Koncert dla króla

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Michelle Smart
Koncert dla króla

Tłumaczenie:

Jan Kabat

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Talos Kalliakis pochylił głowę. Słowa lekarza zmroziły go do szpiku kości. Spojrzał na dwóch braci i dostrzegł ich smutek.

Astraeus Kalliakis – król Agonu, ich dziadek – umierał.

Helios, najstarszy z braci, następca tronu, odezwał się pierwszy:

‒ Trzeba przyspieszyć jubileusz.

Cały Agon przygotowywał się do obchodów pięćdziesiątej rocznicy rządów Astraeusa. Wszystko zaplanowano na koniec lata, czyli pół roku później. Jednak onkolog dał jasno do zrozumienia, że władca nie pożyje tak długo.

‒ Proponuję skupić się wyłącznie na gali i odwołać inne uroczystości – oznajmił Talos. – Niech stanie się prawdziwym świętem.

‒ Zgadzam się – powiedział Theseus, środkowy brat. – Wyznaczmy jakiś dzień w kwietniu. Czasu jest mało, ale damy radę.

Późniejsza data mogłaby oznaczać nieobecność dziadka. Intensywna chemioterapia pozwoli mu zyskać trochę czasu, ale nie może go ocalić.

Dwa miesiące później

Talos Kalliakis przemierzał korytarze na tyłach teatru Orchestre National de Paris, patrząc na wytartą wykładzinę i plamy wilgoci na suficie… Nic dziwnego, że budynek przeznaczono do rozbiórki. Odwiedził wiele sal koncertowych w ciągu minionych dwóch miesięcy, ale tu wyglądało najgorzej.

Nie przejmował się tym jednak. Zjawił się tu pod wpływem rozczarowania, jakiego doznał, słuchając skrzypków z wielkich francuskich orkiestr, a także greckich, włoskich, hiszpańskich i angielskich.

Czas uciekał.

Proste zadanie okazało się morderczym maratonem.

Pragnął tylko znaleźć tego jedynego skrzypka, który poruszyłby jego serce, tak jak czyniła to za życia jego babka. Nigdy nie miał słuchu, ale wierzył, że jeśli usłyszy…

Wybraniec zostałby zaszczycony wykonaniem jej ostatniej kompozycji przy akompaniamencie orkiestry na jubileuszowej gali dziadka.

W tej chwili czekało na przesłuchanie ze dwunastu muzyków Orchestre National de Paris.

Nie mógł się doczekać końca.

Kusiło go, by wybrać kogokolwiek. Wszyscy, którzy dotąd dla niego grali, byli profesjonalistami, a dźwięki dobywane z ich instrumentów stanowiły radość dla ucha. Ale nie dla jego serca; wiedział, że nim właśnie musi słuchać. Na jubileuszową galę musiał wybrać kogoś najlepszego. Dziadek na to zasługiwał.

Wraz z kierownikami orkiestry, asystentem i osobistym tłumaczem skręcił w wyjątkowo wąski korytarz. Przypominało mu to zatęchłą wersję wspaniałego labiryntu ogrodów pałacowych w Agonie.

Skrzypkowie ustawiali się na scenie, pozostali muzycy zajęli miejsca na widowni. Też by tam siedział, gdyby z powodu robót drogowych jego kierowca nie musiał podjechać na tyły budynku.

Myślał w tej chwili o sprawach, które musiał odłożyć na te dwa miesiące. Jako prawnik nadzorował biznes, który stworzył wraz z braćmi.

Nagle w jego rozważania wniknął niewyraźny dźwięk dochodzący zza drzwi po lewej stronie.

Zatrzymał się, uciszając pozostałych gestem uniesionej dłoni.

Nadstawił uszu.

To było to. Jedyny klasyczny utwór, którego tytuł utkwił mu w pamięci. Poczuł ucisk w krtani. Pragnąc usłyszeć jeszcze więcej, ale nie chcąc przeszkadzać skrzypkowi, nacisnął delikatnie klamkę i uchylił drzwi.

