Noc na zamku w Monte CleureTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Michelle Smart
Noc na zamku w Monte Cleure

Tłumaczenie: Maria Nowak

ROZDZIAŁ PIERWSZY

To wszystko nie miało prawa się wydarzyć.

Ona była arystokratką ze znakomitego rodu, córką najprawdziwszego króla, władcy niewielkiego europejskiego państewka, które wydawało się istnieć poza czasem, ukryte pomiędzy niebosiężnymi pasmami Pirenejów. On natomiast był najzwyczajniejszym plebejuszem, człowiekiem bez ojczyzny i rodziny, wiecznie w podróży, wiecznie w pracy. Jednym z tych parweniuszy goniących za sukcesem i pieniędzmi, którzy zaludniają nowoczesne biura i luksusowe apartamenty wielkich, hałaśliwych miast dwudziestego pierwszego wieku.

A jednak – spotkali się. Ona i on.

Królowie, książęta i inni arystokraci nadspodziewanie często korzystali z usług architektów, a Nataniel Giraud był naprawdę niezły w swoim fachu. Renoma, choć nie mogła zastąpić tytułu i herbu, pozwalała na wstęp do zamków, pałaców i rezydencji, gdy ich szlachetnie urodzeni właściciele mieli życzenie, by nadać wiekowym murom nowoczesny szlif. Pracował już dla wielkiego księcia Luksemburga i jego krewniaka z Monako, zaprojektował zgrabny dom letni dla Małgorzaty Duńskiej oraz prywatną przystań rekreacyjną dla państwa Atridesów, Greków, którzy wywodzili swój ród od samego Agamemnona. Był błyskotliwy, rzetelny, i – co najważniejsze – dyskretny, więc inwestorzy z wyższych sfer polecali sobie wzajemnie jego usługi. Przyjmował ich zlecenia, odwiedzał siedziby i, sam nie wiedząc jak i kiedy, zaczął należeć do „towarzystwa”. Zapraszano go na bale charytatywne, rauty i przyjęcia okolicznościowe. Bywał, bo zdawał sobie sprawę, że to znakomity sposób na pozyskanie nowych, zamożnych klientów. A fakt, że przy okazji mógł widywać ją, był bardzo przyjemnym bonusem.

Wpadła mu w oko już dawno, podczas pierwszej wizyty w Monte Cleure, tym kuriozalnym państewku leżącym gdzieś między Francją a Hiszpanią, które wielkością przypominało chustkę do nosa, ale ambicje miało na miarę monarchii absolutnej. Smukła, o alabastrowej cerze i twarzy idealnie owalnej, otoczonej ciężką chmurą czarnych, lśniących włosów. Zawsze spokojna, zawsze zamyślona i jakby lekko nieobecna. Mógłby uznać, że księżniczka jest piękną, ale niespecjalnie błyskotliwą ozdobą tronu Monte Cleure, gdyby nie usłyszał kilku rzuconych przez nią mimochodem uwag. To wystarczyło, by zrozumiał, że intelektem bije na głowę swojego ojca i brata razem wziętych, a także, zapewne, wszystkich zabawnie poprzebieranych szambelanów, podczaszych, koniuszych i lokajów, którzy zaludniali pamiętającą epokę wczesnego średniowiecza królewską siedzibę.

Tego dnia dopisało mu szczęście. Ślub i wesele księcia Heliosa były doniosłym wydarzeniem w światku europejskiej arystokracji, więc – dokładnie tak, jak się spodziewał – ona nie pozwoliła sobie na to, by odrzucić zaproszenie. Pojawiła się, ubrana z wyszukaną prostotą, olimpijsko spokojna i nienagannie uprzejma jak zawsze, choć przecież nie tak dawno temu sama była zaręczona z Heliosem, a na zamku szykowano jej wyprawę ślubną. Została porzucona z dnia na dzień i równie prędko zastąpiona nową kandydatką na księżną, a jednak, gdy dziś składała życzenia młodej parze, jej fascynująca twarz wyrażała jedynie życzliwość. Każdego, kto się spodziewał, że odrzucona księżniczka urządzi scenę albo choć wykrzywi usta i uroni łezkę żalu, spotkał srogi zawód. Jej uśmiech był spokojny i szczery, a gdy, miejscowym zwyczajem, ucałowała powietrze kilka milimetrów od policzków panny młodej, w jej geście nie sposób się było dopatrzeć niczego poza ciepłą uprzejmością.

