Krótka rozprawa między trzema osobami, Panem, Wójtem a PlebanemTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Mikołaj Rej

Krótka rozprawa między trzema osobami, Panem, Wójtem a Plebanem

Którzy i swe, i innych ludzi przygody wyczytają, a takież i zbytki, i pożytki dzisiejszego świata

Warszawa 2016

Spis treści

Ambroży Korczbok Rożek ku dobrym towarzyszom

Rozprawa

Rzecz Pospolita narzekając mówi

Ku temu, co czedł

Ambroży Korczbok Rożek ku dobrym towarzyszom

Towarzyszu, posłysz, nie masz li co czynić,

Postój mało, nie wadzić to przeczcić!

Acz są rzeczy niepoważne prawie,

Podziwuj się też prostej ludzkiej sprawie.

Rozmawia tu z sobą trojaki stan:

Pan, Wójt prosty, trzeci z nimi Pleban,

Wyczytając przypadłe przygody,

Skąd przychodzą ludziom zysk i szkody.

Bo snadź człowiek z przyrodzenia każdy

Nawięcej się o to stara zawżdy,

Aby wiedział, co się w ludzioch dzieje:

Więc jedno chwali, z drugiego się śmieje.

Bo gdzie mądry przydzie w proste rzeczy,

Co lepszego, snadnie ma na pieczy.

A snadź na tym więcej mistrza poznać,

Który umie z miedzi złoto kować,

Takież z prostych rzeczy wżdy co obrać,

Co by się wżdy przygodziło schować.

A tak i to snadź przeczyść nie wadzi,

Jako głupi niemądremu radzi;

Bo snadź każdy może temu sprostać:

Co złe, ganić, a przy dobrym zostać.

Ja, com słyszał, tom krótko napisał,

Ale ty, cztąc, nie mów: „Bodaj wisiał!”

Bo więc mówią: „Iście temu kotki

Darły we łbie, kto pisał ty plotki”.

Lecz iż się ja snadź snadnie wyprawię,

Zwłaszcza gdy tu powiedacze stawię.

Jam napisał, kto chce, niechaj wierzy:

Co ma próżny czynić? Wodę mierzy.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Rozprawa

PAN MÓWI

Miły wójcie, coż się dzieje?

Aboć się ten ksiądz z nas śmieje?

Mało śpiewa, wszytko dzwoni,

Msza nie była, jako łoni.

Na naszym dobrym nieszporze

Już więc tam swą każdy porze:

Jeden wrzeszczy, drugi śpiewa,

A też jednak rzadko bywa.

Jutrzniej – tej nigdy nie słychać,

Podobno musi zasypiać;

Odśpiewa ją czasem sowa,

Bo więc księdzu cięży głowa.

A wżdy przedsię jednak łają,

Chocia mało nauczają.

Ano wie Bóg, za tą sprawą

Obrócim li się na prawą?

Bychmy jedno na lewicy

I z księdzem nie byli wszytcy!

WÓJT

Miły panie, my prostacy,

A coż wiemy, nieboracy?

To mamy za wszytko zdrowie,

Co on nam w kazanie powie:

Iż gdy wydam dziesięcinę,

Bych był nagorszy, nie zginę,

A dam li dobrą kolędę,

Że z nogami w niebie będę.

Abo gdy w obiad przybieży,

A kukla na stole leży,

To ją wnet z stołu ogoli,

A mnie kęs posypie soli,

Jako by mię nogieć napadł;

Mniema, bych już chleba nie jadł.

Potym mię pokropi wodą,

To już z Bogiem idę zgodą.

Alić przedsię, jako gorze,

Ciągni się, wójcie nieboże!

Jednak niźli cię rozmachnie,

Przedsię ta rzecz mieszkiem pachnie.

Ja mniemam, gdy wszytko spłacę,

Iż się z świętymi pobracę.

PLEBAN

A wójtże się to jął gdakać!

Czymże by tę gębę zatkać?

Gdzieś to dzban piwa dobrego,

Przegadałby mędrca tego.

Iście trzecim nachyleniem

Byłby tańszy z tym zbawieniem!

A jeszczeż ci w tym ksiądz wadzi,

Żeć owo na dobre radzi?

