Willa na Capri

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Miranda Lee
Willa na Capri

Tłumaczenie:

Ewa Pawełek

PROLOG

Laurence pokręcił głową, czytając raport drugi raz. Czuł się sfrustrowany i zawiedziony. Zakładał, że jego córka będzie już mężatką. Mężatką z dziećmi. W końcu miała dwadzieścia osiem lat. Poza tym była piękna. Bardzo piękna. Jego oczy spoczęły na zdjęciu, umieszczonym w raporcie. Serce przepełniała mu duma, że oto stworzył tę cudowną istotę. Cudowną, ale bezdzietną. Cóż za marnotrawstwo doskonałych genów. Wzdychając, powrócił do czytania. Trzy lata temu Veronica była zaręczona z lekarzem, którego poznała w szpitalu dziecięcym. Ona pracowała tam jako fizjoterapeutka, a on był chirurgiem ortopedą. Niestety, zginął w wypadku motocyklowym na dwa tygodnie przed ślubem. Po tym wydarzeniu, nic nie wskazywało na to, by Veronica z kimś się spotykała. Nie miała nawet zbyt wielu przyjaciół. Stała się odludkiem, wciąż mieszkała z matką i zajmowała ją wyłącznie praca.

Laurence rozumiał, czym jest żałoba. Był zdruzgotany, gdy jego ukochana żona zmarła kilka lat temu i to nie z powodu raka, czego oboje się spodziewali, bo była obciążona genetycznie, ale po wylewie. Wycofał się wtedy z życia publicznego i najczęściej przebywał w letnim domu, który kupili razem na Capri. Nawet przez myśl mu nie przeszło, żeby spojrzeć na inną kobietę. On jednak miał wtedy siedemdziesiąt dwa lata, a nie dwadzieścia. Na litość boską, jego córka była za młoda, by do końca życia tkwić w żałobie. Poza tym nie będzie młoda wiecznie. Mężczyźni mogą zostać ojcami w każdym wieku, a kobieta ma w sobie biologiczny zegar, który bezlitośnie tyka.

Jako genetyk Laurence wiedział wszystko o ludzkim ciele i genach. Dogłębna wiedza w tym temacie była przyczyną, dla której zdecydował się ofiarować nasienie matce Veroniki. Ten gest podyktowany był bardziej pychą niż dobrocią. Męskim ego. Nie chciał umierać, nie pozostawiając po sobie na świecie swych fantastycznych genów.

Laurence znów pokręcił głową. Skrucha i poczucie winy przeniknęły jego duszę. Powinien był skontaktować się z córką po śmierci Ruth. Byłby przy niej po śmierci narzeczonego. Teraz już przepadło, przyznał żałośnie. Umierał, jak na ironię, na raka. Raka wątroby. Było już za późno, żeby cokolwiek zrobić. Prognozy nie były dobre. Zaawansowany nowotwór wątroby nie znał przebaczenia, ale o to mógł obwiniać tylko siebie. Po śmierci Ruth pił zbyt dużo i zbyt długo.

– Pukałem – usłyszał męski głos. – Nie odpowiedziałeś.

Laurence podniósł wzrok i uśmiechnął się.

– Leonardo! Jak miło cię widzieć – zawołał. – Co cię sprowadza do domu tak szybko po ostatniej wizycie?

– Jutro są siedemdziesiąte piąte urodziny ojca – odparł, siadając przy wyjściu na taras w blasku popołudniowego słońca i spoglądając na migoczące fale Morza Śródziemnego. – Dio, Laurence. Ale z ciebie szczęściarz, że możesz się cieszyć takim widokiem.

Laurence popatrzył na gościa z aprobatą. Leonardo świetnie wyglądał. Przystojny, wysportowany, pełen życia trzydziestodwulatek o licznych talentach, któremu nie potrafiła się oprzeć żadna kobieta.

Mamma powiedziała, że zaprosiła cię na przyjęcie, ale odmówiłeś. Podobno jutro musisz wracać do Anglii, żeby zobaczyć się z lekarzem.

– Tak, zgadza się. Wątroba nie daje mi spokoju – przyznał, uciekając wzrokiem.