On jednak nie dał się nabrać na tę grę pozorów, choć musiał przyznać, że była bezbłędna. Nonszalancko oparty o bar, gdzie serwowano mocniejsze drinki, leniwie sącząc whisky z lodem, nie spuszczał wzroku z księżniczki. I choć znakomicie kryła uczucia pod maską uprzejmego zainteresowania ceremonią – a w ukrywaniu prawdy o sobie była mistrzynią – bez trudu domyślał się jej stanu ducha. Zwłaszcza że co jakiś czas posyłała w jego stronę ukradkowe spojrzenia. Z niemałą satysfakcją odnotował, że pomimo doskonałego opanowania, tego odruchu nie była w stanie całkowicie kontrolować. Kiedy więc orkiestra zagrała do tańca, odstawił ledwie napoczętego drinka, wyprostował się i, błyskawicznie oceniwszy sytuację, ruszył na łowy.

Taka okazja mogła się już nie powtórzyć.

Księżniczka Catalina de Monte Cleure nigdy, ani na chwilę, nie była zostawiana bez nadzoru. Co z tego, że pełnoletnia była od lat ośmiu? Dopóki pozostawała panną, strzeżono jej jak klejnotu w koronie. Tak chciała etykieta. Gdy wybierała się do miasta, zawsze towarzyszyła jej co najmniej jedna dama, pełniąca rolę przyzwoitki. Podczas przyjęć i rautów brat kręcił się przy niej bezustannie jak pies stróżujący, a królewski tatuś co chwila kontrolował sprawowanie obojga. Zawsze, ale nie tego wieczora. Bo władca Monte Cleure, uważając widocznie, że ma większe prawo niż córka, by manifestować oburzenie niestałością księcia Heliosa, nie pojawił się ani na ślubie, ani na weselu. Jego syn, książę Dominik de Monte Cleure, zachowywał się w związku z tym jak pies spuszczony z łańcucha. Siostrze nie poświęcił nawet sekundy, tylko od razu wmieszał się w tłum, węsząc za zdobyczą. Preferował panny o wdziękach wyrazistych, wyrzeźbionych skalpelem chirurga plastycznego. Takie, które za operacje zapłaciły naprawdę dużo i nie miały zamiaru marnować efektów, zbyt długo kryjąc je pod ubraniem. Nie minęło dziesięć minut, a wymknął się z sali balowej w towarzystwie trzech rozchichotanych, imponująco biuściastych blondynek. Daleka kuzynka księżniczki, której powierzono rolę przyzwoitki, opuściła posterunek niewiele później, ukradkiem wciskając do torebki zwędzoną z baru butlę koniaku.

Catalina została sama. Siedziała, prościutka jak świeca, na białym krześle z finezyjnie wygiętym oparciem, i bezwiednie bawiła się nóżką kryształowego kieliszka, który stał przed nią na okrągłym blacie stolika. Patrzyła w dal, a jej twarz wyrażała delikatne rozbawienie i pogodny spokój.

Szedł ku niej nieśpiesznie, krokiem człowieka, który przechadza się bez celu. Nie chciał wzbudzić podejrzeń, a nade wszystko nie zamierzał jej spłoszyć. Kolejna szansa, by porozmawiać w cztery oczy z księżniczką de Monte Cleure, mogła się nie trafić.

Kiedy, nie pytając o pozwolenie, usiadł naprzeciwko niej, nie odezwała się ani nie poruszyła. Jeśli ktokolwiek ich obserwował, musiał odnieść wrażenie, że w ogóle go nie zauważyła lub że jego obecność jest jej doskonale obojętna. On jednak widział wyraźnie, jak jej usta rozchylają się lekko, w bezgłośnym westchnieniu, a powieki trzepocą niczym skrzydła motyla, ukrywając w cieniu rzęs oczy o poważnym, nieodgadnionym spojrzeniu.

– Proszę przyjąć moje serdeczne gratulacje. – Roztargnionym, jakby bezwiednym ruchem przysunął się z krzesłem do jej krzesła. Oczywiście tylko odrobinę. A potem jeszcze trochę.

– Słucham? – Jej głos, niewiele donośniejszy od szeptu, był całkowicie opanowany. Ale jej brwi – dwa cudownie regularne, szerokie łuki pod nieskazitelnie gładkim, alabastrowym czołem – uniosły się do góry w wyrazie kompletnego zaskoczenia. – Z jakiego powodu?

– Z powodu zerwania zaręczyn. – Nataniel rozsiadł się wygodniej, sięgnął po butelkę czerwonego wina, nalał jej, a potem sobie. – Wypijmy za wolność. W małżeństwie z Heliosem nie byłaby pani szczęśliwa.

– Skąd ta pewność? – W jej głosie pobrzmiewało umiarkowane zainteresowanie. Powiodła spojrzeniem w stronę parkietu, gdzie państwo młodzi wirowali w walcu wiedeńskim, wykonanym perfekcyjnie, według najlepszych zasad sztuki.

