Post ScriptumTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


REDAKCJA: Dominika Repeczko

KOREKTA: Ewa Mościcka

PROJEKT OKŁADKI: Magdalena Zawadzka/Aureusart

SKŁAD I ŁAMANIE: Arkadiusz Zawadzki/Aureusart

ZDJĘCIA NA OKŁADCE: Copyright © Eartty, Copyright © Gunnar Assmy,

Copyright © Ink Drop, Copyright © Sergey Nivens,

Copyright © Sylvie Corriveau

Copyright © Milena Wójtowicz 2018

ISBN 978-83-7686-701-4

Wydanie pierwsze, Wydawnictwo Jaguar, Warszawa 2018

ADRES DO KORESPONDENCJI:

Wydawnictwo Jaguar Sp. z o.o.

ul. Kazimierzowska 52 lok. 104

02-546 Warszawa

www.wydawnictwo-jaguar.pl

instagram.com/wydawnictwojaguar

facebook.com/wydawnictwojaguar

snapchat:jaguar_ksiazki

SKŁAD WERSJI ELEKTRONICZNEJ: Marcin Kapusta

konwersja.virtualo.pl

Spis treści

1. Środa

2. Czwartek

3. Piątek rano

4. Piątek po południu

5. Sobota

6. Niedziela

7. Niedziela wieczór

8. Poniedziałek rano

9. Poniedziałek I

10. Poniedziałek II

11. Poniedziałek III

12. Poniedziałek IV

13. Wtorek I

14. Wtorek II

15. Wtorek III

16. Wtorek IV

17. Post Scriptum

1. Środa

– Nie możesz wrzucić zakupu DVD ze wszystkimi sezonami Supernaturala w koszty uzyskania przychodu – jęknął Piotr. W lewej ręce trzymał plik faktur przyniesionych przez Sabinę, prawą zaczynał rwać sobie włosy z głowy.

Jego wspólniczka była zajęta nadawaniem swoim paznokciom idealnie migdałowego kształtu za pomocą szklanego pilniczka. Słysząc to bolesne narzekanie, oderwała się od wykonywanej czynności, przechyliła głowę lekko na bok i zmierzyła Piotra krytycznym spojrzeniem od odzianych w brązowe mokasyny stóp aż po rozczochrany czubek głowy.

– Jak sobie tak zmierzwisz czuprynę, to wyglądasz jak wczesny Małaszyński z lekką nutką buntownika. Ale taką lekką, wiesz, kupuję mleko trzy i dwa procent, a nie zerówkę i czuję ostre YOLO. Nie idź tą drogą, nie pasuje do ciebie.

Gdyby wzrok mógł zabijać, Piotr miałby już dawno Sabinę na sumieniu. Może, ale tylko może, byłoby nawet mu trochę przykro. Troszeczkę.

– Wyluzuj. – Rozparła się wygodnie na swoim fotelu i dmuchnięciem oczyściła paznokcie z pyłu. – Pani Zofia mi to uzna. Ona jest „Team Dean”. Poza tym to jest risercz, czyli starannie prowadzone badania.

Piotr policzył w duchu do dziesięciu. Nie próbował już zabić Sabiny wzrokiem, skupił się na przedszkolnej ramce z dyplomem z jakiegoś szkolenia. Widział w niej swoje odbicie i faktycznie, jeśli Małaszyński zagrał za młodu znękanego psychologa z obłędem w oczach, to można by przyjąć, że aktor ma zaginionego brata bliźniaka, który tu, w Brzegu, w biurze na piętrze budynku dworca PKP właśnie traci zmysły.

– Jaki risercz? – zapytał, w zamierzeniu łagodnie. Średnio mu to wyszło, zgrzytanie zębami psuło efekt. – I nie mów mi, że pani Zofia fantazjuje zza grobu o Deanie. Ona nie ma ciała! Gruczołów nie ma!

Sabina uniosła starannie wymodelowane brwi w wyrazie głębokiej dezaprobaty. Piotr poczuł się lekko zawstydzony. Nie miał nic, absolutnie nic, ale to nic przeciwko nieżywemu stanowi skupienia pani Zofii. Wręcz przeciwnie, sam ją wspierał w procesie stawiania sobie celów pośmiertnych i realizowania tychże. I jako że duchy pieniędzmi nie dysponowały, to teraz pani Zofia odpłacała mu się w naturze. W bardzo przyzwoitej naturze, wypadałoby dodać, albowiem pani Zofia przez czterdzieści trzy lata swojego sześćdziesięciopięcioletniego życia pracowała w księgowości.