Bo nas sam Pan uczył temu:

Chcesz li sam brać, daj drugiemu.

A wielkie to upominki

U Boga takie uczynki.

A tyś wszytek świat rozwołał,

Żeś tej dziesięciny kęs dał.

Wszakeś tak słychał o Bodze,

Iż gdy był tu, na tej drodze,

Potwierdziwszy Zakon wszytek

Tu wszem ludziom na pożytek,

Na to stan duchowny sprawił,

By ji przezeń ludziom zjawił.

A my, duchowni stanowie,

Jesteśmy ku wam posłowie.

Tę pracą na was przełożył,

A mało was tym zubożył,

Iż z jego hojnego dobra

Słabo wasza ręka szczodra,

A nas tym opatrzujecie,

Czym z niego obfitujecie.

Bo byś baczył, miły bracie,

Na jakim ci ksiądz warstacie!

Musi wszytkiego zaniechać,

Kto się chce wami opiekać,

A opuścić dobre mienie,

Łatając wasze zbawienie.

Wszak wiesz, że rzemieślnik każdy

Potrzebuje płacej zawżdy.

A to jest święta utrata,

Bo za nię hojna zapłata.

A tak lżej mów, boś mię ruszył;

Latasz, a snaś nie zasuszył.

Waruj na rynku zabłądzić,

Bo snadź nie dziś twój dzień rządzić.

PAN

Miły księże, dobrzeć by tak,

Lecz podobno czciesz czasem wspak.

Hardzie tu strząsasz porożym,

A zowiesz się posłem bożym.

Prawda, żeś jego pasterzem

A w wielu sprawach kanclerzem,

Lecz czasem na wełnę godzisz,

Kiedy za tym stadem chodzisz.

Owa, choć trzoda niespełna,

Gdy się wam dostanie wełna,

Wierę z ostatka ty owce

Niechaj skubie, jako kto chce.

Bo dziś prawie prości ludzie

Gonią skowronka na grudzie,

A tak się prawie zbłaźnili,

Wszytkę wiarę w to włożyli,

Iż go żadna rzecz nie zbawi,

Jestli go ksiądz nie wyprawi.

Ano by snadź tak miało być:

Jednego wiarą nagrodzić.

Bo acz żadny w to nie łuczy,

Jako święte Pismo uczy,

A każdy człowiek z krewkości

Więcej się ciągnie ku złości,

Lecz się wżdy tym ciesz, nieboże:

Prawa wiara wiele może;

Tą masz wszytkiego nagrodzić,

Choćby miało potym szkodzić.

Drugiego dobrymi uczynki,

A nie wszytko upominki.

Małoć Pan Bóg dba o datki:

Azać mu zbierać na dziatki,

Abo sie troskać o długi,

Abo odprawować sługi?

Nie trzeba mu się nic starać,

Nigdy tam przednowia nie znać.

A snadź, co ma, wszytko nam dał,

Sam na równej rzeczy przestał,

Jedno chce, bychmy się bali,

A iż każdy niech go chwali,

A prawym sercem miłuje,

A bliźniego tak szanuje,

Iż to, w czym by się kochał,

By też rad u niego widział.

Ale dziś wasze nauki!

Rozliczne w nich najdzie sztuki:

Nie rzecze nic żadny próżno,

Chocia z sobą siedzą różno.

Aboć wezmę, abo co daj!

Tak kazał święty Mikołaj.

Bo jestli mu barana dasz,

Pewny pokój od wilka masz.

Dobry też Lenart dla koni,

Dla wieprzów święty Antoni.

Więc świętego Marka chwali,

Więc Piotra, co kopy pali,

Więc Michał, co liczy dusze.

Alić Masia z gęsią kłusze,

Bo już sobie tak spopadły,

Iżby dusze gęsi jadły,

A ona z tego gorąca

Nie jadłaby i zająca.

Na szyi wisi kobiałka,

W niej gomółka a powałka.

Mniema, że wszytko sprawiła,

Że tam z tą kobiałką była,

Że już siedm dusz wybawiła,

Sama się ósma upiła.

Bo się już więc tam łomi chrust,

Kiedy się zejdą na odpust.

