Milioner do wzięcia

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Miranda Lee
Milioner do wzięcia

Tłumaczenie:

Izabela Siwek

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Powinienem być bardziej szczęśliwy, pomyślał Jeremy, rozsiadając się w biurowym fotelu i opierając stopy o wyłożone skórą biurko. Wiedzie mi się całkiem nieźle. Jestem zadowolonym z życia singlem, zdrowym jak koń i nieprzyzwoicie bogatym. Na dodatek nie pracuję już jako główny doradca od inwestycji w londyńskiej filii imperium bankowego Barker-Whittle’ów. Co za ulga!

Praca u przesadnie ambitnego ojca nie należała do ulubionych zajęć Jeremy’ego. Niestety, był w niej cholernie dobry. Mimo licznych dowodów uznania i sowitych premii, jakie dostawał od lat, wolał pracować na własny rachunek. Kupił więc za część ostatnio zarobionych pieniędzy podupadające wydawnictwo, które właśnie przekształcał w całkiem dochodową firmę. A nabył je dość przypadkowo.

Na początku chciał robić interesy, handlując nieruchomościami. Jego pierwszym nabytkiem był okazały dom przy jednej z najlepszych ulic w dzielnicy Mayfair. Jednakże wydawnictwo wynajmujące ten budynek miało kłopoty z przeprowadzką, a jego właściciel uparł się, by pozostać na miejscu do czasu wygaśnięcia umowy najmu. Jeremy złożył mu więc ofertę, której trudno się było oprzeć, i w ten sposób rozwiązał problem, zamierzając przenieść nowo nabytą firmę w tańsze miejsce, a kupiony, nieco podniszczony budynek odnowić i przekształcić w trzy luksusowe apartamenty.

Stało się jednak inaczej. Polubił ludzi pracujących w wydawnictwie Mayfair Books, którzy bali się utraty pracy. Spodobały mu się też pokoje w takim stanie, w jakim je zastał. Nieco zdewastowane, ale pełne charakteru i uroku z drewnianymi boazeriami i antycznymi meblami. Rozmowy z pracownikami i wyniki sprzedaży utwierdziły go w przekonaniu, że firma rozpaczliwie potrzebuje wsparcia. Jeremy nie znał się prawie zupełnie na branży wydawniczej, ale był inteligentny i miał sporo kontaktów biznesowych, z których jeden prowadził do działu marketingu znanego londyńskiego wydawcy.

Od tego czasu minął niemal rok i Jeremy prowadził teraz wydawnictwo Barker Books, zmieniając poprzednią nazwę wraz z dochodami firmy. W ostatnim kwartale w końcu zaczęła przynosić zyski. Wstawał codziennie rano i z radością szedł do biura, nie tak jak kiedyś, gdy pracował w banku, gdzie większość spraw załatwiał przez telefon.

A więc to nie praca wywoływała w nim dziwne uczucie niezadowolenia.

Wiedział również, że przyczyną nie jest też jego życie miłosne. Układało się dobrze, jak zwykle, chociaż od czasu kupna wydawnictwa bardziej poświęcał się pracy i rzadziej umawiał z kobietami.

Nie narzekał jednak na brak seksu. Nie miał żadnych problemów ze znalezieniem pań chętnych, by mu towarzyszyć podczas różnych spotkań, na które stale go zapraszano. Człowiek o jego pozycji, tak zamożny jak on, zawsze był mile widzianym gościem. Towarzyszki wieczoru często też trafiały do jego łóżka, choć Jeremy zawsze stawiał sprawę jasno i było wiadomo, że umawianie się z nim na randki nigdy nie doprowadzi do ślubu. Na szczęście większość jego przyjaciółek godziła się na to, a on nigdy nie łamał im serc.

Przyczyna niezadowolenia nadal pozostawała więc niejasna, zmuszając go do głębszego zastanowienia się nad sobą, czego zwykle unikał za wszelką cenę. Nie widział żadnego pożytku w analizowaniu własnych przeżyć i poradach psychologicznych. Jego starszym braciom nie przyniosło to nic dobrego. Wiedział dokładnie, dlaczego jest taki, jaki jest. Jego niechęć do miłości i małżeństwa wynikała z faktu, że rodzicie nieustannie się rozwodzili, a następnie pobierali z kolejnymi partnerami. Poza tym wysłali go do szkoły z internatem, kiedy miał zaledwie osiem lat, gdzie znosił nieustanne szykany.

