BezmatekTekst

Z serii: Poza serią
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Bezmatek
Bezmatek
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 66,80  53,44 
Bezmatek
Bezmatek
Audiobook
Czyta Ewa Abart
34,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Mira Marcinów
Bezmatek


Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.


Projekt okładki Hanna Cieślak

Projekt typograficzny i redakcja techniczna Robert Oleś / d2d.pl

Copyright © by Mira Marcinów, 2020

Redakcja Magdalena Budzińska

Korekta Gabriela Niemiec, Alicja Listwan

Skład Robert Oleś / d2d.pl

Skład wersji elektronicznej d2d.pl

ISBN 978-83-8191-025-5

WYDAWNICTWO CZARNE sp. z o.o.

czarne.com.pl

Wydawnictwo Czarne

@wydawnictwoczarne

Redakcja: Wołowiec 11, 38-307 Sękowa

Wołowiec 2020

Wydanie I

Bezmatek – rodzina pszczela pozbawiona matki pszczelej.

1

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Lekcja matki: na oczko w rajstopach najlepszy jest lakier do paznokci. Żeby nie poszło dalej. Jak już rajstopy muszą być cieliste, to tylko w zimnym odcieniu, wtedy nogi wyglądają zgrabniej. Ciepły pogrubia. I nikt nie może się dowiedzieć, że jestem próżna.

– Nie lubię, gdy patrzysz, jak robię sobie oko. Wtedy ręce mi się trzęsą i muszę robić od nowa. Zawsze lubiłaś patrzeć, jak się maluję. Dziewczynki tak mają. I nie dotykaj moich pleców. To mnie drażni. Nie ufam ci za bardzo. Matki tak mają.

Potem pije wódkę i popija piwem. Robi się wesoła, głośna i tańczy jak Tina Turner. Innym razem robi się smutna, płacze, pali, a łzy ze smarkami mieszają jej się na łuku Kupidyna.

I taka wyniosła się zdaje, kiedy siedzi przodem do mnie, załamana matka, gdy ją suszy i próbuje rozmawiać serdecznie o sensie życia, kiedy jest po kilku piwach, a nigdy mnie nie lała pasem po gołych pośladkach i nie maglowała w Wigilię o inicjacje seksualne, od chwili kiedy sąsiadki zaczęły plotkować i w ogóle wszyscy byli przekonani, że matka gary myje w rękawiczkach, jak niematka w pomalowanych paznokciach i w innych ozdobach.

Babcia nosiła podomki, a mama: szpilki, skórzane ołówkowe spódnice i obcisłe bluzki. Tak ją pamiętam. Miała sto sześćdziesiąt cztery centymetry wzrostu, włosy kasztanowe, skórę oliwkową, a nawet rodzina mówiła o niej „wysokaczarna”. I tak sobie rozmawiałyśmy: „Ojej, jak nie włożysz szpilek, to jaka będzie z ciebie wysokaczarna?”. Albo: „No tak, trzeba chodzić z głową podniesioną i wciągniętym brzuchem, żeby być wysokączarną”. Zawsze przy ludziach dodawała sobie jeden centymetr:

– Ja mam metr sześćdziesiąt pięć. – I się prostowała.

Ale nie przy mnie.

Nigdy nie widziałam, żeby się spowiadała. Nigdy nie poczułam.

Mama mówi, że jak urosnę, to wyskubie mi brwi i wtedy będę naprawdę ładna.

Chociaż mieszkamy w nowym bloku, bo z lat siedemdziesiątych, a lata są dopiero dziewięćdziesiąte, to marzymy, żeby mieszkać gdzie indziej. Nie w domku z ogródkiem, ale w dużym mieście. Kiedyś przeprowadzimy się do Szczecina. Mama mówi, że to jest ogromne miasto. Tak wielkie, że jeżdżą po nim pociągi, ona mówi „tramwaje”. Tam nie trzeba myśleć o sąsiadach i każdy żyje, jak chce. Mama kupiła już figurkę dzikiej kaczki pomalowaną na żółto i na niebiesko do naszej nowej kuchni, a potem jeszcze pomarańczowe jajka z drewna. Teraz nie ma gdzie ich postawić. Dziadkowie, u których mieszkamy, lubią ciemne kolory ziemi i takie jak moja skóra. Babcie to w ogóle lubią smutniejsze miejsca niż matki. Tylko w dużych miastach można mieć wesołe ozdoby.