– Wyglądasz trochę niezdrowo. To coś poważnego?

Laurence wzruszył ramionami.

– W moim wieku wszystko jest poważne. To co? Przyszedłeś na partyjkę szachów, posłuchać dobrej muzyki czy znowu chcesz kupić mój dom?

Leonardo roześmiał się.

– A jak interesują mnie wszystkie trzy tematy?

– Możesz próbować. Jeśli jednak chodzi o sprzedaż domu, odpowiedź będzie taka jak zawsze. Będziesz mógł go kupić po mojej śmierci.

Leonardo spojrzał na niego z niepokojem, a choć silił się na humor, ogarnął go strach.

– W takim razie mam nadzieję, że stanie się to dopiero za ładnych parę lat, przyjacielu.

– Miło, że tak mówisz. Mam otworzyć butelkę wina czy nie? – spytał, podnosząc się z krzesła. W ręku wciąż trzymał raport przygotowany przez detektywa.

– Jesteś pewien, że to rozsądne, zważywszy na okoliczności?

Uśmiech Laurence’a był cierpki.

– Nie sądzę, by lampka wina lub dwie coś zmieniły w mojej sytuacji.

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Veronica z uśmiechem odprowadziła do drzwi ostatniego klienta. Duncan liczył sobie osiemdziesiąt cztery lata i był jej ulubieńcem. Choć potwornie dokuczała mu rwa kulszowa, nigdy nie narzekał, wzbudzając tym jej wielki podziw.

– Za tydzień o tej samej porze?

– Nie mogę, złociutka – odparł z żalem. – Żałuję, bo twoje zabiegi bardzo mi pomagają, ale moja wnuczka kończy dwadzieścia jeden lat i w przyszłym tygodniu lecę do Brisbane, na przyjęcie. Sądzę, że zostanę tydzień lub dwa u syna. Zadzwonię do ciebie, gdy wrócę.

– Oczywiście. W takim razie, miłego pobytu.

Obserwowała Duncana przez okno, jak powłócząc nogami, szedł ulicą w stronę małego domku, w którym mieszkał. Zajmowała się głównie miejscowymi starszymi ludźmi, cierpiącymi na różne dolegliwości, ale zdarzali się także studenci z pobliskiego Uniwersytetu w Sydney – młodzi mężczyźni grający w rugby albo piłkę nożną, którzy u niej szukali pomocy po rozmaitych kontuzjach.

Tak naprawdę, zdecydowanie wolała starszych pacjentów. Przynajmniej nie próbowali jej uwodzić. Nie, żeby miała z tym jakiś problem. Musiała sobie radzić z męską adoracją, od kiedy przestała być dzieckiem. Takie były skutki posiadania nieprzeciętnej urody. Miała świadomość, że została obdarzona przez naturę pięknymi rysami twarzy, ciemnymi falującymi włosami, dobrą cerą i wielkimi fiołkowymi oczami. Jerome nazywał ją naturalną pięknością.

Jerome… Veronica zamknęła oczy na kilka sekund, próbując wymazać wszystkie myśli o tym mężczyźnie z głowy. Nie było to jednak możliwe. Jego nagła śmierć była już dostatecznym ciosem, ale to, czego się później dowiedziała, zdruzgotało ją całkowicie. Wciąż nie mogła uwierzyć, że okazał się taki podły. Powinna być ostrożniejsza, zwłaszcza po tym, co wycierpiała jej matka z powodu męża. A jednak, dorastając, nie przejęła cynizmu matki. Lubiła mężczyzn i podziwiała ich, ze świadomością, że nie wszyscy mają dobre zamiary. Kiedy jakiś chłopak, z którym chodziła, zaczynał przekraczać granice, szybko kończyła znajomość. Nie była pruderyjna, ale nie mogła znieść facetów, którzy lekceważyli ważne dla niej zasady, którzy jej nie szanowali, byli bezduszni albo po prostu bezmyślni. Wyobrażała sobie, że jej idealny mężczyzna, taki, którego mogłaby poślubić, będzie mądry i oczywiście przystojny, ale przede wszystkim uczciwy, wierny i godny zaufania. W końcu miałby być nie tylko jej mężem, ale także ojcem jej dzieci. Przynajmniej czwórki. Kiedy poznała Jerome’a, była przekonana, że będzie doskonałym mężem i ojcem. Tak bardzo się pomyliła.

