Ocaleni z XX wieku

Tekst
Z serii: Poza serią
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Mikołaj Grynberg

Ocaleni z XX wieku

Po nas nikt już nie opowie,

najwyżej ktoś przeczyta


Wszelkie powielanie lub wykorzystanie niniejszego pliku elektronicznego inne niż autoryzowane pobranie w zakresie własnego użytku stanowi naruszenie praw autorskich i podlega odpowiedzialności cywilnej oraz karnej.

Projekt okładki Łukasz Zbieranowski / Fajne Chłopaki

Projekt typograficzny Robert Oleś / d2d.pl

Fotografie wewnątrz tomu © by Mikołaj Grynberg

Copyright © by Mikołaj Grynberg, 2012

Korekta Sylwia Paszyna / d2d.pl, Ewa Polańska / d2d.pl

Redakcja techniczna Robert Oleś / d2d.pl

Skład Ewa Ostafin / d2d.pl

Skład wersji elektronicznej d2d.pl

ISBN 978-83-8049-667-5

Spis treści

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Dedykacja

Wstęp

Trzy linijki w historii Żydów Awiwa i Poldek Maimon

Dlaczego ja zabiłam Boga? Irena i Dov Johannes

Jestem dyplomowanym sierotą Giora Bar­-Nir

Polacy krzyczeli: „Żydzi uciekają!” Irena i Kuba Wodzisławscy

Rozmawiamy sobie o wesołych sprawach Krysia i Samuel Willenberg

Byłem zaścielony w łóżku Halina i Władek Kornblum

Ja się wstydziłam, że żyję Cypora i Efraim Laadan

Po nas nikt już nie opowie, najwyżej ktoś przeczyta Lusia i Mietek Raubvogel

Mąż idiota, syn geniusz i pełna szafa szmat Róźka Micenmacher

Miałam widzenia raczej nieoptymistyczne Irka i Gienek Waks

Zostałem narodzony i nadal żyję Stella i Izio Gold

Głowę mam raczej w Krakowie Ryszard Löw

Żydy z Tel Awiwu Bianka i Marcel Goldman

To się nigdy nie skończy Rita i Tulo Schenirer

Podziękowania

Przypisy

Kolofon

Pamięci moich Dziadków.

Dla Alexa, Tosi, Neli i Teosia.

Jeśli kiedyś zechcą poznać historię

Pokolenia swoich pradziadków.

Wstęp

Różnie wyglądają podróże do krainy dzieciństwa. Moja trwała kilka tygodni i odbyła się jesienią 2010 roku. Czułem się tak, jakbym znowu spotkał swoich dziadków, jakbym ponownie znalazł się w domu rodzinnym.

Historie, które bardzo dobrze znałem, zaczęły do mnie powracać w (czasami bardziej, a czasami mniej) zmienionych wersjach. Ludzie, którzy mi je opowiadali, stali się moimi bliskimi, a zarazem – zupełnie jak moi bliscy – moimi bohaterami. Nie tylko podarowali mi swoje opowieści, ale też okazali wiele troski. Czasem wyrażanej w ciepły sposób, a czasem w formie surowej reprymendy – żadnej z nich jednak nie odczułem jako odrzucenia, raczej nazwałbym to „stawianiem do pionu”.

Chciałbym, żeby wypowiedzi ludzi, z którymi rozmawiałem, były nie tylko świadectwem, ale również przeciwwagą dla wielu tekstów naukowych dotyczących Zagłady. Nie neguję potrzeby naukowych opracowań i rzetelnej metodo­logii, uważam jednak, że nic nie ma większej siły niż przekaz bezpośredni. Ja, wychowany wśród Ocalonych, cenię go ponad wszystko.

Zbliża się moment, kiedy już nie będziemy mogli udać się na rozmowę ze Świadkami. Moi rozmówcy (oby żyli jak najdłużej) mają świadomość tego, że po ich odejściu wiedza historyczna znajdzie się na „krzywej malejącej”. Na spotkania z częścią osób, z którymi byłem umówiony, już nie zdążyłem. Ci zaś, którzy mnie przyjęli, namawiali do pośpiechu: „Jak sobie wybrałeś takie stare obiekty, to się teraz lepiej spiesz”.

Spieszyłem się i zdążyłem, ale bardzo dobrze wiem, że pamięć, której dotąd strzegli oni, przechodzi pod naszą opiekę. Zdaję sobie sprawę, że czas nie leczy ran, tylko zamazuje przeszłość. Postanowiłem jednak stanąć po stronie tych, którzy wierzą, że im lepszą będziemy mieli pamięć, tym rzadziej będziemy popełniali te same błędy.

Wierzę, że ta książka jest czymś więcej niż tylko moją podróżą sentymentalną.