– Nie żałuj pani Zofii rozrywek, bo się obrazi i będziemy musieli znaleźć nową księgową – skarciła go wspólniczka.

– Nie żałuję, no ale to jest serial o dwóch facetach polujących na po… istoty nienormatywne. – Jakby spotkali panią Zofię, toby ją wyegzorcyzmowali! I jaki risercz ty zamierzasz na tym serialu robić? Przecież nie jak zabijać po… istoty nienormatywne.

– Potwory – podsunęła życzliwie Sabina. – Ja wiem, że ty musisz swoim pacjentom wciskać te wszystkie pozytywne afirmacje, ale wiesz, że ja wolę nazywać rzeczy po imieniu. Plus nie jestem pewna, czy samoocenę obniżoną przez fałszywe przekonania dystrybuowane w popkulturze mogę uznać za czynnik psychofizyczny…

– Co?

– Robię ocenę ryzyka zawodowego – wyjaśniła wspólniczka. – Łowcy potworów to jest bardzo istotny czynnik biologiczny mogący zagrozić, ekhm, istotom nienormatywnym zatrudnionym na stanowiskach, gdzie mają kontakt z normatywnymi. Na przykład nam.

Piotr niemalże zobaczył, jak w ścianie obwieszonej dyplomami otwierają się przed nim przysłowiowe wrota niebios, a zza okna, wraz z sygnałem pociągu, zabrzmiały mu pienia anielskie. Wszystko nagle stało się jasne, sensowne i akceptowalne. Sabina robiła dokładnie to, co robić powinna – pracowała.

Pięć lat wcześniej spotkali się przypadkiem na lokalnym festynie podczas konkursu jedzenia chałwy na czas. Sabina brała udział, a Piotr z chorą fascynacją i lekkimi mdłościami obserwował z boku, jak szczupła, blada brunetka w pięć minut pochłonęła kilogramowy blok. Potem jeszcze oblizała palce.

Złożył jej potem gratulacje, wymienili parę frazesów, zaczęli ostrożnie gadać o życiu, aż w końcu skończyli na założeniu razem firmy. Oboje byli… nienormatywni. Piotr miał magisterkę z psychologii, smętnie przeglądał ogłoszenia w internecie i próbował nieskładnie odpowiedzieć sobie na pytanie, jak wiedzę teoretyczną przyłożyć do prawdziwego życia, zwłaszcza jeśli nie jest się tak po prostu człowiekiem. Sabina miała tytuł technika bhp, foch na rzeczywistość i aktualnie sprzedawała truskawki spod parasola przed dyskontem. Z poprzedniej pracy wyleciała z hukiem za nieortodoksyjne podejście do zabezpieczania stanowisk pracy. Kierownik nieżyczliwie podszedł do posrebrzania klamek w celu uchronienia nocnej zmiany przed wampirami. Piotr w sumie mu się nie dziwił, w Brzegu wampirów nie było, a jeśli jakiś się przejazdem zaplątał, to raczej by poszedł do klubu albo na stację benzynową, a nie na halę produkcyjną.

Kiedy rozmowa zeszła już na te klamki, zaczęli gadać o tym, jak czasem jest ciężko się odnaleźć w życiu i w pracy, że miasto, rynek, ba, rzeczywistość nie jest dopasowana do potrzeb nieczłowieka i naprawdę, ale to naprawdę jest ciężko mieć te dwadzieścia parę lat i cały świat podobno u stóp. I że ktoś powinien coś z tym zrobić. To było na jakimś koncercie w Herbaciarni, desperadosy obficie przybywały do stolika i w pewnej chwili, Piotr pamiętał to jak przez delikatną alkoholowo-hałaśliwą mgiełkę, Sabina uniosła brwi, czknęła i oznajmiła: „Nie licz na to, frajerze”. A on, bogaty w wiedzę o motywacji, świeżo po lekturze którejś książki dającej prostą odpowiedź na pytanie, jak w pięciu prostych krokach zostać bogatym, szczęśliwym i spełnionym, poderwał się i zakrzyknął, że nie będzie na nikogo liczył i sam z tym coś zrobi.

Miesiąc później Sabina pisała do Urzędu Pracy wniosek o dotację, a jeszcze zanim rok się skończył, mieli swoje własne przedsiębiorstwo doradczo-konsultingowo-szkoleniowo-behapowsko-coachingowe, celujące ze swoimi usługami w bardzo specyficzną grupę demograficzną. Piotrowi dwa lata zajęło otrząśnięcie się z szoku, że naprawdę to zrobili, a potem jeszcze cztery przyjęcie do wiadomości, że odnieśli oszałamiający sukces.

