Księga Wyjścia

Tekst
Z serii: Poza serią
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Mikołaj Grynberg

Księga wyjścia

Z posłowiem Piotra Osęki


Wszelkie powielanie lub wykorzystanie niniejszego pliku elektronicznego inne niż autoryzowane pobranie w zakresie własnego użytku stanowi naruszenie praw autorskich i podlega odpowiedzialności cywilnej oraz karnej.

Projekt okładki Łukasz Zbieranowski / Fajne Chłopaki

Projekt typograficzny Robert Oleś / d2d.pl

Copyright © by Mikołaj Grynberg, 2018

Copyright © for Polowanie na piątą kolumnę by Piotr Osęka

Redakcja Justyna Dąbrowska

Korekta Ewa Ostafin / d2d.pl, Katarzyna Rycko / d2d.pl

Redakcja techniczna Robert Oleś / d2d.pl

Skład Ewa Ostafin / d2d.pl

Książka wydana we współpracy z Muzeum Historii Żydów Polskich Polin oraz Stowarzyszeniem Żydowski Instytut Historyczny w Polsce.

Skład wersji elektronicznej d2d.pl

ISBN 978-83-8049-660-6

Spis treści

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Dedykacja

Szymon i Małka Fisz

Józek Szpilman

Krysia Borowicz

Perła Kacman

Paulina i Heniek Chmielniccy

Nina Himelstein

Grzegorz Himelstein

Krzysztof

Viola Wein

Ala Elczewska

Majka Elczewska

Andrzej Krakowski

Zosia Braun

Olga Zambrowska

Piotr Wiślicki

Halina i Leon Marymont

Dawid Guterbaum

Adam Gryniewicz

Lidia Zajde

Marek Elbaum

Anna Frajlich­-Zając i Władysław Zając

Piotr i Flora Fejgin

Leon Sfard

Naum Norman

Teresa Pollin

Aleksander Markowski

Krystyna Flato

Podziękowania

Polowanie na piątą kolumnę

Przypisy

Kolofon

Mojemu Tacie,

który nie zdążył przeczytać tej książki

Mikołaj: Tato, dlaczego nie wyjechaliśmy z Polski?

Marian: To jest dłuższa rozmowa.

To nie zwlekajmy.

8 marca sześćdziesiątego ósmego roku twoja mama miała spotkanie na Akademii Sztuk Pięknych na Krakowskim Przedmieściu. Gdy aktyw robotniczy zaczął pałować studentów na Uniwersytecie Warszawskim, część aktywu wkroczyła także na teren Akademii. Twoja mama zadzwoniła do mnie na wydział, żeby powiedzieć, że udało się jej uciec przez okno i że jest już bezpieczna. Wtedy poczułem strach. Składał się ze strachu o ciebie i o Danielę. To był pierwszy raz, kiedy zacząłem poważnie myśleć o wyjeździe z Polski. Wielu znajomych, tych, którzy wtedy zdecydowali się wyjechać, namawiało mnie na to. Zapewniali, że z moją pozycją zawodową łatwo znajdę pracę. Daniela nie chciała wyjeżdżać, ale powtarzała: jeśli ty chcesz, to może jedźmy do Francji. Mówiła biegle po francusku, miała tam rodzinę i przyjaciół rodziców, to było dla niej do przyjęcia. Dla mnie nie. Bałem się starych cywilizacji, okrzepniętych społeczeństw, w których po trzystu latach ciągle jeszcze jesteś nowy. A nowy zawsze jest outsiderem. Nie chciałem tego ani dla ciebie, ani dla nas. Uważałem, że trzeba jechać do młodych cywilizacji, takich jak Australia albo Kanada.

Izraela nie rozważaliście?

Nie.

Co się stało, że jednak nie wyjechaliśmy?

W pewnym momencie zdałem sobie sprawę, że żyję tylko dzięki temu, że moi rodzice uratowali mnie w czasie wojny. Gdyby nie oni, nigdy bym nie przeżył w getcie ani w aryjskich kryjówkach. W sześćdziesiątym ósmym roku mój tata miał sześćdziesiąt pięć lat, a mama ponad siedemdziesiąt. Oni już nigdzie nie mogli pojechać. Nie mogłem ich zostawić. Wiedziałem, że kiedy będą mnie potrzebować, nie może mnie zabraknąć. Ostateczną decyzję podjęliśmy z Danielą we dwoje. I zostaliśmy. Wtedy też postanowiliśmy, że nie możesz być sam, zdecydowaliśmy, że będziemy mieli drugie dziecko.

Mama odetchnęła?

To nie był czas na odetchnięcie. Powiedziałem ojcu, że podjęliśmy decyzję, że zostajemy. Na początku wyglądał na załamanego, bo uważał, że powinniśmy wyjechać. Dlaczego to robisz? – zapytał. W miarę jak mu tłumaczyłem, coś do niego zaczęło docierać. Myślę, że z czasem był nam bardzo wdzięczny.