Nie lubił wracać myślami do tamtych czasów, więc tego nie zrobił i zaczął wspominać bardziej szczęśliwe lata. Podobało mu się na studiach w Londynie, gdzie wreszcie mógł w pełni wykorzystać swoje zdolności intelektualne. Jego wyniki w nauce zachwyciły babkę ze strony matki, która natychmiast uczyniła go swoim spadkobiercą pod warunkiem, że Jeremy dostanie się na uniwersytet w Oksfordzie. Udało mu się to, a babka zmarła krótko po rozpoczęciu przez niego studiów w tym mieście i wkrótce potem otrzymał spory majątek, pozwalający na taki styl życia, od którego szybko się uzależnił. Uczył się tyle, by z łatwością zdawać wszystkie egzaminy, ale głównie się zabawiał i to z takim rozmachem, że mogłoby się to stać problemem, gdyby nie miał dwóch nieco bardziej rozsądnych przyjaciół.

Myśląc o Sergiu i Aleksie, zerknął na stojące na biurku zdjęcie przedstawiające ich trójkę. Harriet zrobiła je w dniu ślubu Sergia z jego dawną przybraną siostrą w lipcu poprzedniego roku. Alex i Jeremy byli drużbami, a wesele odbyło się we wspaniałej willi nad jeziorem Como. Jeremy nie martwił się już o to, że Bella, żona Sergia, okaże się tak samo interesowna jak jej matka, ale nie był pewien, czy to małżeństwo przetrwa. Miłość przecież nigdy nie trwa wiecznie. Nic jednak nie mógł na to poradzić. Żałował tylko, że tak rzadko spotyka się teraz z dwoma najlepszymi przyjaciółmi. Widzieli się ostatnio w lutym na ślubie Alexa z Harriet w Australii, ale krótko. Wspominał te czasy, kiedy wszyscy trzej mieszkali w Londynie i często się spotykali jako kawalerowie, przed zarobieniem pierwszych milionów.

Nie mieli jeszcze wtedy trzydziestu pięciu lat – skończyli tyle dopiero w zeszłym roku i wtedy rozjechali się w różne strony po sprzedaniu sieci pubów pewnej amerykańskiej firmie. Nagle wszystko się zmieniło, a Klub Kawalerów, który założyli w czasie studiów w Oksfordzie, stracił sens. Może ich przyjaźń też przestała się liczyć.

Jeremy nie zazdrościł przyjaciołom ożenku, ale mu się nie podobało, że tak rzadko się widują. Obawiał się, że będą teraz poświęcać czas żonom i rodzinie, a nie jemu. Stanie się dla nich tylko wspomnieniem, kimś, o kim będą rozmyślać z rozrzewnieniem, przeglądając co dziesięć lat albumy ze zdjęciami.

Położył fotografię na biurku tak, by jej nie widzieć, i wyciągnął telefon.

– Cholera, nie pozwolę, żeby tak się stało – mruknął pod nosem, szukając numeru Alexa.

Przypomniał sobie jednak, że w Australii jest noc, i zamiast dzwonić wysłał mu wiadomość z propozycją, że może zostać ojcem chrzestnym, jeśli będzie trzeba. Potem postawił ramkę z fotografią z powrotem na honorowym miejscu i rozsiadł się w fotelu, żeby przejrzeć aktualne wyniki sprzedaży. Już miał otworzyć odpowiedni plik na laptopie, kiedy rozległo się pukanie do drzwi.

– Wejdź, Madge – powiedział.

Wkroczyła do pokoju energicznie jak zawsze. Miała pięćdziesiąt parę lat, szczupłą sylwetkę, krótkie siwe włosy i przenikliwe niebieskie oczy. Jeremy zatrudnił ją wkrótce po przejęciu wydawnictwa, gdy sekretarka poprzedniego właściciela odeszła urażona, nie mogąc znieść władczych manier nowego szefa. Jeremy bardzo sobie cenił rzeczowe podejście Madge oraz jej wiedzę i darzył ją wielką sympatią, zresztą z wzajemnością.

– Mamy problem – powiedziała prosto z mostu.

– Jaki?

– Kenneth Jacobs nie może być licytatorem na dzisiejszej aukcji charytatywnej. Ma okropny katar. Ledwie rozumiałam, co mówi przez telefon.