Tekst jest wiernym zapisem nagranych rozmów, z zachowaniem oryginalnego języka moich bohaterów. Ponieważ nikt już nie używa języka polskiego z takim wdziękiem jak oni, postanowiłem zaniechać jakichkolwiek prób korygowania. Mam nadzieję, że Czytelnik się ze mną zgodzi, że w tym tekście ich polszczyzna jest zaletą, a nie wadą.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Trzy linijki w historii Żydów
Awiwa i Poldek Maimon


Z Awiwą i Poldkiem Maimon spotykam się w domu starców pod Tel Awiwem, gdzie przebywają od roku. Mają tam nieduże mieszkanie. W połowie rozmowy robimy przerwę i idziemy do stołówki. Jemy smaczny obiad, a ja cały czas jestem bacznie obserwowany przez pozostałych pensjonariuszy. Państwo Maimon dbają o to, bym spróbował wszystkiego, i ciągle dokładają mi nowe porcje, żebym „nie był głodny”. Cały czas zapewniają, że wszystko jest zdrowe i świeże, bo ten dom prowadzą Żydzi z Niemiec, a u nich, jak wiadomo, porządek musi być.

Poldek: Tylko żebyś się mnie pan nie pytał jak tamten izrael­ski dziennikarz: „Dlaczego nie uciekliście wtedy do Szwajcarii?”. Ludzie nic nie rozumieją, co myśmy przeżyli. Przychodzi taki mądry i chce rozmawiać, ale on nie jest partner i nigdy nie będzie. Jemu nawet nie jest wstyd. On się nie zastanowi, on nie chce spróbować być choć trochę w naszej skórze.

Nie będę pytał o Szwajcarię.

Poldek: Jak ja mam mu tłumaczyć, że najgorsze to było poniżenie z głodu? Pewnie, że straszne, że nas tam zabijali, ale zanim nas zabili, to myśmy już byli jak nieludzie. Ja byłem w Auschwitz, a konkretnie na Bunie. Pan wie? Mówią o tym Monowitz.

Wiem, tam była fabryka IG Farben.

Poldek: No właśnie. I ja tę Bunę budowałem w czterdziestym trzecim roku. To co ja mogę powiedzieć takiemu „mądremu” człowiekowi, co mnie chciał widzieć w Szwajcarii? Ja mu mogę powiedzieć, że on najpierw musi zrozumieć, że ja nigdy do końca stamtąd nie wyszedłem. Że nie ma dnia, żebym ja o tym nie myślał. Ja już nie będę panu opowiadał, co mi się śni w nocy. Panie, my przeżyliśmy po to, by o tym opowiedzieć, ale nie ma komu! Jak opowiedzieć, że w kilka dni z Europejczyka można zrobić NIC? Tylko Primo Levi umiał to opisać. Ale czy taki dziennikarz o nim słyszał?

Awiwa: Byliśmy w sześćdziesiątym piątym roku w Au­schwitz. Ładnie nas tam oprowadzili i opowiedzieli wszystko, ale… jak w to uwierzyć? Ja słowa rozumiałam, ale nie mog­łam tego jakoś zebrać razem… A Poldek mówi, że Buna była najlepszym z obozów. Najgorszy był Birkenau… Najgorszy, najlepszy… Dzisiaj nie ma na to słów.

Poldek: Ja do dzisiaj nie wiem, jak można było przeżyć coś, co oni stworzyli. Ale jestem tu. Potem miałem dobre życie, zrobiłem ładną karierę w Kraju[1], miałem przyjaciół, dzieci… ale dalej nie udaje mi się przeżyć dnia bez tamtego. Już nigdy nie wróciłem do takiego życia jak przed wojną. Już nie dawało się być beztroskim po tym, co przeżyliśmy.

A jakie było pana życie przed wojną?

Poldek: To jest, proszę pana, taka bajka. Byłem otoczony miłością w domu, poza domem, miałem kolegów i koleżanki. Chodziłem do dobrej szkoły w Krakowie, na Brzozowej. To było hebrajskie gimnazjum o nastawieniu syjonistycznym. Mieliśmy cztery przedmioty po hebrajsku i bardzo dużo kultury polskiej. Byli tam wspaniali nauczyciele. Co miesiąc prowadzili nas do Teatru Słowackiego i potem o tym rozmawialiśmy. Chodziło się na koncerty i rozmawiało się o kompozytorach. Dobra szkoła. Można się w niej było wyżyć kulturalnie, naukowo i towarzysko. I tak było do piętnastego roku życia.

 

To znaczy, że matury nie zdążył pan zrobić?

Poldek: Maturę zrobiłem na tajnych kompletach.

Co pan myślał, jak wojna wybuchła?