Wystarczyło, by przywołać tę niezwykłą muzykę do życia.

Nagle powróciły gorzko-słodkie wspomnienia. Miał siedem lat, kiedy zginęli jego rodzice. Potem, zanim jego bracia przylecieli z Anglii, gdzie chodzili do szkoły z internatem, nie potrafił znaleźć pociechy, zwłaszcza nocą.

Królowa Rhea Kalliakis, babka, którą uwielbiał, koiła jego ból tak, jak umiała. Przychodziła do jego pokoju, siadała na brzegu łóżka i grała Meditation z Thais Julesa Masseneta.

Nie myślał o tym utworze od ponad dwudziestu pięciu lat.

Tempo było wolniejsze, ale efekt ten sam. Bolesny, a mimo to kojący, niczym balsam przyłożony na ranę.

Tak, dosłyszał to szczególne, ulotne „coś”.

‒ O to mi właśnie chodziło – zwrócił się do kierowników orkiestry, a tłumacz przełożył jego słowa na francuski.

Stojąca obok niego kobieta o ostrych rysach popatrzyła zdziwiona, potem jednak otworzyła szeroko drzwi.

W kącie pokoju, wciąż przyciskając brodą skrzypce, stała wysoka, zgrabna dziewczyna. Sprawiała wrażenie królika zastygłego w blasku reflektorów pędzącego samochodu.

Te oczy.

Nigdy takich nie widziała… takiej intensywności spojrzenia.

Przykuły ją do miejsca.

Amalie poczuła dreszcz na ich wspomnienie.

Zadrżała znowu, wychodząc z teatru na mokry od śniegu parking.

Nagle pojawił się długi czarny samochód o przyciemnionych szybach i zatrzymał się obok niej.

Tylne drzwi się otworzyły i z limuzyny wysiadł olbrzym.

Potrzebowała chwili, by sobie uświadomić, że to Talos Kalliakis.

Te niezwykłe oczy – brązowe? – spojrzały na nią po raz drugi w ciągu godziny. Z tym samym przyprawiającym o zawrót głowy efektem.

Kiedy drzwi sali ćwiczeń się otworzyły, a ona ujrzała te wszystkie twarze, miała ochotę wcisnąć się w kąt. Zgłosiła się na przesłuchanie, ale powiedziano jej, że wystąpi tylko w przypadku, jeśli będzie potrzebna cała orkiestra. Zadowolona, schroniła się w pomieszczeniu za widownią.

Te oczy…

Wpatrywały się w nią nieskończenie długo, przykuwając ją do miejsca. Potem oderwały spojrzenie od jej twarzy i zniknęły. Nie miała czasu dostrzec, jak duży jest ten mężczyzna.

Była wysoka jak na kobietę – sto siedemdziesiąt centymetrów wzrostu. Talos jednak górował nad nią. Jego hebanowe włosy wydawały się nieco za długie, brodę pokrywał ciemny zarost. Pomimo drogiego ubrania miał w sobie coś z dzikiego człowieka.

Wyglądał niebezpiecznie, co tylko podkreślała blizna na prawej brwi.

Wyglądał też jak człowiek zdecydowany.

Podszedł do niej i wyciągnął rękę.

‒ Amalie Cartwright, to przyjemność panią poznać – powiedział nieskazitelną angielszczyzną.

Skąd wiedział, że jest dwujęzyczna?

Ależ był wielki. Musiał mieć ze sto dziewięćdziesiąt pięć centymetrów wzrostu.

Przełykając nerwowo, Amalie przełożyła futerał do lewej ręki i wyciągnęła prawą. Kiedy ją uścisnął, miała wrażenie, że jej dłoń zniknęła w jego gigantycznej łapie. Nawet przez rękawiczkę czuła ciepło jego ciała.

‒ Monsieur Kalliakis – wymamrotała w odpowiedzi.

‒ Proszę panią o chwilę uwagi. Zapraszam do samochodu.

„Proszę panią o chwilę uwagi?”. Gdyby nie była pod takim wrażeniem jego osoby, ta oficjalność by ją rozbawiła.