Mama marzy o własnej kuchni. A ja o własnym pokoju. Pewnego dnia będziemy miały w dużym mieście kawalerkę, tak tam mówią na mieszkanie. Mama jest ładna jak Cindy Crawford, więc szybko znajdzie pracę i zamieszka w swojej żółto-pomarańczowo-niebieskiej kuchni. Będzie w niej gotować makaron z koncentratem pomidorowym i jajkami. To moje ulubione danie. Mama nazwała je „kolorowy makaron”. Teraz rzadko gotuje, bo to kuchnia babci. Każda kuchnia ma swoją panią. Gdy do kuchni wejdą dwie dorosłe kobiety, to strasznie się kłócą. Dla mamy liczy się to, jak jedzenie wygląda na talerzu. A dla babci to, żeby się dużo odżywiać. Jedzenie mojej mamy pachnie przyprawami, które lubię wąchać, ale nie lubię ich jeść. Chciałabym mieć czerwony pokój z zielonymi szafami, w których trzymałabym wypukłe kolorowe karteczki. Ale sama wiem, że wypukłych nie ma naprawdę, nawet jeśli można o nich marzyć przed snem.

Moja siostra nie lubi czerwonego, a mama mówi, że siostra musi z nami mieszkać do czasu, aż urośnie. Moja siostra ma swoje życie. Chociaż jest tylko o pięć lat starsza ode mnie, to jest kimś poważnym, ponieważ wydawała już pieniądze. Moja siostra kradnie kołpaki i sprzedaje komuś z osiedla. Opowiada, że ukradła już milion felg, ale tak naprawdę to było ich mniej i to były kołpaki, a nie felgi, mówi mama. Moja mama jest mądra i dobra, więc nie pozwala nam kraść.

Najbardziej chciałabym namalować z mamą świecówkami kaczkę i jajka tak, żeby pokolorować całą kartkę. Żeby nie było białych plam, bo mama ich nie lubi. Póki są prześwity, to nie jest prawdziwy obraz, mówi mama. Najbardziej chciałabym być artystką jak ona.

Wieczorami mama zmywa makijaż mydłem. Wtedy pozwala mi patrzeć. Trzyma głowę pod kranem i szoruje twarz. Woda pieni się na biało. Matki w ogóle dużo mówią, kiedy się myją. Moja na przykład powtarza wtedy, że nie zwariuje, a tylko wtedy wygląda jak szalona Marta – tak u nas mówią o wariatkach. Moja matka nie jest wariatką. Jest moją mamą.

– W naszej rodzinie kobiety nie siwieją – mówiła moja mama. Nie zdążyła osiwieć.

Opowieść o dzieciństwie rozpoczynała od historii, że zaczęła palić w wieku pięciu lat. Ale wtedy to raczej popalała. Śmiesznie tak wcześnie. Za wcześnie. To miało być zabawne. Znałam wielu, którzy śmiali się z jej żartów.

Paliła jak smok. Kiedy się budziłam, wypalone było już kilka, czasami nawet kilkanaście papierosów. Odmierzała tak czas. Poznawałam po popielniczce, o której wstała. Piąty papieros. Może siódmy. A może dziesiąty. Nie wiem, dwa razy wysypywałam pety do śmieci. W lepszych czasach paliła czerwone marlboro. Albo żółte camele. Nawet te w twardym opakowaniu. Hard cover – wyższa półka. Gromadziła te twarde pudełeczka. Przekładała do nich papierosy z miękkich paczek. W czasach przeciętnych paliła czerwone caro. W gorszych klubowe. Mówiła, że mocnych bez filtra nigdy by nie włożyła do ust. Ale wkładała, kiedy nie miała na lepsze. Gdy w ogóle nie miała pieniędzy, to wysyłała mnie do babci po kilka fajek. Biegałam też po sąsiadach. W tamtych czasach sześciolatka z papierosami w dłoni to był normalny widok. Tak myślałam.

