i ciemnymi oczami. Sprawiał wrażenie zaniepokojonego, dopiero gdy Veronica podeszła do niego i przedstawiła się, jego twarz rozjaśnił uśmiech.

– Signora Hanson – zawołał z silnym włoskim akcentem. – Jestem Franco. Jest pani molto bella. Leonardo powinien był mi powiedzieć.

Veronica odwzajemniła uśmiech. Nie znała włoskiego, ale potrafiła rozpoznać komplement.

– Gdzie jest Leonardo? – spytała, nieco rozczarowana, że jej nie powitał.

– Prosił, by przekazać, że jest mu przykro. Zatrzymały go interesy. Przyleci wkrótce.

– Przyleci? Przecież na Capri nie ma lotniska.

– Jest lądowisko dla helikopterów w Anacapri. Mam panią zabrać na wycieczkę, a potem przyprowadzić na spotkanie z nim. Wezmę bagaż.

Veronica nie miała serca, by mu powiedzieć, że nie ma ochoty na zwiedzanie, więc uśmiechnęła się i rzekła uprzejmie „z przyjemnością”, po czym usiadła na tylnym siedzeniu długiego żółtego kabrioletu, który wyglądał jak relikt ze wczesnych filmów Elvisa Presleya. Mina jeszcze bardziej jej zrzedła, gdy już po minucie musiała związać włosy w kucyk. Bryza od morza w połączeniu z pędem powietrza podczas jazdy nie służyła puszczonym luźno kosmykom. Starała się cieszyć widokami, ale nie była w nastroju. Czekała na spotkanie z Leonardem, a spotkał ją dotkliwy zawód. Grzecznie, ale stanowczo nie zgodziła się na wizytę w Lazurowej Grocie, wspominając, że kiedy była na Capri, przewodnik pokazywał jej to miejsce.

– Jest tłoczniej, niż pamiętam – stwierdziła, widząc szereg łódek, które czekały na wpłynięcie do słynnej jaskini.

– Tak, zbyt tłoczno. Pod koniec września jest lepiej. Będzie tu pani wtedy?

– Niestety nie. – Wrzesień dopiero się zaczął, a ona miała wracać za trzy tygodnie.

Kiedy już się uporała z rozczarowaniem spowodowanym nieobecnością Leonarda, wycieczka zaczęła ją cieszyć. Franco był sympatycznym przewodnikiem, z wiedzą człowieka, który urodził się i wychował na wyspie. Okazało się, że był mężem starszej siostry Leonarda, Eleny. Mieli troje dzieci, chłopca i dwie dziewczynki.

Zastanawiała się, czy szwagier powiedział mu, że jest córką Laurence’a. Zapewne jeszcze nie, uznała, z trudem powstrzymując pytania cisnące się na usta. Chciała jak najwięcej dowiedzieć się o ojcu. Może innego dnia…

Wreszcie, po otrzymaniu wiadomości tekstowej, Franco ruszył na lądowisko do Anacapri. Choć Veronica powtarzała sobie, że nie ma powodu do zdenerwowania, serce zabiło jej szybciej. Kiedy dotarli na miejsce, z ociąganiem opuściła pojazd, serwując sobie upomnienia i przestrogi.

Tak, jest bardzo przystojny, ale to playboy, Veronico. Notoryczny. Nie zapominaj o tym. Zachowaj spokój, gdy spotkasz się z nim twarzą w twarz. Nie pozwól, na litość boską, żeby jego atrakcyjny wygląd i urok oderwały cię od celu podróży. Przyjechałaś tu, żeby dowiedzieć się czegoś o ojcu, a nie trzepotać rzęsami przed Leonardem Fabrizzim.

Helikopter zbliżał się do stałego lądu. Był czarny z czerwonymi napisami i przyciemnianymi szybami. Veronica, obserwowała maszynę, przysłaniając oczy rękę, choć nosiła okulary przeciwsłoneczne. Gdy helikopter wylądował, omiótł ją mocny podmuch wiatru od pracującego śmigła. Dzięki Bogu, założyła nowe białe dżinsy, a nie lekką sukienkę. Wreszcie hałas silnika ustał, drzwi się otworzyły i wyskoczył z nich wysoki czarnowłosy mężczyzna w jasnoszarym garniturze i białej koszuli z rozpiętymi górnymi guzikami.