– Ach tak – odparł Jeremy, nie bardzo wiedząc, o co chodzi. Znał to nazwisko, ponieważ Kenneth Jacobs był jedynym autorem w wydawnictwie, którego książki świetnie się sprzedawały. Pisał mroczne kryminały i miał sporo fanów, tyle że wcześniej jego dzieła niewłaściwie reklamowano. Mimo to nie opuścił wydawcy, który umożliwił mu debiut. Zatwardziały stary kawaler nie miał głowy do biznesu. Kiedy Jeremy przejął stery, wydał ponownie całą serię jego książek z nowymi okładkami, a także w postaci e-booków.

– Co to za aukcja charytatywna? – spytał, czując, że powinien to wiedzieć.

Madge przewróciła oczami.

– Naprawdę nie wiesz? Trudno pracować z kimś, kto ma taką krótką pamięć.

– Mam pamięć fotograficzną.

– W takim razie w przyszłości będę wszystko fotografować, zamiast ci mówić – odparła żartobliwie.

– Nie rób tego, Madge. Będę wdzięczny, jeśli jeszcze raz mi wyjaśnisz, co to za aukcja, i powiesz, jak mam rozwiązać ten problem z katarem Kennetha.

– Myślałam, że słowa „aukcja charytatywna” mówią same za siebie. Powiedziałeś mi po ostatnim przyjęciu dobroczynnym, żebym nie przyjmowała więcej zaproszeń na takie imprezy. Mówiłeś, że jedzenie było paskudne, a przemówienia strasznie nudne i że możesz dawać pieniądze na różne cele, ale przestałeś być masochistą od czasu, kiedy odszedłeś z banku…

– Tak, tak. Już wiem, o co chodzi. Ale aukcja to coś bardziej interesującego. Powiedz, co to za sprawa i przestań wracać do tego, co było.

– Dobrze. A więc odbędzie się w sali balowej hotelu Chelsea i dotyczy zbierania funduszy na schroniska dla kobiet w trudnej sytuacji. Przed aukcją ma się odbyć wystawna kolacja, która pomoże w zbieraniu pieniędzy, bo opłaty za nią są spore. Przyjdzie tam pewnie cała śmietanka towarzyska Londynu. Kenneth miał być licytatorem, a ostatnia nagroda to jego przyrzeczenie, że nazwie imieniem wygrywającego postać ze swojej następnej książki. Dlatego jest taki załamany, że nie może przyjść, i boi się, że zawiedzie Alice. To dziewczyna, która to wszystko organizuje. Powiedziałam mu, że go zastąpisz.

– Naprawdę to zrobiłaś? – Jeremy udał niezadowolonego.

Madge zafrasowała się na chwilę, po czym zaraz się rozpromieniła.

– Żartujesz, prawda?

Jeremy uśmiechnął się i odetchnęła z ulgą. Uwielbiała go. Może i cieszył się opinią kobieciarza, ale był dobrym człowiekiem i świetnym szefem. Bystrym, rozsądnym i zaskakująco wrażliwym. Nie miała wątpliwości, że Jeremy pewnego dnia się zakocha i ustatkuje.

 

– Ale mnie nabrałeś. Chcesz, żebym zadzwoniła do Alice, czy sam jej powiesz, że będziesz licytatorem?

– A jak będzie lepiej?

To również w nim lubiła. Często pytał ją o zdanie i zwykle brał je pod uwagę.

– Myślę, że powinieneś sam zadzwonić. To ją uspokoi. Wydawała się zestresowana. Chyba jest nowa w tej pracy.

– Dobrze. Daj mi jej numer.

Madge miała go już na kartce.

– Ale z ciebie przebiegła baba.

– A ty jesteś kochany – uśmiechnęła się z wdzięcznością i wyszła.

Jeremy wybrał podany numer w telefonie.

– Alice Waterhouse, słucham – odezwał się chłodny, rzeczowy głos. Akcent zdradzał osobę z wyższych sfer, kobietę wykształconą w prywatnych szkołach dla dziewcząt, których absolwentki często zajmowały się pracą charytatywną, zanim poślubiły kogoś ze swojego środowiska.