– …no i z łowcami sprawa jest prosta: czynnik biologiczny, jak w pysk strzelił, makroorganizm. Czynniki psychofizyczne i znaczący wzrost stresu są do dupy, ale przynajmniej łatwe do zakwalifikowania. Oberwanie kołkiem osikowym to oczywiście czynnik fizyczny. Mam tylko problem ze srebrem i czosnkiem – mówiła dalej Sabina, absolutnie obojętna na wrota niebios i olśnienia Piotra. Taka już niestety była, przyziemna i praktyczna aż do bólu. – Endeescha i endeespe nie mam jak policzyć.

 

– Endeescha?

– En De Es Ce Ha. Największe dopuszczalne stężenie chwilowe. I największe dopuszczalne stężenie pułapowe. No wiesz, po ilu kostkach czekolady się uśmiechniesz, po ilu ząbkach czosnku wampira szlag trafi – wyjaśniła, wyrzucając pilniczek do kosza. Zużył się raz dwa, jak zwykle, ale Piotr nigdy nie miał serca jej zaproponować, żeby zamiast do drogerii chodziła do marketu budowlanego po pilniki do metalu. – Żaden z tych bladych dupków nie był skłonny się poświęcić dla nauki, a przecież badań na zwierzętach przeprowadzić się nie da!

– Badania na zwierzętach są ogólnie do kitu. – Wspólnik uznał, że dobrze jej o tym przypomnieć. Tak na wszelki wypadek. Sabina miała bardzo… liniowy tok myślenia.

– A to swoją drogą – zgodziła się Piechota. – Poza tym zwykła świnka morska i tak by nie wystarczała. Trzeba by ją zmienić w wampira. Świnki morskie nie są chyba podatne, króliki i szczury raczej też nie… Wyobrażasz sobie, co by było, jakby je można było zmienić w wampiry? Gryzoniokalipsa, brzmi jak tytuł naprawdę kiepskiego filmu. I w tym filmie te gryzonie na pewno by się rzucały na roznegliżowane panny, a nie siedziały w klatkach i były poddawane badaniom w celu ustalenia norm! – dodała, wyraźnie sfrustrowana i rozczarowana współczesną sztuką kinematografii i brakiem filmowych odniesień do szarej, brutalnej i nienormatywnej rzeczywistości.

– A co innego mogłabyś zrobić, żeby zdobyć tę informację?

– Zanim Piotr zdołał się opanować, odezwała się w nim wrodzona empatia połączona z nawykami zawodu wykonywanego. Nie zdążył ugryźć się w język i zaraz tego pożałował.

Sabina w zamyśleniu okręciła wokół palca kosmyk ciemnych włosów.

– Mogłabym złapać jakiegoś wampira i sama poeksperymentować. Oczywiście to nie byłaby próbka miarodajna. Ewentualnie namówić klienta na zrobienie pomiarów, on wygląda na takiego, co ma jakieś szemrane interesy, może zamiast nogi w cement to twarz w czosnek…?

– Nogi w cement? – powtórzył, nieco osłabiony jej tokiem myślenia Piotr.

– No wiesz, jak to w mafii.

Wziął głęboki oddech, przysunął sobie krzesło obite turkusową tkaniną i usiadł dokładnie na wprost swojej wspólniczki. Ujął jej dłonie.

– Sabino… – powiedział delikatnie, ale stanowczo, patrząc jej prosto w oczy. – Nie.

– Piotrze – westchnęła. Przysunęła się bliżej, tak że ich twarze dzieliło tylko kilka centymetrów. Też spojrzała mu w oczy, całą sobą promieniowała powagą, skupieniem i dając do zrozumienia, że to jest właśnie to, ta chwila, ten moment, a nawet Moment. A potem mrugnęła wewnętrzną powieką.

Piotr wydał z siebie pisk wysokiej częstotliwości, niegodny sobowtóra amanta polskiego kina, i zleciał z krzesła, o włos mijając doniczkę z kalateą. Na szczęście siedzieli w jego gabinecie, gdzie na podłodze rozłożony był miękki, puchaty dywan, który miał dawać odwiedzającym poczucie bezpieczeństwa, komfortu i beztroskiej radości. Aktualnie pełnił funkcję warstwy izolacyjnej pomiędzy podłogą a kością ogonową Piotra i trzeba było przyznać, że sprawdzał się w tej roli znakomicie.

Sabina półleżała w fotelu i śmiała się tak bardzo, że aż wymachiwała w powietrzu chudymi nogami.

– Zawsze się na to nabierasz, no normalnie zawsze!!!

– Zrób ocenę ryzyka zawodowego na moje stanowisko i wpisz tam samą siebie, jako czynnik biologiczny – zaproponował, nie po raz pierwszy zresztą.