Veronica natychmiast rozpoznała Leonarda, pomimo włosów, które dawniej nosił skandalicznie długie, a teraz obcięte były krótko. Pasowała mu nowa fryzura, odsłaniała piękne rysy twarzy, męską, silną linię szczęki. Wyglądał jeszcze lepiej niż na zdjęciach. Kiedy szedł w jej stronę, przyszło jej do głowy, że jest nie tylko typowym przystojniakiem. Było w nim coś jeszcze, coś, co sprawiało, że jej serce rozpoczęło galopadę. Sposób, w jaki się poruszał, w jaki patrzył. Niesamowita mieszanka arogancji, pewności siebie i seksapilu.

Czy działał tak na wszystkie kobiety? – zastanawiała się. Możliwe! Na pewno!

– Veronica? – spytał.

Uśmiechnęła się z trudem.

– Tak.

– Powinienem był się domyśleć, że jesteś piękna. Laurence był bardzo przystojnym mężczyzną. Witamy na Capri – dodał, robiąc krok do przodu i obejmując ją mocnym, włoskim uściskiem.

Czuła, jak topnieje w jego silnych ramionach. Zrobiło jej się gorąco na całym ciele.

– O jej! – zawołała, uwalniając się w objęć. Twarz jej płonęła. – Zapomniałam, że Włosi są bardzo wylewni i bezpośredni.

Leonardo uniósł brwi.

– Nie przytulacie się na powitanie w Australii?

– Owszem, ale dotyczy to bliskich osób, przyjaciół.

– Dziwne. Jeśli przekroczyłem dopuszczalne granice, to przepraszam. Chodź. Jest za gorąco, żeby stać tu w pełnym słońcu. – Wziął ją za łokieć i poprowadził do samochodu, gdzie czekał Franco. Nie chciała wyszarpywać ramienia, żeby nie wyjść na nieuprzejmą. I żeby się nie zdradzić, że jego bliskość jest dla niej oszałamiająca. Zachowywał się jak dżentelmen i na pewno nie miał pojęcia, jak na nią działa.

– Nie masz żadnego bagażu? – spytała, gdy otwierał tylne drzwi.

– Nie potrzebuję. Mam ubrania w hotelu rodziców. Moje wakacyjne ubrania, jak je nazywam. Żadne biznesowe garnitury nie są tu potrzebne, prawda Franco? – zawołał, wsiadając za nią do samochodu.

Si, Leo. Gdy tu przyjeżdżasz, stajesz się innym człowiekiem.

– Opiekowałeś się naszym gościem? Pokazałeś jej najsłynniejsze miejsca?

Si, ale Veronica nie chciała płynąć do Lazurowej Groty.

– Widziałam ją wcześniej – pospieszyła z wyjaśnieniem Veronica. – Byłam tu już kiedyś na wycieczce. To piękna jaskinia, ale nie chciało mi się czekać w kolejce, żeby znów ją zobaczyć.

Leonardo kiwnął głową.

– To zrozumiałe. Tak naprawdę, tylko z powietrza można dobrze zwiedzić wyspę. Zabiorę cię jutro helikopterem.

– Nie musisz, nie rób sobie kłopotu, naprawdę – zaczęła protestować.

– Ależ ja chcę. Spodoba ci się, zobaczysz. Jedziemy, Franco. Jestem pewien, że Veronica nie może się już doczekać, żeby zobaczyć willę ojca.

Dobry Boże, pomyślała, gdy samochód ruszył. Willa jej ojca. Przyczyna, dla której się tu znalazła. I ostatnia rzecz, którą miała w głowie, od kiedy nieziemsko przystojny Leonardo Fabrizzi wysiadł z helikoptera.