Jeremy nie przepadał zbytnio za kobietami z uprzywilejowanych kręgów, co wydawało się obłudą, biorąc pod uwagę jego pochodzenie. Kiedyś nie zwracał uwagi na takie sprawy. Jeśli dziewczyna była ładna i mu przychylna, nie zastanawiał się nad jej charakterem ani pochodzeniem. Sypiał z różnymi kobietami bez uprzedzeń. Teraz jednak uważał, że dziewczyny z wyższych sfer, z którymi się umawiał, są nudne, zarówno w sypialni, jak i w życiu. Nie lubił ich zamiłowania do tytułów i ciągłej potrzeby słuchania komplementów. Bardziej pociągały go teraz kobiety, które musiały same zapracować na utrzymanie – być może na zasadzie przyciągania się przeciwieństw.

– Mówi Jeremy Barker-Whittle – przedstawił się, wiedząc, że ma głęboki głos, robiący wrażenie. Alex i Sergio twierdzili, że mógłby zrobić karierę w radiu. Ludzie, którzy najpierw usłyszeli go przez telefon, zanim poznali osobiście, często byli zdziwieni jego wyglądem. Wyobrażali sobie, że zobaczą kogoś starszego, bardziej pulchnego i z dużym brzuchem, przypominającego śpiewaka operowego.

Zastanawiał się, czy on też będzie miał błędne wyobrażenie o Alice.

– Jestem wydawcą książek Kennetha Jacobsa. Wygląda na to, że będę go zastępował na dzisiejszej aukcji.

– Och, to wspaniale – odparła z wyraźną ulgą. – Madge powiedziała, że pan się zgodzi. Muszę przyznać, że się niepokoiłam. Bardzo dziękuję.

– Cała przyjemność po mojej stronie.

Jeremy zawsze trochę lubił zwracać na siebie uwagę i miał zamiar dobrze się bawić tego wieczoru, odgrywając rolę licytatora.

– Może pan przyprowadzić kogoś ze sobą, jeśli pan sobie życzy – zaproponowała Alice. – Przydzieliłam dwa miejsca dla pana Jacobsa przy głównym stole. Mówił, że nie ma nikogo, kogo mógłby wziąć ze sobą, więc miałam siedzieć obok niego.

– Ja również wybieram się sam. – Mógłby zabrać ze sobą Ellen, prawniczkę, z którą się czasem spotykał, ale pojechała akurat do Waszyngtonu. – Jestem zatwardziałym kawalerem – dodał. – A więc, może uczyni mi pani zaszczyt, siedząc dzisiaj obok mnie na kolacji.

– Z przyjemnością.

– Rozumiem, że obowiązują stroje wieczorowe.

– Tak. Czy jest z tym jakiś problem?

– Ani trochę.

Jeśli można by być czegoś pewnym, jeśli chodzi o Jeremy’ego, to tego, że pojawi się na spotkaniu towarzyskim nienagannie ubrany. Uwielbiał modę i szczycił się swoim wyglądem. Miał w garderobie stroje na każdą okazję. Jego garnitury wizytowe były w najlepszym gatunku, a ten, który założył na ślub Sergia, uszył znany krawiec z Mediolanu – właśnie w tym ubraniu zamierzał tego wieczoru wystąpić.

Poprosił Alice o podanie godziny spotkania i adresu, a potem pożegnał się i zawołał Madge. Od razu wsunęła głowę do gabinetu.

– Wszystko ustalone? – spytała.

– Tak. Powiedz mi tylko, czy widziałaś już kiedyś tę Alice?

– Nie. Rozmawiałam z nią jedynie przez telefon.

– Jaką firmę reprezentuje?

Madge spojrzała zdziwiona.

– Żadnej. Nie mówiłam ci? Pracuje jako psycholog w kilku schroniskach dla kobiet.

– Nie wspominałaś o tym.

– Przepraszam. Trochę jestem dziś skołowana. W każdym razie powiedziała mi, kiedy dzwoniła pierwszy raz, że nie stać ich na zawodowych zbieraczy funduszy, więc wszystko robi sama. To niełatwa praca.

– Racja – odparł w zamyśleniu. Nie lubił, kiedy mylił się co do kogoś. Może córki ludzi z bogatych domów też czasem mają ochotę pomagać tym, którym gorzej się wiedzie. Ale zdarza się to rzadko.

Dziewczyna zrobiła na nim wrażenie i postanowił przyłożyć się do tego, żeby wieczorna aukcja się udała. Usiłował ponownie zająć się pracą, lecz wciąż błądził myślami gdzie indziej. Nie mógł się doczekać, kiedy zobaczy tajemniczą i intrygującą Alice Waterhouse i dowie się o niej wszystkiego.