Nie odpowiedział od razu. Wpatrywał się w jej profil, walcząc, jak zawsze, z dręczącym poczuciem, że nigdy nie pojmie zjawiska, jakim jest ta kobieta. Jej rysy łączyły w sobie niewinnie zmysłową, dziewczęcą delikatność, ponadczasową szlachetność i zadziwiającą hardość. Catalina de Monte Cleure była bezsprzecznie piękną kobietą. Ale pięknych kobiet widywał wiele, a ona… była inna niż wszystkie. Za każdym razem, kiedy na nią patrzył, miał wrażenie, że jedna z tych eterycznych, ponadczasowych postaci, jakie malowali prerafaelici, ożyła i wyszła poza ramy płótna. Była urocza jak dziki kwiat na łące i zarazem wyniosła jak niebosiężne szczyty Pirenejów. Fascynowała go. I, co ważniejsze, mógł iść o zakład, że ta fascynacja jest odwzajemniona.

– Widziałem panią z Heliosem przy niejednej oficjalnej okazji. – Upił łyk wina. – Zupełnie między państwem nie iskrzyło. Zero chemii, jak to się mówi. Nie to, co między nami dwojgiem – dodał rzeczowo.

Och, teraz dopiero skupiła na nim uwagę! W oczach o barwie czekolady zamigotała szczera panika, a pięknie wysklepione policzki zapłonęły nagłym, zdradzieckim rumieńcem. Spazmatycznie zaczerpnęła tchu, a jej okrąglutkie, drobne piersi, ukryte pod materiałem sukienki, poruszyły się gwałtownie, posyłając ku niemu wonną falę ciepłego powietrza. Pachniała słońcem i miodem, jak górska łąka w samo południe. Ten zapach obudził w nim potężną, niemal bolesną tęsknotę. Pragnął tej kobiety. „Towarzystwo” uważało ją za zapiętą pod szyję cnotkę. Cóż, mogli sobie myśleć, co im się żywnie podobało, mogli nawet się z niej podśmiewać. On miał to w nosie. Przeczuwał, że Catalina de Monte Cleure pod maską idealnego opanowania skrywa bardzo gorący temperament. Chciał to sprawdzić. Chciał… zedrzeć z niej tę skromniutką jedwabną sukienkę w chłodnym kolorze mgły, ozdobioną motywem konwalii. Uwolnić te wspaniałe, czarne jak heban włosy, które nosiła misternie splecione w kok, o wiele, jak na jego gust, za sztywny. Chciał wreszcie zobaczyć ją nagą, jak tyle razy widywał ją w snach. Wysmukłą i świetlistą niczym biały płomień, z burzą włosów, które – był tego pewien – rozpuszczone, sięgałyby poniżej talii, muskały gładką skórę jędrnych, krągłych pośladków. Napatrzyłby się na nią… a potem dotknąłby jej. Zamknął w ramionach. Zatraciłby się w niej. Ona zaś przyjęłaby go i chłonęła z rozkoszą, tak jak rozpalona słońcem górska łąka chłonie ulewny deszcz.

 

– To niemożliwe. – Po rumieńcach nie było śladu, fascynująca twarz księżniczki pobielała niemal chorobliwie. – To zupełnie niemożliwe, słyszy pan?! Nie powinniśmy nawet… o tym rozmawiać.

Nataniel poczuł, jak po plecach przebiega mu dreszcz. Owszem, miał nieuczesane myśli. Ale był zupełnie pewien, że żadnej z nich nie wypowiedział na głos. Wyglądało na to, że rozumieli się bez słów. To było… interesujące.

– Dlaczego niemożliwe? – nie zadał sobie trudu, by cokolwiek precyzować. Był pewien, że oboje wiedzą, o czym mówi. – Jesteśmy dorośli i szczepieni, a co więcej, o ile się nie mylę, oboje tego chcemy.

– Być może. – Spojrzała mu prosto w oczy. Z niejakim podziwem pomyślał, że jest zbyt honorowa, by unikać odpowiedzi, uciekać się do niewinnych kłamstewek albo udawać, że nie ma pojęcia, o co mu chodzi. – Proszę jednak zrozumieć jedno. W moim przypadku żadne… przygody… nie wchodzą w grę. Moim obowiązkiem jest zachowanie dziewictwa. Do dnia ślubu.

Nie spuściła wzroku. Musiał się zmobilizować, żeby wytrzymać jej spojrzenie – poważne, szczere i nieporuszone. Zawsze uważał się za człowieka raczej pozbawionego skrupułów, ale nigdy jeszcze nie miał do czynienia z kobietą, która otwarcie i ze spokojem mówiła o swoim dziewictwie nieznajomemu mężczyźnie, przy pierwszej rozmowie.