Zacisnęła zęby, idąc korytarzem w stronę kuchni. Życie osobiste okazało się porażką. Musiała pożegnać się z marzeniami o szczęśliwej rodzinie, ale na szczęście wciąż miała pracę, którą lubiła i która dawała jej wiele satysfakcji.

Zaczęła wlewać wodę do czajnika, gdy nagle zadzwonił telefon. Podejrzewała, że to pewnie któryś z pacjentów chce się umówić na kolejną wizytę. Wyjęła komórkę z kieszeni.

– Tak? – odezwała się, może nieco ostrzejszym tonem niż zazwyczaj. Wspominanie Jerome’a popsuło jej nastrój.

– Czy rozmawiam z panną Veronicą Hanson? – spytał ktoś męskim, głębokim głosem z ledwie wyczuwalnym włoskim akcentem.

– Tak, słucham.

– Nazywam się Leonardo Fabrizzi.

W tym momencie Veronica o mało nie upuściła telefonu. To przecież nie mógł być ten Fabrizzi. Jak wielu Włochów mogło nosić to nazwisko?

– Leonardo Fabrizzi? Słynny narciarz? – wypaliła, zanim zdążyła pomyśleć.

Po drugiej stronie słuchawki zapadła głucha cisza.

– Zna mnie pani? – spytał wreszcie.

– Nie, nie – zaprotestowała szybko, bo przecież go nie znała. Raz jeden spotkała go w swoim życiu. Było to kilka lat temu, na przyjęciu, w Szwajcarii. Nie zostali sobie przestawieni, więc nie mógł jej pamiętać, ale ona od razu zwróciła na niego uwagę. Był w tamtym czasie bardzo sławny. Faworyt mistrzostw świata w narciarstwie zjazdowym, cieszący się reputacją człowieka skłonnego do brawury zarówno na stokach, jak i w życiu. Playboy, o czym przekonała się tamtej nocy, wciąż drżąc na wspomnienie, że o mało nie stała się jego kolejną zdobyczą. – Słyszałam o panu. Jest pan sławny w środowisku narciarskim, a ja lubię jeździć na nartach.

Mało powiedziane. Miała obsesję na punkcie tego sportu.

– Już nie jestem zawodowym sportowcem – odparł szorstko. – Rzuciłem sport jakiś czas temu i teraz zajmuję się własnym biznesem.

– Rozumiem. – Nie jeździła na nartach od śmierci Jerome’a. Zainteresowanie sportem i innymi rzeczami umarło wraz z mężczyzną, którego planowała poślubić. – A więc, w czym mogę pomóc, panie Fabrizzi?

Przyszło jej do głowy, że może przyjechał do Australii w sprawach służbowych i potrzebuje masażu po długim locie. Pewnie szukał fizjoterapeutów przez internet i wyskoczyła mu jej strona.

– Bardzo mi przykro – zaczął poważnym tonem – ale mam dla pani smutne wieści.

– Smutne? O co chodzi?

– Laurence nie żyje – oświadczył panuro.

– Laurence? Jaki Laurence?

– Laurence Hargraves.

– Przepraszam, ale nic mi to nie mówi.

– Jest pani pewna? – dopytywał.

– Absolutnie.

 

– To dziwne, bo wiele pani dla niego znaczyła. Jest pani jedną z beneficjentek jego testamentu.

– Co takiego?

– Laurence coś pani zapisał. – Zrobił pauzę. – Willę na Capri.

– Słucham? To nonsens! To jakiś żart, tak?

– Zapewniam panią, że to nie żart. Jestem wykonawcą testamentu Laurence’a i kopia dokumentu leży teraz przede mną. To pani jest Veronicą Hanson, która mieszka w Glebe Point Road, w Sydney, a teraz jest pani również właścicielką pięknej willi na Capri.