– Zatrudnij się najpierw u kogoś – odparowała. – Przedsiębiorca może się narażać do woli na własne ryzyko, a ty, mój drogi, jesteś rekinem lokalnego biznesu.

– Byłbym ci niesamowicie wdzięczny, gdybyś mi o tym przypominała w inny sposób. – Piotr podniósł się z podłogi i krytycznie ocenił stan spodni i koszuli. Nie pomięły się specjalnie, spokojnie mógł w nich iść na spotkanie z klientem.

– Nie musisz dziękować, nie ma to jak dawka motywacji na początek pracowitej nocki – Sabina też wstała. – Zbieram się, na dwudziestą drugą muszę być we Wrocławiu.

– To szkolenie dla kultystów? – przypomniał sobie Piotr. Specjaliści od ofiar i rytuałów byli dziwnie niechętni terminom ustalanym w godzinach dziennych.

– Dbałość o narzędzia – przytaknęła Sabina. – Zarąbiście płacą, jak ich jacyś lokalni Winchesterowie nie wybiją, to zrobię im jeszcze cykl na temat oświetlenia stanowiska pracy. Jakby jeszcze ze dwa kulty się gdzieś w okolicy pojawiły, tobym mogła nadpłacić kredyt. A ty co, na cmentarz?

Nietrudno było zgadnąć, Piotr miał już spakowany w niebieskiej torbie z Ikei swój tradycyjny cmentarny ekwipunek: składany fotel, parasolkę na wypadek gdyby padało, sól na wypadek gdyby klient był awanturujący się i gaz pieprzowy na wypadek napotkania przypadkowych ekshibicjonistów i hien cmentarnych.

– Mam sesję z Rybalczewskim.

– Myślałam, że z nim już skończyłeś?

– Ja też, ale zamiast przejść na tamtą stronę, znowu zaczął straszyć żonę. – Piotr rozmasował sobie skronie. Miał niekiedy wrażenie, że Rybalczewskiemu przydałby się nie coach, tylko właśnie jeden z braci Winchesterów. Oczywiście nigdy, ale to nigdy nie powiedziałby tego głośno.

Mina Sabiny świadczyła o tym, że nie musiał.

– Pani Zofia mi te DVD w koszty wrzuci. A ja ci pierwszy sezon zostawię na później. Obejrzyj sobie, jak wrócisz. Wiesz, tak dla rozluźnienia i odreagowania. Tymczasem!

Odwróciła się na pięcie i wyszła, postukując czarnymi szpilkami po panelach w korytarzu łączącym ich pokoje. Panele były kompromisem. Piotr chciał wykładziny w kojącym kolorze, Sabina optowała za łatwo zmywalnym gumoleum. W końcu zgodzili się oboje na sosenkę w promocji.

Psycholog zerknął na zegarek. Miał jeszcze co najmniej półtorej godziny, zanim ściemni się na tyle, żeby jego obecność na cmentarzu nie wzbudzała niezdrowego zainteresowania normatywnych. Sabina zgodnie z zapowiedzią zostawiła mu na biurku pudełko z serialem, ale uznał, że oglądanie ludzi zawodowo wybijających takich jak on i takich jak jego irytujący klient nie wprawi go w odpowiedni nastrój.

W szufladzie biurka miał ostatnio nabyty kryminał. Schował go, żeby Piechota nie miała okazji nabijać się z jego zamiłowania do powieści detektywistycznych. Akcja książki działa się w Opolu i okolicach i Piotra przeszywał miły dreszczyk lokalnego patriotyzmu za każdym razem, gdy rozpoznawał opisane miejsca. Przez chwilę się wahał – dreszczyk przyjemności był absolutnie pozytywny, ale kryminał zaliczał się do raczej brutalnych. Taka lektura mogła nie sprzyjać osiąganiu duchowej równowagi, zwłaszcza w przypadku kogoś, kto miał jej niejako z definicji niedostatek.

Ostatecznie zdecydował się na napar ze swojej autorskiej mieszanki ziół, opartej na melisie i tarczycy bajkalskiej, którego wątpliwym smakiem rozkoszował się przy akompaniamencie przejeżdżającego tuż za oknami Intercity. Korzystając nieobecności Sabiny, odpalił jeszcze lawendowe tealighty z Lidla. Kobieta miała węch jak trzy psy tropiące i twierdziła, że lawenda wzbudza w niej agresję, a świeczki odpalane w biurze ranią jej duszę behapowca. Piotr był absolutnie pewien, że Sabina duszy co prawda nie ma, ale agresję owszem, i to w nadmiarze, więc w najniższej szufladzie biurka, pod teczką z artykułami z psychologii pozytywnej, trzymał swoje zakazane przyjemności zamknięte szczelnie w pudełku śniadaniowym i wyciągał je tylko wtedy, kiedy był sam.