– Rozumiem – powiedział wreszcie, choć, jeśli miał być szczery, nie do końca rozumiał. – Zero seksu przed ślubem. Proszę mi wybaczyć pytanie, ale czy planuje pani stanąć niebawem na ślubnym kobiercu? Bo czas ucieka, życie mija…

– Ja…? – Zanim zdołała się opanować, jej wzrok sam podążył ku biesiadnikowi, który, kilka stolików dalej, w skupieniu pochłaniał słuszną porcję sufletu z homara. Jej dumne, pięknie wykrojone usta skrzywiły się – tylko na moment – w wyrazie niechęci. – Nie sądzę, by miał pan prawo o to pytać – dokończyła, sięgnęła po kieliszek i upiła łyk wina.

– Ach, więc owszem – uśmiechnął się niewesoło, pokiwał głową. – Pojawił się nowy kandydat. Wittenberg, szwedzki hrabia?

Potwierdziła lekkim, niemal niedostrzegalnym skinieniem głowy.

– Moje najserdeczniejsze gratulacje – wycedził, nawet się nie siląc na spokojny ton. – To naprawdę barwna postać. Znakomicie urodzony, do cna zepsuty. Zapewne marzy pani o romantycznej nocy poślubnej? Cóż, proszę się rozpytać wśród tych nastolatków, którzy zostali zatrudnieni jako kelnerzy. Istnieje spora szansa, że któryś z nich zdążył już wpaść w oko pani epuzerowi i otrzymał niemoralną propozycję dotyczącą najbliższej nocy. Rano będzie pani mogła dowiedzieć się w szczegółach, co też lubi mości hrabia, gdy chodzi o sprawy łóżkowe.

– Nie…! – wyrzuciła z siebie Catalina. Jej oczy, pociemniałe ze zgrozy, wydawały się ogromne w twarzy, z której odpłynęła cała krew.

– Niestety, tak – zacisnął zęby, robiąc wszystko, żeby opanować nagły, dławiący atak dzikiej furii.

A więc w ten sposób postąpiła z Cataliną jej własna rodzina! Wszystko było jasne i proste. Księżniczka została porzucona przed ślubem. Oczywiście rzecznik rodziny królewskiej z Monte Cleure wspiął się na szczyty dyplomacji, wydając oświadczenie, z którego wynikało, że ślub został odwołany „na podstawie wspólnej i zgodnej decyzji narzeczonych, podjętej odpowiedzialnie i z rozwagą”, ale wszyscy i tak wiedzieli, że książę Helios odszedł, bo zakochał się w innej kobiecie. Catalina nie zdołała utrzymać przy sobie narzeczonego! Cały arystokratyczny światek aż huczał od plotek na ten temat. Trzeba było jak najprędzej sprawę wyciszyć – a czy istniał lepszy sposób niż znalezienie kolejnego pretendenta do ręki księżniczki? W dodatku pretendenta odpowiednio utytułowanego i nawet bogatszego niż poprzedni? Hrabia Wittenberg spadł im wprost z nieba. Zamożny jak nabab, pochodzący z prastarego, rycerskiego rodu… może nie był już najmłodszy, zaś jego figura zdradzała zbytnią skłonność do folgowania rozkoszom podniebienia, ale jakie to miało znaczenie? Małżeństwo było aranżowane, a to znaczyło, że Catalina niewiele miała do powiedzenia. Nikt nie oczekiwał romantycznej miłości między narzeczonymi. Mało tego, nikt nie uznał za stosowne poinformować ją, że przyszły mąż, gdy idzie o sprawy alkowy, przejawia dość niezdrowe skłonności, i dorosłe kobiety raczej niespecjalnie go interesują. Owszem, hrabia zachowywał daleko idącą ostrożność, nigdy nie został o nic oficjalnie oskarżony ani, tym bardziej, skazany. Ale w małym światku europejskiej arystokracji niewiele można było ukryć. Skoro nawet on, parweniusz i człowiek z zewnątrz, wiedział o preferencjach Wittenberga, z pewnością wiedział o nich także król Monte Cleure. I książę Dominik. Mimo to zamierzali sprzedać mu Catalinę, po promocyjnej cenie, jak chorą jałówkę. Och, bez wątpienia, pan hrabia musiał zacierać ręce z radości! Żeby utrzymać nienaganny wizerunek, potrzebował żony. Czy mógł sobie wymarzyć lepszą kandydatkę niż księżniczka de Monte Cleure? Na pewno nie. Była dla niego idealna. Piękna, znakomicie wykształcona i obyta towarzysko. A co ważniejsze – dobrze ułożona. Wittenberg mógł się spodziewać, że Catalina będzie się uśmiechać, potakiwać i stosować się do poleceń. Nie będzie natomiast zadawać pytań. Gdy hrabia zechce wydać przyjęcie na kilkaset osób, ona weźmie na siebie całą organizację i zrobi to bezbłędnie. Kiedy zapragnie udać się do swojej dyskretnej, wiejskiej rezydencji w towarzystwie kilku bardzo młodych mężczyzn parających się najstarszym zawodem świata, ona bez mrugnięcia zapewni mu alibi. A jeśli zażyczy sobie potomka, ona urodzi mu dziecko – takie przecież jest zadanie małżonki.