– Boże! To niewiarygodne.

– Zgadzam się. Byłem bliskim przyjacielem Laurence’a, ale nigdy o pani nie wspominał. Może był dla pani jakimś dalekim krewnym? Wujem albo kuzynem?

– To niewykluczone, choć mało prawdopodobne – odparła. Jej matka była jedynaczką, a ojciec pewnie nawet nie wiedział o jej istnieniu. Był ubogim studentem z Łotwy, który sprzedał swoje nasienie. W metryce miała wpisane „ojciec nieznany”. – Muszę spytać mamę, może ona coś będzie wiedziała.

– Muszę przyznać, że to zagadkowa sprawa. Może Laurence był kiedyś pani pacjentem albo rodziną pacjenta. Pracowała pani kiedykolwiek w Anglii? Laurence mieszkał tam przez większość życia, dopiero na emeryturę przeniósł się na Capri.

– Nie, nigdy tam nie byłam. – Na Capri pojechała tylko raz, wiele lat temu jako turystka. Podziwiała wtedy te wszystkie piękne wille położone na wzgórzach i zastanawiała się, jak by to było mieszkać w jednej z nich. Teraz zaś zastanawiała się, czy Leonardo Fabrizzi był nadal playboyem. A cóż mnie to obchodzi, upomniała się w myślach.

– W każdym razie, willa należy do pani, jak tylko podpisze pani dokumenty i opłaci podatek.

– Podatek?

– Tak, od spadku. Nie będzie tani. Ponieważ nie jest pani związana pokrewieństwem, wyniesienie osiem procent od wartości willi.

– To znaczy?

– Posiadłość jest warta jakieś trzy, cztery miliony euro.

– Boże! – Oczywiście miała oszczędności, ale osiem procent od czterech milionów to majątek, którym nie dysponowała.

– Jeśli to problem, mogę pani pożyczyć pieniądze – zaoferował. – Odda mi pani, kiedy sprzeda posiadłość.

– Mógłby pan? Wydaje mi się, że to zajmie trochę czasu, zanim uda mi się znaleźć kupca.

– Ja chciałbym kupić willę. Często odwiedzałem Laurence’a i pokochałem to miejsce.

Choć Veronica powinna być zadowolona z takiego rozwiązania, to z jakiegoś powodu wzbraniała się przed powiedzeniem „tak, byłoby cudownie, zróbmy to”.

Musiał wyczuć jej wahanie, choć nie rzekła słowa.

– Jeśli boi się pani, że będę chciał ją oszukać, to może pani zlecić komuś wycenę. Z przyjemnością zapłacę, ile pani zechce. W gotówce – dodał.

Veronica nigdy nie czuła się dobrze w towarzystwie ludzi, którzy chełpili się bogactwem. Rodzice Jerome’a byli bardzo zamożni i nigdy nie pozwolili jej zapomnieć, że jest szczęściarą, skoro może poślubić ich jedynego syna.

Rzeczywiście, na stypie się przekonała, jak wielką jest szczęściarą. Jakby nie dość wycierpiała.

– Może musi pani sobie to wszystko przemyśleć – kontynuował Włoch. – Wyobrażam sobie, że taka wiadomość musiała być szokiem.

– Bardziej niespodzianką niż szokiem.

– Ale chyba przyjemną niespodzianką? – podsunął. – Ponieważ nie znała pani Laurence’a, jego śmierć nie mogła pani zasmucić.

– To prawda.

– Mam nadzieję, że nie uzna mnie pani za nieuprzejmego, panno Hanson, ale zauważyłem datę pani urodzin na dokumencie. Wiem, że kobiety nie lubią mówić o swoim wieku, ale proszę potwierdzić, czy się zgadza – poprosił i przeczytał dane.

– Zgadza się, choć nie mam pojęcia, skąd ten Laurence o tym wiedział.

– Ma więc pani dwadzieścia osiem lat.

– Tak.

– Jest pani zodiakalnym bliźniakiem.