Szymon i Małka Fisz
Kopenhaga, Dania

Przedstawcie się, poproszę.

Małka: Małka Fish, z domu Wajman. W Polsce „Małka” znaczy Małgorzata Alfreda Fish.

Szymon: Szymon Fish.

Fish pisane przez sh?

S.: W Polsce przez sz, a tutaj mieliśmy do wyboru Fisch albo Fish. Z wiadomych powodów wybraliśmy sh.

Czyli z jakich?

S.: Żeby nie wyglądało niemiecko.

Opowiecie…

M.: Szymek, zaczynaj.

S.: Urodziłem się w Akmolińsku, w Kazachstanie. Można powiedzieć, że byłem prezentem dla mojego ojca, który w czasie wojny stracił całą rodzinę. Przeżyły tylko dwie siostry mamy. Jedna z nich przechowała się w klasztorze i została zakonnicą. Po wojnie wyszła z klasztoru i skończyła szkołę pielęgniarską, ale nie mogła sobie znaleźć miejsca. Wróciła do zakonu i tam była do końca życia. Mogę teraz opowiedzieć ciekawą rzecz?

Pewnie.

S.: Myśmy z Małką zaczęli ze sobą chodzić po tym, jak byliśmy na kolonii żydowskiej. Moja mama uważała, że to jest mezalians, i uznała, że powinniśmy razem pójść do tej ciotki. Myślała, że jak Małka zobaczy zakonnicę, to od razu ze mnie zrezygnuje. Ciotka bardzo się na nasz widok ucieszyła. Popatrzyła na Małkę i mówi: Szymek, ty jesteś jedyny mądry w tej rodzinie. Zabierz swoją Małkę i wyjeżdżajcie do Izraela. Tu nie ma miejsca dla nas, Żydów.

M.: To był 1964 rok.

S.: Tak, bo miałem wtedy dziewiętnaście lat, a jestem z 1945 roku.

Wiedziałeś, że jesteś Żydem?

S.: My byliśmy bardzo żydowscy. Jak ja to mówię, jestem niewierzący, ale praktykujący. Ojciec zawsze mówił, że trzeba być dumnym z bycia Żydem. No to byłem.

Wiedziałeś od zawsze?

S.: Nie mogło być inaczej, mimo że nie jestem podobny do Żyda. To wszyscy Żydzi są do mnie podobni. Przeszedłem w Polsce wszystko, co Żyd miał do przejścia.

Co Żyd miał do przejścia w Polsce?

S.: Ochronę przed lecącymi kamieniami w drodze do szkoły.

W jakim mieście to było?

S.: W Legnicy. Zawsze w nas rzucali, ale my nie pozostawaliśmy im dłużni.

Wy, czyli kto?

S.: Żydzi idący do żydowskiej szkoły. Był czas, że ta szkoła liczyła około ośmiuset uczniów, większość to byli repatrianci. A potem, bardzo szybko, zaczęło być nas coraz mniej. Przyjeżdżali Żydzi z Rosji i bardzo szybko wyjeżdżali.

Moja siostra do dzisiaj mieszka w naszym mieszkaniu w Legnicy. Ja się wyprowadziłem, gdy poszedłem na studia. Maturę zrobiłem w Dzierżoniowie, w technikum. Wtedy były dwie szkoły elektrotechniczne w Polsce. Jedna w Warszawie – Kasprzak, druga w Dzierżoniowie – Diora. Chodziłem do tej drugiej, a mieszkałem w internacie, w czternasto­osobowym pokoju. Byłem jedynym Żydem. W naszej klasie było nas dwóch. Na początku trzech, ale jeden po roku wyjechał do Izraela. Po trzech miesiącach pierwszej klasy podszedł do mnie kolega Staś i mówi tak: Szymek, nie gniewaj się. Ja już wiedziałem, że jak ktoś zaczyna od „nie ­gniewaj się”, to będzie pytał o coś żydowskiego. Szymek, ty jesteś Żydem? Jestem – mówię. A Jurek Spektor jest Żydem? – pyta. Jest – odpowiadam. A Dawid Kierner? – pyta dalej. To już jego musisz spytać – odpowiadam. Wszyscy trzej chodziliśmy do żydowskiej szkoły. Dawid był repatriantem i strasznie się bał swojego żydostwa, nawet zaczął chodzić do kościoła. Nie chciałem go wydać, niech sam odpowiada. I wiesz, co się z nim stało? Po pierwszej klasie to właśnie oni wyjechali do Izraela. A ja zrobiłem maturę w Dzierżoniowie w 1965 roku i potem zdałem na Politechnikę do Wrocławia. Małka tam mieszkała, a my już wtedy ze sobą chodziliśmy.

 

Byłeś wtedy Polakiem?

S.: No pewnie. W domu zostałem wychowany na Polaka. Polska była moją ojczyzną, system socjalistyczny był sprawiedliwy i wszyscy byli różni.

Różni?