– Nie – powtórzyła Catalina raz jeszcze, z uporem kręcąc głową. – Nie, nie, nie. Proszę… odejść – dodała, posyłając Natanielowi spojrzenie pełne desperacji. – Muszę… chcę zostać sama.

Ostatnie nuty romantycznego wiedeńskiego walca utonęły w burzy oklasków, kiedy pan młody porwał swoją świeżo poślubioną żonę w ramiona, uniósł i złożył na jej ustach triumfalny pocałunek. Orkiestra, nie robiąc niemal przerwy, płynnie przeszła do walca angielskiego i panowie zaczęli podnosić się z miejsc, by poprosić do tańca damy.

– Proszę, niech pan zostawi mnie samą – powtórzyła Catalina.

– Woli pani towarzystwo hrabiego Wittenberga?

Kątem oka widział, jak Szwed wstaje, obciąga smoking i, ozdabiając twarz sztucznym uśmiechem, rusza w kierunku Cataliny.

– Czy zechce pani uczynić mi ten honor i zatańczy ze mną walca? – Nataniel skłonił się dwornie i wyciągnął rękę do księżniczki.

– Ale ja… nie mogę – powiedziała odruchowo, przyciskając do piersi splecione dłonie. – Nie wolno mi.

Hrabia był już w połowie drogi.

– Nalegam. – Nataniel trwał zgięty w ukłonie. – Jeszcze piętnaście sekund i pani adorator dotrze do naszego stolika. Rozumiem, że ze mną nie może pani zatańczyć, a jemu, z kolei, nie będzie pani mogła odmówić?

Nie odpowiedziała. Przygryzła wargę, w popłochu zerknęła w stronę, skąd nadchodził hrabia.

Dziesięć sekund.

– Nie powinnam… – zaczęła.

– Cóż, w takim razie żegnam. Życzę pani miłej reszty życia, podczas której będzie pani zawsze robić to, co powinna, a nigdy to, na co ma pani ochotę.

Trzy sekundy.

Nataniel stracił wszelką nadzieję i w tej właśnie chwili księżniczka wyciągnęła przed siebie rękę zdecydowanym gestem, tyleż władczym, co pełnym gracji.

– Z przyjemnością zatańczę z panem walca.

ROZDZIAŁ DRUGI

Nie było sekundy do stracenia. Ujął jej dłoń, a ona niemal pofrunęła ku niemu jak delikatny, spłoszony ptak. Kiedy ruszyli w stronę parkietu, omiotła obojętnym wzrokiem hrabiego, który zatrzymał się, widowiskowo zbity z tropu. Uśmiech Cataliny wyrażał jedynie uprzejmość, ale w jej ciemnych oczach błysnął triumf.

– Jeden taniec – powiedziała cicho, kiedy znaleźli się na parkiecie. – Tylko jeden.

– Cóż, pani życzenie jest dla mnie rozkazem. – Splótł palce z jej palcami i poprowadził ją w szybkim obrocie, a gdy zawirowała z gracją, położył dłoń na jej talii i ruszyli w takt rozkołysanej, tęsknej melodii.

Nie raz już podziwiał Catalinę, gdy tańczyła, ale po raz pierwszy trzymał ją w ramionach. To było… mocne przeżycie. Orkiestra grała, motyw muzyczny rozwijał się, wokalista zaśpiewał głębokim, nostalgicznym głosem. Nataniel chciał coś powiedzieć, ale nie mógł znaleźć słów. Istniała tylko ona, ta dziewczyna o nieodgadnionym, poważnym spojrzeniu, cudownie smukła i lekka w jego objęciach. Przywołał na pamięć całe swoje taneczne umiejętności, prowadził ją w coraz bardziej złożonych, coraz trudniejszych figurach, a ona chwytała w lot każdą wskazówkę, idealnie posłuszna najlżejszemu drgnieniu jego palców. Płynęli, połączeni muzyką jak wspólnym krwioobiegiem, i Nataniel nie mógł nie pomyśleć o tym, jak by to było, gdyby znaleźli się poza zasięgiem wzroku tych wszystkich ludzi, którzy kochali plotki chyba jeszcze bardziej niż własne tytuły i pieniądze. Gdyby zostali sami, ona i on, wsłuchani jedynie w potężną muzykę namiętności…

– Nie mogę dłużej poświęcać panu mojej wyłącznej uwagi. – Catalina zrobiła zgrabny obrót, przysunęła się bliżej, ale nie za blisko. – Tutaj wszyscy wszystkich obserwują. Muszę dbać o reputację.