Na lodówkę przyklejała karteczki: „Przepaliłam już malucha”. Miało ją to zmotywować do rzucenia palenia. Rysowała obok fiata 126p, ale to nie działało, bo bardzo nie lubiła samochodów. Oczywiście rozumiałam przekaz: maluch był dla bogaczy, gdyby nie paliła, bylibyśmy bogaci. Potem na karteczce pisała: „Przepaliłam już poloneza”. I dołączała rysunek poloneza caro. A potem to już było po prostu auto. Tylko że nie miała prawa jazdy na samochody osobowe. W technikum kazali jej zrobić na ciągnik, ale ponoć nigdy nie odebrała. Gdyby narysowała dom z ogródkiem albo chociaż sztalugi i ulubione tubki rembrandtów, może 16 marca 2017 roku, w pierwszą rocznicę diagnozy, nie umarłaby tak naturalnie.

A ludzie wokół mówili, że palenie zabija, że od papierosów robią się pożółkłe paznokcie, nieświeży oddech i brzydkie zęby.

Mówili do niej Lila – takie jakieś kocie imię.

Wiedziała, że zawsze może zmienić zdanie. Nigdy nie zmieniła.

Zanim przytyła i zrobiła się „szczęśliwa”, nawet w natapirowanej grzywce z początku lat dziewięćdziesiątych wyglądała naprawdę dobrze. Mało kto tak potrafił. I jeszcze w czarnych cienkich rajstopach. W tamtych czasach chodziły w nich tylko prezenterki z losowania Lotto, a ich ufokształtne kolana straszyły grzeczne dzieci przed telewizorami. Podczas gdy nogi mojej matki wciąż wyglądały ludzko, miło, zgrabnie i przytulnie.

„Komora maszyny losującej jest pusta. Następuje zwolnienie blokady. I rozpoczynamy losowanie sześciu liczb”.

Myślała, że kiedyś wygra w totka. Nigdy nie wygrała.

– Dziewczynki! Podajcie mamie kozaki! Idziemy na wielkie zakupy.

– Jak to?

– Coś czuję, że dziś nam się poszczęści.

– Gdzie?

– Przerzuć na Polsat i pogłośnij!

– Ale tam są reklamy.

– Zaraz! Będzie losowanie. A wy w tym czasie przygotujcie największe torby, jakie mamy.

– Naprawdę? Co sobie kupisz? Wezmę też mój tornister.

Albo to był jakiś przelew, który nigdy nie dotarł. Pamiętam ten spacer z walizkami po wielkie zakupy. Pamiętam, jak na mnie patrzy smutna przy okienku na poczcie. Wracałyśmy z pustymi, sflaczałymi torbami. Imponowało mi, że pozwalała nam marzyć.

Miała swoje lata, spodnie rybaczki, miętowy sweter w serek i granatowe baletki. Mówili, że za mocno się malowała. Nie sądzę. Każdy niech się maluje, ile chce. Bałam się jej dekoltów. I że zabraknie mamie pieniędzy. Zawsze miała odliczone. Ale zapominała o tym, że życie drożeje. Zwłaszcza mięso.

 

Lubiła wyglądać. Lubiła na siebie wydawać. I wyglądała. Ale nie miała czego wydawać.

Kiedyś dużo pracowała. Była zootechnikiem w PGR-ze, recepcjonistką w Hotelu Pomorskim, kierowniczką w zakładzie pracy chronionej Słowianka. A po osiemdziesiątym dziewiątym handlowała stalą. Robiła to naprawdę dobrze. Założyła własną firmę. Zbankrutowała. Próbowała sama utrzymać córki z roboty na czarno w Reichu. Wyjechała. Trafiła do obozu pracy. Wróciła z połamanymi żebrami. Nie mogłam się do niej przytulać, bo ją bolało. Szukała pracy. Nie znalazła. Szukała. Namalowała kilkaset wielkoformatowych obrazów. Malowała olejnymi. Ze skrawków starych skórzanych ubrań szyła artystyczne torebki. Sprzedawałam je koleżankom ze studiów. Zbierała ze mną kamienie nad morzem i robiła z nich broszki. Tworzyła na nich miniaturowe sceny rodzajowe. Najlepsze były płaskie kamienie: najlepsze do puszczania kaczek, najlepsze do zarabiania pieniędzy. Chociaż nie zarobiła wiele.