Przypomniała sobie nagle, że jest księciem. Czy powinna się skłonić? Zniknął z sali ćwiczeń, zanim ich sobie przedstawiono.

Cofnęła się o krok.

‒ Przepraszam, monsieur, ale nie sądzę, żebyśmy mieli o czym ze sobą rozmawiać.

‒ Zapewniam, że mamy. Proszę wsiąść, jest zimno.

Emanował pewnością siebie.

‒ Chodzi o występ solowy? Wyjaśniłam pańskiemu asystentowi, że nie będę mogła wziąć udziału w gali. Mam inne zobowiązania. Przepraszam, jeśli moja wiadomość do pana nie dotarła.

‒ Dotarła, dlatego zawróciłem z lotniska i przyjechałem tutaj, by omówić z panią sprawę osobiście. – Okazywał niezadowolenie, jakby to była jego wina. – Będzie pani musiała odwołać tamten występ. Pragnę, by zagrała pani na gali mojego dziadka.

‒ Bardzo bym chciała – skłamała gładko. Przez całe życie miała do czynienia z silnymi osobowościami. A najsilniejszą była jej matka. – Nie, nie mogę tego odwołać.

Uniósł brwi jak ktoś, kto nie przyjmuje sprzeciwu.

‒ Wie pani, kim jest mój dziadek i jaka to dla pani szansa?

‒ Tak, to król Agonu i zdaję sobie sprawę z zaszczytu…

‒ I będą tam mężowie stanu…

‒ Ale w orkiestrze jest wielu innych skrzypków, bardziej utalentowanych ode mnie. Jeśli ich pan przesłucha…

Wiedziała oczywiście, jakim wydarzeniem jest ta gala. Jej koledzy nie mówili ostatnio o niczym innym. Wszyscy wiedzieli, że książę Talos Kalliakis szuka wykonawcy z myślą o solowym występie. Kiedy okazało się poprzedniego dnia, że będzie przesłuchiwał muzyków z Orchestre National de Paris, skrzypaczki ruszyły gromadnie do salonów piękności.

Trzej książęta Agonu cieszyli się opinią najbardziej pożądanych kawalerów w Europie. I najbardziej przystojnych. Gdyby wiedziała, że słucha jej za drzwiami, robiłaby wszystko, żeby jej muzyka nie brzmiała jak miauczenie kota.

Nie było mowy, by wystąpiła na tej gali.

Wiatr się wzmagał. Tylna kanapa limuzyny Talosa wyglądała przytulnie i zachęcająco. Amalie nie zamierzała jednak ulegać pokusie. Chłód w jego oczach doskonale odzwierciedlał pogodę.

‒ Przepraszam, monsieur, ale chcę jechać do domu. Mamy dziś wieczorem koncert i muszę tu za kilka godzin wrócić. Życzę szczęścia w pańskich poszukiwaniach.

Rysy mu odrobinę złagodniały, ale oczy – tak, nie myliła się, były brązowe – wciąż spoglądały twardo.

‒ Porozmawiamy w poniedziałek, despinis. Tymczasem proszę pomyśleć o tym, co pani traci.

‒ W poniedziałek mamy wolne. Możemy pomówić we wtorek, ale i tak nie zmienię zdania.

Skłonił głowę.

‒ Zobaczymy. Aha, następnym razem proszę mnie tytułować „wasza wysokość”.

Tym razem się uśmiechnęła.

‒ Tu jest Francja, monsieur. Republika. Zwracam się do pana właściwie. I chyba powinnam panu przypomnieć, co się stało z tymi, którzy tak chełpili się swoją królewską krwią. Ścięto im głowy.

 

Amalie zajęła miejsce na scenie, w drugim rzędzie od końca, pośród drugich skrzypków. Dokładnie tam, gdzie chciała być. Z dala od świateł reflektorów.

Czekając na Sebastiana Cassela, gościnnego dyrygenta, czuła, jak mrowi ją skóra.