S.: Chciałem powiedzieć równi.

Śmieszna pomyłka.

S.: Nieśmieszna. Naprawdę jeszcze wtedy wierzyłem w ten system. Jak miałem osiemnaście lat, to nawet się zapisałem do partii.

A kiedy przestałeś wierzyć?

S.: W 1967 roku wziąłem urlop dziekański i zacząłem pracować w Biurze Urządzeń Techniki Jądrowej jako technik. 7 marca 1968 urodził się nasz syn, a 8 marca zaczęły się te słynne zmiany. Zostałem skreślony z listy studentów.

Podali powód?

S.: Nie potrzebowali podawać. Rozwiązali Wydział Łączności (dzisiaj Wydział Elektroniki) i zrobili nowy nabór. Bardzo późno się o tym dowiedziałem, bo nie bywałem na Poli­technice.

M.: Zapomniałeś powiedzieć, że wzięliśmy ślub.

S.: Tak, 15 kwietnia 1967 roku o godzinie osiemnastej w Pałacu Ślubów we Wrocławiu. Mieszkaliśmy z rodzicami Małki. Muszę jeszcze wrócić do Marca. Tam, gdzie pracowałem, przyszła milicja i zrobiła rewizję w moich rzeczach, a mnie wzięli na komisariat. Przetrzymali wiele godzin, zabronili mówić, o czym ze mną rozmawiali. Między wierszami dali znać, że się do mnie jeszcze dobiorą.

Dobrali się?

S.: Dostałem wezwanie do wojska. Małka w marcu urodziła, a mnie w kwietniu wzięli. Odpękałem tam dwa lata. Czterysta kilometrów od domu, w Trzebiatowie. Na mojej teczce, która dotarła do wojska, było napisane: „skreślony z listy studentów, marzec 68, dotrzeć”. Zameldowałem się w jednostce. Byłem już przecież po studium wojskowym, po obozie wojskowym i po przysiędze. Bardzo im się spodobało, że jestem sportowcem. I wtedy zobaczyli moje papiery. Zaczęło się. Imię ojca? Mojżesz. Nazwisko ojca? Fisz. Macie rodzinę za granicą? Nie. Żonaci? Tak. Żona ma rodzinę za granicą? Ma. Gdzie? W Meksyku i w Argentynie. Zapadła cisza, bo żaden z tych pułkowników nie chciał mnie do swojej jednostki. W końcu pułkownik Gdaniec wziął mnie do siebie, do artylerii. Dajcie go mnie, ja z takimi od Lenino szedłem – powiedział. Gdy wszedłem na baterię, na wszystkich łóżkach były kartki z danymi. Na mojej było napisane: „Szymon Fisz, kanonier, syn Mojżesza”. Tylko u nas były te kartki, po to, żeby mi dokuczać.

Dokuczali?

S.: Tylko oficerowie i podoficerowie. Wezwał mnie do siebie porucznik Musiał od spraw politycznych. Kanonier Fisz, wy się nie martwcie, my wiemy, że wy jesteście Żydem – powiedział. Tak jak ja bym to ukrywał. Nam nie robi różnicy, kto kim jest – dodał. To już wiedziałem, że im robi, bo inaczej by mnie przecież nie wzywał. Byłem dobrym sportowcem, umiałem czytać i pisać, jako jeden z niewielu. Pisałem raporty oficerom.

Ciężko było?

S.: Tak… Pierwsze pół roku było bardzo ciężkie. Byłem na granicy samobójstwa.

Co było najgorsze?

S.: Wszystko. Świat runął. Korzenie zniknęły. Okazało się, że nie jestem Polakiem. Straciłem grunt pod nogami, a tu jeszcze żona, dziecko. Nie miałem nawet z kim porozmawiać. Małka od początku starała się, by mnie zwolnili. W końcu się udało, żyję. Zamiast dwudziestu czterech miesięcy byłem w wojsku dwadzieścia trzy.

Po pierwszym pół roku było lżej?

S.: Tak, bo ja przedtem bardzo dobrze grałem w ping­-ponga, to się przydałem w reprezentacji pułku oraz Pomorskiego Okręgu Wojskowego. Wygrywałem, oni zbierali punkty, oficerowie dostawali podwyżki i pułk stał lepiej.

Byłeś przydatny.

S.: Jak bida, to do Żyda.

Już wtedy myślałeś o wyjeździe?

S.: Wiedziałem, że trzeba będzie. Odkładałem te myśli… Nie znałem języków, bardzo się bałem.

M.: Bo byłeś tchórzem.