– Najważniejsze to nie być od nikogo zależną, pamiętaj. To najohydniejsze, co może spotkać kobietę – powtarzała.

I jeszcze:

– Musisz mieć jakąś pasję i przede wszystkim dużo się uczyć. Czego się nauczysz, tego nikt ci nie zabierze.

Matka wstydziła się kilku rzeczy. Zębów, kuchni i tego, że przerwała studia, a nie ciążę.

Lila miała trzech mężów. Zmieniała nazwisko po każdym ślubie, nosiła więc w sumie cztery nazwiska. A nie dożyła nawet sześćdziesiątki. Urodziła tylko córki. Mój tata był tym drugim. Kiedy miałam siedem lat, przeprowadziłyśmy się do bloku naprzeciwko bloku dziadków, do kogoś, kto nie był moim tatą. Za to mama miała tam własną kuchnię. W tym nowym domu mieszkały trzy kobiety o różnych nazwiskach. Czasami nawet cztery, ale to w mieszkaniu babci, jak od ostatniego męża mamy uciekałyśmy do niej. Posiadanie różnych nazwisk ułatwiało wiele spraw. Na przykład kwestię tego, kto zaczyna daną grę: kto pierwszy liczy w państwach-miastach, kto jest na musiku w tysiącu. Grałyśmy w porządku alfabetycznym. Oczywiście można tak robić z imionami, tak się pewnie gra w normalnych rodzinach. Ale po nazwisku było bardziej profesjonalnie. Zaczynała więc mama, potem ja, babcia i na końcu moja siostra.

To było w czasach, kiedy kosz na śmieci wykładano gazetami. Ekologicznie. Tylko pety przyklejały się do kubła i trzeba było myć po brzegach. W czasach, kiedy pytałyśmy: „Czy to jest derma?”, trzymając skóropodobną torbę. Dziś trzeba by powiedzieć „z ekoskóry”. O ile bliższa była mi ta „derma”. Derma, z łaciny „skóra”. Ale łacina to taka podróba. Taka pretensjonalna. W każdym razie to było wtedy, gdy drzwi do mieszkań w blokach obijano drewnem, a po drugiej stronie dermą z ćwiekami. Boazerię kładziono w przedpokojach. Baranek na ścianach sypialni. Kasetony na suficie. Te czasy.

W moim domu zawsze było zapotrzebowanie na intensywność. Wyznawaliśmy zasadę, że kiedy trzeba, powinno się mocno wejść w coś przesadnego. Wtedy należy porzucić prawdę. Wtedy się żyje.

Poszła krowa, niech idzie łańcuch – by użyć dziarskiego powiedzenia mojego ojczyma.

Lila lubiła dziewczyny, o których mówi się źle. Sama była jak one. Mimo że zrobiła wszystko, czego od niej oczekiwano. Znalazła pracę. Wyszła za mąż. Nawet trzy razy. I urodziła dzieci. Dwa razy. Zamieniła jeżyka na skromnego boba. Ubierała się w sklepach dla dojrzałych kobiet, ani trochę nie tracąc wdzięku. Wszyscy mówili, że ważne jest zdanie innych. Tylko Lila sprawiała wrażenie, że nie obchodzi jej, co ludzie powiedzą.

Można było przypuszczać, że rozmawiamy o wszystkim, robimy sobie paznokcie i gadamy o seksie. W każdym razie wyglądało to na ten typ relacji.

Ale tak nie było.