– Tak, choć chyba nietypowym. – Według horoskopu, który kiedyś czytała, jednego dnia miała być radosna i beztroska, a następnego posępna i refleksyjna. Może kiedyś tak było, ale teraz rzadko bywała radosna. – Wierzy pan w horoskopy?

– Oczywiście, że nie. Człowiek sam jest panem swojego przeznaczenia – oświadczył, po czym wrócił do tematu. – To ciekawe, że nigdy nie słyszała pani o Laurensie.

– Sama nie wiem, co myśleć. Mogę panu zadać kilka pytań?

– Oczywiście.

– Ile lat miał mój ofiarodawca?

– Nie jestem pewny, ale zbliżał się do osiemdziesiątki. Miał siedemdziesiąt, gdy zmarła jego żona, a to było już jakiś czas temu.

– Miał dzieci?

– Nie.

– Rodzeństwo?

– Nie.

– Na co zmarł?

– Atak serca. – Westchnął ciężko. – Autopsja wykazała, że chorował także na raka. Na tydzień przed śmiercią powiedział mi, że wybiera się do Londynu, do lekarza. Wcześniej udał się do notariusza sporządzić testament. Zmarł zaraz potem.

– Co za nieszczęście.

– A może łaska. Rak był w końcowym stadium – powiedział ze smutkiem.

Veronica poczuła do niego cień sympatii, najwyraźniej był mocno związany z jej hojnym ofiarodawcą. Może źle go oceniła? Może się zmienił? W końcu minęło kilka lat od tamtej nocy, gdy zaproponował, by dołączyła w sypialni do niego i uwieszonej na nim blondynki. Nie, tacy mężczyźni się nie zmieniają. Bawidamek zostanie bawidamkiem.

– Jeśli da mi pani swój adres mejlowy, wyślę kopię testamentu. Jeśli to pani odpowiada, zadzwonię jutro o tej samej porze i porozmawiamy. Odpowiada to pani?

– Niezupełnie. – Razem z matką w sobotnie wieczory chodziła na kolację do wietnamskiej restauracji. – Która godzina jest teraz we Włoszech? Jest pan we Włoszech, prawda?

– Tak, w Mediolanie, w moim biurze. Jest dziewiąta dwadzieścia.

Mówił naprawdę piękną angielszczyzną, delikatny akcent tylko dodawał mu uroku.

– Chciałabym najpierw porozmawiać z matką, spytać, czy zna Laurence’a Hargravesa. Może ona wyjaśni tę zagadkę. W każdym razie nie widzę problemu, żeby sprzedać panu posiadłość. Miło byłoby posiadać wakacyjny dom na Capri, ale nie stać mnie na to. Oddzwonię za godzinę, dobrze?

Certo. Będę czekał na telefon, panno Hanson, do usłyszenia.

Rozłączył się, a Veronica została z mętlikiem w głowie. Nagle przyszła jej do głowa myśl, kim może być Laurence Hargraves. Absurdalna i nielogiczna myśl. Nie, to niemożliwe. Mama nie okłamałaby mnie, nie w takiej sprawie.

Wzięła kilka głębokich wdechów i weszła po schodach na piętro, gdzie jej matka miała gabinet. Nora kilka lat temu założyła firmę internetową i pracowała w domu.

– Tak? – rzuciła niecierpliwie, nie odrywając wzroku od ekranu monitora, gdy Veronica weszła do pokoju.

– Mamo, czy nazwisko Laurence Hargraves coś ci mówi? – spytała, podchodząc do biurka.

Veronica nieraz obserwowała, jak ludzie bledną gwałtownie pod wpływem bólu, podczas ćwiczeń, jakby cała krew odpływała z ich twarzy, ale nigdy nie widziała w takim stanie matki. Wszystko było jasne. Nie czuła się nawet zaskoczona, a jedynie rozczarowana. Zagadka została rozwiązana.

– Był moim ojcem, prawda? – stwierdziła ponuro, zanim matka zdążyła potwierdzić.

Nora westchnęła, po czym pokiwała głową ze smutkiem.

– Dlaczego nie powiedziałaś mi prawdy? Dlaczego wciskałaś mi tę bajeczkę o dawcy z Łotwy? Dlaczego po prostu nie przyznałaś się, że miałaś romans z żonatym mężczyzną?