Kiedy pociąg odjechał, żegnając się donośnym sygnałem, Piotr włączył jeszcze nagranie mongolskiego śpiewu gardłowego w wykonaniu jakiegoś pasjonata spod Krapkowic. Matka, od lat bez reszty zaangażowana w kwestie duchowości, mistycyzmu i nie wiadomo czego jeszcze (nie słuchał zbyt uważnie, ale był skłonny obstawiać kontakt z naturą albo ze swoim wewnętrznym przewodnikiem – w końcu znał własną matkę nie od dziś), wręczyła mu je po ostatniej czwartkowej kolacji. Strzelecki był pewien, że jeśli chodzi o muzykę relaksacyjno-medytacyjną, to jego rodzicielka zaopatrywała w nią cały powiat, a może i województwo. W lecie urządzała w ogródku wieczorki relaksacyjne we wtorki, podczas których aktywne seniorki, natchnione pracownice biurowe i znękane matki małych dzieci rozkoszowały się puszczoną na full z głośników medytacyjną listą przebojów. Piotr podejrzewał, że samouk z Krapkowic miał na niej zapewnione pierwsze miejsce, przynajmniej dopóki znękani sąsiedzi nie poproszą o zmianę repertuaru.

Po godzinie spędzonej w oparach marketowej lawendy musiał własnej matce przyznać, że była najlepszym w regionie dilerem muzyki specyficznej. Miał nieśmiałą nadzieję, że to było wszystko, czym dilowała. Miejscowy kryminalni chyba podzielali jego naiwną wiarę, albo mieli głęboką awersję do mongolskich śpiewów gardłowych, bo dotąd Brzezina nie pojawiła się na paskach informacyjnych wiadomości i Piotr liczył na to, że tak zostanie.

Wyłączył muzykę, zgasił świeczki, wywietrzył biuro i umył kubek po ziółkach. Za oknem stukotał osobowy do Wrocławia. Był już najwyższy czas iść na cmentarz.

Na szczęście Rybalczewskiego pochowano na cmentarzu komunalnym przy Makarskiego. Teren był rozległy, na skraju miasta, z parkingiem – komfort prowadzenia sesji z klientem był o wiele większy niż na starym cmentarzu przy Ofiar Katynia. Tam nie dość że nekropolia wciśnięta była między zabudowania mieszkalne (a doprawdy nic tak nie psuło atmosfery zrozumienia, zaufania i terapeutycznych postępów jak czatujący w oknie sąsiad z lornetką), to jeszcze często ją wizytowała lokalna żulernia, bo sklep całodobowy był nieopodal głównej bramy. No i z parkowaniem też nie było łatwo, a zasuwanie przez pół miasta, nawet tak niewielkiego jak Brzeg, z wypchaną torbą z Ikei nie było może dla Piotra wyzwaniem kondycyjnym, ale bagaż był nieporęczny i zwracał niepotrzebną uwagę. O wiele lepiej było go wrzucić do bagażnika renóweczki i zajechać na miejsce komfortowo, jak na rekina lokalnego biznesu przystało.

Nieopodal nowszego cmentarza też znajdowały się osiedla, a na wprost, po drugiej stronie ulicy, ogródki działkowe, ale w godzinach późnowieczornych mało kto kręcił się w okolicy. Parking przy ogródkach działkowych był pusty, do tego słabo oświetlony, więc renóweczka nie rzucała się specjalnie w oczy. Oczywiście cmentarna brama spięta była łańcuchem, jednak dla Piotra nie stanowiło to problemu – mógł przez nią spokojnie przeleźć w tę i z powrotem dziesięć razy, nawet by się nie zdyszał, ale ponieważ był nieczłowiekiem cywilizowanym, już dawno dorobił sobie klucz. Co prawda pewne utrudnienie stanowił fakt, że aktualny dozorca nie trawił go wręcz organicznie, nie to co poprzedni, niestety już od ponad roku przebywający na zasłużonej emeryturze. Strzelecki z lekkim rozrzewnieniem wspominał dawne czasy, kiedy na początku swojej drogi sam szukał klientów. Sabina wyczytała u Pratchetta o zombie wygłaszającym płomienne przemowy na nekropoliach, w nadziei że jego wpółmartwi postanowią powstać, i uznała, że to supersposób promocji. Piotr miał pewne obawy, czy literatura fantastyczna jest dobrym źródłem technik marketingowych, ale ponieważ i tak cały czas miał wrażenie, że porywają się z motyką na słońce, księżyc, gwiazdy i nawet Drogę Mleczną, zgadzał się na wszystko. W końcu gorzej być nie mogło, a lepiej robić cokolwiek, niż siedzieć na tyłku i czekać, aż samo się zacznie dziać.