Poldek: Głupi byliśmy. Cieszyliśmy się, że wakacje się przedłużają. Jak wojna wybuchła, to ja siedziałem na takim obozie harcerskim. To było takie harcerstwo nastawione syjonistycznie. Nie było partyjne i my też nie mogliśmy wstępować do żadnej partii. Siedzieliśmy na tym obozie i graliśmy w te wszystkie harcerskie zabawy. Nie wiedzieliśmy, co się dzieje, bo ani radia, ani telewizji wtedy tam nie było. Nagle przyjechał starszy kolega, brat naszej koleżanki, i mówi: „Wy tu siedzicie, a wojna ma wybuchnąć za kilka dni”. No to szybko do pociągu i przyjechaliśmy do domu jakieś trzy dni przed początkiem wojny. I do tego momentu wszystko w moim życiu było jasne. Wie pan, jasne i zrozumiałe. A po 1 września wszystko już wyglądało inaczej. My byliśmy kompletnie nieprzygotowani, chociaż powinniśmy byli być.

Jak mogliście być przygotowani?

Poldek: Wie pan, w trzydziestym ósmym roku Niemcy wyrzucili wszystkich Żydów ze Zbąszynia. Tych, co nie mieli obywatelstwa niemieckiego. I oni zaczęli opowiadać, co tam się dzieje, ale nikt im nie wierzył. My się wszyscy wychowaliśmy w Krakowie i to było blisko kultury niemieckiej. Ojciec dobrze mówił po niemiecku i matka dobrze mówiła po niemiecku. Nikt by wtedy nie uwierzył, że ten kulturalny naród wielkich filozofów i kompozytorów jest gotowy do takich zbrodniczych czynów. W domu rozmawiało się o ucieczce na wschód, ale ja pamiętam tylko to, że ciągle się pytałem taty: „Gdzie będziemy spać w nocy?”.

Zostaliście?

Poldek: Tak. Szóstego przyszli Niemcy i zaczęły się te ich zabawy: ganiali Żydów, brody obcinali, kazali tańczyć… Pierwsze dwa lata dało się przeżyć, ale było coraz gorzej. Potem zabrali futra, złapali tego i tamtego, ale ciągle żyliśmy w swoich mieszkaniach. Nie głodowało się jeszcze.

Pracował pan?

Poldek: Tak, znalazłem sobie taką pracę w ogródkach miejskich, razem z trzema kolegami. Chodziliśmy tam na piechotę, bo tramwajami już nam nie było wolno jeździć. Przychodziliśmy rano i do drugiej graliśmy w brydża, a potem szliśmy do domu. (Poldek gestykuluje, jakby właśnie grał ze mną w karty. I śmieje się do siebie na samo wspomnienie). Dawaliśmy ogrodnikowi parę groszy.

Płaciliście mu za to, że was zatrudniał?

Poldek: Tak. Dzięki temu mieliśmy papiery i nie łapali nas na takie dwu- i trzydniowe roboty. Ale w marcu czterdziestego pierwszego się wszystko skończyło. Weszliśmy do getta. Tam się żyło w mieszkaniach wspólnych. My we czwórkę mieliśmy jeden pokój. I tam już się zaczęło robić bardzo źle. Wtedy zaczęła działać nasza organizacja.

Jaka organizacja?

Poldek: Syjonistyczna. Organizacja Akiby. To już nie harcerstwo, chociaż nas tam było dużo z tych skautów. Ta organizacja miała kibuce i przygotowywała nas na to, że jak się wojna skończy, to pojedziemy do kibuców do Palestyny.

Dużo ludzi należało do tej organizacji?

Poldek: Przed wojną było tam chyba od tysiąca do tysiąca pięciuset młodzieży, a w getcie już tylko kilkadziesiąt osób. Najmłodsi mieli szesnaście, osiemnaście lat. I wszyscy spotykali się w bardzo małych grupach.

Miał pan dziewczynę w getcie?

Poldek: Dobrze pan to powiedział. Miałem.

A w getcie pan pracował?

Poldek: Pracowałem, ale poza gettem. Byłem ślusarzem. To jest dobra historia, opowiem panu. Wysłali mnie i trzech chłopaków, żebyśmy się do pracy najęli. Była taka niemiecka organizacja, co zatrudniała ludzi jako krawców, ślusarzy… i takie tam. Oni byli ze szkoły przemysłowej. Poszliśmy za Kraków, jakieś sześć kilometrów na piechotę, bo do pociągu nas nie wpuszczali. Przychodzimy, a tam ma być egzamin. To ja pomyślałem, że lepiej, żebym poczekał i posłuchał, co oni mieli na tym egzaminie. Siedzę i czekam na nich, a tu przechodzi jakiś chłopak, który już zdawał. Ja się go pytam, co mu kazali robić, a on mówi, jak było, i że teraz kazali mu iść do sekretariatu i powiedzieć, że jest po egzaminie na ślusarza. Pomyślałem, że nie mam już co iść na egzamin, jak wiem, co ma być dalej. Poszedłem do sekretariatu i dostałem pracę ślusarza. Taki miałem egzamin. Moi koledzy zostali pomocnikami ślusarza. Potem chcieli mnie za to zabić. (Poldek głaszcze żonę po policzku i puszcza do mnie oczko). Pracowałem tam kilka miesięcy i sporo zarabiałem.