ROZDZIAŁ DRUGI

– Dzięki, że pożyczyłaś mi tę wizytową sukienkę, Fiono – powiedziała Alice, przeglądając się w lustrze. Sukienka była czarna, dopasowana i z odkrytymi ramionami. Alice narzuciła na nią lekki płaszcz. Zbliżało się lato, ale w Londynie akurat chwilowo się ochłodziło.

– Cała przyjemność po mojej stronie – odparła współlokatorka, a te słowa przypomniały Alice rozmowę przez telefon z wydawcą Kennetha Jacobsa. Co za miły człowiek. I jaki miał wspaniały głos. Może się okazać o wiele lepszym licytatorem od pisarza.

– Naprawdę wołałabym iść dzisiaj z tobą zamiast na kolację z rodzicami Alistaira. Ale jego matka ma urodziny… Lepiej mieć dobre układy z przyszłą teściową.

– Z pewnością – przyznała Alice, zadowolona, że nie musi zawracać sobie głowy takimi sprawami. Nie miała zamiaru wychodzić za mąż.

– Wyglądasz ślicznie. Chciałabym mieć taką figurę jak ty i twój wzrost, no i włosy.

Alice nie widziała nic specjalnego w swojej figurze, chociaż włosy miała rzeczywiście ładne – naturalnie jasne i łatwe do układania. I wcale nie była taka wysoka – mierzyła niecały metr siedemdziesiąt. Fiona, rzeczywiście niższa, wydawała się jednak atrakcyjna. Ponętna brunetka o dużych piwnych oczach, wzbudzająca zainteresowanie mężczyzn. Ale Alice wcale nie zależało na tym, żeby wzbudzać w kimś pożądanie.

– Ta sukienka wygląda na tobie o wiele lepiej niż na mnie – mówiła dalej Fiona. – Jeśli ci się podoba, skarbie, jest twoja.

Alice nie lubiła, gdy przyjaciółka zwracała się do niej jak do dziecka, chociaż obie były w tym samym wieku. Nie lubiła też być traktowana jak dziewczyna, która przyjechała do Londynu i zjawiła się na czyimś progu bez grosza. Chociaż tak właśnie było, gdy przyszła kiedyś do Fiony, najbliższej koleżanki ze szkoły. Nie obracały się w tych samych kręgach, ale Alice znała adres mieszkania w dzielnicy Kensington, które przyjaciółka dostała od ojca na osiemnaste urodziny.

Fiona przyjęła ją do siebie i pozwoliła zająć jeden z pokojów, nie pobierając żadnych opłat do czasu, aż Alice zacznie zarabiać. A kiedy Alice po kilku tygodniach chciała się wyprowadzić, poprosiła ją, by została, bo polubiła jej towarzystwo. I tak przemieszkały razem ponad siedem lat.

– Czy wiesz, że Kenneth Jacobs wycofał się w ostatniej chwili i powiedział, że nie może poprowadzić aukcji? Ma okropny katar.

– Och, nie! – zawołała Fiona. – I co zrobiłaś?

– Najpierw spanikowałam.

– Ty? Niemożliwe! Na pewno coś wymyśliłaś.

Alice rozbawiła ślepa wiara przyjaciółki w jej zdolności organizacyjne. Przy Fionie wszyscy wydawali się dobrze zorganizowani i opanowani. Była roztrzepana i nieporządna. Alice przyszło przez chwilę na myśl, że przyjaciółka pozwoliła jej mieszkać u siebie tylko po to, by mieć pomoc w sprzątaniu.

– Miałam szczęście. Kenneth skontaktował mnie z miłą panią z Barker Books, a zaraz potem zadzwonił do mnie właściciel tego wydawnictwa i zaproponował, że zastąpi Jacobsa.

– To świetnie.

– Nie masz pojęcia, jak dobrze. Ma niesamowity głos. Będzie doskonałym licytatorem. A teraz muszę się zbierać. Zaraz przyjedzie taksówka. Umówiłam się z panem Barkerem-Whittle w hotelu o siódmej.

– Co?

– Powiedziałam, że…

– Wiem, co powiedziałaś – przerwała Fiona ostro. – Mam nadzieję, że to nie Jeremy Barker-Whittle.

– Owszem, tak właśnie się przedstawił. Coś z nim nie tak?