Spojrzała w stronę widowni; tylko połowa miejsc była zajęta.

Jak długo miało to jeszcze trwać?

Paryż uchodził za stolicę kultury i od wieków udzielał gościny orkiestrom, ale nie musiały gnieździć się w takiej norze jak Theatre de la Musique. Ten niegdyś pełen chwały przybytek podupadł z powodu zaniedbania i niedoinwestowania.

Dostrzegła nagle w loży na prawo wielką postać. Wytężyła wzrok i poczuła żywsze bicie serca; zrozumiała, dlaczego wcześniej mrowiła ją skóra. Od razu powróciło wspomnienie księcia Talosa. Miał w sobie coś tak niebezpiecznego, że była gotowa uciekać jak przed blaskiem tysięcy reflektorów… Ta jego przemożna fizyczność, niezwykła twarz z tą blizną, głos, od którego krzepła krew…

Juliette, druga skrzypaczka, trąciła ją łokciem.

Sebastian podnosił właśnie batutę. Amalie spojrzała na partyturę.

Siedząc na tyłach dużej orkiestry, czuła się niewidzialna. Nie znosiła blasku reflektora; unikała go od dwunastego roku życia.

Nie widziała tego mężczyzny wyraźnie – nie była nawet pewna, czy to on siedzi w loży, nie mogła się jednak oprzeć wrażeniu, że ktoś na widowni wpatruje się w nią uporczywie.

Orkiestra stanowiła zawodowy zespół i grała z polotem, który doceniłby nawet muzyczny analfabeta.

Talos jednak nie zjawił się tutaj, by słuchać. Po koncercie umówił się na spotkanie z właścicielem tego podupadającego budynku. Początkowo planował polecieć z powrotem do Agonu i powiedzieć dziadkowi, że dwumiesięczne poszukiwania dobiegły końca. Upór Amalie Cartwright wszystko zniweczył.

Patrząc teraz, jak jej palce mkną nad strunami skrzypiec, nie mógł wprost uwierzyć w jej opryskliwość. Szczupła i ładna twarz z piegami na nosie przywodziła na myśl kogoś filigranowego i delikatnego, co tylko podkreślała wiotka sylwetka, która nie oparłaby się silniejszemu podmuchowi wiatru. Odznaczała się klasyczną paryską elegancją. Dostrzegł to już wcześniej, kiedy jej bujne kasztanowe włosy kryły się pod kapeluszem.

Wygląd bywał jednak zwodniczy.

Odmówiła występu na gali i tym samym obraziła szacowne imię Kalliakisów, a żartując z francuskiej rodziny królewskiej i ściętych głów, posunęła się o krok za daleko.

Postanowił, że Amalie Cartwright da solowy występ podczas gali.

A Talos Kalliakis dostawał wszystko, czego pragnął. Zawsze.

ROZDZIAŁ DRUGI

Amalie wsunęła głowę pod poduszkę, ignorując dzwonek u drzwi. Nie spodziewała się nikogo. Jej francuska matka nigdy nie zjawiłaby się niezapowiedziana o tak wczesnej porze, a angielski ojciec podróżował po Ameryce Południowej. Ktokolwiek dzwonił do jej drzwi, mógł wrócić później.

Ten ktoś jednak nie miał zamiaru ustąpić. Uparcie dzwonił, nawet się dobijał.

Przeklinając, wstała, włożyła szlafrok, zbiegła po schodach i otworzyła drzwi.

‒ Dzień dobry, despinis – powiedział Talos Kalliakis i bezceremonialnie wszedł do mieszkania.

‒ Co, u…? Przepraszam, ale nie może pan tak sobie tutaj wchodzić – rzuciła, ruszając za nim.

‒ Powiedziałem pani, że będziemy dzisiaj rozmawiać.

Mówił obojętnie, jakby nie dostrzegając jej szoku i gniewu.

‒ A ja powiedziałam, że mam wolny dzień. Proszę wyjść.

Wkroczył zdecydowanie do kuchni.