S.: Na szczęście miałem przewodniczkę. Tego dnia, kiedy miałem wrócić z wojska, Małka dostała wypowiedzenie z pracy. Mieliśmy już dwoje dzieci i zaczęliśmy się starać o wyjazd, ale nam powiedzieli, że nas nie wypuszczą, bo we Wrocławiu musi zostać chociaż jedna żydowska rodzina z dziećmi. Pracowałem, byłem po wojsku, po stażu, zacząłem starać się o podwyżkę. Pojechałem w delegację z moim szefem, inżynierem Kasprzakiem. Trochę wypiliśmy, jak to na delegacji. On się rozpłakał i mówi: panie Szymku, ja ­robiłem, co w mojej mocy, żeby dać panu podwyżkę, ale zakazali mi i powiedzieli: Żydzi nam są niepotrzebni, niech się zwalniają. Oni nie mogli mnie zwolnić, bo byłem jedynym żywicielem rodziny, ale wiedzieli, jak się mnie pozbyć. Uniosłem się honorem i odszedłem. Myślałem, że szybko znajdę nową pracę. Ale dopiero po czterech czy pięciu miesiącach coś znalazłem, i to przez pomyłkę.

Jak to „przez pomyłkę”?

S.: W PKP Wrocław otwierali nową centralę. Tam był inżynier Zieliński. Panie Szymku – mówi – my tych skurwysynów nauczymy. Ma pan trzy dni, żeby załatwić wszystkie formalności.

Dlaczego trzy dni?

S.: Bo za trzy dni wracał z urlopu naczelnik. Załatwiłem wszystko, włącznie z odczynem Wassermanna. Zdążyłem i dostałem pracę.

Który to był rok?

S.: 1970. W poprzedniej pracy dostawałem dziewięćset złotych bez żadnych dodatków, bo były restrykcje, żebym nie dostawał podwyżek. Tutaj na start dostałem więcej, plus dodatek na mundur kolejarski, deputat na węgiel, zniżki na przejazdy. Wtedy już byłem członkiem Okręgowego Związku Tenisa Stołowego. Trochę sędziowałem, miałem diety. Co chwila ktoś wchodził do mojego pokoju, patrzył i wychodził. Okazało się, że przychodzą zobaczyć, jak wygląda Żyd na kolei.

M.: Zarabiał na dietach, a na chleb nie mieliśmy.

S.: Ciągle składaliśmy o wyjazd i ciągle dostawaliśmy odmowy. Chcieliśmy jechać do Izraela. W końcu Małka sama pojechała do Danii.

M.: O tym to już ja opowiem. A może wcześniej coś o sobie dodam?

Oczywiście.

M.: Urodziłam się w 1946 roku we Wrocławiu, ale zrobili mnie w Uzbekistanie. Rodzice mówili w domu po żydowsku, żebyśmy z siostrami nie wiedziały, o czym rozmawiają. Dlatego rozumiemy po żydowsku. Mam dwie siostry. ­Berta miała pięć i pół roku, kiedy dojechaliśmy do Wrocławia, a Gicia dwa i pół. Wszystkie chodziłyśmy we Wrocławiu do żydowskiej szkoły, a ja i Gicia jeszcze do żydowskiego przedszkola. ­Żyliśmy w żydowskim świecie.

Miałaś bezpieczniejszą drogę do szkoły niż Szymek, bez kamieni?

M.: Nic nie rozumiesz. Droga do żydowskiej szkoły w Polsce musiała prowadzić przez kamienie.

Codziennie?

M.: Nie było innej drogi. Z jednej strony był przystanek tramwajowy, było wiadomo, że tam będą wysiadać żydowskie dzieci. Druga grupa przychodziła tak jak ja, od Lwowskiej do Pereca. Doskonale wiedzieli, kto tamtędy chodzi.

Blisko podchodzili?

M.: Blisko, dalej, różnie. Powiem ci, że gorsze od kamieni, które rzucali, były wyzwiska. „Parszywe żydy!”, „Do Palestyny!”. Szczuli nas psami. Staraliśmy się poruszać grupami, bo w pojedynkę to było naprawdę bardzo ciężko.

Żyliśmy w malutkich rodzinach. Przecież prawie nikt nie przeżył wojny. Moja mama miała siostrę w Meksyku, a brata w Argentynie. Gdy przychodziły od nich listy, to było święto. Siadaliśmy wszyscy przy stole, mama nam czytała i pokazywała zdjęcia. To wasz kuzyn, to wasza ciocia… Wiedzieliśmy, że w końcu wszyscy się spotkamy.

Cały czas siedzieliście na walizkach?

M.: Siedzieliśmy na walizkach, zanim się urodziłam. Zaraz po przyjeździe do Polski rodzice starali się o wyjazd do Argentyny, ale się nie udało.

Co rodzice robili we Wrocławiu?

M.: Mama poszła do pracy, gdy ja poszłam do szkoły. Tata był palaczem na stadionie olimpijskim. Z zawodu był szczotkarzem i pamiętam, jak w kuchni, z kilkoma innymi, robili te szczotki. W ostatnich latach pracował jako karmelarz, taki, co robi cukierki. W 1956 dostał zawału i nigdy już do pracy nie wrócił. W tym samym roku mama straciła pracę w komisie. Wtedy zaczęła się prawdziwa bieda. Obydwoje mieli mikroskopijne renty inwalidzkie, głodowaliśmy.