Tyle, że na życie wystarczało?

Poldek: Nie, coś pan! Ale sporo, jak na Żyda u Niemców w tamtych czasach. Potem organizacja kazała mi iść pracować do gminy w getcie. Zostałem gońcem i znowu miałem troszkę pieniędzy. I jeszcze z bratem jakieś ciuchy sprzedawaliśmy i starczało.

A ojciec pracował?

Poldek: Ojciec wtedy już miał pięćdziesiąt pięć lat i nie pracował. Nie umiał sobie znaleźć żadnej pracy.

A co robił przed wojną?

Poldek: On był taki przedstawiciel.

Taki przedstawiciel czego?

Poldek: No na przykład: czekolada Kosma i cukierki Kanold. Później kiełbasa z Węgier… Takie różne delikatesy. Jego kuzyn był przedstawicielem na całą Polskę, to ojcu dał Małopolskę. Dobrze z tego żyliśmy. Na szkołę dla nas obu starczało. Mamusia nie pracowała i zajmowała się domem. Codziennie się gotowało.

W waszym domu była koszerna kuchnia?

Poldek: No a jaka miała być? Koszerna. Do wojny, bo potem to już wszystko stanęło do góry nogami.

Chodziliście do synagogi?

Poldek: Ojciec chodził co piątek i sobotę. Ja też chodziłem razem z nim, ale tylko do trzynastego roku życia.

A potem już nie?

Poldek: Potem też, ale na piłkę nożną, na Błonia.

A było życie towarzyskie w getcie?

Poldek: No oczywiście! Spotykaliśmy się wieczorami. Można było do dwudziestej pierwszej. W piątki wieczór robiliśmy takie spotkania organizacyjne. Każdy w swoim kółku, bo nas było za dużo, żeby wszyscy razem się mogli spotkać. Się śpiewało, się opowiadało.

O czym rozmawialiście?

Poldek: Głównie o przyszłości.

Co myśleliście o przyszłości?

Poldek: Wie pan, Żydzi to taki optymistyczny naród. Zawsze znajdowaliśmy jakieś plusy. Jak Niemcy byli pod Paryżem, to my mówiliśmy, że są za słabi, żeby ten Paryż zdobyć. Jak zdobyli, to znowu dobrze, bo teraz to już cały świat pójdzie przeciwko nim.

Czym się wtedy zajmowała wasza organizacja?

Poldek: W sierpniu czterdziestego drugiego powstała grupa bojowa. Zaczęliśmy zarabiać pieniądze, sprzedając kenkarty.

One były prawdziwe?

Poldek: Druki tak, ale reszta nie. Nawet pieczątki mieliśmy sfałszowane. Pan słucha, my nawet wysyłaliśmy z getta nasze grupy na wieś, żeby się ludzie uczyli ziemię uprawiać.

To było w ramach przygotowań przed wyjazdem do Palestyny?

Poldek: No tak! Przecież mieliśmy tam zostać rolnikami. Był wśród nas taki kolega, Szymszon Drengiel się nazywał. Jego rodzice mieli ziemię koło Bochni, w Nowym Wiśniczu. Nasi ludzie tam jeździli z getta i za darmo pracowali, żeby się nauczyć.

Kiedy zaczęliście tam jeździć?

Poldek: Od początku czterdziestego drugiego, ale już w kwietniu przyszły informacje o masowych mordach. Wtedy się zaczęło rozmawiać o tym, co teraz będzie.

Wierzyliście w te informacje?

Poldek: Młodzież wierzyła, a starsi ciągle jeszcze nie. Wtedy odbyło się takie spotkanie wszystkich młodzieżowych organizacji żydowskich i zaczęto myśleć, jak wyciągać tę młodzież z drogi na śmierć. Cały czas chodziło o to, żeby oni jechali do Palestyny. Taki był cel: ratować i wysyłać do Palestyny. Podjęte zostały różne próby. Wysłali taką parę, żeby zbadała, czy jest jakaś droga ucieczki, ale szybko tego chłopca i dziewczynkę zabili Niemcy. Pogłoski o zabijaniu przerodziły się w straszne ilości dokładnych informacji o transportach. Ciągle przyjeżdżały łączniczki z innych gett i opowiadały straszne historie. Zaczęła krążyć między nami odezwa Aby Kownera, że trzeba się bronić. Wszyscy doszliśmy do jednego wniosku i tak zaczęliśmy robić.