‒ Po naszej rozmowie.

Dla pokreślenia tych słów postawił swoją teczkę na podłodze, zdjął czarny płaszcz, przerzucił go przez oparcie krzesła i usiadł.

‒ Co pan robi? Jeśli chce pan rozmawiać, proszę poczekać do jutra.

Machnął ręką.

‒ Zabiorę pani tylko dziesięć minut i wyjdę.

Amalie starała się zachować spokój.

‒ To mój dom, a pan dokonał najścia. Proszę wyjść albo wezwę policję.

Nie musiał wiedzieć, że jej komórka leży na stoliku nocnym.

‒ Niech pani wzywa. Zanim się zjawi policja, nasza rozmowa dobiegnie końca.

Obserwując go czujnie, zaczęła się cofać, aż oparła się o ścianę. Czego mogłaby użyć jako broni? Był obcym i najbardziej imponującym fizycznie mężczyzną, jakiego kiedykolwiek widziała. Blizna przecinająca brew nadawała mu tym groźniejszy wygląd. Nie miała z nim żadnych szans.

Skrzywił się.

‒ Nie musi się pani obawiać o swoje bezpieczeństwo. Jestem tu po to, żeby rozmawiać.

Patrząc w te niezwykłe oczy, uświadomiła sobie, że nie dostrzega w nich groźby. Trochę się uspokoiła.

‒ Okej. Dziesięć minut. Ale najpierw należało zadzwonić. Nie musiał się pan tu wdzierać, kiedy spałam.

Nagle się zorientowała – on był czysty, ogolony i starannie ubrany, a ona miała na sobie piżamę i szlafrok. No i te rozczochrane włosy…

Spojrzał na zegarek.

‒ Jest dziesiąta. Normalna pora, by odwiedzić kogoś w poniedziałkowy poranek.

Ku swemu przerażeniu poczuła, jak jej skóra płonie. To, że prawie nie zmrużyła oka, nie było jego winą.

Starała się o nim nie myśleć, ale gdy tylko opuszczała powieki, widziała jego twarz. Arogancką i przystojną. Diabelnie przystojną.

‒ To mój wolny dzień, monsieur. Spędzam go, jak mi się podoba. – Zaschło jej tak bardzo w ustach, że mówiła chrapliwym głosem. – Potrzebuję kawy.

‒ Piję czarną.

Nie odezwała się, tylko podeszła do ekspresu i włączyła go.

‒ Zastanawiała się pani nad tym solowym występem? – spytał, kiedy wzięła z suszarki dwa kubki.

‒ Mówiłam… nie ma się nad czym zastanawiać. Będę zajęta.

Nasypała do jednego kubka cukru.

‒ Takiej właśnie odpowiedzi oczekiwałem.

Mówił tonem nauczyciela rozczarowanego postępami swego najlepszego ucznia. Poczuła na ramionach dreszcz.

Ekspres zaczął perkotać; wokół rozszedł się aromat kawy.

‒ Zamierzam odwołać się do lepszej strony pani natury – powiedział, wciąż patrząc na nią, a ona starała się skupić całą uwagę na kawie.

Obróciła się nieznacznie.

‒ Och?

‒ Moja babka była kompozytorką i muzykiem.

‒ Rhea Kalliakis…

‒ Słyszała pani o niej?

‒ Jak każdy żyjący skrzypek. Komponowała przepiękne utwory.

Poczuł ucisk w piersi; ta kobieta docenia talent jego babki. Jej proste słowa uznania tylko utwierdziły go w przekonaniu, że jest idealną kandydatką. Tą jedyną.

‒ Ukończyła ostatnią kompozycję dwa dni przed śmiercią.

Popatrzyła na niego.

Amalie Cartwright miała najpiękniejsze oczy w kształcie migdałów, co zauważył nie po raz pierwszy. Ich kolor przypominał mu zielony szafirowy pierścionek matki. Spoczywał od dwudziestu sześciu lat w pałacowym sejfie w Agonie, czekając na dzień, w którym Helios wybierze odpowiednią kobietę na strażniczkę tego klejnotu. Wszystko wskazywało na to, że ten dzień nadejdzie szybciej, niż jego brat się spodziewał. Musiał się ożenić i spłodzić następcę.