– Nie miałam romansu z Laurence’em – zaprzeczyła. – To nie było tak. Nie rozumiesz – jęknęła, z dłońmi na policzkach i łzami w oczach.

Po raz pierwszy w życiu Veronica nie miała współczucia dla łez matki.

– To mi wyjaśnij – zażądała. – A zwłaszcza, dlaczego nie zdradziłaś mi tożsamości ojca?

– Ja… nie mogłam. Dałam mu słowo.

Veronica nie wierzyła własnym uszom. Dała słowo jakiemuś draniowi, który ją uwiódł i porzucił?

– No cóż, twój drogi Laurence nie żyje, więc teraz możesz wszystko powiedzieć. Pewnie się zdziwisz, gdy powiem, że mój wiarołomny ojciec zostawił mi coś w spadku. Właśnie otrzymałam telefon od wykonawcy testamentu. Jestem właścicielką willi na Capri. Szczęściara ze mnie.

Nora patrzyła na córkę w osłupieniu, mrugając szarymi oczami.

– Ale… ale co z jego żoną?

– Ona też nie żyje. Zmarła kilka lat temu.

– Och…

Veronica skrzyżowała ramiona, z trudem panując nad złością.

– Myślę mamo, że najwyższy czas, żebyś wyznała mi prawdę.

ROZDZIAŁ DRUGI

Leonardo siedział w gabinecie przy biurku, ale nie mógł się skupić. Kim, do diabła, jest Veronica Hanson? I dlaczego Laurence nigdy o niej nie wspomniał? Być może to jakaś cioteczna wnuczka? Ale dlaczego nie zostawił jej pieniędzy, tylko willę, a niemały majątek, obligacje i udziały przekazał na badania nad rakiem? Tajemnicza sprawa. Może matka panny Hanson udzieli jakichś informacji, rozmyślał.

Spojrzał na zegarek. Minęło zaledwie dziesięć minut, od kiedy zakończył rozmowę z Veronicą, musiał więc uzbroić się w cierpliwość, która nigdy nie była jego najmocniejszą stroną. Nie mógł wciąż siedzieć przy biurku, udając, że pracuje. Zdecydował, że pójdzie na kawę. Podniósł się z miejsca, asystentce powiedział, że potrzebuje świeżego powietrza i wyszedł na zewnątrz.

Nie kłamał, naprawdę potrzebował świeżego powietrza. Pannie Hanson przedstawił się jako biznesman, a choć cieszył się z posiadania wiodącej firmy z ubraniami sportowymi, która przynosiła ogromne zyski, to jednak rola właściciela przedsiębiorstwa mu nie wystarczała. Był sportowcem, człowiekiem czynu, a nie gryzipiórkiem. Nienawidził siedzenia przy biurku, papierkowej roboty i nudnych zebrań.

Poczuł się lepiej, gdy znalazł się poza budynkiem. Świeciło słońce i wiał łagodny, ciepły wietrzyk. Mediolan w sierpniu był cudowny, choć oczywiście tłoczny i pełen turystów. Leonardo odetchnął głęboko, po czym skierował kroki do swojej ulubionej kawiarni, która była schowana na końcu bocznej, brukowanej ulicy i do której nigdy nie trafiali hałaśliwi wycieczkowicze. Czekało tam na niego ulubione espresso przy barze, które zawsze wypijał jednym duszkiem. Baristka posłała mu słodki uśmiech, gdy cmoknął z zadowoleniem. Jej wielkie brązowe oczy zalśniły zachęcająco. Była bardzo atrakcyjną dziewczyną, z ciemnymi włosami i oczami, które szczególnie lubił.

– Dziękuję – powiedział, odstawiając pustą filiżankę i uśmiechając się krótko, bez cienia flirtu, żeby nie ośmielić dziewczyny. Mogłaby sobie pomyśleć, że chce od niej czegoś więcej niż kawa.