Laminowane wizytówki w przyjaznym, lawendowym kolorze zachęcały zagubionych do odnalezienia nowej drogi razem z magistrem Strzeleckim, psychologiem, coachem, trenerem nienormatywności i doradcą post mortem. Aż żal było je wciskać w szczeliny nagrobków, ale Sabina miała już przygotowaną mapę z zaznaczonymi wszystkimi cmentarzami w promieniu pięćdziesięciu kilometrów i pełny bak w swoim starym tico.

Po trzech miesiącach Piotr musiał przyznać, że Pratchett był geniuszem marketingu. Dzięki wizytówkom młody psycholog zyskał dziesięciu klientów – w tym trzech, ku swojemu szczeremu zaskoczeniu, normatywnych. Nawet teraz, mimo że od marketingowej akcji cmentarnej minęło prawie sześć lat, zdarzał się ktoś, komu w ręce wpadła wypłowiała wizytówka i kto chciał znaleźć swoją drogę razem z magistrem Strzeleckim.

A sam magister zdążył przez te lata zamienić jeansy i T-shirt na eleganckie spodnie i koszulę obowiązkowo w jasnym, pastelowym kolorze, rozdeptane vansy na mokasyny, a łatwego w utrzymaniu jeżyka na fryzurę, którą Sabina określiła mianem średnio wczesnego Beckhama.

Całym sobą emanował poczuciem bezpieczeństwa, spokoju, obiektywizmu, akceptacji i neutralności. I odczuwał niesamowitą satysfakcję za każdym razem, gdy spoglądał w lustro. Lubił sobie wyobrażać, że taką samą satysfakcję poczułby, gdyby któregoś dnia spotkał własnego ojca i spojrzał mu prosto w oczy, rzucając niewerbalne: „Zobacz, jak daleko zaszedłem, zobacz, jaki jestem inny niż ty”, ale poczucie realizmu kazało mu przyznać, że gdyby do tego spotkania faktycznie kiedykolwiek doszło, to Piotr zmykałby, aż by się kurzyło, żeby schować się za plecami Sabiny.

 

Zamknął za sobą starannie kłódkę na bramie cmentarza – łańcuch spinający oba skrzydła nie zniechęcał amatorów nocnej konsumpcji wspomagaczy alternatywnej rzeczywistości ani pospolitych złodziei wieńcowo-zniczowych, ale otwarta brama mogła zaalarmować kogoś z porządniejszych mieszkańców wracających z drugiej zmiany albo skłonić nowego stróża, żeby w końcu zrobił coś racjonalnego – na przykład wymienił zamek.

O tej godzinie cmentarz były cichy i ciemny, nie licząc pojedynczych zniczy tlących się na grobach. Strzelecki przeszedł alejkami w stronę nowszej części. Rybalczewski opuścił ziemski padół trzy lata temu i rodzina szarpnęła się na solidny, porządny nagrobek. Taki, że kolejne pokolenia, gdyby zabrakło innych powodów do rodowej dumy, zawsze mogły ją czerpać z tego, że przodek leży pod prawie toną upiornie drogiego granitu. Oczywiście odkąd niedoszły senior rodu pojawił się w swojej dopiero co zmarłej osobie na stypie w restauracji, by skrytykować rodzaj czcionki na szarfach pożegnalnych, rodowa duma jakby sklęsła w sobie i już nikt o niej nie wspominał. A kiedy nieboszczyk wygłosił jeszcze tyradę na temat swoich oczekiwań w kwestii absencji brokatowych zniczy i rodzaju napisu na płycie nagrobnej, jeszcze zanim stypa się skończyła, to świeża wdowa już ściskała w spoconej dłoni lawendową wizytówkę podrzuconą jej przez doświadczonego życiem kelnera. Zadzwoniła, gdy świętej pamięci mąż zajrzał dwie noce później i obsobaczył ją za brak ulubionej mielonki w lodówce.

Doradzanie umarłym łączyło się dla Piotra zawsze z pewnym dylematem etycznym. Z jednej strony sponsorem całego przedsięwzięcia była zwykle pogrążona w żalu rodzina, której cel często dawało się zamknąć w pięciu słowach: „Niech nas zostawi w spokoju”. Często dochodziły słowa szóste i siódme, zwykle niecenzuralne. Ale klientem i pacjentem był zwykle duch, próbujący się odnaleźć w pozbawionym gruczołów, hormonów i celów doczesnych po-życiu.