Kiedy Talos widział ostatnim razem ten pierścionek, jego matka walczyła z jego ojcem. Dwie godziny później oboje nie żyli.

Stłumił wspomnienie o tej koszmarnej nocy i powrócił do teraźniejszości. Do Amalie – jedynej osoby, która mogła oddać całe bogactwo ostatniego utworu Rhei Kalliakis i przynieść pociechę umierającemu człowiekowi. Umierającemu królowi.

‒ Czy ten właśnie utwór pragnie pan usłyszeć podczas gali na cześć pańskiego dziadka?

‒ Tak. Przez pięć lat, które upłynęły od jej śmierci, przechowywaliśmy partyturę w bezpiecznym miejscu i nikomu nie pozwalaliśmy zagrać tego utworu. Teraz uważamy, że nadeszła odpowiednia pora, by świat go usłyszał. Jubileuszowa gala to wspaniała okazja. Sądzę, że jest pani odpowiednią wykonawczynią.

Celowo nie wspomniał o diagnozie. Żadna wiadomość o stanie zdrowia jego dziadka nie została podana do publicznej wiadomości, i tak miało pozostać aż do końca gali – na mocy decyzji samego króla Astraeusa.

Amalie nalała kawy i usiadła przy stole.

‒ Sądzę, że to wspaniałe, co pan robi – powiedziała. – Każdy skrzypek byłby zaszczycony udziałem w takiej uroczystości. Proszę mi wybaczyć, monsieur, ale to nie mogę być ja.

‒ Dlaczego?

‒ Mówiłam już. Mam zobowiązania.

Wlepił w nią wzrok.

‒ Podwoję pani wynagrodzenie. Dwadzieścia tysięcy euro.

‒ Nie.

‒ Pięćdziesiąt tysięcy. To moja ostatnia oferta.

‒ Nie.

Talos wiedział, jaką zastraszającą moc ma jego spojrzenie. Ćwiczył je niezliczoną ilość razy przed lustrem. Pozwalało mu zawsze postawić na swoim. Odporni na nie byli tylko jego bracia i dziadkowie. Kiedy stroił miny, jak określała to jego babka, ciągnęła go delikatnie za ucho. Tęsknił za nią codziennie.

Pomijając rodzinę, nie spotkał nikogo odpornego na to spojrzenie. Aż do teraz.

Amalie pokręciła tylko nieznacznie głową, nie mrugnąwszy nawet, i odsunęła sprzed twarzy zmierzwione włosy.

Talos westchnął, udając wielkie rozczarowanie.

Amalie upiła kawy, starając się zachować spokój pod tym jego przenikliwym spojrzeniem.

Przez całe życie miała do czynienia z wielkimi osobowościami. Nauczyło ją to skrywać własne emocje. Gdyby przeciwnik – a Talos był w tej chwili jej przeciwnikiem – wyczuł jakąkolwiek słabość, zaatakowałby. Nie dawać nikomu szansy…

Jeszcze nigdy, od chwili, gdy skończyła dwanaście lat, nie było jej tak trudno zachować spokój. Nerwy, nad którymi tak bardzo pragnęła zapanować, wzięły nad nią górę. Strach i poniżenie, jakich wtedy doznała, były teraz równie silne jak niegdyś.

Jednak ten mężczyzna miał w sobie coś, co na nią działało, na jej umysł, zmysły. Jakby gotowała się w środku.

Talos sięgnął do teczki i przez moment sądziła, że udało jej się wygrać, a on wyjdzie. Ale postawił tylko teczkę na stole i otworzył.

‒ Próbowałem odwołać się do lepszej strony pani natury. I do pani chciwości. Dałem pani szansę przyjęcia oferty w najłatwiejszy sposób… – Wyjął plik papierów i podał jej. – To są akty notarialne Theatre de la Musique. Proszę je przejrzeć. Zorientuje się pani, że jestem nowym właścicielem tego przybytku.