Choć etykieta na pewno tego zabraniała, Nataniel parsknął niewesołym śmiechem.

– Pani musi dbać o reputację?! Ojciec bez żenady swata panią z podstarzałym rozpustnikiem, brat zapewne w tej chwili wielkodusznie pozwala, żeby trzy nagusieńkie gracje polerowały jego klejnoty rodowe… ale pani musi zrezygnować z chwili niewinnej przyjemności, jaką jest taniec towarzyski i rozmowa z życzliwym człowiekiem, bo zgraja plotkarzy mogłaby się w tym dopatrzyć uchybienia konwenansom? Naprawdę chce pani żyć w ten sposób?

Czy chciała żyć w ten sposób?

Catalina nie potrafiła odpowiedzieć na to pytanie. Och, kusiło ją, żeby położyć głowę na ramieniu tego obcego mężczyzny, który z jakiegoś niepojętego powodu wydawał jej się bliski, i zwierzyć mu się ze wszystkiego, co leżało jej na sercu.

Szybko zwalczyła pokusę. Po pierwsze, etykieta surowo jej zabraniała fizycznego spoufalania się z kimkolwiek, kto nie należał do najbliższej rodziny. A po drugie – Nataniel Giraud nie zrozumiałby ani słowa z tego, co mogłaby powiedzieć. Dzieliła ich przepaść nie do przebycia. Ona urodziła się na zamku Monte Cleure, od niemowlęctwa chłonęła atmosferę, która dla większości ludzi była zupełnie niepojęta. W dwudziestym pierwszym wieku świat arystokracji był chyba bardziej hermetyczny niż kiedykolwiek. Catalina kochała ten świat. Kochała go tak, jak jej matka – uparcie i bez wzajemności. Kiedy była dziewczynką, uwielbiała historie, które królowa opowiadała jej w tych rzadkich chwilach, gdy mogły spędzać razem wolny czas. Nie były to bajki, tylko rodzinne wspomnienia. O prababce, pięknej francuskiej baronównie, która jeździła konno jak sama bogini Diana i była mistrzynią Europy w skokach przez przeszkody, ale gdy pradziadek przyszedł do stajni i, nie bacząc na swój książęcy tytuł, rymnął na kolana pośrodku całkiem sporej pryzmy końskiego nawozu, by błagać o jej rękę, bez żalu porzuciła marzenia o olimpijskim podium i została panią na Monte Cleure. O babce, która w dniu swoich piętnastych urodzin zakochała się jak wariatka w młodym diuku i jeszcze tego samego wieczora zdołała owinąć go sobie wokół palca tak, że się jej oświadczył. Uzyskawszy błogosławieństwo rodziców, narzeczeni jak zbawienia wyczekiwali dnia osiemnastych urodzin księżniczki, by móc stanąć na ślubnym kobiercu. Do tego czasu, rzecz jasna, protokół surowo zabraniał im spotkań w cztery oczy… Nie doczekali swojego wielkiego dnia, bo Europę ogarnęła zawierucha zwana drugą wojną światową. Rychło okazało się, że do ślubu dojść nie może – diuk, niestety, urodził się po złej stronie frontu. Niespełna osiemnastoletnia wówczas babka przywdziała czarną suknię i stanęła na czele miejscowego ruchu oporu. Osobiście przeprowadzała przez pirenejskie przełęcze ludzi, którzy musieli uciekać jak najdalej od nazistowskiej zarazy. Narzeczony dołączył do niej po kilku miesiącach – tak szybko, jak tylko zdołał zdezerterować z armii, w której nie zamierzał służyć, wymknąć się systemowi, którego częścią być nie chciał, i przekraść się samotnie przez tysiąc trzysta kilometrów wrogiego terytorium. Ślub wzięli w górskiej kaplicy, a ceremonię uświetnili miejscowi pasterze, grając na gęślach i piszczałkach. Ukrywali się aż do dnia, gdy zbrodniczy ustrój osądzono, a na diuku przestał ciążyć wyrok śmierci za dezercję. Babka została królową Monte Cleure i poświęciła się tej roli z równym oddaniem, jak swojej wcześniejszej działalności w partyzantce.