Dlaczego mama przestała pracować?

M.: Powiedzieli, że są żydowskie spółdzielnie, że ona może sobie tam iść. Przez jakiś czas zajmowała się w takiej spółdzielni introligatorstwem, ale z powodu skoliozy musiała przerwać. Moja najstarsza siostra wyszła za mąż, kiedy miała osiemnaście lat, urodziła dziecko, gdy miała dziewiętnaście, a w 1963 wyjechała z rodziną do Izraela. Średnia musiała iść prosto po podstawówce do pracy. Tylko ja miałam szczęście zdobyć wykształcenie. W 1965 dostałam się do pomaturalnego studium programowania maszyn cyfrowych.

Opowiedz, jak było na żydowskich koloniach.

M.: Pierwsze moje kolonie były nieżydowskie. Co wieczór trzeba było odmawiać pacierz. Musiałam się nakrywać kołdrą i udawać, że śpię. Nigdy nie upadłam tak nisko, by klękać i udawać, że się modlę. Leżałam pod kołdrą i płakałam. Głodowałam, bo jedzenie mi nie smakowało. Było inne od tego, do którego byłam przyzwyczajona w domu. To właściwie było prewentorium, musiałam tam jechać, bo chorowałam na gruźlicę. Raz udało mi się namówić tatę, by mnie stamtąd zabrał. Potem byłam na polskich koloniach z siostrą. Była tam żydowska dziewczynka, której strasznie dokuczali. W końcu przyjechał jej tata, ona go błagała, żeby ją zabrał do domu. Pamiętam, jak Gicia do niego podeszła i powiedziała, że jeśli chce, żeby jego córka przeżyła, musi ją zabrać.

Zabrał?

M.: Tak. Myśmy zostały, ale byłyśmy we dwie, więc czułyśmy się pewniej. Potem jeździłyśmy już tylko na żydowskie kolonie.

Od razu się uśmiechasz.

M.: Bo to było zupełnie co innego. Było jedzenie, masło. Byli koledzy i koleżanki, serdecznie nastawieni.

S.: Można było żydłaczyć i nikt złego słowa nie mówił. W takim cudownym miejscu się właśnie poznaliśmy.

M.: I teraz wrócimy do mnie. W 1967 dostałam angaż do Zakładów Elektronicznych Techniki Obliczeniowej. Zaproponowali mi pracę od 1 stycznia, a szkoła kończyła się dopiero w czerwcu, ale go przyjęłam. W dzień pracowałam, a popołudniami chodziłam do szkoły. Byłam zachwycona, ale to już był 1967 rok i wiadomo, co się stało w czerwcu. Miałam szefa, który robił doktorat. Bez przerwy potrzebował pomocy językowej. Przecież pani Małgosia tak pięknie po polsku pisze… Przyszedł ten czerwiec 1967, nie mieliśmy żadnych wiadomości od Berty, a w środkach przekazu mówili, że Izrael jest zrównany z powierzchnią ziemi. Żeby się z nią skontaktować, trzeba było wysłać awizo, że tego i tego dnia będziemy dzwonić o takiej godzinie. Chodziłam cały czas zapłakana, a byłam już w pierwszej ciąży. Wtedy w pracy dowiedzieli się, że jestem Żydówką. Nie żebym to jakoś bardzo ukrywała, nawet na moim świadectwie maturalnym drugi przedmiot od góry to był język żydowski. Nie trzeba było być wielkim filozofem, ale mój dyrektor i wicedyrektor to jakoś przegapili. Wtedy przestało być miło.

Jak się nazywał twój dyrektor?

M.: Sztajer.

Sztajer…

M.: Partyjny i do tego folksdojcz.

Twój mąż też był w partii.

S.: Ale nie byłem folksdojczem.

M.: On serdecznie nienawidził Żydów. Można tak po polsku powiedzieć?

Jak widać, można.

M.: I zaczął mnie prześladować.

S.: Chciał, żeby się sama zwolniła.

M.: Szymek był w wojsku, ja w ciąży, nie mogli mnie zwolnić. Gdy tylko urodziłam, zaszłam w kolejną ciążę i bałam się powiedzieć w pracy. Myślałam sobie: teraz to szef mnie zabije.

Straszny czas przeżyłaś…

M.: Straszny. Straszny. Straszny. On był w wojsku, a ja zostałam ze starymi, schorowanymi rodzicami, z dziećmi i bez żłobka. Nie dostałam przydziału, bo mieszkałam z rodzicami. Byli mi kulą u nogi, próbowałam znaleźć inne mieszkanie, ale bezskutecznie. A do tego ojciec strasznie tęsknił do tej najstarszej córki i chciał jechać do Izraela.

 

A co się działo z twoją średnią siostrą?

M.: W styczniu 1969 roku z mężem i z dzieckiem wyjechała do Ameryki.