Amalie odebrało mowę.

‒ Chce pani przeczytać?

Pokręciła głową, wodząc wzrokiem między dokumentami a jego pozbawioną uśmiechu twarzą.

‒ Jak to możliwe? – wyszeptała, starając się pojąć, co to oznacza dla niej, dla orkiestry…

‒- Złożyłem ofertę w sobotę wieczorem. Transakcja została dokonana godzinę temu.

‒ Ale jak to możliwe? To Francja. Biurokracja…

‒ Pieniądze i odpowiednie argumenty.

Schował papiery i nachylił się do niej. Ich twarze dzieliły centymetry.

‒ Jestem księciem. Mam pieniądze. I władzę. Byłoby dobrze, gdyby pani o tym pamiętała. – Odchylił się na krześle i upił łyk kawy, nie spuszczając z niej wzroku. – Teraz, kiedy jestem właścicielem teatru, zastanawiam się, co zrobić z tym budynkiem i orkiestrą… – Dopił kawę i odsunął kubek. – Zagra pani dla mnie, despinis, a ja wpompuję tyle pieniędzy w ten teatr, że tłumy będą tu walić, a orkiestra stanie się ulubienicą Paryża. Odmówi pani, a zamienię teatr w hotel.

‒ Szantażuje mnie pan – oznajmiła surowo. – Naprawdę.

Wzruszył obojętnie ramionami.

‒ Może to pani nazywać, jak pani chce.

‒ Nazywam to szantażem. A szantaż jest nielegalny.

‒ Niech pani to powie policji. Uprzedzam jednak, że mam immunitet dyplomatyczny.

‒ Jakie to niskie…

‒ Mogę zniżyć się jeszcze bardziej, skowronku. Sprawię, że nigdy więcej nie zagra pani jako profesjonalna skrzypaczka. Oczernię pani nazwisko i tych, z którymi pani występuje. Żadna orkiestra nie będzie chciała mieć z panią do czynienia.

Miała wrażenie, że jej umysł zalewa trucizna. Nigdy jeszcze nie żywiła takiej nienawiści do drugiego człowieka.

‒ Proszę opuścić mój dom.

‒ Proszę się nie martwić, skowronku, już wychodzę. – Spojrzał na zegarek. – Wrócę za sześć godzin. Może udzieli mi pani wtedy rozsądnej odpowiedzi.

Groził zniszczeniem kariery jej i jej kolegów i jeszcze oczekiwał rozsądnej odpowiedzi? Poczuła w sobie ogień; zerwała się na równe nogi i przysunęła się do jego boku. Nawet gdy siedział, a ona stała, fizyczny rozdźwięk między nimi był aż nadto widoczny. Kierowana strachem i gniewem chwyciła go za ramię, jakby samą siłą woli mogła wyrzucić go z domu.

‒ Powiedziałam: proszę wyjść! – krzyknęła, szarpiąc go, ale miała wrażenie, że zmaga się z gorącym głazem. – Nie obchodzi mnie, czy jest pan głupim księciem albo czy ma pan immunitet dyplomatyczny.

 

Wykazując koci refleks, Talos chwycił jej nadgarstki i zamknął w swojej dużej dłoni.

‒ A więc skrywa pani pod tą bladą skórą prawdziwy ogień – mruknął.

‒ Proszę mnie natychmiast puścić – nakazała, czując panikę, która tylko się nasiliła, kiedy posadził ją sobie na kolanach, wciąż mocno trzymając za nadgarstki.

Uniosła instynktownie nogę i kopnęła go gołą stopą w goleń; od razu przeszył ją ból.

Talos natomiast nie zareagował na jej kopniaka, tylko objął ją w talii, unieruchamiając jeszcze skuteczniej.

‒ Zabolało chyba bardziej panią niż mnie – zauważył, oglądając jej dłonie. – Takie eleganckie palce… No dobrze, będzie pani grzeczną dziewczynką, jeśli panią puszczę?