– To jeden z najsłynniejszych playboyów w Londynie. Przystojny jak diabli i bardzo czarujący. Moja siostra chodziła z nim kiedyś przez jakieś pięć minut i do tej pory się nim zachwyca. Uważa, że żaden facet nie może się z nim równać. O rany, nigdy nie pożyczyłabym ci tej seksownej sukienki, gdybym wiedziała, kto będzie dziś obok ciebie siedział.

Poruszona tą informacją, Alice poczuła się też urażona, że Fiona się o nią martwi, myśląc, że oczaruję ją jakiś kobieciarz. Znała siebie dobrze. Teraz, kiedy została ostrzeżona, nie ma najmniejszej szansy, by wpadła w jego sidła, bez względu na to, jaki jest przystojny i urzekający.

– Przezorny zawsze ubezpieczony, Fiono. Skoro teraz już wiem, że to podrywacz, będę się mieć na baczności. Chociaż akurat ty powinnaś wiedzieć, jak bardzo jestem odporna na tego typu facetów.

– Czegoś jednak tutaj nie rozumiem. Jeremy zajmował się bankowością, a nie książkami.

– Teraz jest wydawcą. Jaka szkoda, że Kenneth się przeziębił.

– Dziwne, ale przypuszczam, że Jeremy może zajmować się, czym tylko chce. Jego rodzina jest bardzo zamożna.

– Dużo o nim wiesz.

– Tak. Melody miała przez jakiś czas obsesję na jego punkcie i chciała dowiedzieć się o nim wszystkiego.

– Czy jeszcze coś powinnam o nim wiedzieć, zanim się z nim spotkam?

– Niezupełnie, ale nie wierz w ani jedno jego słowo. I nie zgadzaj się na żadne randki.

Alice roześmiała się i w tym momencie zabrzęczał jej telefon.

– To taksówka. Baw się dobrze, Fiono, i nie martw się o mnie. Jeremy Barker-Whittle nie ma u mnie najmniejszych szans.

Przyjaciółka nie wydawała się przekonana i Alice przypomniała sobie jej minę, wchodząc do hotelu kilka minut po siódmej. Jeremy już tam był. Siedział na sofie dla gości, rozmawiając z kimś przez telefon. Od razu wiedziała, że to on, chociaż w holu znajdowali się też inni panowie. Żaden jednak nie był ubrany tak elegancko jak on. Miał lekko falujące szatynowe włosy, wysokie czoło i prosty nos. Gdy ją zobaczył, natychmiast odłożył telefon, wstał i podszedł z uśmiechem.

– To pani jest Alice – powiedział tym swoim niewiarygodnym głosem, wypowiadając jej imię niemal zmysłowo. Dotąd zawsze wydawało jej się dziecinne i staromodne.

Trudno było nie ulec takiemu wdziękowi, ale zdołała się opanować, przybierając pełną rezerwy pozę, jaką zawsze prezentowała przy tego typu ludziach.

– Tak, to ja – odparła chłodno, powstrzymując niemądry odruch odwzajemnienia jego uśmiechu. – Pan Barker-Whittle, czy tak?

Jeremy nie przywykł do tego, by kobiety traktowały go ozięble, zwłaszcza takie o wyglądzie Alice. Trochę zbiło go to z tropu, ale na krótko. Zaraz zaczął się zastanawiać nad przyczyną jej nieprzychylnego nastawienia. Czyżby chodziło o to, że przedstawił się wcześniej jako zatwardziały kawaler? Nic innego nie przychodziło mu do głowy. Może Alice nie lubi, kiedy ktoś ją zwodzi. Podczas rozmowy przez telefon była bardzo serdeczna, a teraz jak bryła lodu.

– Proszę mówić mi po imieniu – zaproponował, dyskretnie obrzucając ją wzrokiem. – Nawet moja sekretarka tak się do mnie zwraca. A tak przy okazji, to Madge powiedziała, że powinniśmy wystawić na aukcji nagrodę Kennetha obejmującą z jego kolejnej książki nie jedną, ale dwie postacie, którym nada imiona zwycięzców licytacji. Jeśli nie masz nic przeciwko.

– Co takiego? Ach tak… to wspaniale. Dziękuję.

Zrobił jednak na niej wrażenie, a właśnie o to chodziło. Przez chwilę Alice znowu była taka sama jak podczas rozmowy telefonicznej. Miła i wdzięczna. Zaraz jednak ponownie przybrała maskę obojętności.