Jaki to był wniosek?

Poldek: Taki, że jeśli nie możemy jechać do Palestyny, to chociaż umrzemy honorowo. Ciągle mówiliśmy o tym, że musimy zapisać trzy linijki w historii narodu żydowskiego. Że młodzież chwyciła za broń i ratowała swój honor.

Mieliście poczucie, że przegracie, ale uratujecie honor, czy że może się jednak uda?

Poldek: My wiedzieliśmy, że Niemcy zdobywają Rosję.

Gdy brał pan broń do ręki, to był pan pewien, że to jest początek końca?

Poldek: Końca życia – tak, ale to szło o honor. Jak ja mog­łem myśleć, że przeżyję? To było pewne na sto procent.

Jak widać, na szczęście nie.

Poldek: Było, było. Prawie wszyscy zginęli. Wie pan, po co my to robiliśmy? To było skierowane do Palestyny. Żeby nasi rówieśnicy w kibucach usłyszeli, że my nie dojechaliśmy, ale walczyliśmy do końca. Nasz sen się nie mógł ziścić, ale polegliśmy z honorem. Założyliśmy grupę bojową, co się nazywała He­-Chaluc ha­-Lochem, czyli Pionier Walczący. Zadanie było proste: podziemny ruch zbrojny przeciw zbrodniarzom. To wszystko przyszło od kuzynki jednego z naszych przywódców. Ona przyjechała ze Lwowa. Taka mała, młoda kobieta o bardzo wielkim sercu. Zamieszkała u naszego szefa Libeskinda, ale on był właściwie szefem na całą Polskę. Spotykaliśmy się z nią i ona opowiadała o tym, co Niemcy robią na Kresach Wschodnich. O tym, jak tam zabijano Żydów. Nawoływała, żeby jak najszybciej wejść do tej organizacji. My już wtedy wiedzieliśmy, że NSZ zabijały Żydów, a nie przyjmowały w swoje szeregi. W AK też różnie bywało. W końcu wstąpiliśmy do AL jako grupa. Było nas tam około sześć­dziesięciu, siedemdziesięciu osób. Weszliśmy jako taka grupa odosobniona, ale pod dowództwem AL. Ja zostałem gońcem, bo miałem niebieskie oczy, jasne włosy i po polsku mówiłem nie z akcentem żydowskim. To się nazywało „dobry widok”.

„Dobry wygląd”.

Poldek: Niech będzie. Ja byłem w kontakcie z tym AL. Chcieliśmy być partyzantami, ale w Krakowie nie było lasów, to oni nam obiecali lasy pod Rzeszowem. Mieliśmy tam dostać wsparcie przy organizacji obozu w lesie. Wysłaliśmy pięciu, żeby się zorientowali, jak tam jest, ale na miejscu natknęli się na niemiecki patrol i tylko trzech wróciło do getta. Dowództwo skontaktowało się z AL, żeby zapytać, co się stało, to im powiedzieli: „Wy, Żydzi, i tak jesteście przeznaczeni na zagładę”. No to już zrozumieliśmy, że jesteśmy sami i na nikogo nie możemy liczyć. Czas był przeciwko nam. Była akcja w czerwcu – siedem tysięcy poszło do Bełżca, w październiku – sześć tysięcy. Już wiedzieliśmy, że to nie na roboty oni jadą. Zaczęliśmy szukać możliwości ukrycia naszych ludzi po aryjskiej stronie, ale to nie było łatwe. Ukrywanie Żydów groziło śmiercią. Nie wolno opowiadać, że Polacy nie chcieli pomagać. Bali się i to normalne. Sami mogli zginąć. Ale byli i tacy, którzy nam pomagali. Im się należą wszystkie honory, jakie można dostać. To najbardziej ludzki postęp, jaki można było wtedy zrobić. Udało nam się ukryć tam trochę ludzi, co mieli nieżydowski wygląd. Najgorsze było to, że najbardziej groźni okazali się sami Polacy. Potrafili rozpoznać Żyda i donieść. Postanowiliśmy coś zrobić, żeby wyciągnąć naszych ludzi. Znaleźliśmy taki barak na Skawińskiej na Podgórzu, gdzie przedtem był szpital żydowski. Jedna nasza koleżanka uczyła się w szkole razem z córką tego, co teraz odpowiadał za to miejsce. I on się zgodził za pieniądze udostępnić nam ten barak. Ukryliśmy dwudziestu naszych ludzi, którzy byli najbardziej zagrożeni w getcie, i zaczęliśmy planować nasze akcje. Mieliśmy zrobić napad na trzy kawiarnie i jedno kino, a poza tym rozrzucać ulotki. Jedna z tych kawiarni to była Cyganeria naprzeciwko Teatru Słowackiego. Mieliśmy do środka wrzucić granaty, bo tam przesiadywali wyżsi oficerowie niemieccy. I wrzuciliśmy 22 grudnia 1942.