Jakbym miała jeszcze mało problemów, okazało się, że nasz budynek idzie do kapitalnego remontu i musimy się wyprowadzić. Zaproponowali nam baraki na ulicy Ostatni Grosz. Mówili na nią „cygańska ulica”, bo kiedyś tam Cyganie mieszkali. W końcu udało się znaleźć coś innego.

Przeprowadziłaś się tam z rodzicami?

M.: W styczniu, a w październiku 1969 wyjechali do Berty, do Izraela.

A jak sytuacja w pracy?

M.: Tragicznie. Miałam kilka koleżanek, ale bały się ze mną rozmawiać.

S.: U mnie było to samo. Podszedł do mnie kolega Rysiek i mówi: Szymek, nie gniewaj się. To już wiedziałem, że będzie litania. Zaczynają mnie prześladować, wyzywać od Żydów, musimy przestać tutaj ze sobą rozmawiać. Bardzo mnie to dotknęło, muszę powiedzieć, ale on też musiał jakoś swoją rodzinę wyżywić. Od kolegów raczej mnie nie spotykały nieprzyjemności, a z góry – wszędzie.

M.: Miałam w pracy taką koleżankę, która w 1967 roku serdecznie się mną zajęła i bardzo mi współczuła. Serce miała na dłoni i oburzała ją ta paskudna sytuacja polityczna. Potem wzięli ją na rozmowę i jak wróciła, to już ze mną nie chciała rozmawiać.

Dała ci jakiś sygnał?

M.: Nic, po prostu przestała mnie zauważać.

Bardzo chciałam wyjechać. Gdy byłam w ciąży z drugim dzieckiem, rodzice mnie namawiali, żebym z nimi pojechała, mówili, że przecież Szymka wypuszczą. Że nie ma tak, żeby ojca do dzieci nie puścili. Ale ja nie mogłam mu tego zrobić. Urodziłam drugie dziecko, rodzice pojechali sami.

Sama ich odprowadzałaś?

M.: Szymkowi dali przepustkę. Znaczy musiał oddać krew, to wtedy mu dali trochę wolnego. Dzieci zostawiłam u teściowej i pojechaliśmy ich odwieźć aż do Zebrzydowic.

Pamiętasz tę podróż?

M.: Co znaczy „czy pamiętam”? Oczywiście. W pociągu było strasznie zimno. Rodzice w jednym wagonie, my w drugim. Tuż przed granicą przyszliśmy do nich. Mieli wielkie bagaże, bo dużo rzeczy im na cle odrzucili przy wysyłaniu mienia przesiedleńczego. Próbowali więc je przewieźć pociągiem. Pamiętam, że tata miał w paszporcie przygotowane pieniądze na łapówkę. Celnik wziął, policzył i powiedział: połowa dla córki, i położył obok mnie. Byłam mu bardzo wdzięczna, bo dla nas to był chleb. Dojechaliśmy z rodzicami do samej granicy. W ostatniej chwili jeszcze wszystko przepakowaliśmy, tak że jedna walizka została pusta. Zabraliśmy ją do domu, bo nie było prosto wtedy taką dostać. Wielka, tekturowa. Ruska była. Oddałam ją potem jednej koleżance Żydówce, kiedy wyjeżdżała do Ameryki. I wiesz, że wtedy widziałam mojego tatę ostatni raz? Miałam dwadzieścia trzy lata i ostatni raz na niego patrzyłam. Nie wiedziałam tego, ale czułam, że się więcej nie zobaczymy. Już wtedy był bardzo chory. Umarł cztery i pół roku później. Mówił, że nawet jeśli umrze dzień po przyjeździe do Izraela, to będzie szczęśliwy. Nie chciał być pochowany w Polsce. Odczekaliśmy dwa lata od powrotu Szymka z wojska i znowu zaczęliśmy składać o wyjazd. Wiedzieliśmy, że po wojsku tak szybko nie wypuszczają.

Pracowałaś dalej?

M.: Wyrzucili mnie.

Jak to się odbyło?

M.: Najnormalniej w świecie. Dostałam wymówienie. Szymek wrócił z wojska i pracował. Dostawał tysiąc złotych, łącznie z premią. Na nic nam nie starczało.

Z czego żyliście?

M.: Z darowizn. Siostra z Ameryki dwa czy trzy razy wysłała nam po dwadzieścia dolarów. Potem napisałam list do cioci z Meksyku i przysłała nam sto dolarów. Zgadaliśmy się z moją przyszywaną kuzynką z Danii i ona nam, co jakiś czas, przysyłała po sto koron.

S.: Koronę sprzedawaliśmy wtedy po piętnaście złotych, więc wychodziło więcej niż moja pensja.

M.: Dzisiaj możemy się z tego śmiać, ale wtedy to był majątek. Wszystko szło na jedzenie.

Ile trwała taka sytuacja?

M.: Około czterech lat.

S.: Nie chcieli nas wypuścić.

M.: Musieliśmy wejść w umowę, że będziemy szpiclami.