 

Z opowieści matki wyłaniał się korowód niezwykłych kobiet o barwnych życiorysach i niezłomnych charakterach. Catalina dorastała, mając wrażenie, że jest z nimi w bliskiej przyjaźni. Widywała je codziennie, spoglądały na nią poważnie z portretów zdobiących bawialnię, pokój muzyczny i salonik poranny. Chciała być jedną z nich – kobietą mądrą, odważną i wierną swojemu przeznaczeniu. Codziennie, gdy patrzyła w lustro, przekonywała się, że jest jedną z nich. I czekała. Na ten moment, kiedy życie zada jej pytanie, a ona będzie mogła na nie odpowiedzieć – śmiało, zdecydowanie i po swojemu. Tak jak przystało na kobietę z rodu de Monte Cleure.

Więc owszem, mimo osiągnięcia wieku dwudziestu pięciu lat, nadal była dziewicą. I skrupulatnie przestrzegała dworskiej etykiety. Ale – czego Nataniel zrozumieć nie mógł – nie robiła tego ze strachu ani z przymusu. Owszem, jej ojciec lubił się bawić w satrapę, a władcą był, niestety, fatalnym – Catalina lubiła przekonywać samą siebie, że byłoby zupełnie inaczej, gdyby matka nie umarła przedwcześnie – zaś brat był nie tylko hulaką, ale też niewychowanym furiatem. I co z tego? Catalina nie wobec nich była lojalna, tylko wobec domu Monte Cleure. Wobec matki, która zaszczepiła w niej miłość do tego zagubionego pośród gór skrawka ziemi, wobec liczącej sobie piętnaście stuleci historii ludzi, którzy chcieli tu żyć i byli dostatecznie zdeterminowani – lub szaleni – by chronić niezależność tego maleńkiego królestwa podczas wszystkich dziejowych zawieruch.

Do niedawna miała silne wewnętrzne przekonanie, że tak, chce żyć w ten sposób.

Dziś czuła, że się gubi.

Na pewno nie chciała wyjść za mąż za człowieka, którego nie mogłaby kochać ani szanować. Małżeństwo z tym paskudnym szwedzkim hrabią po prostu nie wchodziło w grę; musiała przestać się oszukiwać, wmawiając sobie, że wszystko się jakoś ułoży. Nie ułoży się. Nie wystarczy czekać. Trzeba wziąć sprawy w swoje ręce, podjąć swoje własne, życiowe decyzje. Odważnie i bez wahania, jak prababka, babka… i jak matka. Królowa, która pragnęła mieć szczęśliwą rodzinę. I, choć jej mąż okazał się człowiekiem słabym i egocentrycznym, niezrażona, poświęciła się wychowaniu trójki dzieci. Zmarła przedwcześnie, ale Catalina nie wątpiła, że zmarła spełniona. Wszystkie piękne chwile dzieciństwa zawdzięczała właśnie matce. Zawdzięczała jej także przekonanie, że warto zachować wierność samej sobie. I księżniczki mogą marzyć – taki był wniosek z każdej historii, którą opowiadała córkom.

Mamo, dlaczego nie ma cię przy mnie? Dlaczego po prostu nie powiesz mi, co mam robić?

Łzy zapiekły ją pod powiekami. Powstrzymała je bez trudu; w ukrywaniu emocji miała nielichą wprawę. Zresztą, płacz nie miał sensu. Nawet gdyby mama przy niej była, nie mogłaby przecież przeżyć życia za nią. Własne decyzje musiała podejmować sama.

– Och, niech się pani tak nie płoszy. – Nataniel nie pozwolił, by się odsunęła, zwiększając niepostrzeżenie nacisk dłoni tam, gdzie jej proste plecy wyginały się w bardzo interesujący sposób, by zaledwie kilka centymetrów poniżej stracić swą szlachetną nazwę. Z nieokreśloną satysfakcją zauważył, że jej królewska wysokość idealnie pasuje w objęcia jego ramion. – Tylko pytałem. Przecież nie gryzę.

Zerknęła spod rzęs na jego mocną szczękę, na usta o twardym rysunku, i poczuła, że kręci jej się w głowie. To na pewno od tańca, powiedziała sobie. Nagła słabość nie mogła mieć nic wspólnego z tym, że przez chwilę wyobrażała sobie, jak by to było, gdyby jego wargi dotknęły jej skóry, gdyby drasnął ją zębami w śmiałej pieszczocie…