Ksiądz w kościele woła, wrzeszczy,

Na cmyntarzu beczka trzeszczy;

Jeden potrząsa kobiałką,

Drugi bębnem a piszczałką,

Trzeci, wyciągając szyję,

Woła: „Do kantora piję!”;

Kury wrzeszczą, świnie kwiczą,

Na ołtarzu jajca liczą.

Wieręśmy odpust zyskali,

Iżechmy się napiskali.

Inak też tak Dawid czynił,

Zawżdy z arfą Boga chwalił.

Także idą precz z tą wiarą,

Iż wygrali tą ofiarą.

Razem też odpłatę znają:

Pełną szyję nalewają.

A rzadki z onej odpłaty,

Aby doczekał komplaty.

Bo więc drugi na nieszporze

Dawno ziemię szyją porze.

Wloką go za łeb do chrustu:

Nie mógł przechować odpustu.

A jednak się był nie dopiekł,

Ledwy drugi przed nim uciekł.

A tak dzisia ludzie prości

Ważą się rozlicznych złości,

A mało o Boga dbają,

Gdy się z plebanem zjednają,

Bo się ten dobrze nie wściecze.

Bóg nikomu nic nie rzecze.

WÓJT

Miły panie, Bógżeć zapłać!

Snadź by tobie lepiej gęś dać,

Kiedy byś nam tak chciał kazać,

Niż ten tłusty połeć mazać.

Bo przedsię tak nie słychamy,

Chocia w kościele bywamy,

Jedno kiedy przydzie święto

Usłyszysz, iż cię zaklęto.

 

Wójt, Bartek, Maciek z Grzegorzem

Nie uleży przed tym gorzem:

Świętopietrze u jednego,

A kolęda u drugiego,

Trzeci też pokupił winę,

Nierychło zwiózł dziesięcinę.

Tu więc będzie fukał srodze,

Rzadko usłyszysz o Bodze.

A tym zamknie wszytkę wiarę:

„Idźcież, dziatki, na ofiarę,

A czekajcie mię z obiadem,

Boć nam barzo grożą gradem;

A niechaj rychlej dowiera,

Wieręć po stronach przymiera.

Trzebać teraz będzie księdza,

Zać jedna nastanie nędza,

Bo oń przedsię mało dbacie,

Jako bydło tak mieszkacie.

Już to rychło dwie niedzieli

Niceśmy od was nie mieli:

Czyście o tę duszę dbajcie,

Acz nie trzeba, też kęs dajcie!”

Wszytko chce brać, daj mu psią mać,

A o Bogu nic nie słychać.

PLEBAN

A przedsięż to wójt harcuje,

Rad, iż panu pochlebuje.

Lecz to w posłuch mało idzie,

A co się przeciwić gnidzie!

Ale mnie wam dziwno, panie,

Skąd wam przyszło to kazanie,

Bo na wszytko docieracie

I o święte mało dbacie.

Czcicie jedno Zakon Stary:

Więtszeć tam były ofiary,

Tak jemi Boga chwalili,

Aż drugie czasem palili.

A tym go chcieli wyznawać,

Bo nie mieli komu dawać.

Abram jednegoż syna miał

I tego był ofiarował,

Chciał ji Bogu ku czci spalić.

A u nas to wszytko za nic.

A co Bogu wdzięczniejszego

A nad jałmużnę milszego?

I w Nowym Zakonie kazał,

By każdy, co winien, to dał:

Co cesarskie, to dać jemu,

A co boże, to dać samemu.

I niedawnom tak od was słychał,

Że, Bóg miał, wszytko rozdał,

A prawie przed swą dobrotą

Mało nie został gołotą,

A iż wszego obfituje,

Nic od nas nie potrzebuje.

A wżdy nie chciał z tym omieszkać:

Co jest boże, to kazał dać.

A naczże to rozkazano,

I komuż to ma być dano?

Iścieć nie inszemu komu,

Jedno sługam z jego domu.

Abo tym kęsem przeklętym,

Iż co czyni ku czci świętym,

Iście się mało zuboży,

Że pieniądz w tablicę włoży?

Boć próżno inaczej mówić,

Mogąć nam wżdy pomocni być.