S.: Nie weszliśmy w umowę.

M.: Weszliśmy! Tylko nie dotrzymaliśmy słowa. Dlatego wyjechaliśmy.

Co musieliście podpisać?

M.: Nic nie podpisaliśmy!

S.: Nic!

M.: Opowiem ci, żebyś wszystko rozumiał. Ktoś mi powiedział, że można pojechać do Sztokholmu, a stamtąd do ­Izraela, bo oni dają wizę na osobnym papierku, nie w paszporcie.

S.: Zapomniałaś dodać, że twój ojciec był już wtedy śmiertelnie chory.

M.: Mój ojciec cały czas był śmiertelnie chory.

To nie był plan na emigrację, ale na spotkanie z rodziną, tak?

M.: Był już rok 1973, najstarszej siostry nie widziałam ponad dziesięć lat, ojciec chorował. Chciałam ich zobaczyć.

Jak to przygotowaliście?

M.: Umówiliśmy się z mężem mojej przyszywanej kuzynki, że spotkamy się z nim w NRD, w Rostocku.

S.: Tam można było jechać na dowód osobisty.

M.: Tam się spotkaliśmy i zrobiliśmy cały plan, żebym mog­ła pojechać i zobaczyć się z rodziną. Miałam przyjechać do nich z wycieczką. Rodzice mieli przysłać pieniądze na bilet lotniczy do Izraela. Wzięłam córkę, która miała cztery lata, i pojechałam.

S.: Ale przedtem…

M.: Ku mojemu zdziwieniu paszport dostałam od razu. Byłam zaskoczona, ale szczęśliwa.

S.: I wtedy…

M.: Zadzwonił telefon. Człowiek z Urzędu Bezpieczeństwa powiedział, że po pierwsze, to chce mi bardzo pogratulować, że tak szybko dostałam paszport, a po drugie – chce się spotkać. Powiedziałam, że nie spotykam się z obcymi ludźmi, a z mężczyznami to już wcale, jestem przecież mężatką. Nie udało mi się wywinąć, musiałam pójść. Szymek pracował na zmiany dwudziestoczterogodzinne, więc musiałam dzieci do teściowej zawieźć. Mężowi powiedziałam, dokąd idę i żeby w przypadku, gdy nie wrócę, schował dzieci pod ziemię. Kazali mi pójść na tyły budynku Urzędu Bezpieczeństwa, na ulicę Więzienną. Wejść do budki telefonicznej i zadzwonić do nich. Zadzwoniłam. Poczekałam. Przyszło dwóch mundurowych, wzięli mnie pod ramiona, ścisnęli tak, że nie mogłam oddychać. Zaprowadzili mnie naokoło budynku i weszliśmy głównym wejściem na pierwsze piętro, skręciliśmy najpierw w lewo, a dalej już nie pamiętam. Nawet nie wiem, czy to było drugie, czy trzecie piętro. Normalny pokój z biurkiem, ale miał drzwi do innego pokoju. Tam mnie wprowadzili. Ściany były wyłożone skórą, wszystko było grube, wyciszające. Mogliby mnie torturować, nikt by nawet nie usłyszał. Od razu mi powiedzieli, że stąd żaden dźwięk się nie wydostaje. Jeden z nich znowu pogratulował paszportu i przeszedł do meritum. Byli zainteresowani nawiązaniem kontaktów ze Skandynawią. Chcecie ze mnie zrobić zdrajcę? – pytam. Nie chce pani współpracować, to pani nigdzie nie pojedzie – odpowiedział.

S.: Tymczasem zmarł twój tata.

M.: Tak. Powiedziałam, że aż tak mi nie zależy na tym wyjeździe. Kim są ludzie, którzy zapraszają? – pyta. Kuzyn – mówię. Tak podałam we wniosku. To był mąż tej przyszywanej kuzynki. Sprawdziliśmy siedem pokoleń wstecz i żadnego pokrewieństwa nie znaleźliśmy – mówi. Źle szukaliście – powiedziałam. – Jestem spokrewniona nie z nim, tylko z jego żoną. Ale on wam wysłał zaproszenie. Mąż kuzynki też rodzina, nie? – odpowiadam. Ją też sprawdziliśmy, nie ma żadnych papierów potwierdzających więzi rodzinne. Kto wie, co oni mogą mieć w archiwum – myślę sobie. To, że my nie mamy dostępu, to nie znaczy, że oni nic nie mają. Nie wiem, jak jesteśmy spokrewnione, ale ja zawsze do jej mamy mówiłam: ciociu. A, mądrze to pani wymyśliła – uśmiechnął się od ucha do ucha. Zaczął mnie wypytywać, kogo znam, a kogo nie znam, o znajomych i nieznajomych. Przyznałam się tylko do znajomości z tymi osobami, o których wiedziałam, że na sto procent Urząd Bezpieczeństwa wie, że ich znam. I znowu zaczyna, że jak pojadę, to mam się rozejrzeć, co ile kosztuje, posłuchać to tu, to tam. Nie ma mowy – mówię. A pani dzieci tak dużo chorują, lepiej im będzie w domu dziecka – mówi. Wtedy to już wiedziałam, że ugrzęzłam, nie mam wyjścia. Powiedziałam, że muszę się zastanowić i porozmawiać z mężem. Mężowi nie wolno nic mówić. Nie mam żadnych tajemnic przed mężem, możecie mi grozić, ile chcecie, ale jemu i tak powiem. Tylko mężowi, nikomu innemu – zgodził się. Wróciłam do domu, Szymka wzięłam na spacer naokoło fosy. I zaczęłam go na pamięć uczyć wszystkiego, co im tam powiedziałam. Tłumaczyłam mu: oni będą cię maglować, musisz mówić to samo, co ja im powiedziałam. I tak było. Dorwali się do niego. Ten sam facet. Przedstawił się jako kolega tamtego. Mówił, że dużo informacji im brakuje i chcą, żeby Szymek im je uzupełnił. Ponieważ go nauczyłam, to powtórzył słowo w słowo, wszystko grało. Ten człowiek był z nami do wyjazdu.