Dość szybko dowiaduję się od starszej siostry ciotecznej, że kobiety z naszej rodziny mają duży temperament w łóżku i przez to trudno im znaleźć facetów. Ona rozmawia o tych sprawach z moją mamą, to wie. Mam dziesięć lat i martwię się o ten temperament w łóżku. Słyszałam już, że mam charakterek i przez to będzie mi trudno w życiu. A teraz jeszcze ten temperament. Choć kuzynka wydaje się dumna, kiedy to mówi.

Obawiam się młodych mężczyzn. Ale jeszcze bardziej boję się starych. Dziadek, tata mojej mamy, nosił żonobijkę: prążkowaną białą koszulkę na ramiączkach. I krótkie kalesony. Wystawał mu. Babcia krzyczała:

– Schowaj przy dzieciach!

Wielka rura, nigdy później niczego takiego nie widziałam. To była chyba jakaś choroba, przerost czy coś takiego.

Drażniła mnie postępująca z wiekiem skłonność matki do relacjonowania wszystkiego, co robiła. Mówiła sama do siebie. To nie demencja, nie dożyła wieku starczego. Była przed pięćdziesiątką, jak zaczęła szeptać pod nosem: „Gdzie jest ta miska dla psa? Już, już mu nakładam, dobrze. Mogę choć raz w spokoju napić się kawy? Czajnik włączyłam. Gdzie może być popielniczka? Znowu nikt nie zalał tych petów! Ile garów! Czy tu mieszka wojsko?”. Mówiła sama do siebie, tak jak jej ojciec. Mój dziadek gadał do siebie po zabużańsku. Pamiętam zdania, które brzmiały jak magiczne zaklęcia:

– O mój maly saczek, czemuż ty porwal się?

– Patrzaj, kajtek!

– Pjat lat ja mial, kiedym poszedl za krową.

– Apiać to samo.

– Job twoju mać!

Gdy byłam mała, ten, kto mówił do siebie, był wariatem. Dziś niby też. Chociaż ta reguła zdaje się omijać matki, od kiedy psychologowie napisali, że rozwój mowy dziecka można przyspieszyć przez komentowanie tego, co właśnie zrobiło. Na placach zabaw roi się więc od szemrających kobiet relacjonujących każdą czynność dziecka: „O, teraz Kubuś zjechał ze zjeżdżalni, teraz biegnie, teraz się przewrócił, a teraz patrzy na mamusię”. I tak w kilku językach. To już wolę moją mamę, przynajmniej mówiła do siebie o sobie, a nie o mnie.

A ja wolę moją mamę,

co ma włosy jak atrament,

złote oczy jak mój miś

i płakała rano dziś.

A ja wolę moją mamę,

co ma włosy jak atrament,

złote oczy jak mój miś,

może się uśmiechnie dziś.

Majka Jeżowska, A ja wolę moją mamę

Wraca z jednorazówkami. Ile tego. Jeszcze nie wie, że takie siaty z plastiku szkodzą. Nie doczeka wiadomości ze zdjęciami reklamówek w oceanie, fal z butelek, płaskich ryb z otwartymi pyskami. Nie doczeka tego lata, kiedy wszyscy się dowiedzieli, że Ziemię uduszono plastikiem. A lato było piękne tego roku.

Matka na obcasach. Jeszcze nie wiem, że na obcasach trudniej nosić siaty. Ciężar się inaczej rozkłada. Haluksy wychodzą. W szpilkach, z reklamówkami pełnymi kurzych nóżek i kasz jęczmiennych wygląda pięknie. Pociągałaby mnie, gdyby mogła.

Sama robiła pasztet z kurzych skór. Jak je dostawała za darmo w mięsnym, mówiła ekspedientce, że to dla psa. Ale dla jej suczki były kurze łapy. Skóry były dla nas. Uwielbiałam ten pasztet.

– Kanapki z pasztetem zrobiłam wam na drogę.

Tylko iść nie było gdzie.

– Nie chcę seksu, w którym muszę sobie wyobrażać seks.