Mojżesz w onym starym wieku

Wiele pomagał człowieku;

Abo Dawid i prorocy –

Wiele słychać o ich mocy,

A wiele Bóg prze nie czynił,

A częstokroć swój gniew mienił.

A snadź za świeżej pamięci

Co dziwów czynili święci,

Że umarłe ożywiali,

Krzywe kości napraszczali.

Acz to idzie z boskiej mocy,

Ale wżdy przez ich pomocy.

Bo rzekł: „To oddać we troje,

Co uczynicie prze moje”.

A tak nie masz ci ocz ciążyć:

Obadwaście nie dali nic.

A bychmy się nie oparli,

I ten kęs byście wydarli.

PAN

Ba, toć prawda, miły ojcze!

Niechaj kto powiada, co chce,

Że nam trudno k’zbawieniu przyść,

Nie będziem li dobrze czynić.

Aleć tym trzeba zapieprzyć:

Wiarą wszytkiego podeprzeć,

A to iście na pieczy mieć:

Dobrowolnie wszytko czynić.

Bo zać Bogu za dzień robić?

Dobrowolną chce służbę mieć.

Ksiądz wszytko chce mieć w kłopocie,

Stoi, by wójt, przy robocie.

Ano sami darmo macie,

Darmo nam też udzielajcie,

A my widząc tę dobrotę,

Będziem mieć więtszą ochotę.

I sam, chociam o tym słychał,

Dam też gęś na święty Michał.

Ba, i strucla cię nie minie

Ondzie o świętym Marcinie.

Bo tak księża powiadają,

Iż go za hojnego mają,

Iż zjadł wołu na wieczerzy

(Kto chce, niechaj temu wierzy),

A iż za płaszcz niebo kupił;

To by już Bóg komorą żył!

Aleście to nań zmówili,

Abychmy też woły bili,

A za takimi przysmaki

Wżdy się wam dostaną flaki.

Nie tak ci święci czynili:

Nie płaszczmi, ni wołów bili,

Lecz Panu wiernie służyli,

A świat prawie opuścili.

Lecz wy dziś, mili kapłani,

Bujni jako hardzi pani,

A na wasze ty utraty

Nie zniosą was wasze płaty.

By też więc dusze przyłożyć,

Musi skądinąd dołożyć.

A nas więc przedsię karzecie,

Choć sami barana drzecie,

Powiadając, iż imienie

Przekaża duszne zbawienie,

A iż tak czciecie o Bodze,

Iż nam to rozkazał srodze:

Wszytko na ziemi opuszczać,

W niebie osiadłości szukać;

A iż mól gryzie skarb ziemski,

Kazał ji Bóg kłaść niebieski.

A na końcu zawołają:

„Dawajcie, wszak wam też dają!”

Ano, kto chce rzecz utwierdzić,

Trzeba jej skutkiem poprawić.

Lecz różno skutek od rzeczy,

Coś inszego wam na pieczy.

Bo wasze pierwsze ćwiczenie

Starać się o dobre mienie,

A przedsię na to nie myślić,

Aby za to dosyć czynić.

Na ony wasze pacierze

Ledwo że się raz w rok zbierze:

Często Quaesumus próżnuje,

Oremus mało pracuje,

Ona wasza Alleluja

Jako pani sobie buja,

A Collecta za nią chodzi,

Też sobie na starość godzi.

Amen, ten robi jako chłop,

Bo się k’niemu ma każdy pop,

Bo z tym wijatyk leci w kąt:

„Dosyć się nas dzierżał ten błąd!”

To więc aż do dnia dopija,

Długa nań była feryja.

Sfatygował się nieborak,

Odpoczywa ubogi żak.

Często sobie oczy chłodzi,

Bo mu drobne pismo szkodzi.

A iżby szanował dusze,

Jako osłem, tak ją kłusze.

Nie może mu tak wiele dać,

Jako on śmie na nię nabrać:

Kustodyja, dziekanija,

Prebenda i kanonija,

Abo też owo probostwo,

Chocia piekielne ubóstwo!

„A co to jest sto kop płatu?

Czym pomóc chudemu bratu

Abo onej siestrzenicy,

Co tam mieszka na ulicy?