Wyszliście z getta i wrzuciliście granaty do Cyganerii?

Poldek: Nie, to zrobili ci z baraku poza gettem. Ja nie poszedłem z nimi, bo miałem inne zadanie. Dostałem mundur żydowskiego policjanta z jakiegoś obozu, co w ogóle nie istniał. Miałem takie odznaki i czapkę, i cholewy, i ten pasek z napisem… Miałem rozlepiać ulotki nawołujące ludność polską do zbrojnej akcji przeciwko okupantowi. Mieliśmy też rozwiesić flagi polskie na budynkach administracyjnych i rozpalić ognie w różnych miejscach w Krakowie, żeby się zrobił bałagan, jak będą jechały te karetki straży pożarnej.

 

Zrobiliście to wszystko czy skończyło się na planach?

Poldek: Zrobiliśmy, tylko zaraz potem ktoś doniósł, i do dzisiaj nie wiemy kto, i do baraku przyszło gestapo. Ja jeszcze o tym nie wiedziałem i po akcji postanowiłem pójść na Skawińską. Idę tam w tym mundurze, więc nie jako ja, tylko jako ten policjant, legalny, żydowski. Wchodzę tam, chodzę po tych pokoikach i już wiem, że się stało coś niedobrego. Wszystko poprzewracane, słoma z materaców powyciągana… I nagle z pokoju wyskakuje dwóch gestapowców i krzyczą: „Hände hoch!”. A ja instynktownie, zamiast podnieść ręce, stanąłem na baczność, zasalutowałem i mówię: „Ja jestem kierownik policji żydowskiej w takim a takim obozie… Szukam tu jednego uciekiniera”. Pan rozumie, chwila jedna i instynkt wygrał. Ułamek sekundy. To oni opuścili te rewolwery. Ja sobie myślę: „Nie ma rewolwerów, jest dużo lepiej”. Oni mi mówią: „Skocz, Żydzie, po paczkę papierosów”. A wtedy papierosy to nie była taka łatwa rzecz do zdobycia. I sobie myślę: „Wyjść stąd i wrócić z papierosami czy nie wrócić? Wrócę, to mnie zaaresztują, nie wrócę, to już tego munduru nie będę mógł nosić. Co będzie, to będzie”. Poszedłem po papierosy i wróciłem z nadzieją, że może chociaż zobaczę, kogo oni trzymają w tym drugim pokoju. Zobaczyłem, ale trzy miesiące później, i to nie wszystkich. Część już zabili, a druga część siedziała ze mną w śledztwie. W tym właśnie czasie przyjechał do Krakowa Antek Cukierman. Miał się spotkać z szefem jednej organizacji w jego mieszkaniu. Wpadło tam gestapo, Cukierman zaczął uciekać i został postrzelony w nogi. Udało mu się umknąć, ale w środku była straszna strzelanina. Nasz zdążył zabić dwóch gestapowców, a ostatnią kulą popełnił samo­bójstwo. Dowiedzieliśmy się tego wszystkiego już w więzieniu. Tak się zakończyła działalność grupy bojowej krakowskiej.

Gdzie pan mieszkał w tamtym okresie?

Poldek: Ja mieszkałem u takiej kobity na Prokocimiu. Dzisiaj to już pewnie jest Kraków.

Z czego pan żył?

Poldek: Mój wujek Sztejn miał fabrykę likierów przed wojną. Jak przyszli Niemcy, to każdy Żyd został usunięty z własności i dostawał takiego händlera, który to przejmował. Wujek się z nim zaprzyjaźnił i razem działali. Tamten nie mógł wujka wyrzucić, bo on był nie tylko kupcem, ale i znał się na tym, jak robić te likiery. I ja co miesiąc dostawałem od wujka dwie albo trzy flaszki, które sprzedawałem, i potem wystarczało mi na cały miesiąc. Dopóki miałem wujka za sobą, to miałem za co żyć. Jego zabili w ostatni dzień wojny.

Ta pani, u której pan mieszkał, miała rodzinę?

Poldek: Nie, sama mieszkała. Ciasta piekła na sprzedaż.

Wiedziała, że pan jest Żydem?