Był kiedyś czas w jego życiu, gdy nie miał oporów, i już dawno wylądowałby w jej łóżku. Teraz jednak bardziej nad sobą panował. Był również niezwykle ostrożny od czasu, gdy kilka lat temu udało mu się uniknąć małżeństwa z łowczynią fortun. Drżał za każdym razem, gdy przypominał sobie, jak niewiele brakowało, by złączył swe życie z kobietą, której nie kochał.

Teraz też przeszedł go dreszcz. Wracając do biura, rozmyślał przez chwilę o tamtej sprawie. Oczywiście mógł się nie ożenić, nawet gdyby była naprawdę w ciąży, co, jak się okazało, było kłamstwem, ale takie zachowanie nie było w jego stylu. Honor i poczucie odpowiedzialności nie pozwoliłyby mu porzucić kobiety spodziewającej się jego dziecka. Ożeniłby się i pewnie kochał maleństwo, ale nie byłoby to życie, o jakim marzył. Na szczęście do akcji wkroczył jego stryj i zażądał badania u niezależnego lekarza. Ulga, jaką poczuł Leonardo na wiadomość, że jego kochanka nie jest w ciąży, była lekcją, którą dobrze sobie przyswoił. Po tym wydarzeniu nigdy już nie wierzył, gdy dziewczyna mówiła, że bierze pigułki. I zawsze używał prezerwatyw. Zawsze.

Poza tym spotykał się wyłącznie z kobietami zamożnymi, oddanymi własnej karierze, a nie z takimi, które traktowały go jak przepustkę do świata luksusu i bogactwa. Nie zamierzał się żenić do czasu, aż pozna miłość życia, a tej dotychczas nie spotkał. Dziwne, zważywszy na to, jak wiele miał pięknych i mądrych dziewczyn. Żadna jednak nie zdobyła jego serca. Żadna nie obudziła w nim tej dzikiej pasji, która powinna towarzyszyć prawdziwej miłości. Tak, seks z nimi był satysfakcjonujący, ale nie fantastyczny. Nie dało się go porównać z ekscytacją, która towarzyszyła mu na szczytach, gdy sunął po śnieżnych zboczach szybciej niż którykolwiek z jego rywali.

Leonardo westchnął. To były czasy. Czasy, które już nigdy się nie powtórzą. Liczne upadki i kontuzje zmusiły go do przejścia na emeryturę w wielu dwudziestu pięciu lat. Tak, był słynnym narciarzem, jak wspomniała panna Hanson, ale sława przeminęła, a życie trwało dalej. Od kiedy porzucił sport, minęło siedem lat. Siedem lat wypełnionych zarówno sukcesami jak i frustracją. Powinien być zadowolony. Fabrizzi Sport, Snow and Ski świetnie prosperowało. Miał sieć sklepów we wszystkich wielkich miastach Europy. Był już nie tylko rozpuszczonym wnukiem milionera, ale biznesmanem, który sam zapracował na sukces.

 

A jednak Leonardo nie był usatysfakcjonowany. Czasami ogarniała go przerażająca pustka, efekt być może niezrealizowanych ambicji na stokach. Dręczył go jakiś dziwny niepokój, maniakalna energia, której nie mógł zaspokoić, bez względu na to, co robił, a robił niemało. Wciąż jeździł na nartach, także wodnych, żeglował jachtem, wspinał się po górach, a ostatnio zrobił nawet licencję pilota. Wszystkie wakacje spędzał aktywnie, a mimo to do pracy wracał wciąż sfrustrowany. Jedynie na Capri odpoczywał, gdy siedząc na tarasie Laurence’a, patrzył na migoczące morze i sączył wino.

Wspomnienie Capri naprowadziło jego myśli z powrotem na temat tajemniczej dziedziczki. Na szczęście dziewczyna wkrótce do niego zadzwoni i powie mu, że może kupić willę. Życie bez towarzystwa Laurence’a było dostatecznym ciosem. Nie wyobrażał sobie, żeby miał stracić również dom, który kochał całym sercem.

Jeszcze raz zerknął na markowy rolex, po czym wszedł do biura, nie chcąc, żeby telefon panny Hanson zaskoczył go na ulicy.