Choć w dziewiątym pokoleniu,

Przedsię jednak lżej zbawieniu,

Bo jakoby miał we złocie,

Co da ubogiej sierocie”.

A gdzie się co zjawi nowo,

Już rzecznikom bywa zdrowo,

Bo się więc tam prezentują,

Gdy co smacznego poczują.

Trzykroć czasem w Rzymie będzie,

Niż prawie na miestcu siędzie.

Podawce więc rozkosz mają:

Gdy się do nich ubiegają,

To się im nisko kłaniają,

Rozlicznie się zalecają;

Tu się obiecują służyć,

Dom ten i potomki mnożyć.

„Wszak jestli co skąd przypadnie,

Wszytko rozdzielimy snadnie;

Iście nie chcę nic mieć swego,

Społu używiemy wszego”.

Więc prawie mnożą potomki,

Obbiegając cudze domki;

Urzędów swych używają,

Bo je ojcy nazywają.

A z onych wielkich obietnic,

Ze wszytkiego nie będzie nic.

Pewny kłopot w zysku będzie,

Gdy już z tobą we wsi siędzie;

Już pewnego sąsiada masz:

Uczyń mu co, iście poznasz!

Pójdzieć gonionego z tobą,

Ma dwoje prawo za sobą.

Trudno więc naszemu bratu

Odzywać się do powiatu:

Kłusz się z miasta, Benedykcie,

Boś już w trzecim interdykcie,

A czasem nie chybisz Rzyma,

Chocia to u nas źwierzyna.

To cię będzie przez rok straszył,

Dzwonek tłukł a świeczki gasił,

A jestli Bóg nie ustrzeże,

Strzeż się, byś nie zmacał wieże.

Bo naszy mili przodkowie

Snadź nie wszytkich mieli w głowie

Gdy się w tę niewolą wdali,

Na sobie ten szańc wygrali.

Bo się w więtszą szkodę wdali,

Skąd się zysku nadziewali.

A stąd się musimy trwożyć,

Skąd się miała miłość mnożyć.

Bo to każdy widzi proście,

Iż z roztyrku gniew uroście,

A boski gniew z nienawiści,

Możemy być tego iści.

A z jednej szkody dwie mamy:

Iż was i Boga gniewamy.

PLEBAN

Wieręm, panie, ja nie tuszył,

Abyś tak rozumem ruszył.

Aleć też nie wszytko k’rzeczy,

Kto by to chciał mieć na pieczy,

A snadź nie wszytko z dowodem.

Zabrnąłeś jako z niewodem:

„Karasia, lina i szczukę,

Tak razem wszytko potłukę”.

Takież ty teraz na nasz stan

Oborzyłeś się srodze sam,

A równo wszytko szacujesz,

Nic nikomu nie folgujesz.

Anom tak słychał, jako żyw:

Jeden prze drugiego nie krzyw;

A iż się jeden obierze,

Iż wykroczy w swojej mierze,

A coż owi drudzy krzywi,

Którzy są poczciwie żywi!

A tkniż jedno świeckich urzędów,

Jestli tam nie więcej błędów?

A jako wam też przychodzą,

Bo się tak z wami nie rodzą!

A ze sta z was jeden siędzie

Takim kstałtem na urzędzie,

Aby jedno prawdę mnożył,

A swe pożytki odłożył.

Chyba drobnych kęs cześników,

Chorążych, wojskich, stolników.

Tam nic nie przydzie do mieszku,

Tej kęs szarej pychy w zysku.

Ale gdyby nie pamiętne,

I sędzić też nic nie chętne.

Ale więc nie szkoda pracej,

Kiedy już kto pewien płacej.

Bo uźrzysz ony proroki,

Kiedy już odsądzą roki;

Sporo im więc młyny mielą,

Kiedy się pamiętnym dzielą.

A barzo to łowne pole,

Sporzej młócić niż w stodole.

Choć sieć leda jako stanie,

Jednak wżdy co przypadnie na nie:

Sarna, zając, soból, liszką

I kuna, jej towarzyszka

Chocia żadny pies nie goni,

Przedsię jej być jednak w toni.

A gdy z wiatru przydzie snadnie,

Czasem cały kożuch wpadnie.