W przypadku Rybalczewskiego konflikt rysował się bardzo wyraźnie: wdowa miała nadzieję na długie lata zasłużonego spokoju, zeszły z tego świata mąż czuł potrzebę zatroszczenia się o pozostawioną rodzinę, rzecz jasna w sposób, który sam uznawał za stosowny. Rodzina marzyła, żeby szanowny nieboszczyk zatroszczył się o siebie samego, najlepiej na innym poziomie egzystencji duchowej.

Teściowa Rybalczewskiego, zażywna dziewięćdziesięciolatka, wyznała wręcz, że co prawda odkładała już na pogrzeb, ale zmieniła zdanie. Ma zamiar żyć jeszcze z dziesięć lat, albo i dłużej, bo perspektywa zejścia z tego świata i utknięcia w charakterze ducha w towarzystwie ukochanego zięcia przeraża ją niemożebnie. Dziesięć lat wydało jej się w miarę rozsądnym terminem na to, by ten sympatyczny młody człowiek, jak nazywała Piotra, przekonał drogiego Aleksandra do podążenia za światłem.

Jej córka na wieść o dziesięciu latach dostała obłędu w oczach i zaczęła szukać egzorcystów. W trzy miesiące nauczyła się obsługiwać wyszukiwarkę internetową na mistrzowskim poziomie, w oknach powiesiła łapacze snów, pod parapetem wysypywała sól, a do tego, zgodnie z zasadami feng shui w kącikach miłości i rodziny, i rozwoju duchowego ustawiła suche kwiaty, w nadziei że informacje wyszukane w sieci są prawdziwe i martwe roślinki umieszczone we właściwych miejscach szkodzą relacjom małżeńskim. Przy okazji zdemaskowała trzech szarlatanów i w wydatny sposób przyczyniła się do rozbicia piramidy finansowej działającej pod przykrywką stowarzyszenia rozwoju duchowego. Opolska komenda policji wręczyła jej nawet dyplom, a na fejsbuku pogratulował jej sam burmistrz.

Tylko cóż z tego, skoro jej mąż nadal regularnie ją wizytował, by wtrącić swoje trzy grosze.

Sympatyczny młody człowiek, w którym pokładała swoją ostatnią nadzieję, właśnie rozstawiał krzesełko turystyczne obok nagrobka rodziny Rybalczewskich. Noc była ciepła i przyjemna, z jednej strony cmentarza dochodził szum silników aut przejeżdżających po obwodnicy, po drugiej stronie miasto już zasypiało.

Strzelecki najchętniej poczytałby książkę albo chociaż posłuchał muzyki, ale odpalanie latarki na cmentarzu nie było najlepszym pomysłem. Nakładanie słuchawek z kolei wydawało mu się nietaktem wobec oczekiwanego klienta. Pozostawało mu tylko siedzieć, oddychać głęboko i powoli, rozmyślać o niczym i czekać, aż Aleksander Rybalczewski raczy się objawić w całej swojej pośmiertnej krasie.


Pierwsze, co zrobiła Sabina, kiedy ich radosne, spontaniczne i nieprzemyślane przedsięwzięcie zaczęło w końcu przynosić zyski, to wymiana auta. Jak tylko było ją stać, sprzedała tico i kupiła stare, bo stare, ale jednak bmw.

Pasowało do jej osobowości, a poza tym nikt się po niej nie spodziewał używania kierunkowskazów – i dobrze, zawsze miała problem z odróżnianiem lewej strony od prawej. Właściwie ze świateł to najchętniej używałaby tylko długich, poganiając na autostradzie ospałych kierowców, nie dość szybko zjeżdżających z lewego pasa.

Bmw obowiązkowo wyposażone zostało w system nagłaśniający i odpowiedni odtwarzacz. W drodze do Wrocławia towarzyszył jej na ten przykład Phil Collins, który jak zwykle stanowił podkład muzyczny do jej ulubionej fantazji. Wyobrażała sobie, że są na koncercie Phila, ona i on. Z głośników leci Something Happend on the Way to Heaven, a Jacek patrzy jej prosto w oczy i swoim cudownym, głębokim, radiowym głosem zapewnia ją, że chociaż mieli swoje problemy, głównie księgowe, to on jest po jej stronie, zawsze i wszędzie.