Przymknęła oczy, usiłując skupić się na miarowym oddechu, na rytmie muzyki i krokach tańca. Bezskutecznie. Dotyk dłoni Nataniela elektryzował, budził dreszcze, sprawiał, że bezwiednie wygięła się w łuk, jak kotka dopraszająca się o pieszczoty. Jego szeroka pierś była blisko, tak niebezpiecznie blisko… i jednocześnie o wiele za daleko. Nataniel Giraud podobał jej się od chwili, kiedy po raz pierwszy zobaczyła go na jakimś balu charytatywnym. Uważała to za normalne – był przecież pięknym mężczyzną, wysokim i świetnie zbudowanym. Lubiła na niego patrzeć. Podziwiała smukłe, mocne linie jego sylwetki i sposób poruszania się, miękki i płynny, który mówił o sile mięśni ukrytych pod eleganckim strojem. Podobało jej się jego zachowanie – zawsze był spokojny, oszczędny w gestach. Pił umiarkowanie, trzymał się nieco na uboczu, nie brylował. Raczej obserwował. A kiedy przystępował do działania, był zadziwiająco skuteczny. Jednym uśmiechem potrafił rozbroić najbardziej nadętą hrabinę, jedną celnie rzuconą uwagą ośmieszyć każdego bubka, który usiłował rozstawiać innych po kątach. Jednym tańcem mógł kompletnie zawrócić w głowie cnotliwej księżniczce…

Dotąd oszukiwała się, że jej zainteresowanie panem Giraud jest czysto intelektualne, pozbawione emocji. Że podziwia go, tak jak się podziwia znakomitego sportowca albo artystę. Teraz wiedziała, że po prostu go pragnie. Kiedy prowadził ją w tańcu, działo się z nią coś, czego nie doświadczyła jeszcze nigdy w życiu. Coś, czego pomiędzy nią a Heliosem po prostu nie było. Coś… ekscytującego. I niebezpiecznego.

Wybrzmiały ostatnie takty, motyw muzyczny zintensywniał, a potem osłabł, by wreszcie zagubić się w ciszy. Catalina poczuła się tak, jakby wchłonęła ją próżnia. Ta cisza oznaczała, że Nataniel skłoni się teraz, podziękuje za taniec i odejdzie. Czym będzie oddychać, kiedy on zniknie? Poczuła przypływ paniki, jak człowiek, który wie, że za chwilę zacznie się dusić.

– Jest pani wspaniałą tancerką – usłyszała. – To był dla mnie honor.

Dygnęła odruchowo, tak jak uczono ją od dzieciństwa. On skłonił głowę.

– Na dzisiejszą noc zostałem zakwaterowany w tym samym skrzydle pałacu co pani – powiedział cicho, przytrzymując jej dłoń w swojej. Catalina spojrzała na niego, wyraźnie zaskoczona, ale ręki nie cofnęła.

– Skąd pan wie, gdzie ja…

– Postarałem się o to, żeby wiedzieć – uciął. – Mam swoje sposoby. A teraz proszę posłuchać. Punktualnie o pierwszej w nocy przyjdę pod drzwi pani apartamentu, te, które wychodzą na wąską boczną klatkę schodową. Będę sam i upewnię się, że nikt mnie nie widział. Nie zapukam, żeby nie obudzić pani kuzynki, która pełni rolę przyzwoitki, choć jestem pewien, że o tej porze będzie głęboko spała w mniejszej sypialni, upojona koniakiem, którym właśnie się raczy. Będę czekał przed drzwiami dokładnie dziesięć minut, z zegarkiem w ręku. Potem odejdę. Pani sama zdecyduje, czy drzwi otworzyć. Jeśli pozostaną zamknięte, wrócę do swojego pokoju, a tę rozmowę oboje będziemy mogli uznać za niebyłą. Jeśli otworzy mi pani, wejdę. Podarujemy sobie tę noc, jak dwoje dorosłych ludzi, którzy tego pragną. Niech pani nic nie mówi. – Uniósł palec ostrzegawczym gestem. – Niech pani niczego pochopnie nie postanawia, proszę dać sobie czas do namysłu. I jeszcze jedno. Niech pani spróbuje odpowiedzieć sobie na pytanie, czy warto tak rygorystycznie strzec cnoty, skoro to nie pani, a tatuś i braciszek zdecydują, z kim pani ją straci. Oczywiście, po ślubie – wszak korzystny dla korony mariaż będzie musiał zostać skonsumowany.

To powiedziawszy, skinął głową suchym, niemal wyzbytym uprzejmości gestem, obrócił się na pięcie i odszedł, zostawiając ją samą. Zbitą z tropu, oburzoną i wściekłą.

Trzy tygodnie później

Nataniel Giraud nie cierpiał świąt Bożego Narodzenia. Miał alergię na te wszystkie dekoracje, albo idiotycznie przesłodzone, albo pretensjonalnie designerskie, którymi uważano za stosowne upstrzyć każdy budynek, jak Europa długa i szeroka. Brzydziło go sztuczne wzruszenie w głosie piosenkarzy, gdy ci śpiewali o Dzieciątku Jezus, oraz fakt, że kolędy puszczano na okrągło w galeriach handlowych po to, by napędzić sprzedaż. A wizja świątecznych posiłków w gronie „bliskich”, a więc ludzi, których przez większość roku usiłowało się unikać, wywoływała w nim dreszcz autentycznej zgrozy.