Leonardo, siedząc na tylnym siedzeniu, starał się zachowywać naturalnie, a nie jak facet, który uważa dziewczynę znajdującą się obok za bardzo atrakcyjną. Ciekawe, bo akurat nie był w nastroju. Jeszcze tego ranka uznał, że płeć przeciwna to same kłopoty. Winny był jednak coś przyjacielowi i dlatego postanowił zaopiekować się jego córką. Niestety posiadała wszystkie te zalety, którym trudno się było oprzeć. Uwielbiał wysokie szczupłe brunetki, zwłaszcza te o długich włosach. Wyobrażał sobie, że pukle uwolnione z kucyka opadłyby dziewczynie kaskadą na plecy, tworząc piękną oprawę dla owalnej twarzy, o porcelanowej skórze i wydatnych ustach. Cóż za pokusa. A on nie należał do świętych. Pocieszał się, że być może, gdy Veronica zdejmie okulary, okaże się, że ma małe oczka i garbaty nos, choć szczerze w to wątpił. Oczy Laurence’a były jego wielkim atutem, nos zaś był wyjątkowo kształtny. Jeśli córka odziedziczyła po nim i te zalety, to jest skończoną pięknością.

Oprócz tego z pewnością posiadała błyskotliwy umysł. Godziny spędzone z jej ojcem były dla niego najprzyjemniejszym czasem w dorosłym życiu. Uwielbiał jego towarzystwo, wiedzę, inteligencję i poczucie humoru. Każdego dnia brakowało mu starego przyjaciela.

– Przepraszam, że nie przywitałem cię w porcie – powiedział. – Miałem niespodziewane problemy w butiku w Rzymie i musiałem działać.

– Coś poważnego?

– Tak i nie. Menedżerka… jak to się mówi… ma lepkie palce.

– To okropne. Kazałeś ją aresztować?

Śmiech Leonarda był cierpki.

– Chciałem, ale zagroziła, że zrujnuje mnie, jeśli to zrobię – wyznał szczerze.

– Jak mogłaby cię zrujnować?

– Może „zrujnować” to nieodpowiednie słowo. Zagroziła, że oskarży mnie o molestowanie seksualne. Musiałem jej zapłacić i odeszła po cichu, choć nie jestem pewien, czy zachowa milczenie. Zawsze może coś o mnie napisać na portalach społecznościowych.

– Co na przykład?

– Może napisać, że zaproponowałem jej seks za pracę.

– Ale to byłoby oszczerstwo. Na to są paragrafy.

– Problem w tym, że z nią spałem – przyznał. – Raz. To był błąd, ale cofnąć już tego nie można.

– Rzeczywiście.

Leonardo zwrócił uwagę na jej suchy ton. Na pewno miała go za playboya. I nie ona jedna. Nie był jednak taki najgorszy. Starał się nie ranić uczuć kobiet, ale niestety płeć przeciwna często myliła pożądanie z miłością. Zerknął na Veronicę, zastanawiając się, czy ona zalicza się do tego typu.

– Nie przyszło mi do głowy, żeby spytać przez telefon, czy masz kogoś – stwierdził.

Rozmawiali o sprawach zawodowych, ale nie tknęli prywatnych. Opowiedział jej o swojej firmie sportowej, ona zaś przyznała, że pracuje jako fizjoterapeutka w domu, zazwyczaj ze starszymi pacjentami. Leonardo miał wrażenie, że na Capri przyjedzie bezbarwna stara panna. Teraz widział, jak bardzo się pomylił. Ta piękna kobieta musiała mieć bogate życie miłosne.

 

– Nie – odparła po chwili wahania. Jej twarz nie zdradzała żadnych emocji. – Nie w tym momencie. Nie na poważnie, w każdym razie – dodała z kpiącym uśmiechem.

– Aha, lubisz skakać z kwiatka na kwiatek.

Roześmiała się głośno.

– Chyba nie masz nic przeciwko temu?

Oczywiście, że nie miał. Do tego stopnia, że zapomniał, co ślubował sobie rano. Świadomość, że będzie mógł spędzić z tą uroczą damą więcej czasu, bardzo mu się podobała.

– Jesteśmy na miejscu – zaanonsował Franco, wjeżdżając na podjazd Hotelu Fabrizzi.

– I co myślisz, Veronico? Czyż to nie piękne miejsce? – spytał, wpatrując się w nią.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?