Zaczekaj, mamo. W klasach jeden–trzy jeszcze tego nie zrozumiem. Wiem, że kiedy już będę duża i chuda, to dostanę okres, później zrobię sobie skrobankę, a na koniec urodzę dzieci, choć ja nie chcę mieć dzieci. Wszystkie kobiety tak mają. Ale teraz nie chcę słyszeć o twojej fantazji.

Bo fantazja, fantazja, bo fantazja jest od tego,

aby bawić się, aby bawić, aby bawić się na całego.

To szkiełko wszystko potrafi,

na każde pytanie odpowie,

wystarczy wziąć je do ręki

i wszystko będzie różowe,

wystarczy wziąć je do ręki,

dosypać ziarnko fantazji

i już za chwilę można

dolecieć aż do gwiazdy.

Fantazja, fantazja, bo fantazja jest od tego,

aby bawić się, aby bawić, aby bawić się na całego.

To szkiełko nigdy nie płacze,

zawsze jest w dobrym humorze,

to szkiełko wszystko rozumie,

każdemu chętnie pomoże,

wystarczy wziąć je do ręki

ziarnko fantazji dosypać

i już za chwilę można

z panem Kleksem w świat pomykać!

Bo fantazja, fantazja, bo fantazja jest od tego,

aby bawić się, aby bawić, aby bawić się na całego.

Fasolki, Moja fantazja

Słowa matki:

– Chyba nie wiesz, do kogo mówisz.

– Jestem twoją matką, a nie koleżanką.

– Póki mieszkasz pod moim dachem, nie życzę sobie takiego zachowania!

– Tak to możesz mówić do swoich koleżanek, a nie do mnie.

– Proszę, drzwi stoją otwarte, idź, nikt cię siłą w domu nie trzyma.

– Wynoś się z mojego domu!

– Kogo ja wychowałam?!

Także słowa matki:

– Możesz mi zawsze wszystko mówić.

– Jesteś moją córką, ale i najlepszą przyjaciółką.

– Który raz już mi życie uratowałaś?

– Nie zasługuję na tak wspaniałą córkę.

– Dlaczego jesteś dla mnie taka dobra?

– Zawsze będę cię kochała!

– Jak dorosnę, chcę być taka jak ty!

Jej macierzyństwo nie było zwykłe. Tak jak jej kuchnia. Rozwadniana zupa nie rosła w jej garnku, nigdy by sobie na to nie pozwoliła. To nie kotlety schabowe, tylko kurczak w sosie curry, jeśli matki redukować do smaku ich potraw. Nawet wigilijne uszka w jej wykonaniu to były chrupiące rumiane pierogi z bogatym, pikantnym grzybowym farszem. Nigdy nie było mdło. Wręcz przeciwnie: bywało za ostro.

Lubiła mortadelę z pistacjami. Spróbowała jej w Toskanii i się zakochała. I jeszcze w takiej kiełbasie z czosnkiem, którą turlałyśmy po ceracie na stole w mikroskopijnej kuchni.

– Ja nie wiem, ile jeszcze będę żyła czy nie żyła, ale to jem.

– A jak smakuje twoja matka?

– Moja ostro. Ale też bez przesady. Z wiekiem złagodniało. Dodawała mniej chili do dziecięcych potraw.

Jakże przecie nie ulec starszej nieco – bo od szesnastu do czterdziestu pięciu lat – kobiecie, która twierdzi, że jest z nami spokrewniona, i uwodzi nas słowami:

– To ja cię urodziłam, dupę ci podcierałam, a ty tak mi za to dziękujesz?

Jednak trudno nie ulec jakże przecie opalonej i wymalowanej kobiecie, z którą dzieli nas optymalna różnica wieku.

Dlaczego matki są opalone?

Po porodach robi im się zimniej i muszą się wygrzewać na słońcu, nawet jeśli tego nie lubią.

Po co matki są wymalowane?