‒ Jeśli jeszcze raz nazwie mnie pan grzeczną dziewczynką, to…

‒ Co? Znowu mnie pani kopnie?

Szarpnęła się, ale było to daremne. Jakby tkwiła w żelaznych objęciach.

Ale to nie było żelazo. To był silny mężczyzna… a jego palce wbijające się w jej talię nie sprawiały przykrości.

‒ Przeraża mnie pan.

Wydawało się to po części prawdą. Coś ją przerażało.

‒ Wiem i przepraszam. Puszczę panią, ale musi pani zapanować nad emocjami.

O dziwo, głęboki tembr jego głosu odniósł pożądany efekt i uspokoił ją.

Odetchnęła głęboko, wciągając jednocześnie w płuca mroczną męską woń. Jego woń.

Uświadomiła sobie nagle ciepło jego oddechu na swoich włosach. Serce waliło jej tak mocno, że jego puls rozsadzał jej uszy. I w ciszy, która zapadła, poczuła, jak potężne ciało Talosa też sztywnieje – od mocnych nóg po wielkie dłonie.

Nie czuła już ani nie słyszała jego oddechu. Słyszała tylko szum swojej krwi.

Puścił ją, żeby mogła stanąć. Rzuciła się w drugi koniec kuchni; drżały jej nogi. Odzyskała oddech; był urwany, jak po wyczerpującym wysiłku.

Talos spokojnie wsunął muskularne ręce w rękawy płaszcza, owinął szyję szalikiem i wziął do ręki teczkę.

‒ Sześć godzin, despinis. Uszanuję pani decyzję, ale proszę pamiętać, że jeśli odpowiedź pozostanie odmowna, konsekwencje będą natychmiastowe.

Komórka Amalie zawibrowała.

Maman?

Cherie, dowiedziałam się właśnie paru rzeczy.

Matka zawsze przechodziła od razu do rzeczy. Nie uznawała milczenia.

‒ Nie mogłam się połączyć z Pierre’em – wyjaśniła niezadowolona, jakby Pierre Baskin miał się liczyć w każdej chwili z tym, że Colette Barthez, najsłynniejsza śpiewaczka klasyczna, raczy do niego zadzwonić. – Rozmawiałam jednak z jego uroczą asystentką. Spóźnił się rano do biura, dał każdemu pracownikowi pięćset euro i oznajmił, że robi sobie trzy miesiące wolnego. Potem pojechał na lotnisko Charlesa de Gaulle’a.

‒ A więc wygląda na to, że sprzedał teatr – mruknęła Amalie.

Zaledwie przed dwoma tygodniami Pierre Baskin – właściciel czy też były właściciel Theatre de la Musique – borykał się z rachunkiem za ogrzewanie.

‒ Owszem, cherie. Powiedz mi, dlaczego książę Talos kupił teatr. Nie wiedziałam, że jest mecenasem sztuki.

‒ Nie mam pojęcia – odparła, a na samo wspomnienie tego imienia poczuła dreszcz na ciele.

Nie powiedziała matce o tym, co wydarzyło się w ten weekend – nie potrafiła poradzić sobie z własną reakcją – poprosiła ją tylko, by ustaliła, czy to prawda, że teatr został sprzedany Talosowi Kalliakisowi.

Teraz wiedziała.

Nie blefował. Nigdy go zresztą o to nie podejrzewała.

‒ Znałam jego ojca, księcia Lelantosa… – Głos matki przybrał marzycielski ton. – Śpiewałam kiedyś dla niego. Był takim… – szukała odpowiedniego słowa. – Mężczyzną!

‒ Muszę kończyć, maman.

‒ Oczywiście, cherie. Jeśli znowu spotkasz księcia Talosa, pozdrów go ode mnie.

‒ Dobrze.

Odłożyła komórkę i przesunęła dłonią po twarzy.

Pozostała ostatnia rzecz do zrobienia. Zamierzała powiedzieć Talosowi Kalliakisowi prawdę.