Piosenka się skończyła, zabrzmiała perkusja i Phil zaczynał Dance into the Light. W tym momencie fantazja Sabiny urywała się boleśnie. Piechota zdecydowanie nie potrafiła sobie wyobrazić, jak Jacek Majewski tańczy. W głębi duszy podejrzewała, że pracownicy skarbówki w ogóle nie są zdolni do zachowań tak wyluzowanych. Oczywiście nigdy nie miała okazji się o tym przekonać – mieli już dwie kontrole, ale Piotr zaraz przy pierwszej załapał, co się święci, i twardo nie zostawiał jej samej z inspektorem. Podobno dla dobra firmy i jej osobistego też. Sabina, niezrażona, sypała aluzjami i coraz mniej zawoalowanymi sugestiami, ale Majewski albo był tępy jak deska, albo absolutnie niezainteresowany. Tak czy inaczej, złamał jej serce.

W ramach zemsty na Piotrze, który jej niczego nie ułatwiał, a wręcz utrudniał, przez tydzień puszczała zapętlone What Becomes of the Brokenhearted w wykonaniu tego gościa z Gry o tron. Strzelecki Gry nie trawił, jak zresztą wszystkiego obficie okraszonego seksem i przemocą, więc w mniemaniu Sabiny zemsta była podwójna.

Przy dźwiękach Easy Lover (puszczała to w swoim gabinecie podczas obu kontroli, a Majewski twardo nie łapał podtekstu!) dojechała do centrum Wrocławia. O tej porze korków już nie było, za to miejsc do parkowania pod dostatkiem. Sabina zawsze, jeśli tylko mogła, wybierała parkingi podziemne, był to jej hołd dla wszelkich horrorów, thrillerów i kryminałów, w których w takich właśnie miejscach kogoś mordowano albo chociaż porywano. Nigdy jeszcze nie miała przyjemności być świadkiem takiej sytuacji, ale dziewczyna mogła sobie pomarzyć, prawda?

Poza tym kiedy szła w szpilach przez puste, podziemne przestrzenie, echo było po prostu obłędne.

Tym razem stanęła pod Narodowym Forum Muzyki, wyciągnęła z bagażnika torbę z materiałami na szkolenie i postukując obcasami na betonie przy każdym stanowczym kroku, ruszyła w stronę ulicy Świętego Antoniego.

Portier w pasażu od jakiegoś czasu nie dziwił się już, że ktoś wynajmuje sale konferencyjne o takiej porze. Kiedyś, kiedy zamaszyście podpisywała odbiór kluczy na hasło „Piechota, PS Professional Consulting”, zapytał ją o nietypową godzinę. Sprzedała mu gadkę o zalatanych yuppie i hippie i rzuciła, że tak jak hipermarkety i siłownie, firmy szkoleniowe też muszą się w dzisiejszych zabieganych czasach przestawić na dwudziestoczterogodzinną gotowość do pracy. Pokiwał głową z szacunkiem i orzekł, że z niej jest prawdziwa kobieta pracująca.

Sabina bardzo lubiła szacunek, więc pasaż stał się jej ulubioną miejscówką na szkolenia. Miała tam wszystko, co zapewniło jej dobry humor już od wejścia – podziemny parking jak z horroru, uprzejmego portiera i salę pełną spragnionych wiedzy owieczek w czarnych ciuchach. Niektórzy mieli nawet brody, a jeden pentagram wytatuowany na czole. Wszyscy patrzyli na nią spode łba, gdy postukując szpilkami, przemierzała salę. Istnieli szkoleniowcy, którzy hołdowali zasadzie pojawienia się na kursach przed czasem, Sabina do nich nie należała – za bardzo lubiła efektowne wejścia. Ona też ubrana była na czarno – czarny garnitur był w sam raz na takie szkolenia, oczywiście zestawiony z bluzką w jaskrawym kolorze. Sabina, blada i ciemnowłosa, odziana tylko w czerń mogłaby uchodzić za klona Morticii Adams. A to nie był dobry look dla profesjonalistki w jej branży.

Postawiła na biurku torbę tak energicznie, że zawartość aż podskoczyła i zabrzęczała.

– Witam wszystkich – powiedziała i uśmiechnęła się promiennie. – Nazywam się Sabina Piechota i będę dziś państwa szkolić z zakresu bezpieczeństwa i higieny pracy przy rytuałach okultystycznych i pokrewnych.


Było już koło północy, gdy Aleksander Rybalczewski objawił się w całej swojej pośmiertnej krasie, to jest w klapkach Kubota, białych skarpetkach, krótkich spodenkach, znad których wylewał się pokaźny bandzioch. Pochodzenie tej imponującej opony zdradzało przynajmniej częściowo logo kompanii piwowarskiej na przyciasnej koszulce.