Poldek: Nie wiedziała. Dla niej ja byłem student z Warszawy, który się w coś tam zaplątał i musiał uciekać. Dla niej to ja byłem arystokracja. Tak mi mówiła. Wie pan, ten Prokocim to było takie przedmieście. Przyszły święta i jej kuzyni zaprosili mnie na Wigilię. Siedzimy przy tej kolacji i wstaje gospodarz. Wziął kieliszek i napił się do mnie. A u nas w organizacji nie wolno było pić alkoholu, a poza tym ja nigdy nie widziałem, żeby mój ojciec tak pił do kogoś. Tata jak pił kieliszek na szabas, to wypijał i już. Więc ja podziękowałem temu panu i mówię, że nie piję. Zrobiło się tak mniej przyjemnie i pod koniec kolacji już szeptali między sobą, że ja jestem Żyd. Podchodzi do mnie ta moja gospodyni i mówi: „Oni myślą, że pan jesteś Żyd. Oni pójdą na policję”. Ja jej powiedziałem: „Pani Marysiu, jaki Żyd? Ja idę do domu spać. Jest dwudziesta pierwsza, a o dwudziestej drugiej jest godzina policyjna. Jak chcą, niech wołają policję. Ja będę w łóżku”. I poszedłem spać.

Zasnął pan?

Poldek: Bez problemu. Myślałem, że oni nie pójdą po godzinie policyjnej, a poza tym dobrze mi wtedy szło zasypianie. Co miałem robić? Każdy inny krok to była pewna śmierć. Później się okazało, że nie poszli, i więcej z nimi kłopotów nie miałem. Jednak długo się tam nie namieszkałem. Potem była taka akcja, żeby pomóc naszym, którzy chowali się w takim bunkrze w Bochni. Oni nie mieli pieniędzy. Co się wtedy robi?

Jak się nie ma pieniędzy?

Poldek: Wtedy się robi rabunek. Przebraliśmy się za gestapo i w tych mundurach i z legitymacjami wpadliśmy we trzech do jednej rodziny. Oni tam trzymali dużo pieniędzy, bo mieli w domu czarny rynek i donosicielstwo. Chyba jednak nie wyglądaliśmy na takie bardzo gestapo, bo oni pobiegli na policję. Zostaliśmy złapani. Jedną noc spędziłem jeszcze na gestapo w Bochni, a potem zawieźli mnie do Krakowa na Montelupich. Tam miałem bardzo ciężkie śledztwo przez siedem dni.

Trafił pan do więzienia jako Polak?

Poldek: Tak, ale dostałem rozkaz od naszych dowódców, żebym się przyznał, że jestem Żydem.

Dlaczego?

Poldek: Żeby było wiadomo, że Żydzi walczą.

To ciągle jest ta sama historia? Chodziło o honor i przepływ informacji do Palestyny?

Poldek: No właśnie, musieliśmy wysyłać sygnały o naszej walce. My to robiliśmy dla tych trzech linijek… żeby było napisane. Jak się przyznałem, to dostałem wielkie bicie 13 marca, ale się przeżyło. 19 marca zeszło się do celi śmierci. Tego właśnie dnia większość naszych ludzi poszła na rozstrzelanie. I zaczęło się głodowanie. Byłem tam bardzo głodny, taki głodny, że nie mogłem o niczym innym myśleć. Siedem albo osiem dni bez niczego, tylko trochę czarnej lury i sto pięćdziesiąt gramów chleba dla chłopaka, to było straszne. I jeszcze bez przerwy gimnastykę nam robili. Co wstawałem, to wszystko dookoła mi się kręciło. Myślałem, że to już koniec. Po dwóch dniach dodali nam do cel dwóch naszych przywódców. Labena i Szymka Drengiela. Szymek to był niebywały człowiek i wielki bojowiec. Jak on przyszedł do celi, to nas wszystkich, tych, którzy pozostali przy życiu, posa­dził w koło i zaczął pogadankę. Było jak przed wojną w organizacji. O Palestynie, o naszej Biblii, o historii żydowskiej. I piosenki po cichu śpiewaliśmy. I jak się otwierały drzwi, to musieliśmy, tak śpiewając po niemiecku, te wszystkie idiotyzmy mówić wierszem. Że to my, Żydzi, jesteśmy winni temu wszystkiemu, co tu się dzieje. Drzwi się zamykały, a on nas od nowa do tego koła zapraszał i zaczynał w miejscu, w którym skończył, kiedy się drzwi otworzyły. On nam pokazywał, jak pozostać człowiekiem w tym wszystkim. Jak dostawaliśmy chleb, to kroiło się go na osiem równych części, każda po sto pięćdziesiąt gramów. Wie pan, jak to jest z takim krojeniem, raz wyjdzie równo, a raz mniej równo. I kto zaczął się przypatrywać, który kawałek większy, to wychodził z koła i wracał, jak każdy już wziął. Pan rozumie? On nas uczył, że człowiek zawsze może zostać człowiekiem. 13 kwietnia zawołali nas do szefa więzienia. Po drodze jeden z Polaków, co nas eskortowali, powiedział: „Idziecie do Oświęcimia”.