Jak się nazywał?

M.: Nie możemy sobie przypomnieć, ale na pewno to nie było prawdziwe nazwisko. Na imię miał Czesław.

S.: I chciał, żeby go wołać Czesiu. Nasz kolega Czesiu. Małka, Czesiu do ciebie dzwoni. Szymek, Czesiu do ciebie. Cały czas. Do samego wyjazdu Czesiu i Czesiu.

M.: Pojechałam do Danii i wtedy wzięli Szymka. Maglowali, maglowali.

S.: Chciał, żebym się zapisał do gminy żydowskiej. Tam wam pomogą – mówił – mają zapomogi.

M.: Nie chciałam brać żadnej zapomogi, nie chciałam być komukolwiek coś winna. Kazał nam zaprenumerować „Fołks Sztyme”[1]. Powiedziałam, że my nie mówimy po żydowsku. Tam jest dodatek po polsku – odparował. Chciał nam za to płacić, ale się nie zgodziliśmy.

S.: Jak tylko Małka wyjechała, to się do mnie doczepił. Dzwonił do mnie do pracy i pytał, jakie tam stosunki. To był 1973 rok. Po wojnie Jom Kippur to już mi żyć nie dawał. Małka jeszcze była w Danii. Zdążyła odwiedzić Izrael i wyjechać przed wojną. Kazał mi pójść do TSKŻ[2] na film z okazji Dnia Wojska Polskiego. Później przyszedł do mojej pracy i pytał, co ludzie mówili. Powiedziałem, że są zmartwieni, bo przecież ich rodziny tam są, a poza tym większości nie rozumiałem, bo mówili po żydowsku. Bez przerwy wzywał mnie do Urzędu i godzinami tam trzymał.

M.: Gdy byłam w Danii, dowiedziałam się, że duński parlament postanowił pod koniec roku zamknąć granice przed uchodźcami. Zrozumiałam, że mam mało czasu. Był październik 1973 roku.

Opowiedz o wizycie w Izraelu.

M.: Nie zdążyłam nawet na pogrzeb taty. Rozmawiałam z mamą, powiedziała mi: znajdź sobie inne miejsce na świecie, nie waż się tutaj przyjeżdżać, ale wyjedź z Polski. Wiedziałam, że wyjadę, ale nie powiedziałam, że weszłam w układ z bezpieką. Wróciłam, spotkałam się z Czesiem i powiedziałam mu: pomogę wam, pod warunkiem że wy pomożecie mnie.

S.: Opowiedz mu jeszcze o problemie, który miałaś po powrocie.

M.: Wizę izraelską dostałam na osobnym papierku, ale do paszportu wbili mi powtórny wjazd do Danii. Wyjeżdżając z Polski, dostałam prawo jednokrotnego przekroczenia granicy. Nie wiedziałam, jak mam oddać paszport i co wymyślić. Za żadne skarby nie chciałam się przyznać, że byłam w ­Izraelu. Miałam czteroletnie dziecko, które paplało o wszystkim, co tam widziało. Myślałam, myślałam, aż wymyśliłam, ale zanim cokolwiek zrobiłam, przyszedł do domu Czesio. Wszedł i zapytał, dlaczego nie oddałam paszportu. Córkę zamknęłam w kuchni. Ona nie przestawała wyć. Czesio pyta, dlaczego dziecko tak płacze. Zamknęłam, bo była niegrzeczna. Co zrobiła? – pyta. Wylała mleko, bo nie chciała pić. Ona rzeczywiście często tak robiła, ale musisz mi uwierzyć, że ja jej nigdy nie zamykałam. Tym razem tak, bo się bałam, że ona wszystko wypapla. Że widziała babcię, ciocię, że jej się podobało w Izraelu, że chce mieć samochód jak tamci.