Jeremy się nie poddawał. Miał cały wieczór na stopienie tego lodu. Rzadko się zdarzało, by przedstawicielka płci pięknej stawiała mu wyzwanie, zwłaszcza samotna. Zdążył już zauważyć brak obrączki i pierścionka zaręczynowego na jej palcu, co oczywiście wcale nie oznaczało, że nie ma chłopaka. Ale raczej wątpił, żeby jakiś zwykły śmiertelnik ośmielił się do niej zbliżyć. Jeremy jednak wiedział, że daleko mu do przeciętności. Alice zaintrygowała go już w chwili, gdy usłyszał jej rzeczowy głos przez telefon. Teraz, kiedy ją zobaczył, do tej ciekawości dołączyło pożądanie. Postanowił nie dawać za wygraną do czasu, aż Alice zgodzi się z nim umówić.

– Miałaś mi pokazać rozplanowanie sali balowej – przypomniał. – Ale najpierw, pozwól, że pomogę ci zdjąć płaszcz…

 

Alice poczuła niepokój na myśl, że obnaży ramiona przed wzrokiem tego człowieka. Widziała, jak na nią patrzy. Wzbudzała zainteresowanie mężczyzn. Większość blondynek o ładnej twarzy i zgrabnej figurze musiała to znosić. Na szczęście, w ostatnim czasie nie przyciągała tak bardzo uwagi, chodząc do pracy bez makijażu, w zwyczajnych dżinsach i ze związanymi włosami. Tego wieczoru wyglądała jednak najlepiej, jak tylko mogła. W duchu przeklinała Fionę za podarowanie jej kusej sukienki i spryskanie drogimi perfumami.

Chciała powiedzieć Jeremy’emu, że zostanie w płaszczu, ale on już był za nią, gotów chwycić okrycie zsuwające się z ramion. I wtedy przeszył ją dreszcz, kiedy musnął palcami jej kark. Była tak poruszona, że znieruchomiała na chwilę.

– Oddam go do szatni – powiedział, gdy wreszcie się do niego odwróciła. – A potem możemy iść dalej.

Poruszał się w typowy dla siebie sposób, z niedbałą elegancją, niespiesznie i swobodnie. Wrócił o wiele szybciej, niż by chciała, tym razem z wyraźnym podziwem w oczach.

– Ładna sukienka – pochwalił, ujmując Alice za łokieć i kierując w stronę wind.- Recepcjonista powiedział, że sala balowa jest na pierwszym piętrze.

Wysunęła ramię z jego uścisku tak szybko, jak tylko mogła, dając mu wyraźnie do zrozumienia wzrokiem, żeby trzymał ręce przy sobie. Nie miała zamiaru pozwolić mu przejąć kontroli nad sytuacją. Ani nad sobą! W żadnym wypadku!

Omal nie przewrócił oczami. Alice przypominała mu bohaterkę wiktoriańskiego romansu. Co prawda, nie czytywał tego typu powieści, ale potrafił sobie wyobrazić taką postać. Sztywną i skrytą, spoglądającą z góry na mężczyzn, zwłaszcza tych, którzy ośmielili się zbytnio zbliżyć.

Alice byłaby doskonała w takiej roli, gdyby nie trzy elementy. Po pierwsze, jej sukienka. Bardzo dopasowana, z odkrytymi ramionami, dzięki czemu mógł sobie doskonale wyobrazić, jak Alice wygląda nago. Miała jędrne piersi, płaski brzuch, rozkosznie wąską talię i długie zgrabne nogi, a biodra i pośladki stworzone do głaskania. Po drugie, sposób, w jaki na niego patrzyła, wchodząc do holu. Nie było to spojrzenie nieprzystępnej dziewicy. Pożerała go wzrokiem, co świadczyło o tym, że jej się spodobał.

A trzecia sprawa, to reakcja na jego dotyk – zadrżała, gdy musnął dłonią jej kark. Zresztą dość przypadkowo. Nie miał zwyczaju potajemnie obmacywać kobiet. Nie musiał. Ta reakcja była bardzo wymowna. Prawdziwie nieprzystępna kobieta powinna była się wtedy odwrócić i spiorunować go wzrokiem. Ale ona tego nie zrobiła.

Podczas krótkiej jazdy windą doszedł do wniosku, że Alice Waterhouse zwyczajnie oszukuje, udając księżniczkę z lodu. Nie miał pojęcia, co się kryło pod tym pozorem, ale zamierzał się dowiedzieć.