Wtedy pan wiedział, co to jest?

Poldek: Może oni wiedzieli, ja nie. Myślałem, że idziemy na rozstrzelanie, a tu nie. Pomyślałem, że będę żył dalej. Może dzień, a może…? Mała nadzieja. I wie pan, co mnie wtedy strasznie zadziwiło? Poszliśmy do tego szefa i on mi oddał wszystko, co miałem, jak przyszedłem do więzienia. I jeszcze bardziej dziwne było, że oni mi zabrali część z moich pieniędzy, bo odliczyli sobie za każdy dzień, co byłem w tym więzieniu. Niemiecki porządek, proszę pana. Tu mi oddali, a w Oświęcimiu za chwilę mi znowu zabrali. Miałem tam taki srebrny pierścionek…

Co to był za pierścionek?

Poldek: To był od takiej dziewczyny, jeszcze z getta.

Wziął pan tam ślub?

Poldek: Nie, tak sobie daliśmy pierścionki, że jesteśmy razem.

Ona była z waszej grupy?

Poldek: Ona była z naszej grupy i została rozstrzelana z tamtymi 19 marca.

Czy wtedy pan o tym wiedział?

Poldek: Tak. Ona też dostała rozkaz, żeby się przyznać, że jest Żydówką. Jak tylko się przyznała, to Niemcy jej mówią: „Aleś ty głupia, żeby nam takie rzeczy mówić. Mieliśmy cię zwolnić”. Ale pan wie? U nas najważniejsze było, żeby napisali, że Żydzi chwycili za broń. Ona była siostrą tego Szymka Drengiela. Jak mnie nieśli ze śledztwa do celi śmierci, to ich akurat prowadzili na śmierć. Widzieliśmy się tuż obok mojej celi. Ostatni raz ją wtedy widziałem. Wie pan, że tyle lat minęło, a ja ją nadal widzę przed tą celą. A potem wsadzili nas do samochodów. Sześciu chłopców i trzy dziewczęta, i przywieźli pod wieczór do Oświęcimia. Wszystkich tam przywozili pociągami, a my kulturalnie zajechaliśmy autem volvo, niby jakieś państwo. Elegancko. Zdejmują nas z samo­chodu pod tą bramą Arbeit macht frei. I czekamy. Stoją wartownicy z bronią, a dalej gra orkiestra. Przez bramę zaczynają wchodzić kolumny ledwo żywych ludzi i salutują. My nie wiedzieliśmy, gdzie my się znaleźliśmy, na jakiej planecie my jesteśmy. W końcu przyszli po nas. Zabrali nam wszystko, a dali numery, że my jesteśmy polityczni.

Czyli nie­-Żydzi?

Poldek: Żydzi, ale polityczni.

To lepiej niż sam Żyd czy gorzej?

Poldek: U Niemców to było lepiej. Może u innych by było gorzej. My mieliśmy prawo dostawać paczki, tylko że wtedy już nie miał ich nam kto posłać. Posłali nas od razu na blok jedenasty. Spędziliśmy tam na szczęście tylko trzy albo cztery dni, a później była kwarantanna. Następnie nas rozdzielili i część została w Oświęcimiu, a część poszła do kompanii karnej w Buna Monowitz.

Do zakładów IG Farben?

Poldek: Tak. Wie pan, że jak ja tam przyjechałem po wojnie, to tam dalej były zakłady chemiczne? Popracowałem w tym karnym komando kilka tygodni, ale po diecie na Montelupich to ja już nie byłem taki wielki siłacz. Zachorowałem na zapalenie płuc i opłucnej. Wtedy w szpitalu wolno było leżeć do czternastu dni.

Co się działo w tym szpitalu?

Poldek: Raczej nic. Chyba jakieś doświadczenia robili.

Ktoś pana leczył na te zapalenia?

Poldek: Tam nikt nikogo nie leczył. Leżałeś, to leżałeś. Jak umarłeś, to cię zabierali i koniec historii. Większość tam umierała. Dostawaliśmy tyle jedzenia co normalny więzień i już. Czasem chyba mi tam wyciągali jakąś strzykawką ropę z płuc. I tak leżałem, aż przyszedł esesman i zrobił krzyżyk na łóżku. Ja już wiedziałem, co to znaczy, i pomyślałem, że jak mają zostać o nas te trzy linijki w historii Żydów, to ktoś musi wiedzieć, że ja tu jestem. Nagle się okazało, że ja jestem ten, co nie przeżyje obozu.