A też gdy jest elekcyja,

To jeden drugiego mija,

Ubiegając się o głosy;

Dobrze nie idą za włosy.

Snadź to gorsze niż pacierze,

Gdy kto urząd na się bierze,

W którym wiele trzeba myślić,

Jako mu dosyć uczynić.

Bo weźrzy, ano brat stoi,

Pan przydzie, co się go boi;

Drugi się z daleka kłania,

Choć na nim szuba barania,

Alić worek z niej wygląda,

Przedsię nań sędzia pogląda.

A snadź trudno w to ugodzić,

By też miał Salomonem być.

By się wżdy nie miał nachylić,

Wierę by też nie stał za nic.

A drugi się k’miestcu ciśnie,

Choć czasem kto za to piśnie,

Aby z niego był kasztelan,

Bo z tego ziela roście pan.

Acz iście nie znam rozkoszy,

Gdy się chudzina kokoszy,

Bo ta cześć z śmiechem na poły,

Piasek orzą tymi woły.

Nadzieją się przedsię cieszy,

Iż się wyżej wstąpić spieszy.

Bo zawżdy ci więcej jedzą,

Którzy bliżej misy siedzą,

A pewniejszy obiad czuje,

Kogo skwara zalatuje.

Bo więc ten, co jeszcze jedzie,

Czasem bywa po obiedzie.

Ale i inszy z nadzieją

Czasem się tak postarzeją,

Więc onej pychy przypłacą,

Bo i swe własne potracą.

Czyniąc dosyć swoim stanom,

Kłaniajcie się kasztelanom.

Ano więc ony pokłony

Barzo nam tępią zagony.

Też uźrzysz, a wojewodzie,

Przedsię nasz brat stoi za nic.

Nuż więc starostowie owi,

I ten ci czasem ułowi!

Bo chocia dzierży arendą,

Wżdy jednak ostrzyżki będą;

A choć na liczbie przestanie,

Przedsię dłużen nie zostanie.

Bo łacniej się wżdy wyliczyć,

Niż się na swej trosze ćwiczyć.

Bo się jednak przedsię skwarzy,

Kto co piecze abo warzy.

Zlezie wina, zlezie poczta,

 

Z tego gąsior, z tego kwoczka,

Zabłądzi też jałowica:

Na starostę połowica,

A czasem się wszytka zejdzie,

Wszak to na liczbę nie przydzie.

Nie zawżdy też będzie wołał,

Iżby się kto k’niej przyznał.

„Choć i druga niech przybieży,

Czyście tak w trupiech uleży.

I z wołkiem bądź, miły panie,

Gdy się nam jako dostanie!”

Uźrzysz zasię drugą stroną,

Aż drugiego ściąży z żoną.

„Mamy więźnia gotowego,

Bo nie wydał czopowego.

Temuć gotowymi płacić,

By ogon i rogi stracić”.

A tak na każdym ureędzie

Zawadzać się nierząd wszędzie.

I w owym ci nie przemory,

Który przydzie na pobory.

Zawżdy sporzej do komory,

Gdzie bywają gęste wory.

„Przedcięć błądzą owy łany,

Chocia stare kwity mamy.

Zbędzie w rejestrze obroku:

Uciekł młynarz tego roku,

A to nam nie chcąc przypadło,

Co teraz nowo przysiadło”.

Bo gdzie pełno, snadniej ulać,

Na oranym gotowo siać,

A gdzie zaczną gniazdo grosze,

Już lezie trocha ku trosze.

A coż więc dzierżysz o owym?

Nie kazić się też surowym,

Co owo na mycie siedzi,

Słucha furmanów spowiedzi.

„Chodź sam, bracie, po odprawę!

A wszak dawno wiesz ustawę,

Co masz od kamienia płacić.

Warujże ceduły stracić!”

Coż kto wie, co na cedule,

A co zostanie w szkatule!

Furman z cedułą precz bieży,

A szkatuła w kącie leży;

Rejestr ni widzi, ni słyszy,

Co chcesz, to tam weń napiszy.

Ano więc w tym błędnym lesie

Rada się ręka uniesie,

A kiedy się imie igrać,

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?