Żeby córki uczyły się od nich malować swoje twarze. I jeszcze żeby szukały wskazówek na temat tego, jak ma wyglądać pośmiertny makijaż matki (tanatokosmetyka, toaleta pośmiertna – te sprawy): w ich sposobach malowania się za życia oraz w filmikach pod hasłami „Pięciominutowe sztuczki w makijażu” i „19 rzeczy, które przez całe życie robiłaś źle”, gdzie nie ma nic o byciu niewdzięczną córką, za to jest sporo o niewłaściwym układaniu okrągłych plasterków kiełbasy na kwadratowej przecież kanapce. (Przekrójcie dwa plasterki kiełbasy na pół i ułóżcie je na kromce rozcięciami na zewnątrz. Problem rozwiązany).

Ulegać matce, zaprzyjaźniać się z matką – to słaby interes. Umrze przed nami. Zostawi. Zrani. Odejdzie. Nie ukrywajmy: nasze mamy nie będą z nami do końca, to nie tak.

Jakie są matki? Matki są zmęczone. Szczególnie stare matki, martwe matki i młode matki.

– Zatrzepocz rzęsami – często tak mnie zaczepiała.

Trzepotałam. Mrugałam. A moje rzęsy muskały jej policzki. Na taką zażyłość mi pozwalała. Na taki dystans mnie dopuszczała. Można powiedzieć, że byłyśmy ze sobą dość blisko. Byłyśmy ze sobą na odległość rzęs. Choć w tamtym czasie rzęsy miałam za długie.

Zaczęłam się do niej przytulać późno, chyba w ostatniej klasie liceum. Jak mnie wołała do siebie do kuchni, natychmiast do niej biegłam, a ona dodawała:

– Tup, tup, tup, przybiegnij do mnie swoimi małymi nóżkami!

Nie pamiętam, żeby mówiła tak do mnie wcześniej.

Pamiętam za to naszą pierwszą kłótnię. Często do niej wracałyśmy. Poszło o czołówkę programu Domowe przedszkole. Trudno było zrozumieć jedno zasadnicze pytanie, które pada w piosence. Uważałam, że brzmi ono tak: „Dokąd tu-pta nocą jeż, możesz wiedzieć, jeśli chcesz”.

A moja mama tłumaczyła, że dzieci śpiewają: „Dokąd tu-pie nocą jeż”.

Dziś można to sprawdzić, przejrzeć w internecie memy jeży z podpisami: „Wiemy, dokąd nocą tupta jeż” albo „Kim jesteśmy, dokąd tuptamy?”.

To ja miałam rację.

Tyle że z tego nie wynika nic.

Myślałam, że bardziej, że dalej w doznawaniu własnego życia posunąć się nie można. Dalej niż moja matka.

– Z ciebie to będą kiedyś ludzie.

Tak mi mówiły moja mama i wychowawczyni z podstawówki. Od kogoś jeszcze to słyszałam. Nie pamiętam już od kogo. Ale nigdy tego nie rozumiałam. Wiedziałam, że to dobrze, że wyrosnę na człowieka. Tyle że nie byłam pewna, dlaczego jeszcze nim nie jestem. Może dlatego, że nie wszystko było u nas tak jak u innych? A właściwie było tego za dużo. Za dużo, bo dopóki nie poszłam do szkoły, nie znałam swojego ojca, bo moja siostra nie znała swojego, bo miałyśmy różnych tych ojców i o nich fantazjowałyśmy. Za dużo, bo nie było co jeść. I marzło się zimą w bloku od czasu, kiedy zamontowali liczniki na kaloryferach. Za dużo, bo dziadek bił babcię. Za dużo, bo babcia wciąż rozpaczała po śmierci syna, który się powiesił. Za dużo, skoro mama piła, tyła i płakała.

 

O swoim młodszym bracie denacie mówiła:

– Był nienasycony, wiecznie chciał więcej, zawsze chciał być pierwszy. I nawet śmierci spróbował przede mną. Paweł chciał mnie we wszystkim prześcignąć.

O mnie do mnie mówiła:

– Pamiętaj, że wszystko zawdzięczasz sobie.

I jeszcze:

– Pieniądze można przejeść lub przepić, ale swoje trzeba przeżyć.

– Kto szybko je, ten szybko pracuje. – Twierdziła, że to z La Strady Felliniego.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?